II
Smutna i ciężka była droga biednego kronikarza. Już wiatr jesienny nad borem latał, liście z drzew rwał, z szumem je niósł i o ziemię ciskał. Pola pożółkły, poczerniały łąki, ostatni skowronek dawno już śpiewać przestał. Blade, jakby przygaszone słońce przeglądało przez chmury, wiatrem północnym pędzone! Żurawie z krzykiem porywały się we mgłach, lecąc daleko za morze.
Głodny i zziębnięty, byłby Koszałek-Opałek na nic zmarniał, gdyby nie owe gromadki pastuszków, które na polach, na rżyskach865 palą ognie i kartofle pieką.
Gdzie więc tylko pod lasem, czy w szczerym polu siną smugę dymu i mały ogienek zobaczył, tam szedł, przy chruście siadał i pastuszków o kartofle prosił. Dawali mu je chętnie, bo im, jedząc, dziwy powiadał, a dzieci słuchały, otworzywszy gębki.
— Ho! ho! — mówił. — Nie w takich ja już drogach byłem! Raz, pamiętam, służyłem w wojsku (wtedy byłem adiutantem), a król jegomość miał z całą armią kwaterę pod kominem u jednej baby. Aż tu wypadł nam marsz od pieca do samego proga.
Posyła król mnie, jako adiutanta swego, pytać, czy wojsko maszerować może. Wychodzę spod komina, patrzę, baba przędzie866.
Kłaniam się grzecznie i pytam:
— Czy może wojsko nasze maszerować przez izbę?
Wytrzeszczyła baba oczy, ale mówi:
— Można.
Takem zaraz skoczył do króla, król bębnić kazał, zrobił się ruch okrutny pod kominem, muzyka zagrała marsza i całe nasze wojsko przeszło, prezentując broń przed babą. Kiedy opowiadała później o tym, to nikt wierzyć nie chciał.
— Reta! — mówią pastuszki, szerzej jeszcze otwierając gęby.
A Koszałek-Opałek chrustu dokłada, kartofle gorącym popiołem przysypuje, aż znów prawić zacznie:
— Drugi znów raz tak było:
Żenił się jeden nasz Krasnoludek, ale biedny był i nie miał co na wesele gościom dać. Więc idzie do owczarka867 i mówi:
— Dajże mnie to najmniejsze jagnię, a ja cię na wesele prosić będę.
Owczarek dał. Niedługo przychodzą drużbowie i na wesele go proszą.
— Gdzież będzie to wesele? — pyta owczarek.
— A w mysiej norze — odpowiadają drużbowie.
— Ano dobrze.
Wystroił się owczarek w nową kapotę, buty sadłem wysmarował868, wstążeczkę u koszuli zawiązał — idzie.
Ciężko mu było wejść, ale jak się dobrze przygiął, tak i wszedł.
Dopieroż się zadziwił!
Myślał, że w takiej mysiej norze, to będzie i ciasno, i brudno, a tam wszystko od złota aż lśni. Tu muzyka przygrywa, tu panna młoda w pierwszą parę idzie, tu stół zastawiony choć na sto osób, tylko się pieczenie smakowite z tego jagniątka kurzą.
Najadł się owczarek do syta, wytańcował, ile chciał, jeszcze mu i na drogę muzyka grała. To jak wyszedł na ziemię, tak tylko precz869 śpiewał a śpiewał, a to wesele wspominał, póki tylko żył.
— Laboga!... — wrzasną znów pastuszki, wytrzeszczywszy na Koszałka-Opałka oczy. A ów głową kiwa i rzecze:
— Tak! Tak! Krasnoludki, choć małe, mocne są i dużo rzeczy wiedzą.