IV
Misza spał twardym snem, wyciągnięty na pryczy, i śniło mu się, te leci z trudem wąską, ciemną ulicą, a ktoś niewidzialny goni go, chwyta za ramiona, wykrzykując niezrozumiałe surowe słowa:
— Wstawać! Do kontroli!...
Otworzył oczy, podniósł głowę — obok pryczy stał rudy, gruby dozorca i szarpał go za połę kurtki, a wysoki przygarbiony pomocnik naczelnika więzienia patrzał nań ironicznie szarymi oczyma i mówił:
— Proszę wstawać w czas... tu nie w domu u mamusi!...
— Zaraz... — powiedział Misza, uśmiechając się bez urazy, i szybko zeskoczył z pryczy.
Pomocnik naczelnika spojrzał nań, odwrócił się do drzwi i łagodniejszym już tonem zauważył:
— Poprosiłbyś pan o papier i napisałbyś do domu... o pościel... i inne rzeczy... — I, nie oglądając się, wyszedł.
Następnie Misza poszedł się myć, na koniec korytarza, gdzie nad szerokim i długim korytem sterczał ze ściany szereg miedzianych kranów, a z nich krągłymi, grubymi strugami lała się zimna woda... Po korytarzu biegali szaro odziani aresztanci z blaszanymi czajnikami w rękach i od czasu do czasu rozlegało się wołanie:
— Po wrzątek... hej!
Dzwoniąc kajdanami, naprzeciw Miszy szedł wysoki, zgrabny więzień z bladą twarzą, okoloną gęstą, blond brodą; spojrzał na studenta, mrugnął nań i, uśmiechając się, rzekł:
— Co, paniczu, nakryli?
Rudy dozorca przyniósł Miszy kubek ciepłej, lekkiej herbaty i duży kawał razowego chleba. Skórka na nim przypominała podeszwę, a klajstrowaty ośrodek wydzielał kwaśną woń.
Więzienie huczało, jak poruszone gniazdo os. Rozlegały się śmiechy, wymyślania, urywane śpiewki, ostre nawoływania dozorców, na korytarzu miękko szeleściały miotły, chlupotała woda, i Misza, pełen ostrej ciekawości ku życiu i ludziom, zamkniętym w tym starym gmachu z kamienia i błota, z natężeniem wsłuchiwał się w zgiełkliwy szum.
Misza mało czytał, a widział jeszcze mniej; przed wstąpieniem do uniwersytetu życie jego upływało monotonnie w surowym domu siostry i jej męża; czuł się skrępowany pośród studentów, którzy otwarcie i z zapałem mówili mądrym, książkowym językiem o przeróżnych zagadnieniach społecznych. Ogólny prąd niezadowolenia z życia zdążył już otrzeć się o jego duszę, budząc w niej nieokreśloną, lecz zdrową potrzebę protestu, ale nie zdążył jeszcze i nie mógł pojąć, w którą stronę i przeciwko czemu należy zwrócić ów protest. Teraz, czując się bohaterem, z młodzieńczą chciwością wchłaniał w siebie nowe wrażenia, wypełniając nimi ogromną pojemność młodej duszy...
Wypiwszy herbatę, Misza wlazł na okno. Po ścieżce wzdłuż wysokiej ściany, okalającej więzienie, chodził szybkim krokiem z rękami założonymi na plecach barczysty, czarny człowiek w kaszkiecie i krótkiej, grubej marynarce. Chwilami silnym ruchem podnosił głowę i, nie zatrzymując się, szybkim spojrzeniem obrzucał okna. Kilka razy Misza uczuł, że baczne to spojrzenie błyszczących oczu prześlizgnęło się po jego twarzy. Zapragnął powiedzieć coś temu człowiekowi, oznajmić mu swoje nazwisko, spytać, za co siedzi, i gdy człowiek zrównał się z oknem, Misza zawołał z cicha:
— Panie, panie!...
Skądś spod okna wysunął się szyldwach i, grożąc palcem, rzekł surowym głosem:
— Te... nie wolno!
Człowiek w kaszkiecie wzruszył ramionami i, uśmiechnąwszy się do Miszy, poszedł dalej. Misza zeskoczył na podłogę. Szyldwach stropił go, uśmiech zaś człowieka z błyszczącymi oczyma uradował go bardzo; zdało się młodzieńcowi, że ten uśmiech ustalił między nimi miłą równość i sympatię...
Około południa wszedł do celi młody i cienki jak trzcina dozorca o twarzy szpetnie podziurawionej śladami ospy. Stanął we drzwiach i, nie patrząc na Miszę, rzekł spokojnie:
— Proszę iść na spacer...
Było nadzwyczaj wilgotno; na więziennym dziedzińcu w dołkach pomiędzy kamieniami lśniła przejrzysta woda; trzej aresztanci chodzili z miotłami po podwórzu i ospale zgarniali ku bramie wodę, ta zaś, już mętna, przesycona błotem, ponownie rozczołgiwała się wolno między kamienie...
Dozorca poprowadził Miszę za węgieł więzienia i niezbyt głośno powiedział:
— Proszę spacerować tutaj, od rogu do ściany... rozmawiać z aresztantami nie wolno!
Tu, pod błękitnym, bezgranicznie wysokim niebem jakby po raz pierwszy dotknęło serca Miszy słowo „nie wolno”; teraz w tych dźwiękach uczuł coś poniżającego, ordynarnie ograniczonego i tępego; zmarszczył brwi i spojrzał w twarz dozorcy, nieruchomą, niby potworna maska, zabawnie obrośniętą kępkami jasnych włosów na kościach policzkowych i na brodzie, i oczy w twarzy tej wydały mu się zbyteczne, obce. Były to oczy ciemne, owalne, jak oczy pięknej kobiety; lękliwie i miękko przykryte długimi rzęsami, patrzały dobrotliwie, smutnie, tliło w nich coś trwożnie zadziwionego, stanowiąc tragiczny kontrast z tą zeszpeconą twarzą,
— Niechże pan chodzi! — rzekł dozorca. — Przystawać też nie wolno...
Misza poszedł wolnym krokiem, a dozorca, oglądając się, cokolwiek na uboczu postępował za nim.
— I po co to wciąż robić bunty? — mówił z cicha, patrząc w ziemię. — Uczyłbyś się pan... zostałbyś z czasem pomocnikiem prokuratora, ot i koniec! A pan — robi bunty... taki młody, przystojny... pewnie ma pan mamę?..
Ciche jego słowa poruszyły Miszę do głębi; zatrzymał się, roześmiał i, przykładając rękę do piersi, chciał również powiedzieć coś prostego, dobrego... ale dozorca przerażony odsunął się raptownie, obejrzał się naokół i szybko wyszeptał:
— Idźże pan, idźże pan! Zobaczą, ukarzą mnie za rozmowę... i na tym koniec!
Odszedł i skrył się za węgłem więzienia; młodzieniec zaś, pełen zmieszanych uczuć smutku, ciekawości i radości, jął chodzić wolnym krokiem wzdłuż wysokiego więziennego ogrodzenia...
Nad niskim, jakby zapadłym w ziemię brudnoszarym więziennym budynkiem z czterema basztami po rogach niemo rozpostarło się bladoniebieskie wyblakłe niebo, jakby wymyte deszczami jesieni... Było ono puste, smutne, zimne... i brudne ściany więzienia zionęły również smutkiem i chłodem...
— Ile ja czasu tutaj przesiedzę? — pomyślał Misza, oglądając się wokoło. Zdawało mu się, że i teraz już mógłby opowiedzieć o więzieniu sporo ciekawych rzeczy, gdyby go wypuszczono. I znowu w pamięci jego powstała ulica, tłum przygnębionych ludzi, czarne postacie policjantów, dziewczę...
Porwany wspomnieniami nie spostrzegł, jak szybko zleciał czas przeznaczony na spacer i kiedy ospowaty dozorca, podszedłszy do niego, rzekł:
— Proszę do celi...
— Więc już? — zdziwiony zawołał.
Dozorca skinął głową potakująco. Na korytarzu cichym głosem zakomunikował Miszy:
— Moja matka mieszka w przytułku...
I opuścił głowę jak winowajca.
— Tak!... No, to nic! — rzekł Misza, uśmiechając się, nie znalazłszy słów bardziej odpowiednich. Znów zamknęły się ciężkie drzwi celi, znów ostro i ze złością zazgrzytało żelazo zasuwy i zamku... Misza zatrzymał się pośrodku celi, obejrzał ją, siadł na pryczy, a raptem jakby stopniały wszystkie jego myśli, wszystkie wrażenia, utworzyła się w nim jakaś dziwna pustka i młodzieniec jakby zamarł, pogrążony w zapomnieniu...
I popłynęło życie jego dzień po dniu, monotonnie prawidłowe, jednakowo szare, ale każdy dzień wlewał w jego duszę niedostrzegalną kropelkę czegoś nowego, a każde nowe, choćby najdrobniejsze wrażenie stawało się jaskrawym na bladym, nikłym tle tego życia.