3.

Jeszcze nigdy tak szybko nie wytrzeźwiałem. Gniotę puszkę po denarku i ruszam na obchód.

Przy łóżku leży puste etui na okulary. Mamusia bez nich się nie rusza. Co dziwne, pościel jest zmięta, jakby ktoś się na niej kotłował. Odkąd tatko poszedł w długą, przy mamie kręciło się mnóstwo gachów, lecz żaden nie zagrzał miejsca na długo. Znajduję pocieszenie w wyobrażeniu sobie matki na jakiejś gustownej randce przy świecach i kwartecie smyczkowym. Ruszam dalej.

Kurtka wisi na swoim miejscu. Co gorsza, zostały również buty. Mamusia trwa w opinii, że kurtki i trzewiki należy nosić, aż się rozpadną. Oszczędza na wszystkim z wyłączeniem swych nerek i stóp. Gapię się na te trepy jak krowa na kombajn. Klapki też są. Przecież nie poszła na bosaka, nie w taki ziąb.

Włączam i wyłączam radio. Ganiam z aparatem po całym mieszkaniu. Malczewski straszy po staremu. Robię zdjęcia i je przeglądam, jakby to mogło w czymkolwiek pomóc. Spaceruję z nosem przy ziemi. Mdli mnie. Fale zimna i gorąca następują po sobie coraz szybciej. Dławi mnie strach i poczucie własnej bezsilności. Nienawidzę, gdy rzeczy wymykają się spod kontroli. Wszystko, co mogę, to zaciskać pięści.

Dzwoni telefon. To matka.

Odbieram. Gdzie ty jesteś, mamuś, do ciężkiej cholery! Odpowiada mi męski głos, którego początkowo nie umiem rozpoznać. Cedzi głuche, beznamiętne zdania.

Mam natychmiast pojechać do mieszkania Płaczka. Sam, bez broni. Muszę zabrać ze sobą telefon. Jeśli zadzwonię po policję, przyprowadzę kumpla albo zrobię cokolwiek innego, moja mama umrze. Pokroją ją na kawałki i wyślą w paczkach za pobraniem. Swoją rodzicielkę odbiorę na poczcie rozparcelowaną i opłaconą. Priorytet polecony. To właśnie słyszę. Wrzeszczę, że pozabijam ich wszystkich. Zadarli z nieodpowiednim facetem. Jestem Irek Król, kurde bele!

Mężczyzna rechocze i przerywa połączenie.