3.
Opuszczam blok Karambola, ten długi betonowy kloc maźnięty u góry na fioletowo, jakby tam, od szóstego piętra, nigdy nie kończył się adwent. Wygrzebuję chesterfielda i wspominam dobre czasy, kiedy nie musiałem kupować sobie papierosów. Nieszczęsny Kutavaggio. Morderca musiał go znać. Ten cwany szczur nigdy nie otworzyłby drzwi obcemu.
Orientuję się, jak niewiele wiem. Nie mam pojęcia, kto zamordował Kutavaggia, ale przeczuwam, że matula mogła mieć trochę racji i istnieje związek pomiędzy tą śmiercią a telefonem. Wizyta u Karambola nic nie pomogła. Przypuszczam, że z komórką pomógłby ktoś młody, jeden z tych, którym nosy poprzyrastały do ekranów.
Czy zrobiłem błąd? Może powinienem wziąć pieniądze od Janiny? Jak tak dalej pójdzie, skończy się na pięciu stówkach od Karambola. Tak się głowię, ćmiąc szluga, i nagle dzieją się dwie rzeczy naraz. Nokia mi się rozbrzęczała. Nieznany numer. Odczekuję do czwartego sygnału, odbieram. Słychać kobiecy głos, którego nie umiem rozpoznać. Babeczka pyta, czy ją pamiętam. Trudno mi odpowiedzieć, bo moją uwagę zaprząta coś innego. Rzucam niedopałek i przecinam Białostocką.
Kobieta przedstawia się i powtarza swoje pytanie. To Kryśka, córka Janiny. Pamiętam ją ze stypy. Udaje zakłopotaną, chwali obsługę, przymila się i wreszcie wyłuszcza, w czym rzecz. Chciałaby się spotkać na niezobowiązujące pogaduchy. Kawa czy coś. Odpowiadam, że kawę pija się w domu, ale zapraszam na kielicha. Podaję czas i miejsce. Kryśka cały czas się śmieje. Słyszę, że jestem prawdziwym facetem. Szybko podejmuję decyzje. Niczego się nie boję. Może to prawda, droga Krysiu, ale muszę kończyć.
Muszę kończyć, bo po drugiej stronie Białostockiej stoi zakapturzony gość w białej kurtce puchowej, którego wcześniej widziałem nad Wisłą. Szpieg z niego jak z dupy armata. Na mój widok zaczyna się cofać, uderza zadkiem o fiata, odwraca się i daje w długą. Ja za nim. Leci Białostocką. Roztrąca przechodniów, przeskakuje przez smycz i odprowadzany przez ujadanie yorka wpada w Markowską. Wyciągając kulasy, docieram do zakrętu. Matko jedyna, ależ spierdala! Widać tylko białą kropkę cwałującą chodnikiem. Jaśnieje w blasku stacji paliwowej. Gnam co sił i dystans między nami powoli się zmniejsza. Powinienem dopaść go gdzieś na Ząbkowskiej. Skręca w prawo, więc chce dotrzeć do Targowej. I świetnie. Tam światła, tramwaje, przejścia podziemne. Jest mój.
Na Ząbkowskiej zmniejszam dystans do kilkunastu metrów. Sukinsyn leci na rezerwie. Rozrzuca nogi na boki. Wpada na dziewuchę z kebabem. Dziewucha krzyczy. Mało, a pośliznąłbym się na baraninie w cieście. Jest prawie mój, myślę, i następuje coś niespodziewanego, czyli ciemność. Klękam, kaszlę. Płuca jak osmalony jeż. Nie mogę się podnieść. Przez załzawione oczy widzę białą kropkę znikającą za zakrętem na Targowej.
Mija dobrych pięć minut, dochodzę do siebie. Ocieram twarz brzegiem koszuli.
Zejdę do paczki dziennie, przysięgam. Kelnerzy są dobrzy w biegach, zwłaszcza na krótkie dystanse. Śmiertelnie niebezpieczni, ale na krótkich dystansach. Póki co powtórka z biegu mi nie grozi, więc kolejnego chesterfielda dopalam akurat pod blokiem na Białostockiej. Tym razem Karambol ani trochę nie cieszy się na mój widok. Ja nie cieszę się na jego.
Nienawidzę proszenia o przysługę.