V

Safo śniada, Safo długooka,

Drobna i niepozorna jak zwykle słowiki,

Pokochała niejakiego Faona,

Żeglarza urody przedniej,

Który, choć młody,

Lecz nienawidził liryki,

W szczególności safickiej ody.

Jakżeś ubogą była, siostro, przed nim,

Ty, coś demonów usidliła tylu!

Jak pokorną w jego ramionach!

Ach, bo czym byłby słowik bez swojego trylu,

Słowik w oczach głuchego?

Czym jaśminy, nardy

I fiołki pozbawionym węchu lub beznosym?

Czym dla śpiących ułuda księżycowej nocy,

Oplecionej zefirów szarfą?

Safo!

Natchniona!

Więc się i doczekałaś zasłużonej wzgardy

Niejakiego — Faona.