2.

Apartamentowiec na Leszczyńskiej niewątpliwie wyprzedza nasze czasy, choć strzeżony jest lepiej niż średniowieczna twierdza. Bije w niebo lśniąca fasada, drzwi jednak zastaję zamknięte. Portier podnosi się po trzecim dzwonku i pyta, do kogo się wybieram. To mówię. Portier robi minę, jakbym mu ojca harmonią zabił, i wpuszcza mnie do środka. Jego twarz nie pozostawia wątpliwości: do Emka przychodzili goście mniej wyszukani niż ja.

Ściany pokrywa czerwony atłas, stąpam po miękkim dywanie. Mijam podświetlony wodotrysk i owiany lekkim zapachem aptecznym pcham drzwi prowadzące na podwórko. Jaśnieją lampki na podmurówce ogródka. Pod bryłą ze szkła zieleni się basen. Ze ścian można by jeść, a z resztek odgarniętego śniegu ugotować zupę. W szybie bramy na klatkę dostrzegam własną gębę i cóż, chyba nie jest najlepiej. Emek, który widzi mnie w kamerze domofonu, też sprawia wrażenie niezadowolonego. Mówi, że jest środek nocy. Radzę, by się zamknął i otwierał. Wejdę tak czy siak. Drzwi brzęczą.

Na klatce schodowej podłoga jest czarna i błyszczy. Ściany pokrywają lustra przecięte przez podświetlone linie. Aż wstyd wchodzić do windy. Drałuję po schodach na drugie piętro. Drzwi Emka poznałbym i bez numeru. Na wycieraczce stoją cztery worki pełne śmieci. Dzwonię.

Otwiera mi Emek w szortach i podkoszulku bez rękawów. Wraz z nim pojawia się woń niedopałków, zaschniętego piwa, brudnych ubrań i gnijącego żarcia — smród getta, doków, cygańskiego namiotu. Nie witam się, nic nie mówię, po prostu wchodzę, popychając zbaraniałego gospodarza w głąb nory, gdzie tak intensywnie cieszył się życiem.

Na mieszkanie składa się pokój z aneksem kuchennym i sypialnia oddzielona kotarą zwisającą smętnie z naderwanego karnisza. Nad łóżkiem wisi ogromna reprodukcja Kuszenia świętego Antoniego Boscha. Święty garbi się pod drzewem i wytrzeszcza oczy jak kot srający w sieczkę. W innych okolicznościach zastanawiałbym się, co kierowało tym gówniarzem, że to tutaj zawiesił.

Prócz tego Emek ma okna na całą ścianę, wielkie łóżko i błyszczącą mozaikę pod rojem świateł punktowych. Nie wiem jednak, gdzie stąpać. Podłogę pokrywa gruba warstwa puszek, butelek i kartonów po pizzy, między którymi walają się niedopałki, bibułki do skrętów, strunowe woreczki i opakowania po lekach na głowę. Najwyraźniej mądry Emek leczy się sam. Ma durnia za doktora. Brnie zanurzony po kolana w tym oceanie w stronę stołu z laptopem, torując mi tym samym drogę.

Na sole jest pełno papierów i liczne kubki służące za popielniczki. Z niektórych sterczą kopce petów. Jedyny w miarę czysty kawałek zajmuje lusterko uwalane resztkami koki czy też innego świństwa, którym faszerują się młodzi idioci. Co się stało z tym światem, że wam wódeczka nie wystarcza. Emek chyba nie bardzo wie, co się dzieje. Macha chudym ramieniem, śmieje się i przeprasza, że nie posprzątał. Nie odpowiadam. Pyta, czy czegoś się napiję, i rusza w poszukiwaniu flaszki, nawet nie czekając na odpowiedź. Radosny pisk zapowiada koniec tego trudu i rzeczywiście — spryciula wyławia butelczynę z wiśniówką na trzy palce.

Poczęstunku nie odmówię, życzę sobie jednak czystą szklankę. W oczach Emka odbija się zdziwienie zmieszane z przekonaniem o skandaliczności moich oczekiwań. Brnie jednak do przepełnionego zlewu. Musi strącić kilka naczyń, by oswobodzić kran. Szorowanie kubka trochę mu zajmuje i sam tłumaczy dlaczego. Tydzień temu odcięli mu ciepłą wodę. A może miesiąc? Emek nie pamięta.

Nalane. Wykonuje gest, jakby chciał się stuknąć. Po prostu piję. Niezrażony Emek pyta, jakim cudem go znalazłem. Odpowiadam, że zadzwoniłem do Kryśki i dostałem adres, co akurat jest zgodne z prawdą. Emek wpada w słowotok: Krysia, miła Krysia, fajna Krysia, co cały czas gada różne głupoty i przejmuje się dla samego przejmowania. Nie wiedziała, co ze sobą zrobić, więc została lesbijką. Dla każdego ma dobrą radę. Dobre rady łatwo mieć. Przerywam mu, radzę, żeby się zamknął, i chyba nawet trochę krzyczę, bo Emek osuwa się na krzesło, poci się i trzęsie. Z trudem odstawia szklankę. Pyta, po co przyszedłem. Myślał, że jesteśmy kumplami.

Po co przyszedłem?