IX

Religia. — Szyici i sunnici. — Ali, Husajn, imami. — Mułłowie i muszdeidzi. — Sekty: babiści. — Gebrzy, wielbiciele ognia. — Moharrem, teatr religijny. — Przedstawienia w Takieh.

Persowie tworzą w mahometanizmie odrębny zupełnie odłam szyitów, czczących jako świętych Alego, zięcia Mahometa, i jego potomków, imamów.

Po śmierci Mahometa, który nie pozostawił męskiego potomka, kalifat pozostał bez następcy — kalifat, przedstawiający najwyższą władzę duchową i doczesną, jaką w swych rękach jednoczył prorok. Niezwłocznie wytworzyły się dwie wrogie partie: jedna, pragnąca wynieść na godność kalifa Abu Bakra, ojca trzeciej, a ulubionej żony Mahometa Aiszy, druga, ofiarowująca go Alemu, pokrewnemu proroka i mężowi jedynej jego córki, Fatimy. Stronnictwo Abu Bakra odniosło zwycięstwo; Ali zaś i jego zwolennicy, później zaś jego synowie Hasan i Husajn, jako też rodziny tychże zostali zwykłym w historii świata trybem — przez zwycięzców wymordowani.

Następca Abu Bakra, kalif Omar, zawojował Persję i zaszczepił w niej islamizm. Wszystkie sympatie podbitego narodu zwróciły się — przez naturalną reakcję — ku Alidom (potomkom Alego), których prześladowania i męczeństwo było poniekąd obrazem nieszczęść Iranu. Przy tym młodszy syn Alego, Husajn, poślubił był księżniczkę perską, córkę ostatniego króla z dynastii Sasanidów201, pozbawionego tronu przez zaborców. Tenże Husajn, nie chcąc uznać za kalifa Yezida-ben-Moawiah202, drugiego króla z rodziny Omajjadów, która zawładnęła kalifatem po śmierci Omara, zmuszony był — chroniąc się przed gniewem Yezida — opuścić Medynę i uciec do Mekki. Mieszkańcy miasta Kufy (na południo-wschodzie Małej Azji, terytorium tureckie), oddani sprawie Alidów, wezwali wówczas Husajna, ofiarowując mu przytułek w murach swego grodu i ogłaszając go za jedynego prawdziwego kalifa, następcę proroka. Obawiając się smutnych dla siebie następstw z takiego postawienia sprawy, Yezid-ben-Moawiah wysłał przeciw Husajnowi wojska, które spotkały go w pobliżu miasteczka Karbala w otoczeniu 62 osób jego rodziny. Nastąpiła znów rzeź ogólna. Husajn, jego żony, dzieci i wszyscy towarzyszący mu Alidzi śmierć męczeńską ponieśli.

Śmierć ta utwierdziła jeszcze wyraźniej Persów w kulcie dla Alego i jego potomków imamów. Kwestia religijna i kwestia narodowościowa złączyły się ściśle. Imam203 Husajn jest dla każdego Persa nie tylko świętym potomkiem proroka: zarówno wierzący, jak wolnomyślni widzą w nim jednocześnie i przede wszystkim bohatera i męczennika Iranu. Węzły krwi, które połączyły go z Sasanidami, zrobiły zeń, w ich pojęciu, prawdziwego syna ich ziemi. Persi otaczają czcią i uwielbieniem Alego, Husajna i imamów nie tyle dlatego, że pochodzą od proroka, ile że związali swe losy z losami Sasanidów.

Sunnici zaś, muzułmanie tureccy, którzy za następcę proroka uznali Abu Bakra, odrzucając w zupełności kult Alidów i imamów, czczą Omara, następcę Abu Bakra.

Szyici, w których umyśle z imieniem tego kalifa wiąże się podbój kraju, żywią dla jego pamięci nienawiść.

Grobowce imamów są miejscami świętymi i celem pobożnych pielgrzymek. Imamów było ogólnie dwunastu. Ostatni z nich, Mahady204, przeniesiony został przez Allaha w 260 roku hegiry205, a w 880 naszej ery w miejsce niewiadome, gdzie czeka dnia, w którym cała ludzkość nawróci się na islamizm. Najwięcej czczony przez Persów jest, rozumie się, imam Husajn, którego święte zwłoki spoczywają w Karbali, na terytorium tureckim206, gdzie poniósł śmierć męczeńską.

Mułłowie strzegący grobu sprzedają wiernym grudki ziemi mającej cudowne własności, a wydobytej z miejsca, na którym rozłożone były namioty Husejna. Zważywszy, że zabito go przed lat z górą tysiącem, trzeba przyznać, że namioty musiały zajmować poważny obszar, by świętej ziemi starczyło po dni nasze na setki tysięcy pielgrzymów nawiedzających rok rocznie grób proroka.

Ludzie bogaci i wielkiego rodu nieraz każą się chować na cmentarzach miast słynących z grobów imamów: w Meszedzie, gdzie spoczywa imam Reza, w Kasbinie, w Karbali, wreszcie w Kum207, dokąd grobowiec Fatimy, żony Alego a córki Mahometa ciągnie pobożne tłumy ze wszystkich zakątków Persji.

Królowie odbywają te pielgrzymki na równi z prostymi śmiertelnikami. Fet-Ali-Szach pieszo, na znak pokory, przebywał przestrzeń od wrót miasta do grobowca, który zbogacił przy tym mnóstwem cennych darów. Grobowiec ten odznacza się wielkim przepychem. Trumna i otaczająca ją naokół balustrada wykute są w srebrze. Na nabitych złotymi blachami drzwiach sanktuarium wyryto napisy z Koranu. Mnóstwo złożonych naokół grobowca ofiar, drogocennych kamieni i kosztownych przedmiotów, świadczą o naiwnej wierze tłumów.

Szyici więc (Persi) różnią się przede wszystkim od sunnitów (Turków i Arabów) kultem dla Alidów, którzy prześladowani byli przez sunnitów. Jednym z punktów dzielących jeszcze te dwa szczepy islamu jest prawo dowolnego interpretowania Koranu, przysługujące wszystkim sunnitom, podczas gdy u szyitów mułłowie jedynie mogą komentować boskie księgi.

Duchowieństwa niższego, mułłów (inollah) jest w Persji ilość niezliczona. Na każdym kroku roi się od ich białych i zielonych turbanów. Hierarchia duchowna przedstawia bardzo mało stopni. Mułłowie każdej prowincji zależą od tak zwanych imam-dżomeh, mianowanych przez rząd i od rządu pobierających pensję. Imam-dżomeh zaś na równi z mułłami zwracać się muszą do najwyższej instancji muszdeidów208, wielkich kapłanów. Tych jest zaledwie kilku na kraj cały: świątobliwe życie i wielkie cnoty wskazują ich zazwyczaj na to stanowisko. Decyzje muszdeidów w kwestiach wiary i prawa mają moc wyroku: królowie nawet odnoszą się do nich z najwyższą czcią i poszanowaniem; śmierć każdego z nich pociąga za sobą żałobę narodową. Godność pierwszego muszdeida przypada w udziale arcykapłanowi, zamieszkującemu w Karbali, świętym mieście chroniącym zwłoki imama Husejna.

Z muszdeidów Persji najwyższą sławą i poważaniem cieszył się podczas naszego tam pobytu muszdeid Tebrysu. Mogliśmy osobiście sprawdzić olbrzymie uznanie, jakim we wszystkich sferach społecznych otaczają tych dygnitarzy kościoła. W przededniu postanowionego przez nas wyjazdu do Teheranu muszdeid, chory od dawna na oczy, zastanowiwszy się, że wiedza medyczna hakima frengi209 więcej może warta od nauki perskich lekarzy, jeśli go do kształcenia ich sprowadzają — zawezwał nagle mego męża do siebie. Uprzedziliśmy już depeszą ministra oświaty, który naglił o najprędsze przybycie, że nazajutrz wyruszamy. Muszdeid tymczasem wyraził po konsultacji życzenie, aby doktór został na dni parę i sam przeprowadził przepisaną przez się kurację. Wszyscy znajomi Persowie zawyrokowali natychmiast, że odmówić nie możemy bez narażenia sobie całkowicie opinii publicznej. Zapytany depeszą minister odpowiedział niezwłocznie, że możemy zabawić w Tebrysie tak długo, jak tego zapragnie muszdeid, gdyż wezwanie lekarza przez tego kapłana jest najwyższym usankcjonowaniem jego wiedzy.

Nie dosyć na tym. Gdy przybyliśmy do Teheranu, wszyscy bez wyjątku, zaczynając od Nasr-Eddina i ministrów, a kończąc na chorych, którzy posypali się tłumnie, winszowali hakimowi czeszm210 tej kuracji i poczytywali ją za zaszczyt dlań i dobrą wróżbę.

Biedny muszdeid umarł jeszcze podczas naszego w Teheranie pobytu. Żałobne jęki słychać było ze wszystkich meczetów; sklepy i bazary pozamykano jak w święta uroczyste, w to święto smutku narodowego.

Ponad mułłami i imam-dżomeh istniała dawniej najwyższa władza duchowna, szef i głowa kościoła — papież szyizmu, Sudder-ul-Suddur. Lecz jeśli potęga duchowna arcykapłana nie zawadzała szachom, władza jego ziemska wydała im się zbyteczna. Toteż Fet-Ali-Szach uważał za akt dobrej polityki zniesienie tego pontyfikatu, rzucającego cień na jego wszechwładztwo.

W taki sposób zniesiona została oligarchia duchowna, lecz nie zmniejszył się bynajmniej wpływ duchowieństwa. Mułłowie ciążą olbrzymią siłą reakcji na całym życiu społeczeństwa i paraliżują wysiłki jednostek, pragnących wyrwać naród z mocy obskurantyzmu.

Mułłowie nie tylko komentują Koran i walczą uparcie ze światłem i postępem. Zwierzchnim sądem każdej prowincji w kwestiach prawa cywilnego, a więc: własności, podziałów spadków, wywłaszczeń, małżeństw i rozwodów jest trybunał złożony — pod zwierzchnim przewodnictwem imam-dżomeh — z mułłów, biegłych w prawnictwie. Wyroki ich oparte są na słowach Koranu i na tradycjach obyczajowych, moc prawa mających. Urzędnicy cywilni korony: gubernatorzy prowincji i podległa im rzesza poddostojników, rozstrzygają tylko w kwestiach prawa karnego i zajmują się gorliwie poborem podatków.211

Nie zdaje mi się, by Persowie w tajnych głębiach ducha odznaczali się nadmiarem pobożności, a szczególniej wiary.

Przekonana nawet jestem, że sfery intelektualne najzupełniej są ze wszelkich przekonań religijnych wyzute lub hołdują co najwyżej zasadzie deizmu212. Jedynie ciemny tłum wierzy ślepo w słowa Koranu. Ale taka jest potęga duchowieństwa i tak liczyć się z nią trzeba, że wszyscy Irani, zarówno wierzący, jak obojętni i wolnomyślni zachowują w zewnętrznych stosunkach życiowych pozory wiary, a nawet fanatyzmu. Każdy z nich wspomina w każdej okoliczności imię Allaha; z ust wciąż się sypią „Insz-Allah”„, Masz-Allah”, „Barek-Allah213. Na ręku każdy Pers zawieszony ma różaniec, którego paciorki machinalnie przesuwa, powtarzając jakoby w myśli sto imion Allaha. Gdy zaś nadchodzi godzina modlitwy: o wschodzie słońca, w południe lub o zachodzie, kiedy z minaretów rozlega się nawoływanie muezzinów — zwraca się ku Mecce, zastygły, zda się, w zamodlonej pozie. Lecz za przesadą tych zewnętrznych demonstracji kryje się często najzupełniejszy indyferentyzm214 religijny.

Mówiłam już, że podczas świętego miesiąca ramadanu przepisy religii zabraniają wiernym spożywania potraw pomiędzy wschodem i zachodem słońca. Prosta masa ludu obserwuje ten post ściśle; przekonana jestem że służący nasi nie jedli nic przez dzień cały. Słaniali się jak cienie, wyniszczeni i osłabieni, pracowali jeszcze leniwiej niż zazwyczaj, choć już miara zwykłego ich pracowstrętu jest dość imponująca. Gdy o zachodzie słońca rozbrzmiewał wystrzał z Tophaneh, rzucali się na jedzenie z żarłocznością świadczącą wymownie o długiej wstrzemięźliwości. Lecz wszyscy prawie Persowie z lepszej sfery posilają się w ciągu dnia, kryjąc się przed służbą. Wstrzymują się jedynie od picia wódki i wina, obawiając się, by zapach alkoholu nie uderzył czułych powonień mułłów, z którymi każdy codziennie się styka. Ale to chwilowe umartwienie powetowują sobie nocą. Z bardzo i bardzo nielicznymi wyjątkami piją oni wódkę, i to już nie kieliszkami, lecz całymi szklankami. Po wchłonięciu kilku takich porcji obrzydliwego i mocnego raki zachowują całą przytomność umysłu, co świadczy wymownie o pewnym wyrobieniu w kierunku absorbowania alkoholu.

Pod osłoną religii oficjalnej i zewnętrznymi pozorami prawowierności kryją się i krzewią niezliczone sekty. O jednej z nich, której doktryny wywarły wpływ potężny na masy, a szczególniej na tę część społeczeństwa, która czuje i myśli, pragnęłabym wspomnieć słów kilka. Jest to sekta babistów215, których krew męczeńska popłynęła strumieniami przed pół wiekiem, sekta pozornie zduszona, w rzeczywistości posiadająca obecnie tyluż może co w epoce pierwszego rozkwitu wyznawców. Tylko nauczeni krwawym doświadczeniem poprzedników dzisiejsi babiści kryją swe przekonania i przesuwają jak najprzykładniej w ręku paciorki różańca.

Twórcą tej sekty był seid216 z Szirazu, Mirza Ali-Mohammed, który od lat młodzieńczych zasłynął był w swym otoczeniu z cnót niepospolitych, słodyczy i łagodności niewymownej połączonej z pogodą umysłu otwartego, jasnego, obejmującego szeroko kwestie filozoficzne, religijne i społeczne.

Ali-Mohammed gromadził naokoło siebie tłumy słuchaczów i prozelitów217. Odrzucając całkowicie Koran i wszystkie jego baśnie, „Bab”218, jak sam siebie nazywał, uznawał jedynego Boga, odmiennego od Biblii i Mahometa. Istota boska w koncepcji Baba przenika wszystkie twory; są one wprost jej emanacją i powrócą do niej w dniu sądu ostatecznego. Religia ta jest najczystszym panteizmem219.

Zło istnieje na świecie, nie stanowi jednak koniecznego wyniku dualizmu220 ducha ani fatalnego następstwa przewinień prarodziców — lecz jest tylko niezbędnym rezultatem faktu stworzenia i oddzielenia się czasowego tworu od istoty boskiej. Pojmowanie go w taki sposób wyklucza pokutę, ofiarę, ascetyzm, którym to umartwieniom Bab nie przyznaje racji bytu.

Natura ludzka jest dobra; człowiek, zdając sobie sprawę ze swego boskiego pochodzenia, dąży do doskonałości. Religia Baba pomaga mu w tym dążeniu, głosząc zasady dobroci, pobożności i litości. Nakazuje ona bogatym opiekować się biednymi w imię Boga, który w ich ręce złożył majątek jako depozyt, a nie własność. Potępia zarówno poligamię — która zresztą staje się już obecnie zbytkiem rodziny królewskiej — jak bezżeństwo. „Z każdego istnienia powinno powstać istnienie”. Potępia życie haremu, zamykające w poniżającej niewoli umysł i ducha kobiety; żąda dla niej szacunku i równouprawnienia. „Każdy babi ma prawo rozmawiać i przestawać z kobietami, widzieć je z odkrytą twarzą”. Potępia rozluźnienie węzłów rodzinnych, będące naturalnym skutkiem wielożeństwa i niskiego stanowiska społecznego kobiety, od której nie wymaga się nawet, by umiała być matką. Jest tylko płodzącym stworzeniem.

Słodki apostoł czarem natchnionego słowa i przykładem życia cnót pełnego pociągał serca i umysły tłumów. Liczba zwolenników babizmu wzrastała szybko i potężnie; doktryny Baba rozprzestrzeniane przez jego uczniów znalazły oddźwięk w całej Persji. Zaniepokojeni mułłowie zakrzątnęli się czynnie, skłaniając rząd do prześladowań.

Wybuchnęły też one ze straszną siłą. Bab i ulubiony jego uczeń rozstrzelani zostali w Tebrysie, krew wyznawców babizmu popłynęła potokiem. Na śmierć męczeńską i torturę poprowadzono kobiety, dzieci, starców. Wytępiono ludzi, lecz nie zabito idei; babizm żyje w wielu sercach i mózgach.221

W Persji pozostała jeszcze szczupła garstka wyznawców wiary starożytnego Iranu, gebrów222, wielbicieli ognia. Cierpią oni prześladowania i z wiarą swą się kryją, ale z dumą uważają się za jedynych prawdziwych potomków dawnych Irani. Liczba ich w całym państwie nie przenosi223 9000; w Teheranie jest ich zaledwie kilkuset.

O dziesięć może kilometrów za miastem wznosi się wieża niska i szeroka, samotna i ponura, na tle wzgórz czarnych i jałowego, smutkiem wiejącego krajobrazu zniszczenia. Zwą ją wieżą gebrów lub wieżą milczenia, Dagmeh. Jest to cmentarzysko gebrów. Krążą nad nim drapieżne ptaki, szarpiąc zgniliznę ciał rzuconych im na pastwę; obyczaj religii zakazuje gebrom grzebać umarłych.

*

Do pobieżnego tego nader rzutu oka na religię, o której szczegółów zasięgnąć można w znakomitej pracy M. de Grobineau Religions et philosophies dans l’Asie centrale — dodać muszę kilka uwag o moharremie, miesiącu żałoby i odbywających się w tej epoce obrządkach i uroczystościach.

Już u dawnych Arabów, przed wprowadzeniem jeszcze zolamizmu224, moharrem był miesiącem świętym. Wrogie plemiona zawieszały w tym czasie wojenne czynności. Podczas pierwszych dni dziesięciu moharremu Koran schodził częściowo z nieba, by się objawić wiernym. Wreszcie dziesiątego dnia tego miesiąca, zwanego ruz-Katl225 lub ruz-Hossein, imam Husejn, którego opowiadałam śmierć tragiczną, został zamordowany wraz z otaczającymi go Alidami przez żołnierzy Yezida-ben-Moawiah.

Dlatego też moharrem jest dla Persów okresem żałoby i postu. Jednocześnie na całej przestrzeni Iranu, w najmniejszych osadach i największych miastach odgrywają — przez pierwszych jego dni dziesięć — na zaimprowizowanych scenach dramaty upamiętniające główne epizody końca życia Husejna, od ucieczki z Medyny do śmierci jego w Karbali. Śmierć tę przedstawiają teatry w dniu dziesiątym, ruz-Katl.

Podczas pobytu jeszcze na wsi Szimranu w pierwszych dniach moharremu nie miałam sposobności widzieć Takieh królewskiego w Teheranie, urządzonego z największym przepychem i posiadającego najlepszy dobór improwizowanych aktorów. Lecz obecna byłam na dwóch przedstawieniach w Kameranieh, rezydencji księcia Naieb-Saltaneh, brata Muzaffer-Eddina, a ulubionego syna Nasr-Eddina. Zamknięte w jednej z lóż dla żon księcia przeznaczonych (było nas parę kobiet europejskich), patrzymy na widowisko jak prawdziwe wschodnie hanum, poprzez czarną sukienną firankę zasuniętą nad lożą i powyrzynaną w ażurowe desenie. Widzimy wszystko, pozostając niewidzialne.

Takieh jest olbrzymim namiotem, którego ściany obciągnięto na znak smutku czarnym kirem żałoby. Jarzy się w nim mnóstwo świeczników, co bynajmniej duszy nie rozwesela. Wszyscy obecni ubrani są czarno: nas również poproszono uprzednio o przybycie w czarnych sukniach, w których topimy się z wolna w podzwrotnikowym skwarze.

Naokół piętra Takieh ciągnie się szereg lóż o ażurowych ciężkich zasłonach, za którymi kryją się żony księcia i ich otoczenie. W lożach dolnych, otwartych, zasiedli oficerowie, urzędnicy, mułłowie. Tłum męski zalega ławki, których kilkanaście rzędów otacza teatr amfiteatrem.

Parter zarezerwowany jest całkowicie dla kobiet.

Z boku wznosi się rodzaj ambony obciągniętej czarnym suknem. Wchodzi na nią mułła i — przed zaczęciem przedstawienia — przypomina publice, jakie okoliczności z życia Husejna wiążą się z dniem danym i jaka część dramatu jego dni ostatnich odegrana będzie przed ich oczyma. Pobudza ich równocześnie do smutku, płaczu i do wylania za zewnątrz nagromadzonego w duszy bólu.

Nie zapominajmy, że Husejn jest dla Persów męczennikiem narodowym, że ci z nich nawet, którzy mają Koran za stek kłamstw i absurdów, uważają syna Alego za bohatera, który złączył swe losy z losami prześladowanej dynastii i zginął tak, jak zginęli Sasanidzi. W ich wspomnieniach — wraz ze wspomnieniami śmierci Husejna — odżywa dawna chwała, najście Omara, zalanie kraju przez zwycięskie armie kalifa. I wszyscy płaczą łzami gorzkimi żalu, gdy mułła opowiada o świętym męczenniku, a aktorzy odtwarzają sceny z jego życia.

Przedstawienia są nadzwyczaj naiwne; dekoracje nie istnieją prawie; niektóre postacie odznaczają się szczytnym komizmem. Przesuwa się na przykład często przez scenę, rozprawiając szeroko, europejski ambasador wazir muhtar frengi, ubrany cudacznie w tużurek226 clergymana227 angielskiego; na głowie ma cylinder. Tradycja twierdzi, że przedstawiciel któregoś z mocarstw Europy interweniował był wobec Yezidów, żądając oswobodzenia Husejna.

Zważywszy, że imam zabity był w 681 roku naszej ery, widzimy całe nieprawdopodobieństwo tej wersji. Za ambasadorem kroczy śmieszna figura w króciutkiej żakietce i okrągłym kapeluszu — zadziwiające poszanowanie dokładności historycznej kostiumu! — postać owa przedstawia hakuna (doktora) dostojnego dyplomaty.

Lecz zapomina się wkrótce o tych śmiesznych i wulgarnych szczegółach wobec życiowego dramatu, który przypomina nam gra aktorów, i wobec tego przede wszystkim, co dzieje się w samej widowni. Gdy kolejno przesuwają się przez scenę Alidzi, gdy Husejnowi grozi coraz cięższe niebezpieczeństwo, gdy po przeciągłej i rzewnej w początku deklamacji odzywa się tragiczna nuta, prawdziwy jęk rozpaczy — cały teatr wybucha nagle łkaniem, krzykiem szczerej, niekłamanej boleści. Rozbrzmiewają zawodne228Wai! Wai! Yah Hossein! Hassan! Hossein!” i wstrząsają do głębi duszę. Moje nerwy tak słabo są zahartowane i tak źle opancerzone przeciw tym wrażeniom wielkich wzruszeń tłumów, że łzy gwałtownie napływają mi do oczu. Na scenie płaczą drobne dzieci Husejna, śpiewając przy tym niewymownie żałosne, mimo swej monotonności, motywy. Wielki dramat jest w tym śpiewie. To agonia w głos ludzki wlana. Skardze dzieci odpowiadają nowe jęki tłumów.

Tak musieli płakać Żydzi pod murami Jerozolimy tym przeciągłym, długim jękiem konania...

Oto w dniu dziesiątym moharremu epilog dramatu. W okolicy Karbali, którą ma przedstawiać scena, rozłożono dwa namioty; imam obozuje w nich ze swą rodziną. Przez scenę przesuwają się postacie półnagie z zatkniętymi za pas długimi włóczniami, na których kołyszą się dziwne metalowe chorągwie z napisami z Koranu. Dalej kroczą ludzie niosący przez scenę emblematyczne przedmioty mające przypominać koniec Husejna, a więc jego trumnę, jego ubranie, wreszcie wspaniałego konia arabskiego, na którym był właśnie, gdy go zabito. Zjawiają się krwią zbroczeni towarzysze Husejna, którzy wraz z nim tego dnia zginęli. Nadchodzi wreszcie sam Husejn w otoczeniu swych żon i dzieci. Rozpacz tłumów dochodzi do ostatnich kresów paroksyzmu. Jeden olbrzymi jęk bólu przerywa powietrze, jęk nabrzmiały wściekłą zajadłością przeciw ciemięzcom i mordercom. Sypią się klątwy na Yezidów i na Omara. A nad wszystkim góruje skarga żałosna płynąca z tysiąca piersi: „Hassan, Hossein! Yah Hossein!

Nie próbuję już opisać tego, co się dzieje w Takieh, gdy żołnierz podnosi rękę na Husejna, gdy zabijają jego towarzyszów i dzieci. Oddycham, wychodząc na powietrze i słońce; ciężar spadł mi z serca i z mózgu. Rozumiem, że ludzie przez dziesięć dni z rzędu na to patrzący dochodzą do chorobliwej egzaltacji.

Przez te dziesięć pierwszych dni moharremu ulice są widownią szczególnych procesji. Tłumy półnagich postaci, o piersiach i czołach zakrwawionych na znak żałoby, ze sztyletem lub nożem uwięzłym jeszcze w ranie, krążą po ulicach, bijąc się w nagie piersi miarowym ruchem. Dzikie to i przejmujące. Niejednokrotnie fanatycy umierają z ran, które sobie zadają podczas tych procesji moharremu.