IV

Bajazyd. — Pobyt u Dżiber-beja. — Awadżyk i przyjęcie u paszy-Khana. — Droga do Khoj.

Bajazyd, wysoko w górach położony, twardo odrzyna się od ich tła czerwonokrwawego, przypopielonego szarym pyłem. Wszystkie szczyty naokół biją tą krwawą łuną, która przesyca powietrze i kładzie dziwne cienie na ubogie domostwa mieściny.

W oddalonej przeszłości Bajazyd znał dni potęgi. Uczepione u skał jak orle gniazdo, miasto miało podobno 10 tysięcy domostw. Dziś liczy zaledwie dwieście nędznych lepianek. Ruiny fortecy i warownego zamku wieńczą jeszcze szczyt góry wznoszącej się nad nim.

Przeszło przez dwie godziny pniemy się po stromych zboczach i wciąż wydaje nam się, że miasto tuż przed oczyma. Furgon staje wreszcie na środku małego placyku. Spostrzegamy się wtedy, że dwa drugie wehikuły zniknęły. Zniknął i Czerkies, który musiał iść za hanum i jej małżonkiem.

Decydujemy się wysiąść, lecz nie wiemy, co począć z sobą. Otacza nas gromada ciekawych, których intrygujemy bardzo, ja szczególniej. Niewesoło jest być europejską kobietą w górach Małej Azji!

— Państwo podróżni? Spodziewacie się tu może hotelu? — odzywa się ktoś za nami, wysławiając się wcale przyzwoicie po francusku.

Oglądam się. Widzę mężczyznę lat 40, o miłej, otwartej fizjonomii. Ubrany jest w mundur oficera armii tureckiej.

— Moglibyście noc całą tak przestać, bo w Bajazydzie nie ma ani jednego zajazdu. Ufam więc, iż zechcecie przyjąć gościnę w mym domu — dodaje z ujmującym uśmiechem nasz interlokutor83. — Nie obiecuję pani komfortu — zwraca się do mnie — o którym tu marzyć niepodobna. Ciasno u mnie i niewygodnie, lecz ciepło i czysto.

Nalega bardzo, a my też nie pozwalamy się prosić zbyt długo. Idziemy więc za owym naszym zbawcą do szarego niskiego domostwa, w którego podwórzu sługa oprawia barana. Maleńka sionka prowadzi do pokoju zasłanego puszystym dywanem, umeblowanego po europejsku i rozkosznie ciepłego i wesołego. Na kominku bucha ogień, przed nim doskonały fotel, w którym mnie gospodarz usadawia. Krząta się sam, napędza służących, by prędzej obiad gotowali, przynosi koniak, zakąski, nalewa z samowaru herbatę.

Dopiero przed chwilą dowiedział się, kim jesteśmy, a nieznajomych przygarnął. Może to zwyczajny ludzki obowiązek w takich zapadłych kątach świata. Może... lecz niewielu z pewnością ludzi umie go wypełniać z tak serdeczną dobrocią z tak nieopisaną delikatnością. Pielęgnuje nas jak ojciec najczulszy niedołężne, słabe dzieci. Zajęty jest nami od rana do nocy, prowadzi nas do miejscowych dygnitarzy, do konsula perskiego, do naczelnika miasta. Sam robi wszystkie zakupy na dalszą drogę, najmuje czerwadarów84, a targuje się z nimi zawzięcie, jak gdyby o jego własną kieszeń chodziło.

Poczciwy, drogi nasz opiekun nazywa się Dżiber-bej i jest pułkownikiem w armii tureckiej (podczas naszego pobytu w Persji został jenerałem85). Od miesiąca zaledwie przybył sam z Konstantynopola. Bajazyd, tak jak Karakilis, posiada dość znaczną załogę wojskową, która ożywia nieco jego głuchą martwotę.

Kurdowie w górach nie próżnują. Nas tylko jakoś szczęśliwie dotąd oszczędzali. W przededniu naszego przybycia obdarli doszczętnie o kilka wiorst od Bajazydu kupca, Turka, który powrócił tu w adamowym stroju. Dżiber-bej poważne żywi obawy o nasze dalsze losy i toczy długie rozprawy z konsulem perskim. Czerkies, który po całych dniach tu przesiaduje, chcąc się nacieszyć jeszcze nami, gdyż szczerze do nas przylgnął, żywy bierze udział w tych dyskusjach. Decydują wreszcie, że przebędziemy kęs drogi pomiędzy Bajazydem i Khoj86 konno i najmują dwa konie dla nas, a cztery pod bagaże! Prowadzić nas będzie dwóch tatarskich czerwadarów o twarzach chmurnych i dzikich.

Za eskortę mamy trzech zapties, z których jeden opuści nas dopiero w Khoj, podczas gdy dwaj inni zmieniać się będą na każdym etapie. Dżiber-bej i konsul zaopatrują nas w listy do kilku dostojników perskiego pogranicza; żona Dżiber-beja przygotowała nam sporą ilość prowizji. Bo nasz pułkownik ma brzydką, ospowatą małżonkę, z którą kilkanaście razy dziennie zamieniamy czułe uśmiechy i wciąż jedne zdawkowe frazesy grzeczności.

Trzy dni zeszły nam na przygotowaniach. Wyjeżdżamy z Bajazydu w chłodny poranek zimowy. Pułkownik i Czerkies odprowadzają nas o parę wiorst za miasto. Dopiero rozstając się z nimi, wsiadamy na koń; ja, notabene, po męsku, bo o kobiecym siodle marzyć nawet nie można w Bajazydzie.

Przykre wspomnienia zachowałam z tych kilku dni podróży. Beznadziejny smutek wieje od nieba, od żałoby obłoków niosących śnieżne zawieje, od gór ponurych, których nie rozwesela żadna roślinność... Nasza nędzna gromadka zdaje się być zgubiona w tych rozpadlinach i wąwozach. Naszych czerwadarów nie chciałabym spotkać wieczorem na samotnej drodze.

Przystajemy raz po raz; Tatarzy i żołnierze zbierają chrusty i niecą ogień, aby choć przez chwilę rozgrzać skostniałe członki. Pijemy raki jak wodę, lecz nasi przewodnicy i zapties, strzegący widać ściśle przepisów Koranu, nie chcą nawet umoczyć ust w zakazanym trunku.

Pierwszego już dnia mieliśmy stanąć na perskiej ziemi w pogranicznej osadzie Awandżyku87. Ale w południe zaczyna się srożyć straszna zawierucha, śnieg sypie kurzawą, wichura gna tumany białych pyłów. Spotykamy na szczęście jakąś kurdzką lepiankę zgubioną w czystym polu. Sklecona jest z wielkich głazów i pokryta słomianą strzechą. Wewnątrz zimno przejmujące; śnieg wpada przez szczeliny ścian i dachu. Nie kładziemy się wcale, bo nie ma się gdzie wyciągnąć. Przez całą noc płonie nawóz i chrusty. Zamieć wciąż szaleje, o świcie dopiero wiatr cichnie nieco, lecz śnieg wciąż pada wielkimi, cichymi płatami. Trzeba odwagi, ażeby dalej jechać, tak nam jednak pilno do Awandżyku, pierwszej przystani na ziemi perskiej, gdzie już będziemy u siebie, że wyruszamy w drogę, przezwyciężając opór zapties i czerwadarów.

Przez cztery godziny brniemy przez śnieg i śniegiem zasypani, krok za krokiem, powoli, mozolnie. Wreszcie widzę z dala długie rzędy topoli, dom wielki na tle ogrodu. Zapachniał mi ojczystym krajobrazem, wiejskim dworem tulącym się w klombie drzew olbrzymich.

Niestety, radość przedwczesna. Haki-pasza, znany w Persji bogacz i gubernator pogranicza, więcej jeszcze niż z fortuny słynie z potwornego skąpstwa. Przekonywamy się dowodnie, że na reputację taką zasługuje w zupełności.

Potentat ten przyjmuje nas w orszaku sług z wielką godnością, z pięknymi ukłonami i z długą przemową, w której rozwodzi się nad zaszczytem, jaki spływa na Persję z przyjazdu wielkiego francuskiego okulisty. Zaledwie skończył, prowadzi mnie do enderumu, kobiecej części domu, nie dawszy nam ani ogarnąć się, ani wypocząć. Przechodzimy przez obszerny ogród, w głębi którego wznosi się dość pokaźna budowla. Przebywa w niej żona Haki-paszy, jej dzieci i jej służba.

Przed drzwiami stoi szereg większych i mniejszych trepek88. Gdy pan domu ze mną wchodzi, wszystkie kobiety z wyjątkiem jego żony i córki opuszczają szybko na twarz zasłony. Wszystkie też, nie wyłączając nawet małżonki, powstają, chyląc głowę w kornej pozie.

Hanum jego jest olbrzymia i potężnie tłusta niewiasta; kostium jej przypomina ubranie naszych baletniczek. Na karykaturalnych nogach ma bawełniany trykot; na biodrach kołysze się króciutka a nadzwyczaj fałdzista spódniczka ze sztywnej materii. Krótka koszula, uwydatniająca jej rozsadziste kształty, spada na spódniczkę. Na koszulę nadziany jest otwarty z przodu kaftan z wytłaczanego aksamitu. Włosy hanum spadają na czoło krótką grzywką, z tyłu splecione są w pół tuzina przynajmniej warkoczy.

Kilka służebnych znajdujących się w enderumie ma kostiumy mniej dla mych oczu ekscentryczne: spódniczkę i kaftan nakrywa płaszcz, nałożony na głowę i do stóp spadający, a drapujący się dość wdzięcznie. Płaszcze te, które kobiety perskie noszą w domu, są barw żywych, szyte z muślinu lub kretonu w wielkie kwiaty. Lecz za to spod spódniczki wyglądają długie i obcisłe męskie spodnie.

Majestatyczna hanum z naiwnością prostej duszy ogląda mnie na wszystkie strony jakby dzikie zwierzątko; materiał i podszewki sukni, buciki, kapelusz, futro, wszystko ulega natrętnej inspekcji. Wreszcie ciekawa ta niewiasta dotyka mych włosów i obejmuje mnie rękoma w pasie. Uczyniwszy to, wybucha głośnym i długim śmiechem. Jedna z jej służących, Tatarka urodzona i wychowana w Tyflisie89, z którą rozmówić się mogę dość dobrze, tłumaczy mi, że moja figura i uczesanie bawią tak szczerze jej panią.

— Ale ty nie zwracaj na nią uwagi, hanum. Ona głupia i prosta, ona nic nigdy nie widziała — pociesza mnie Tatarka. — Jej się zdaje, że ona piękna i pięknie ubrana.

Przez cały dzień hanum zasypuje mnie za pośrednictwem Tatarki szczytnie niedyskretnymi pytaniami. Dochodzę do stanu nieopisanego rozdrażnienia. Żadna dzika Kurdka nie była tak nieznośnie, tak ordynarnie ciekawą. Kilkoro zamorusanych dzieciaków, z jednym palcem w nosie, z drugim w ustach, stoi nade mną, śmiejąc się głupio jak matka. Po południu przychodzą na oględziny dorośli synowie Haki-paszy z pierwszego małżeństwa.

Nikomu nie przychodzi na myśl, że mogę być zmęczona i głodna. Bez szklanki herbaty siedzę w enderumie przez trzy godziny. Wreszcie wchodzi służąca i stawia przed nami na dywanie tacę. Bo zapomniałam dodać, iż całym umeblowaniem olbrzymiej sali, której przednia, na ogród wychodząca ściana stanowi piękną mozaikę różnobarwnych szybek, rzucających na ściany złoto-szafirowe cienie, jest wielki dywan całkowicie ją pokrywający. Na dywanie, w kątach pokoju, leżą materace i wałki.

Siedzimy więc na ziemi, nogi pod siebie podwinąwszy; tak też jeść będziemy.

Na tacy stoi niewielka miseczka juhurtu i druga zimnej kapusty, gotowanej w słodkiej wodzie; dalej mały talerzyk, na którym błąka się kilka płatków konfitur z róży, wreszcie parę wielkich szmatów chleba. Sądzę, że to tylko przekąska i niechętnie zabieram się do próbowania tych zimnych przysmaków, tym bardziej że nie ma ani jednej łyżki i że pani i służące nabierają z ewangeliczną prostotą pokarm ze wspólnej miseczki palcami, pomagając sobie kawałkiem chleba skręconym w postaci łyżki. Po chwili sprzątają tacę i przynoszą herbatę. Był to więc obiad. O ósmej wieczorem karmią nas ryżem, w którym z rzadka kołaczą się kawałki kurczęcia, i znów podają herbatę w mikroskopijnych szklaneczkach.

Gdy nareszcie pozwalają mi wrócić na noc do naszego wspólnego pokoju w birunie, męskiej części domu, rzucamy się zgłodniali na dobroczynną pieczeń, ofiarowaną przez naszego przyjaciela Dżiber-beja, na owczy ser, rodzenki i mastyk. Śpimy w pokoju lodowatym; Haki-pasza równie mało rujnuje się na ogrzewanie swych gości, jak na ich żywienie. Ale przynajmniej umie ich doskonale wysysać. Mąż mój musiał w ciągu dnia obejrzeć zapłakane, zapalone i zaropione oczy dziesięciu przynajmniej członkom jego rodziny — jest tam bowiem dzieci jak piasku w morzu.

Tak minął nasz pierwszy dzień na perskiej ziemi. Kilka następnych wypadło równie niefortunnie. Pośpieszam jednak dodać, że z samego pobytu w państwie „króla królów” zachowałam raczej dobre wspomnienie.

Wspominałam już, że droga do Khoj najcięższa nam była i najsmutniejsza. Wyjeżdżamy z Awadżyku rankiem mroźnym i jasnym i przystajemy w południe w małej osadzie Gareini. Do naczelnika miejscowego mamy list od Haki-paszy, żądający dla nas dwóch zapties. Gdy oddaliliśmy się już o kilka kilometrów od wioski, jedyny żołnierz i czerwadarzy wyprzedzają nas o kilkaset kroków, a zjawia się konny jakiś wojak, wytrząsając fuzją i żądając trzech franków. Oczywiście każemy mu się wynosić, bo takich obrońców znajdziemy w każdym górskim wąwozie.

Na następnej stacji miejscowy aga90 przysyła się o nas rozpytać, lecz ani nas do siebie nie zaprasza, ani usług swych nie ofiarowuje.

Poszczególnych etapów tej drogi opisywać nie będę, wszystkie wioski do siebie podobne, wszystkie jednakowo biedne, nędzne i brudne. Gdy z dala je widzimy, wyglądają wesoło i zachęcająco, osadzone topolami, otoczone ogrodami drzew owocowych. Lecz ogrody należą do władz miejscowych, a władze się nami nie zajmują. Ograniczają się na udzielaniu nam zapties, pełniących swe funkcje bardzo opłakanie. Rycerze ci zjawiają się przed nami li tylko w chwili, gdy docieramy do miejsca noclegu — by żądać zapłaty za urojone usługi.

Sypiamy, a częściej przesiadujemy noce, na poły drzemiąc, w spotykanych po drodze chatach osad kurdzkich lub armeńskich. Tak ciasno w tych lepiankach, że nieraz nie ma gdzie rozłożyć jednego materaca. Gospodarz, cała ich rodzina, zapties, czerwadarzy i my ciśniemy się na przestrzeni kilku metrów kwadratowych. Środek izdebki zajmuje ognisko, utworzone z kilku kamieni ułożonych we wgłębieniu ziemnej podłogi. Zaduch w tych norach panuje okropny, tyle tam wilgoci, stęchlizny, tyle ludzkich oddechów. Tafelki nawozu palą się z wolna, napełniając izbę swędem i dymem.

Lecz więcej nad wszystkie niewygody dokuczają nam czerwadarzy. Nie wiem, kiedy i czy w ogóle ci ludzie sypiają. Zajeżdżamy do wiosek, gdy noc już dawno zapadła; około jedenastej nastaje względna cisza, którą przerywa tylko chwilami ryk nieznośny osłów; w każdym razie układamy się, jak możemy, do spoczynku. O dwunastej czerwadarzy zapalają najspokojniej świecę i kurząc niemiłosiernie czybuki91, szwargoczą hałaśliwie swą gardłową gwarą. Mimo potwornego wyczerpania i znużenia nie możemy spać przy tym kiermaszu. Około trzeciej z rana zaczynają wykrzykiwać nad nami, wołając, byśmy zbierali rzeczy i gotowali się do drogi.

Gwiazdy migocą jeszcze na niebie, kiedy już wyruszamy z noclegów. Przeziębli do szpiku kości, połamani, zbici, wpadamy w jakąś martwą apatię, nie wierząc już, że skończą się te dni męczeństwa. Ani noclegi z bydłem, ani spieranie w lodowatych strumieniach zbrukanej błotem odzieży, ani wypadki z furgonem, ani smutne w polu przystanki, gdy zawierucha w oczy garściami śniegu ciska i świat przesłania, nic nie nękało mnie tak boleśnie, nie roztrajało tak okropnie nerwów, jak te pięć dni podróży z czerwadarami dzikimi i pierwotnymi jak ludzie epok przedhistorycznych. Nigdy nie czuliśmy się tak samotni i bezsilni, choć nie sami. Podróżujemy bowiem liczną gromadą. Nasi przewodnicy przyłączyli się do ogromnej handlowej karawany, składającej się co najmniej z 1200 koni, mułów i osłów pod pieczą licznych Tatarów.

Tatar nie uznaje widać życia spokojnego. Ciągną go góry, step, noclegi pod gołym niebem, karawany, pieśń dzwonków, skrzyp monotonny arabatów. To jego życie i żywioł. Trudno wprost spotkać furganckich, orabatczich i czerwadarów innej narodowości.

W karawanie naszej stosować się musimy do wszystkich, nikt się do nas nie stosuje. Opuściwszy nocleg o piątej i pół, szóstej godzinie rano, jedziemy do siódmej lub ósmej wieczorem, nie zatrzymując się ani na minut kilka.

Idąc koło swych zwierząt, jedzą Tatarzy nędzny swój południowy posiłek: szczyptę kruchego owczego sera zawiniętą w szmat chleba. Gdy mijamy strumienie, piją z nich, przyklęknąwszy; gdy nie ma strumieni, koją pragnienie garścią śniegu. A ja ich w tym naśladuję, trawiona wciąż gorączką.

Konno jechać nie mogę, siodło męskie zbyt jest niewygodne, idę znów wciąż prawie piechotą. I zdaje mi się, że końca tej drodze nie będzie, że zmiecie nas śnieżyca, że z wycieńczenia i znużenia zlegniemy gdzieś w kurdzkiej chacie.

Po 12 więc, a czasem 14 godzin dziennie jesteśmy w drodze, bez chwili wytchnienia i wypoczynku. Ludzie jedzą cokolwiek, zwierzętom jednak pić nawet nie dają, aż na popasie nocnym. Podziwiam ich nadzwyczajną wytrzymałość. Tak są objuczone, że znikają wprost pod olbrzymią masą. Mówiłam już, zdaje mi się poprzednio, że najmniejsze stosunkowo ciężary dźwigają wielbłądy.

Nareszcie nadchodzi ostatni dzień podróży. Chmurny dzień świta; po niebie płyną bure obłoki. Pniemy się po prostopadłych prawie złomach92, po skalistych, pełnych kamienia wąwozach; wezbrane śniegiem potoki wciąż przerzynają nam drogę. Po południu wydostajemy się na płaszczyznę i jedziemy, jedziemy przez długie godziny. Przewodnicy oznajmiają bliskość miasta, lecz miasta nie widać. Wreszcie jakieś niewyraźne formy i kontury zamajaczyły w mglistej dali. To miasto! Nie, to ogrody bez końca, otoczone szarymi, z błota ulepionymi murami. Ogrody i jeszcze ogrody, i wciąż te szare mury, wzdłuż których biegną kanały doprowadzające wodę. Obdarte z liści drzewa wyciągają nagie i smutne konary.

Nie wiem jak się stało, że zniknął nagle jedyny żołnierz, towarzyszący nam stale od Bajazydu; o dwóch drugich nie mówię, gdyż w połowie dnia nas opuścili.

Pytamy czerwadarów, czy prędko staniemy w Khoj. Tak, miasto już się zaczyna. Lecz co najmniej przez godzin dwie posuwamy się między długimi alejami ogrodów, nie spotykając jednego choćby domostwa. Wreszcie wjeżdżamy w ulicę, pełną biednych kramów, oświetlonych naftowymi lampami, a założonych to owocami, to towarami korzennymi, to chlebem.

Każemy czerwadarom wieźć się do Abbas-Ali-Khana, dyrektora poczt i telegrafów, do którego otrzymaliśmy polecające listy od konsulów w Trebizondzie i Erzerumie.

Słabo wierzymy po Awadżyku i pośrednich stacjach w gościnność perską, lecz choćby nas najgorzej przyjęto, przestaniemy wreszcie mieć przed oczyma wstrętne postacie naszych czerwadarów i katów. Skręcają oni właśnie w ohydny zaułek, dowodząc, że dyrektor poczt tam mieszka.

Nie wiem, jakie przeczucie nas tknęło; w głosie Tatara zabrzmiała widać fałszywa nuta. Przeze głowę szybko mignęła myśl, że dom człowieka należącego do najwyższej arystokracji Persji nie może znajdować się w tej okropnej uliczce.

Mąż mój, wydobywając rewolwer i wyrzucając z ust cały zapas turecko-tatarskich przekleństw, w których się wykształcił w drodze, każe zawracać czerwadarom, gdyż Abbas-Ali-Khan tam nie mieszka.

Do dziś dnia zastanawiam się — nie znajdując na to odpowiedzi — czy Tatarzy byli w porozumieniu z żołnierzem, czy też chcieli skorzystać z jego nieobecności i zawlec nas do jakiegoś zbójeckiego schroniska.

Faktem jest, że dyrektor poczt mieszkał o parę kilometrów dalej, w dzielnicy bogatej, na ulicy szerokiej i ludnej. Faktem jest również, że czerwadarzy, którzy bezlitośnie dokuczali nam przez drogę, przyszli następnego poranka bardzo pokornie po swą zapłatę, nie śmiąc prosić o bakczysz.