III

Wielki plac, przecinający dwie główne ulice miasta; w pośrodku62 wznosi się grobowiec Aleksandra; na prawo gmach sądowy i Cesareum; na lewo giełda i gimnazjum63. W głębi akademia Hypatii i zburzona biblioteka, spośród gruzów której wznosi się wysmukła, monolitowa kolumna. Grupy ludu zbierają się tłumnie; Piotr lektor przemawia do nich. Wzburzenie.

GŁOS Z TŁUMU

Nie będzie kaźni?

PIOTR

Nie. — W ostatniej chwili,

Kiedy liktorzy64 dom już otoczyli,

Gdy niewolnicy byli skrępowani,

Z piekłem zbratana poganka, ich pani,

Wyzwoleńcami wszystkich ogłosiła.

GŁOS Z TŁUMU

Szatański wybieg, żeby obejść prawo.

PIOTR

Któż wiedzieć może, czy w tajemnej zmowie

Sama Hypatia z mordercą nie była?

GŁOSY

Śmierć — i przekleństwo!

INNE GŁOSY

Zapłaci nam krwawo!

PIOTR

Słudzy biskupa giną...

GŁOS

Niech odpowie

Za Anafesta krew!

GŁOSY

Niechaj odpowie!...

PIOTR

Świątynie Pańskie pustoszeją oto,

A tłumy biegną, by widzieć jej czary,

Słyszeć jej wróżby — i sprośne ofiary

Czynić bałwanom — i obmyślać zbrodnie

Na zgubę chrześcijan!...

GŁOS

Ha! Wieczna sromota!

GŁOSY

Dom jej rozburzyć!... Spalić jak pochodnię!

wrzawa wzmaga się; słychać okrzyki

Anafest!... Cyryl!... Przekleństwo mordercy!

GŁOS NIEWIEŚCI

Przysięgam, że ta pogańska zwodnica

Wróży z szafirów i z blasków księżyca,

Które rzeszotem65 kryształowym chwyta.

GŁOS STARCA

Uwodzi młodzież!

INNY GŁOS

Z gwiazd nocami czyta...

GŁOSY

Niech niewolników odda — lub przepada!...

Wszystkich wyzwolić to podstęp!... to zdrada!...

GŁOS KOBIECY

To tak, jak gdyby wspólniczką ich była...

INNY GŁOS

Od stóp do głowy nieczysta w niej siła...

PIOTR

Pan pomsty żąda! — Ludu sprawiedliwy,

Ty wołaj za mną: Biada! biada! biada!...

I bądź jak gniewu piorunowa strzała,

Puszczona z Pańskiej cięciwy!

Pomsta poganom!...

GŁOSY

Hypatia!.... Hypatia!...

Niech krwią obmyje — a ciałem swym otrze

Drogi skalane swą stopą w tym mieście!...

Niechaj przepada! niech ginie!...

PIOTR

Nareszcie!...

GŁOSY

Śmierć! śmierć poganom! Ty nas prowadź, Piotrze!

Wzburzenie wzrasta.

Od wschodu nadciąga orszak pogrzebowy; młodzi katecheci66 idą naprzód z pochodniami; dalej kapłan z krzyżem i dwóch subdiakonów67. Parabolanie niosą zakryte mary68, na których spoczywają zwłoki Anafesta. Słychać prosty, liturgiczny śpiew na dwa głosy.

GŁOS PIERWSZY

Człowiek, z niewiasty zrodzony,

Podlega wielu nędz69...

GŁOS DRUGI

Jak kwiat usycha skoszony,

Przemija jako cień...70

CHÓR

Kyrie elejson71!...

GŁOS PIERWSZY

Azaliż72 godnym jest Ciebie,

Byś nań obracał wzrok?

GŁOS DRUGI

Ty, któryś wiecznym jest w niebie,

A nie masz liczby lat!

CHÓR

Chryste elejson73!...

Orszak nadciąga znowu. Z przeciwległej strony ukazuje się wóz Hypatii, której Dejteros towarzyszy do akademii. Hypatia owinięta w płaszcz długi i ciemny, trzyma w ręku kilka świeżych róż.

GŁOS Z TŁUMU

Precz tam!... Precz z drogi, przeklęci poganie!

INNE GŁOSY

Wóz!... wóz zatrzymać! Wóz niechaj tam stanie!

Dejteros wstrzymuje wóz; w głębi, w kurzawie ukazuje się Amoniusz z mnichami

HYPATIA

Co to, Dejteros, pochód?

DEJTEROS

Chrześcijanie

Grzebią zmarłego.

Hypatia powstaje — patrzy chwilę — a potem rzuca róże przed niosących mary.

HYPATIA

Ty byłeś nam wrogiem...

Przebacz — i żegnaj!

AMONIUSZ

To ona... to ona!...

To jest Hypatia!...

KAPŁAN

posępnie

Zamordowanego

Nie stroim w kwiaty!

Orszak przeciąga dalej. Słychać śpiew.

HYPATIA

Czego ten człowiek tak krzyknął, Dejteros74?

DEJTEROS

Och! ja się lękam o ciebie! Ta wrzawa

Wróży nieszczęście...

PIOTR

Ha! Świadczę się Bogiem,

Że ta przeklęta nawet trupa tego

Czarami swymi chce urzec...

GŁOSY

Precz z nimi!

AMONIUSZ

Śmierć!... śmierć poganom!...

GŁOSY

Śmierć córce Teona!

Niech ginie, nędzna!...

Wzburzenie wzrasta; garstka pogan otacza wóz Hypatii. Parabolanie, niosący zwłoki, rozdzielają przez chwilę obie grupy.

HYPATIA

O, tak! niechaj ginie!

I po cóż żyć ma, gdy ojców jej miasto

Wkrótce się w dziką zamieni pustynię?

Gdzie wielkość nasza? Gdzie są te zdobycze,

Które zebrały wieki dla przyszłości?

Gdzie księgozbiory sławne? — Gdzie muzea75,

Na które niegdyś nosili kamienie:

Eratostenes76, Hipparch77, Timochares78?

Gdzie ustroń79 cicha, w której Ptolemeusz80

Samotny, dumał nad układem świata?

Gdzie są pomniki nasze narodowe,

W których się taił duch wolny Hellady?

Ja tylko jeszcze podnoszę dziś głowę —

I ten obelisk sierocy — i blady.

Wiek — a posępna ciemnoty niewola

Padnie na kraj ten skrzydłami mrocznemi...

Niechaj więc ginę! Niech spełni się dola

Tych, co przeżyli potęgę swej ziemi!

Zakrywa twarz płaszczem.

GŁOS WSPÓŁCZUCIA Z TŁUMU

Bogdajbyś81 była len przędła, niewiasto!

DEJTEROS

Kto nad wielkimi płacze, bywa mały.

Orszak pogrzebowy przechodzi, obie grupy łączą się w najwyższym zamieszaniu.

AMONIUSZ

wznosi krzyż

Pan walczy!... ludu!... Pan walczy!... Kto ze mną?...

DEJTEROS

Nie słońce! Ono nie bywa, gdzie ciemno!

PIOTR

rzuca się do wozu

Przeklęta! Ciało twe zrąbię w kawały

I psy prefekta karmić będę nimi!

DEJTEROS

odtrąca go ramieniem

Wpierw je rozłakom szczętami82 własnymi...

walczą

Przez wszystkie bogi... precz od niej... zuchwały!

Dejteros upada. Tłum ciska klątwy i kamienie.

HYPATIA

z nagłym przerażeniem

Dejteros!... bracie!...

PIOTR

Ha!... giń, potępieńcze!

DEJTEROS

gasnącym głosem

Brońcie jej...

Garstka pogan rzuca się do kamieni z wściekłością.

AMONIUSZ

Nędzni!... wybiła godzina!...

HYPATIA

z siłą

Umrzeć już muszę!... muszę umrzeć!... Bracia,

Dajcie mi zginąć! Ja jestem okupem

Spokoju miasta... pozwólcie mi zginąć!...

do stojącego najbliżej

Dalej!... uderzaj!...

GŁOS Z TŁUMU

Przeklęta odwaga

Szatańskiej pychy!

PIOTR

przedzierając się przez tłum

O! zginiesz! Za włosy

Ciągnąć cię będę po ulicach, nago...

Żadnej boleści nie dam cię ominąć

I żadnej hańbie... sam piekło wyręczę...

Zginiesz! Ja twoim poszarpanym trupem

Zamiotę wszystkie w Aleksandrii drogi...

HYPATIA

Żegnaj mi, świecie!... Widzę jakąś tęczę

Niknącą... Życie! Czym jesteś, o życie?...

AMONIUSZ

Do Cesareum z nią! Niechaj w świątyni

Sprawiedliwości zadość się uczyni!...

GŁOSY

Do Cesareum!... Precz z woza!... Precz z woza!...

PIOTR

Noża83 mi dajcie! Tamten spadł...

GŁOSY

Powroza!

Związać ją!... Z rąk się wymknie, czarownica!...

HYPATIA

pochyla się do umierającego Dejterosa i mówi z cicha

Dejteros! dusza nigdy nie umiera!

Formy są zmienne, lecz idee wieczne —

I nad łez ziemią — są światy słoneczne!

Żegnaj mi, bracie!

Piotr zrywa z niej płaszcz

...Bogi!... wielkie bogi!...

O! nie opuszczaj ty mnie, ojców męstwo...

AMONIUSZ

nadbiega i uderza ją w pierś nożem

Ha! masz, przeklęta poganko!...

HYPATIA

silnym, dźwięcznym głosem

O Helios!...

Chwieje się chwilę i pada martwa. Piotr zrywa z niej szatę. Tłum wśród okrzyków ciągnie obnażoną do Cesareum.

PIOTR

Za wcześnie kona...

AMONIUSZ

z nagłym pomieszaniem

Na pomoc!... Na pomoc!...

GŁOS Z TŁUMU

O! opłakane, pełne klęsk zwycięstwo!

Vesalius84

O pracach lekarskich i anatomicznych Vesaliusa mamy obszerne studium Adriana Burggraeve’a85; lecz wiadomości ściśle biograficzne nader są szczupłe. Ograniczają się one niemal do kilku powszechnie znanych szczegółów.

Oto treść ich główna: Vesalius należał do rodziny, która od miejsca pochodzenia, Wesel86, przybrała swoje nazwisko. Nauk słuchał w Löwen i w Paryżu, poświęcając się głównie anatomicznym pracom. Około 1544 r. miewał publiczne odczyty w Bazylei, Padwie, Bolonii i Pizie. Główne jego dzieło, Corporis humani fabrica87, ukazało się w Bazylei w 1543 r. Był kolejno przybocznym lekarzem Karola V88 i Filipa II89. To wysokie stanowisko nie ochroniło go od prześladowań Inkwizycji, która na mocy bulli90 Bonifacego VIII, zakazującej pod klątwą dysekcji91 ciał ludzkich po śmierci92, niezmordowanego tego badacza przyrody uwięziła i na śmierć skazała93. Później dopiero, łagodząc pierwotny wyrok, zmieniono karę śmierci na pokutną do Ziemi Świętej pielgrzymkę, skąd przyzwała Vesaliusa Rzeczpospolita Wenecka, chcąc mu na powrót94 powierzyć katedrę anatomii w Padwie po śmierci Fallopiusza95 w 1560 r. Vesalius w powrocie rozbił się z okrętem około wyspy Zante96 — i tam umarł z głodu. Cuvier97 w swojej historii nauk przyrodzonych9899 takie mu daje świadectwo: „Padł on, jak Sokrates, ofiarą tej walki, to utajonej, to otwartej, którą ciemnota i fanatyzm po wszystkie czasy toczyły z badaczami przyrody i prawdy”.

*

Obszerna komnata w maurytańskim100 stylu; w pośrodku101 wielki stół, na którym leży ksiąg kilka; jedną z nich zamyka pogrążony w myślach Vesalius. Przed nim stoi przyjaciel jego Silvio; w głębi stary sługa. Wieczór. Rzecz dzieje się w Madrycie w XVI wieku.

VESALIUS

Dziwna budowa! Z tęczy i z mgły cała...

Bez żadnych podstaw, jako rajskie ptaki,

Które — jak mówią — przyroda skazała,

By na piór swoich zawieszone złocie,

Nie tknąwszy ziemi, w błękitnych zórz szlaki

Leciały — gniazda nawet ścieląc w locie...

Dziwna budowa!... Człowiek myśl swą ciska

W jakąś odległość mroczną i niejasną,

Zanim ją zmierzyć i ogarnąć umie,

I wszelką próżnię treścią swoją własną

Wypełnia, w marzeń pomieszanych tłumie

Coraz to nowe wznosząc gmachy błędu,

Tak, jakby proste przyrody zjawiska,

Jakby natura zbyt była mu bliska

I nie dawała umysłom rozpędu...

Cóż są te księgi, z których pokolenie

Nasze swą mądrość czerpie jak ze zdroju?

Próbka wiecznego ducha niepokoju,

Której na imię jest czczość i marzenie...

Gdzie rzeczywistość taka jest na świecie,

Coby w systemie tym miała swą duszę?...

Idź, marzycielu! strój lutnię poecie!

— Na innej drodze ja zwyciężyć muszę!

SILVIO

Czyż warto walczyć?... Mistrzu, pomyśl o tem!

Madryt wre cały; zazdrośni twej sławy

Wielkie twe imię obrzucają błotem,

A przyjaciele szepcą je z bojaźnią...

I gdyby nie to, żeś króla tak bliski,

Już by się w burzę rozgrzmiały te błyski

Głuchej zawiści, co grożą ci kaźnią —

I straszną łuną dzień zwiastują krwawy.

VESALIUS

Silvio, tyś jednym z głosów tych, co we mnie

Walkę namiętną długie wiodły lata

O berło woli mojej nadaremnie...

O przyjacielu! kto raz okiem ducha

Dojrzy cudowną budowę wszechświata,

Kto raz się dotknie zasłony przyrody

I w majestacie myśli się zasłucha,

Ten poprzez tłumów groźby i przekleństwa,

Przez piekło ognia, przez ocean wody

Z wzniesionym czołem pójdzie — i dosięże102

Tajemnic bytu, choćby je miał ziemi

Rozświecić stosem własnego męczeństwa —

Tak w imię prawdy, bracie, walczą męże!

SILVIO

Powiedz: Tak giną.

VESALIUS

Niechaj ginę z nimi,

Lecz niech myśl moja, jak smuga świecąca,

Świadczy ludzkości, żem wzlatał do słońca.

SILVIO

Strzeż się, Andreo! Miasto pełne wieści,

Że znów w tym domu, w podziemnej kaplicy,

Wydarty grobom trup leży niewieści.

Lud się odgraża...

VESALIUS

Cieniów służebnicy!...

Słuchaj mnie, Silvio! Gdybym mógł pierś własną

Otworzyć, by w niej wyśledzić drgające

Życie, nim oczy we mgłach mi zagasną;

Gdybym mógł domysł raz nazwać pewnikiem —

I krzyk ostatni mieć tryumfu krzykiem,

Wbiłbym w nią nóż ten... ha! nożów tysiące!

SILVIO

Mistrzu, ze słów swych wykuwasz koronę

Dla swojej głowy... Lecz zważ, czy to warto

Strawić wiek męski nad ciemną tą kartą,

Która ci życie śmiercią znieważone

Przedstawia w dzikim rozkładu chaosie?

Dumać, z utkwionym w czoło sfinksa103 okiem —

I — bogdajbym104 był fałszywym prorokiem,

Znaleźć zagadki swej słowo — na stosie?

VESALIUS

Ty bluźnisz, bracie! Przyroda jest niema

Dla tych, co pytać nie mają odwagi.

Lecz — kto oburącz sfinksa tego chwyta

I śmiało patrzy w zagadki oblicze,

Choćby go tłumów szarpały zniewagi

I grzmiało nad nim wieków anatema105,

Ten pojmie słowo bytu tajemnicze

I pierwszych przyczyn hieroglif wyczyta.

SILVIO

Walka ta straszna jest — i jest wątpliwą.

Wspomnij, Andreo, tych, co już w przeszłości

Zażegli106 jasne pochodnie ludzkości...

Gdzież są — i jakie z posiewu ich żniwo?

Aleksandryjska szkoła! Wielkie słowo!

Lecz powiedz, kto dziś wie — po latach tylu —

O sławnym w wieku swoim Herofilu?...107

Wszak po Galenie108, nawet po Mondinim109

Wszystko musiałeś zaczynać na nowo...

A kto zaręczy, że to, co dziś czynim,

Nie będzie kiedyś nazwane nicością?

VESALIUS

Mylisz się, Silvio! Ta praca zagasła

To ostudzone ogniwa łańcucha,

Którego nowe przeguby i skręty,

Nazwane jutrem myśli — i przyszłością,

My dziś w ognisku wykuwamy ducha.

Strażnica wieków zdaje swoje hasła

Nowozaciężnym szermierzom wyłomu.

W czasie nie ginie nigdy trud podjęty,

Ani energii przerobionej suma...

A myśl, co w ciszy o wszechświecie duma,

Niech się nie zdaje straconą nikomu...

Wieki ją przyszłe odnajdą, obaczą —

I o nią wielkie ruchy swe zahaczą.

SILVIO

Słowa! Czcze słowa! Na mego patrona,

Ja z mojej pracy chciałbym widzieć zyski

Na własne oczy — póki zwę się ciałem,

I za tę cenę krajałbym z ochotą

Nie tylko trupa, ale bullę złotą,

Która zabawki tej zabrania srodze...

Lecz gonić jakieś oddalone błyski,

Paść duszę jakimś bladym ideałem,

Wiecznym pątnikiem być na prawdy drodze,

Żyć słowem, choćby słowem nieśmiertelnym,

Dios!110 jakem Hiszpan, zbyt to jest subtelnym!

Po co się rzucać jak nurek w głębiny

I wśród współczesnych zwać się już przyszłością?

Cóż są twe prace? — Głuche podwaliny,

Których wieżyca, co w błękit wybiega,

Nigdy nie uczci — a rzadko dostrzega.

VESALIUS

Więc niech powstaną olbrzymie te duchy,

Co sztandar wiedzy niosą przed ludzkością,

Choćby mnie blaskiem swoim zaćmić miały!

Niechaj się zbudzą potężne te ruchy

Swobodnej myśli, co lecąc do słońca,

Daleko skrzydłem poziomy odtrąca —

Choćbym ja przy nich tak wydał się mały,

Jak atom pyłu, co w blasku drży płowy...

A gdy się wzniesie gmach wielki, gmach nowy,

W którym myśl szczytem, a murem są czyny,

Niechaj potomni mój kamień grobowy

Dorzucą między głuche podwaliny...

Ja innej sławy nie pragnę dla siebie.

SILVIO

Słucham, podziwiam — i milcząc, odchodzę;

Męczeńska palma nie nęci mnie zgoła...

Radzę ci, mistrzu, zawiń się w swej todze —

I od dziś ucz się umierać wspaniale...

To ci się przyda. — Ha! Przez Boga w niebie,

Jeśli cię schwyci trybunał tajemny,

Jeśli w Madrycie, ku większej twej chwale,

Będzie zbyt jasno, jak na wiek tak ciemny,

Pierwszy dam poklask!

Wychodzi.

VESALIUS

Tak! Uchylisz czoła!

po chwili milczenia

Hagonie! czas już; idź, zawołaj Nela,

Rozjaśnij lampę, w oknach spuść makaty;

Potem zstąp cicho — i ruchome kraty

Odsuń w grobowcu...

HAGON

Och! na Zbawiciela

Mękę i rany! Panie mój dostojny,

Wstrzymaj się! Jak to, chcesz ty z Bogiem wojny?

Grób, panie, każdy w całym kręgu świata,

Jest taką rzeczą, której niebo strzeże,

Chociażby żadna nie strzegła jej krata...

Czyż chrześcijanin, panie, ma jak zwierzę

Nawet po śmierci nie znaleźć spoczynku

I świecić próchnem swych kości na rynku?

Grób ma też wstydy i dziewictwo swoje;

Podglądać rzeczy, które śmierć zakrywa,

To zbrodnia ciężka, sprośna111, niegodziwa!

Niech Nel odejdzie, panie... ja się boję!

VESALIUS

Hago! rozumiem ciebie, jak myśl własną;

Czuję, jak zgroza w pierś ci rzuca mrowie...

A jednak — słuchaj! Nim światła te zgasną,

Zapytam śmierci — a ona odpowie.

HAGON

Panie najmilszy! jam biedny i siwy —

I w życiu byłem nie zawsze szczęśliwy,

Karmiąc się czarnym kęsem lada jakim...

Lecz choćbym nawet stokroć był żebrakiem,

Choćbym nędzarzem był, co łaknie chleba,

I choćby w grobach góry złota były,

Jeszcze bym jednej grudeczki z mogiły

Nie ruszył — tak mi Panie Boże z nieba

Dopomóż w mojej ostatniej godzinie!

VESALIUS

Więc ja sam pójdę; weź pochodnię, Hago!

Śpieszmy! Noc letnia jak chwilka przeminie.

HAGON

O panie! nie grzesz ty taką odwagą,

Bo się przerazi grób — i trumna wyda

Sama umarłych... O! co za ohyda

Nie dać trupowi dospać do dnia sądu...

Umarłych krajać... O panie mój miły!

Ten nóż splami ci ręce, jak rdza trądu —

I wszystkie puste przeklną cię mogiły

Tak, że sam kiedyś, po najdłuższej dobie,

Nie znajdziesz ciszy w własnym swoim grobie!

VESALIUS

Słuchaj, ty wierny, stary! Są na świecie

Dusze, podobne zwichrzonej komecie,

Które gwiazdami nie są — i nie mogą

Cicho się palić na niebios błękicie,

Ale targane niepokojem burzy,

Lecą ogromną, pełną iskier drogą

I w krwawych snopach ognia, który wróży

Dziwne przewroty, gubią z siebie życie...

A kiedy takie komety zagasną,

Zostaje po nich łuna... Kto wie, stary,

Czy ja mieć będę mogiłę swą własną,

Pogrzeb i księdza i śpiewy i mary...

HAGON

O panie! oczy te zamglone

Widziały rzeczy straszne, przeraźliwe...

Smętne orszaki, słupy osmalone —

Czerwone głownie112 ludzkie, w ogniu żywe,

Których oddechem był dym, a spojrzeniem

Iskry gasnące pod sczerniałym niebem...

A wiatr był płaczką, trumną — i pogrzebem...

A ciężka klątwa grobowym kamieniem...

Chceszże ty, panie, ginąć, jak kacerze113,

Ohydni Bogu — i umarli wierze?

Chceszże ty oczy moje tak zasmucić,

Bym ich na słońce nie śmiał już obrócić?...

VESALIUS

Słuchaj mnie stary, masz wnuka, lub syna?

HAGON

Mam córkę, panie — i wnucząt — już troje...

Co za diablątka wesołe — a psotne!

Najmłodszy Gonzalw, prześliczna dziecina!

Gdy przyjdę, szyję mi rączką oplata,

A drugą siwe moje wąsy targa...

VESALIUS

Widzisz, ja nie mam córki, ani wnuka...

Dom mój jest pusty, a życie samotne,

Myśli — a księgi — to już wszystko moje

I nie zostawię nic, schodząc ze świata...

No, stary! otrzyj łzy! To nie jest skarga!

Widzisz, tak czasem serce się oszuka

W swojej miłości, że zamiast rodziny

Kocha samotnych swych badań godziny —

I cel daleki — który na swym grobie

Chce zamiast syna zostawić po sobie.

Chceszże mi pomóc?

HAGON

A więc, niech tam w niebie

Bóg oczy zamknie — i nie widzi ziemi!

Panie mój, nigdy nie opuszczę ciebie...

Zostań; sam trumnę rękami własnemi

Otworzę, trupa przyniosę tu z Nelem.

A jeśli czarna uderzy godzina,

Niech nikt nie mówi, że Hagon się lęka

Być nieszczęsnego pana przyjacielem...

Zginiemy razem... Kocham cię, jak syna!

VESALIUS

Dzielny mój stary! Oto moja ręka!

Hagon oddala się z pośpiechem.

. . . . . . . . . . . . . . . .

O tajemnico, stokroć życia warta!

Jaż bym się zachwiał u twoich podwoi114,

Kiedy przede mną ciemna twoja karta

W nagłym przebłysku objawiona stoi!

Jaż bym się zachwiał, zrobiwszy już tyle!

Czyliż wiek męski zaprzeczy odwadze

Młodości mojej? — a trwoga — mej sile?

Czyliż sam siebie i cele swe zdradzę?...

Jaż bym się zachwiał? — Mistrzów moich duchy

Wołają na mnie: «Śpiesz!...». W wieków pomroce

Przyszłych pokoleń zaczynione ruchy

Wołają na mnie: «Śpiesz!...». Bezsenne noce,

W których zbierałem rozbite okruchy

Tajemnic wiedzy, ciszy mi nie dają,

Lecz jak sto haseł: «Śpiesz się! śpiesz!...» wołają.

Do czynu zatem! Na wieków zegarze

Narodzin światła wybija godzina...

Za sto lat jakich — wzniosą mu ołtarze...

Lecz niech ja pierwszy światu dziś pokażę

Odrodzonego myśli mojej syna.

Dość snu! Niech ludzkość powstanie ockniona!

staje w zamyśleniu przed otwartym oknem

O nocy! bądź mi stokroć pozdrowiona!

Bądź mi pozdrowion, ty uśpiony grodzie!

Bądź pozdrowiony, wielki ty narodzie,

Nad którym wiszą mgły dziejowej cienie...

Bądź pozdrowiona, ludzkości, walcząca

Z własną niemocą na drodze do słońca...

Ty, co krzyżujesz proroki twe wieszcze,

Co w bólach rodzisz duchowe olbrzymy,

Bądź pozdrowiona! Gdy stosów twych dymy

Krwi purpurowe zagaszą już deszcze,

Ty prochom moim zwróć to pozdrowienie!

. . . . . . . . . . . . . . . .

Jakże mi smutno dzisiaj! Jakieś głosy,

Stłumionych żarów pełne i tęsknoty,

Szepcą mi w duszy słowa upojenia!...

Jestem jak Arab, ginący z pragnienia,

Który z oczyma, wbitymi w niebiosy,

Z błękitów czeka zejścia białej rosy,

By nagą piersią przyjąć jej pieszczoty...

O!... jak mi smutno!... Chciałbym skłonić głowę

Na czyjeś ramię — i odpocząć w ciszy —

I myślom gorzkim wykraść te godziny,

W których pierś każda snem, lub żądzą dyszy,

I usnąć — jak to miasto marmurowe...

. . . . . . . . . . . . . . . .

O nocy, stokroć samotna! O nocy,

Która dla tłumów miękkie ścielesz łoże!

Myśl na twych skrzydłach gwiaździstych ulata

W nieskończoności pełne głębin morze

I szuka pierwszych, wielkich dźwigni świata

I ginie w własnej niemocy!...

O życie! Wielkie nic, bytem nazwane!

Palących pytań pełne masz źrenice

I w pierś mi ciskasz — jako błyskawice,

Zagadki swoje — nigdy nie poznane...

Ty myśl człowieka przerzucasz od krańca

Niemych podziwów dla złotej swej księgi

Aż do zwątpienia, smętnego wysłańca

Zbudzonej w duchu świadomych potęgi...

O życie! Twoje kwiaty i owoce

Są dla tych tylko, co wielbią twe słońce;

Dla myśliciela masz samotne noce

I gorzkich zwątpień amfory trujące.

. . . . . . . . . . . . . . . .

Chwila milczenia.

Hagon i Nel wnoszą trupa młodej kobiety.

NEL

Uf!... ciężka! — Jeśli Pan Bóg na wagę ją bierze,

To dobry handel robi... Panie, gdzie położyć?

VESALIUS

Tu... na stole... ostrożnie...

NEL

Na mego patrona!

Gdyby ta piękna panna miała tutaj ożyć,

Dopiero by to była srodze zadziwiona!

Piękne mi towarzystwo: obcęgi — i noże —

I noc... A jaka czarna noc!... Panie doktorze,

O czepiec mej prababki z wami się założę,

Żem zarobił reala115... — Hej! słuchaj mnie, Hago!

A przestańże tam klepać, jak tartak, pacierze

I zabierz tę zasłonę — trupy chodzą nago.

Chce zdjąć zasłonę pokrywającą ciało, w czym mu przeszkadza ruch Vesaliusa, zajętego dobieraniem narzędzi.

VESALIUS

Zamilknij — albo odejdź!

HAGON

Jesteś sprośne zwierzę!

NEL

Hę? co? jak?... zwierzę, mówisz?... A ty, mój bałwanie,

Jesteś podszewką zwierza na wywrot116...

HAGON

O panie!

Każ mu odejść! Niech słowem nie kala tej sprawy!

NEL

Odchodzę już!... odchodzę!... Boże mój łaskawy!

Odchodzę już...

zbliża się do stołu

Panienko, czy tańczysz bolero?117

Jeśli nie, jesteś zerem; bo trup — jest to zero!

VESALIUS

Oto zapłata twoja; zostaw mnie z Hagonem...

NEL

Idę... idę... odchodzę... Hej, bańki mydlane,

Co się zowiecie ludźmi, dobranoc wam, bańki!

Co za noc! Albo jestem babki mej wrzecionem118,

Albo w całym Madrycie prawić będą niańki

Dzieciom do snu historie o tej nocy!...

HAGON

Przecie

Dobry wiatr przewiał tę błazeństwa chmurę,

Grad słów sypiącą!

VESALIUS

Duchy rozłamane

Tak przyjmą prawdy rodzące się w świecie:

Jedni z przestrachem odwrócą spojrzenia,

Jak stary Hagon, bojąc się zgorszenia,

Inni, jak Nel ten, pojęciem swem niskiem

Obejmą tylko to, co jest zjawiskiem

I zmienną formą wiecznego istnienia;

A rzadki myślą uleci tam, w górę,

Gdzie prawa pisze Bóg gromowym błyskiem.

Chwila uroczystego milczenia. Vesalius unosi z wolna zasłonę, pokrywającą trupa

O wielki, cichy śmierci majestacie!

O blada jutrznio119 słonecznego świtu!

O pracownico Boga — i przyrody,

Co stapiasz wszystkie formy i postacie

W zaczyn drgający wieczystego bytu

I ścierasz wszystkie bóle i radości

Z martwego czoła tchem nieskończoności,

Zaklinam ciebie, o śmierci milcząca,

Przez wieczny spokój twój — i twoją ciszę,

Niech głos natury jasno dziś usłyszę

I niech ta walka, co pierś mi roztrąca,

Wobec się twojej uciszy pogody!

. . . . . . . . . . . . . . . .

Boże! Ja nie chcę burzyć Twych ołtarzy...

Ja nie chcę wstrząsać świątynią Twej chwały...

Lecz czyż duch, który badać się odważy

Dzieła Twe, Panie, zwan120 będzie zbyt śmiały?

I czyliż mu to poczytasz za zbrodnię,

Że u przyrody jasnego ogniska

Dla wieku swego rozpala pochodnię

I ponad tłumów cień — myślą wybłyska?

Czyż grzech potęgę twórczą Twej wszechmocy

Rozważać w wiecznych ustawach istnienia?

Czyliż Bóg światła — zwie się Bogiem nocy?

A droga prawdy — drogą potępienia?

Nie! Przyjdą wieki nowe, wyzwolone

Z niewolniczego dla bóstwa postrachu

I prawd najwyższych słoneczną zasłonę

Śmiało podniosą w tajemnym tym gmachu,

Gdzie Bóg przyrodzie przepisuje prawa,

A pod jej berło byt wszelki poddawa121.

Stłumione dzisiaj rozbudzą się głosy

I nowe prądy w pierś ludzką uderzą...

Nowy widnokrąg rozszerzą niebiosy...

Duchy walczące potęgę swą zmierzą

Z zagadką życia zwikłaną, prastarą

I wiedzą uczczą to, co dziś czczą wiarą.

Hagon nasłuchuje z trwogą

Dalej, Hagonie! odwagi! Do dzieła!

Uderza nożem w pierś trupa i chwilę pracuje w milczeniu.

HAGON

Panie! ktoś idzie... pochodnia mi drgnęła...

Słychać wrzawę zmieszanych głosów, a po chwili silne uderzenia w bramę.

GŁOS

Otwórzcie, w imię prawa!

HAGON

Idą, panie!...

Ukryjmy trupa...

Usiłuje zarzucić zasłonę na stół.

VESALIUS

zajęty pracą

Co robisz, Hagonie?

Uderzenia w bramę ponawiają się.

HAGON

Panie, to zbiry!... Ja trupa zasłonię...

Zagaszę światło...

VESALIUS

Nie, to być nie może,

Żebym ja teraz właśnie, gdy przyroda

Tajne mi swoje daje posłuchanie

I już mi drogi odsłania przewodnie,

Rzucać miał pracę... Hagon! wznieś pochodnię!

GŁOS

Otwórzcie! Cóż to? szatańska gospoda,

Którą zdobywać trzeba?

Uderzenia wzmagają się.

HAGON

Wielki Boże!

Drzwi wysadzają... Panie! rzuć te noże!

VESALIUS

Milcz, słaby starcze! Wojownik nie ciska

Sztandarów swoich wśród pobojowiska...

Niech uzbrojona do czynu prawica,

Jak jutrznia, wiekom idącym przyświeca...

Wznieś tę pochodnię!

HAGON

O dniu zgrozy wielki!...

GŁOSY

Precz z gwałcicielem grobów! — Precz z hieną!

INNE GŁOSY

Nie dać skry ognia — ni wody kropelki122!

Zburzyć to gniazdo od podstaw do szczytu!

Precz, precz z kacerzem!...

Kamień rzucony w okno przelata123 z świstem, raniąc Vesaliusa.

VESALIUS

O ludu Madrytu!

Noc tę kupuję dla ciebie krwi ceną...

Królewską ceną...

Wrzawę tłumu zagłuszają silne uderzenia w bramę. We drzwiach, wypartych gwałtownie, ukazuje się Inkwizytor ze swoim orszakiem; dalej ciśnie się tłum.

INKWIZYTOR

W imię majestatu,

Mistrzu Vesalio, jesteś oskarżony

O profanację grobów, sprośne czary —

I jak odstępca od najświętszej wiary,

Masz być uwięzion124 — i oddany katu.

VESALIUS

z boleścią

Hiszpanio biedna! Hiszpanio!... Hiszpanio!...

HAGON

rzuca się ku niemu

Ratuj się, panie!

INKWIZYTOR

do jednego z siepaczy

Wyprowadź go, Stranio!

HAGON

szarpiąc się

Chcę z moim panem być!... chcę z moim panem!..

Sercem się ze mną dzielił... chcę więzieniem

Z nim się podzielić!...

STRANIO

A milczże, ty żbiku!

Nie wrzeszcz!... Podzielisz... kajdanów125 wystarczy

Dla was obydwóch — i z trzecim szatanem,

Waszym kumotrem126! Milczże... masz!...

Uderza go pięścią w twarz.

VESALIUS

Nędzniku!

Pies nawet na tak siwą głowę już nie warczy!

INKWIZYTOR

Ohydnej winy zbyt jawne dowody

Widzę na zgrozę oczu — tu — przed sobą...

Jestże127 ta zmarła szatańskim złudzeniem,

Czy też niewiastą, ciałem i osobą?

VESALIUS

Jest ciałem, panie — ołtarzem nauki,

Na którym mądrość rozważam przyrody.

INKWIZYTOR

Bluźniercze słowa! Sto lat już minęło,

Od sławnej chwili, kiedy Bonifacy,

Tego imienia ósmy, ojciec święty,

Potępił bullą ohydne to dzieło

I najsurowszym wyklął je zakazem...

Tyś wbrew ustawie Boga i Kościoła

Śmiał świętokradzkim tknąć trupa żelazem...

Zbrodnia to straszna i o pomstę woła:

Wyklęty jesteś! wyklęty!... wyklęty!...

VESALIUS

Wyklęty? — Z czego? — Czy z błękitów nieba?

Z dobroci Boga? czy z Jego wszechmocy?

Z królestwa myśli? czy z potęgi pracy?

Z ochłody zdrojów? czy z plenności128 chleba?

Z światła poranków?... ze spokoju nocy?...

Wyklęty? — z czego?... z koła nieśmiertelnych

Duchów, co lecą wciąż wyżej — do góry?...

Z spuścizny wielkich? — czy z nadziei dzielnych?

Z macierzystego pnia całej natury?

Wyklęty?... Ależ patrz, Inkwizytorze!

Nade mną świecą jasne gwiazdy boże,

Ziemia z pod nóg mych nie leci w odmęty...

Żyję, oddycham... i mówisz — wyklęty?

INKWIZYTOR

Słuchaj! ta klątwa, której tak zuchwale

Śmiesz dziś urągać w bluźnierczym twym szale,

Jest gromem, który w proch rozbija duchy;

Jest mieczem, co cię od wiernych odcina

I wszystkie twoje obezwładnia ruchy.

Od chwili, w której z siłą piorunową

Nad potępioną twoją zagrzmi głową,

Oddech twój kazi129 — a dotknięcie brudzi...

Zwać się przestajesz dziecięciem swej ziemi,

Bratem w rodzinie, człowiekiem wśród ludzi...

Jesteś nędzarzem, chociażbyś miał złoto...

Choćbyś miał matkę — samotnym sierotą...

I bezpotomnym, chociażbyś miał syna...

I trupem jesteś — między żyjącymi!

VESALIUS

Jakaż to ciemna i dzika potęga

Po godność ludzką do czoła mi sięga?

Jakaż to władza, posępna i krwawa,

Moje najświętsze wydziera mi prawa?

Jestżeś130 ty Bogiem, że słowa twe mogą

Istotę moją zgnieść — i zdeptać nogą?

Nie! Pókim żywy, nie zadrżę przed nikim...

Ja wolny jestem — tyś jest niewolnikiem!

INKWIZYTOR

Zamilknij, stokroć zuchwały kacerzu!

Słów twoich słuchać nie mogę bez grzechu...

VESALIUS

Więc inne niebo stwórz — i inne słońce,

Nad głową moją klątwą gorejące...

Inne powietrze stwórz mi do oddechu...

I przestań Boga mego w swym pacierzu

Nazywać ojcem, gdym ci nie jest bratem!

INKWIZYTOR

Za każde słowo odpowiesz — przed katem.

zwraca się do swego orszaku

Niech wejdą Bianchi131!... Trup ten znieważony

Pogrzebu chrześcijan od nas się domaga...

Zakryć tę zgrozę! Podajcie zasłony...

VESALIUS

Myśl też jest szatą — a prawda jest naga.

Wchodzą pokutnicy w białych kapach, z pochodniami a ustawiwszy się wokoło trupa, rozpoczynają chóralny śpiew. Inkwizytor przyklęka i modli się.

BIANCHI

Ojcze nasz!...

VESALIUS

z uniesieniem

Ojcze wolnych, ludzkich duchów!

Do światła Twego przywołaj błądzące...

Niech imię Twoje wskroś przemian i ruchów

Całej przyrody świeci nam jak słońce!

Niech wolę Twoją wieszczą nam nie gromy

Srogich zakazów, gróźb i przerażenia,

Lecz wszechświat cudów pełen, tron widomy,

Skąd wznosisz berło wiecznego istnienia...

O! daj nam pokarm godny nas — i Ciebie.

Nasyć głód wieków mdlejących w pochodzie...

Niech na Twej ziemi, marząc o Twym niebie,

Nie giną duchy w rozpaczliwym głodzie!

Niech w walce pojęć prawda Twa zwycięża

I niechaj nigdy szermierz Twój nie ima132

Strasznego dziejom i ludom oręża:

Uniesień tłumu — mściwego olbrzyma.

Daj piersiom naszym puklerz133 brylantowy!

Daj myślom światło, potęgi swej gońca!

Niech pękną starej ciemnoty okowy134

I niechaj duchy ulecą do słońca!

Módlcie się, bracia! Ja modlę się z wami...

Chwila milczenia, słychać chór pokutników.

INKWIZYTOR

powstając

Amen! Zabierzcie trupa, pokutnicy!

Niech orszak naprzód rusza z pochodniami...

GŁOSY Z ZEWNĄTRZ

Idą już... idą...

INNE GŁOSY

Miejsca tam w ulicy!...

INKWIZYTOR

Ty, coś śmiał gwałcić Kościoła ustawy,

Nędzny kacerzu i bluźnierco krwawy,

Idź!... niechaj tłum ten z swym urągowiskiem135

Będzie dla ciebie pierwszym stosu błyskiem!

Bianchi wynoszą trupa; siepacze otaczają Vesaliusa; za nimi postępuje Inkwizytor.

VESALIUS

zatrzymując się nagle, patrzy w przestrzeń

Stójcie! Z błękitów błędna gwiazda leci,

Kreśląc w pomroce złotą paralelę136...

— To myśl, co wyższe ukochała cele

I ginie marnie wśród ciemnych stuleci!...

Tłum otacza orszak, tamując przejście. Inkwizytor stara się uciszyć rosnącą wrzawę.

VESALIUS

Silvio, tyś dla mnie był prorokiem kaźni;

Pójdź, spojrzyj! Oto idę bez bojaźni...

O! gdyby tłumy mogły okiem gołem

Dojrzeć ten spokój nad skazańca czołem —

Ideałowi, co daje mu siły,

Wzniosłyby ołtarz — i cześć by złożyły...

. . . . . . . . . . . . . . . .

Żegnaj mi, życie — i ty, boży świecie!

Żegnaj, ojczyzno moja oddalona!...

Chciałbym do kogoś wyciągnąć ramiona,

Powiedzieć: «Kocham!» i płakać jak dziecię!...

O! jak samotna była moja droga

Wśród ludzi, zdarzeń i przemian chaosu!

Nie mam na niebie nikogo — prócz Boga —

A tu, na ziemi, nic, nic, oprócz stosu!

Świta!... Dzień nowy bieli się do słońca...

To mój ostatni dzień! O, stójcie, proszę!...

Umierać idę, jak noc ta mdlejąca,

I śmiercią moją świt ziemi przynoszę!

Witaj mi, słońce, jeszcze niezrodzone!...

Witaj, przebłysku purpurowej zorzy...

Śpiesz się! Niech pierwszy z twych promieni złoży

Na czole moim męczeńską koronę...

Śpiesz się! Niech światła zwycięstwo obaczą

Duchy strudzone, zatrute rozpaczą...

Niech je idei ujrzą męczennicy!

wyciąga z uniesieniem ramiona do wschodzącego od tej chwili słońca

Światła!... ach, światła!... światła!...

INKWIZYTOR

popychając go gwałtownie

Do ciemnicy!