3.
Chyba nigdy nie zleciałem tak szybko po schodach. Łapię głębszy oddech i cwałuję przez podwórko obok kapliczki pod wezwaniem Dubeltowej Matki Boskiej ku kubłom. Strach dodaje sił. Spokoju szukam, zachodząc w głowę, ileż to można dostać za matkobójstwo w afekcie.
Śmieciarze tego dnia nie raczyli się stawić, za to uprzedziła mnie konkurencja. Ojciec z synalkiem właśnie ustawili swój wózek ze szmelcem i nurkują w kubłach z zapamiętałością właściwą tylko najstarszym i najbardziej otrzaskanym menelom. Wbijam się między nich. Synalek już unosi pięści. Tatuś, jak dotąd zajęty zgniataniem puszek, gasi go jednym spojrzeniem. Mówi, że to nie jest mój śmietnik i mam sobie iść.
Ten facet śmierdzi mokrą ziemią, wódą i najtańszym mydłem, minę ma jednak, jakby sam cesarz podawał mu ogień. Oświadcza, że prawo do śmietnika nabył od Ziutka Esperala w zamian za kosze przy przystanku komunikacji miejskiej „Ząbkowska” i jeszcze dopłacił siedemdziesiąt pięć złotych. Ziutek, dodajmy, wydłubuje wszywki za połowę tej sumy. Dziad powołuje się na święte prawo własności, a jego wzrok świadczy o tym, że przegryzłby mi gardło bez żadnych skrupułów. Jednocześnie synek ustawił się na mojej flance, czeka i dyszy.
Mógłbym rozłożyć ich bez kłopotu, lecz znam ciąg dalszy tej przygody. Stary skrzyknie kumpli i mnie dojadą. Poczekają z miesiąc, aż będę szedł pijany. Walną od tyłu. Zawloką do bramy. Przejadą tulipanem po policzku albo i gorzej. W świecie walczę pięścią. U mnie, na Pradze, rozum mym orężem i sojusznikiem.
Skoro dziadyga, ten sęp odpadkowy, nabył uczciwie nasze kosze, atakuję go własną uczciwością. Proponuję czasowy dostęp, powiedzmy, kubeł w leasing na jedyne dwadzieścia minut. Dam całe piętnaście złotych i dorzucę denarka. Stary, rozważając moją propozycję, rusza ustami, jakby żuł skórkę od chleba, za to młody ma chyba więcej rozumu niż tatko, bo chce pogrzebać w śmieciach. Bardzo ciekawi go, czegoż tak szukam.
Stary strofuje młodego: nie godzi się tak, skoro wciąż trwają negocjacje. Przypuszczam, że kieruje nim nie tyle szlachetność, ile lęk przed oberwaniem w kły. Niemniej podbija stawkę. Trzy dychy i ani złotówki mniej.
Zapłaciłbym bez mrugnięcia okiem, ale nawet tę piętnastkę muszę z drobizny składać. Nie mam, panie kochany. Stary wzrusza ramionami. Trudno. Niech młody przetrzepie śmietnik. Rozumiem już, co czuła Janina.
Stoję, a jakbym leżał, jakby mi nogi podcięto. Na moich oczach młody zabiera się za kosze. Przyglądam się temu i kipię z wściekłości. Stary opiera się o wózek załadowany kartonami i szczerzy się drwiąco. Och, starłbym ci z pyska ten uśmieszek, dziadu jeden. Mogę tylko patrzeć — wredny staruch nad dobytkiem życia. I już wiem. Kartony to szare złoto dla tych facetów. Mam inną propozycję.
Dziesięć minut później stoję z telefonem w jednej i denarkiem w drugiej dłoni. Klikam w ekran. Wszystko jest. Przeglądam te obrazki, kwadraciki, czy jak tam to nazywają i widzę coś, co wcześniej mi umknęło. Uruchamiam. Jakby film. Przesuwają się twarze ze zdjęć i portretów. Minie chwila, nim zrozumiem, co łączy te mordy. Zostali otruci. Wszyscy. Co do jednego.
Ojciec z synem wyłaniają się z trzewi klatki schodowej, sapiąc i klnąc. Ciskają na wózek naręcza książek. Oddałem im moją przetrzepaną przez matkę bibliotekę.