1.

Człowiek zaprawdę jest wspaniałym stworzeniem. Przyzwyczaja się niemal do wszystkiego. Więźniowie godzą się z oglądaniem słoneczka przez kraty. Starcy żyją z prostatą, sztuczną szczęką, ale za to bez nerki. Królowa angielska jakoś idzie przez życie ze swoją migreną, a i ja nawykłem do podłego piwa i kanapek z mortadelą. Ale postrzał z paralizatora zawsze smakuje tak samo jak za pierwszym razem. Zwłaszcza w brzuch.

Przysięgam, jestem o krok od zawału serca. Głowę mam gorącą, a nogi lodowate. Pełznę przy ścianie. Ocieram ślinę z gęby i pytam, to znaczy próbuję spytać tego bydlaka, czego jeszcze chce. Ma swój pieprzony telefon. Przecież go nie zakabluję, ja nie z tych. Ochroniarz gapi się na mnie i znów dziabie paralizatorem. Przestań, człowieku!

Proszę o litość i pełznę po podłodze. Plotę byle co, lecz pełznę rozumnie, niby w bok, a naprawdę w stronę mojego prześladowcy. Potrzebuję tylko, aby moja noga znalazła się poza jego stopą. To wszystko.

Pytam o mamę. Co z nią? Chyba dość wycierpiała. Niech ją wypuści. Powinienem mu wystarczyć. Patrzę na tego typa i już wiem, że nie będzie lekko. Gość niemal puchnie, a uśmiech dochodzi mu do uszu — tak raduje go władza nad drugim człowiekiem. Dawno nie było demonstrantów do pałowania, co?

Pochyla się i przyciska paralizator do mojego policzka. Mówi, jak będzie. Zaraz zaniesie „tę wiedźmę” do samochodu, a ja zyskam zaszczyt towarzyszenia jej w bagażniku. Podróż będzie długa, niewygodna i zakończy się w lesie. Tam wykopię dół, nie — dwa doły! Ochroniarz poprawia się i rechocze. Chyba nie pozwolę, żeby moja własna matka wymachiwała łopatą?

Wystarczy spojrzeć. Gość gada serio, próbuję jednak obrócić sprawę w dowcip i dalej przesuwam się w jego kierunku. Już niedaleko. Mówię, że troszeczkę przeholował. Ludzie na pewno będą nas szukać. Z jednego trupa jakoś się wywinie, z trzech — już niekoniecznie. W odpowiedzi ochroniarz pyta, czy przypadkiem nie mam innych zmartwień. Jasne, stary, pełna zgoda.

Paluch mojej lewej nogi zawędrował już za piętę ochroniarza. Próbuję zagrać telefonem. Czy wie, co tam jest? Otóż ja wiem i chętnie wytłumaczę. Ten bajer jest wart fortunę, pod warunkiem że znajdzie się kupiec. Akurat mam wyśmienitego, mówię, a pod powieki wjeżdża mi zafrasowana morda Karambola. Chętnie was umówię. W przekrwionym oczku ochroniarza błyska coś jakby chciwość. Cisnę: to twoja życiowa szansa, człowieku!

Ochroniarz ma dla mnie cudowną wiadomość. Nie chce tego telefonu i otrzymam go z powrotem. Będę mógł klikać do woli w ciemnym grobie. Strasznie bawi go własne poczucie humoru i nagle informuje mnie, że żarty się skończyły. Co dziwne, ma rację.

Nie zauważył manewru ze stopą. Udaję, że chcę się podnieść, i kopię go w udo. Jednocześnie druga noga, ta za jego piętą, gwałtownie jedzie na wysokość kolana. Naprawdę wystarczy prosta dźwignia, by posłać chłopa na deski. Dźwięk upadku jest ogłuszający. Jakby cały ten dom wariatów runął mi na głowę. Jak echo brzęczy paralizator, który wypadł ochroniarzowi z dłoni.