IX.
Późnym wieczorem dzwonek pocztowy kołatał monotonnie na pustym trakcie.
Zbliżał się ku rzece na prom jurgiski i wreszcie umilkł. Podróżny zatrzymał woźnicę, opłacił go i odprawił.
Zamiast jednak udać się za rzekę, skręcił w bok i boczną drogą ruszył w stronę Poświcia. Księżyc w pełni wypłynął na pogodne niebo i ciekawie w twarz mu zaglądał. Wędrowiec, jakby się wstydził światła, nasunął na oczy czapkę i krył się w cień drzew i krzaków otaczających drożynę. Na szelest każdy nadstawiał ucha nieufnie; szedł jak złodziej. Im bliżej dworu, tym krok jego stawał się żywszy, ruch każdy ostrożniejszy, kilka razy stanął i jakby zwrócić się miał, jednakże po chwili namysłu dążył dalej. Silniejsza snać138 nad zastanowienie była to chęć, co go niosła w tę stronę, nie do domu, w noc głuchą.
U parkanu ogrodowego zatrzymał się znowu. Cień drzew okrył go zupełnie. Uchylił czapki i otarł pot z czoła. Przez tę sekundę księżyc zaspokoił swą ciekawość, bo zajrzał w posępne oczy Marka Czertwana i musnął srebrną jasnością jego ciemne, ostre rysy.
Czego on tu chciał, w tym znienawidzonym przez się Poświciu? Nie potrzebował tu wracać, jak niegdyś: miał swą zagrodę, był wolny.
Łukasz Gral, gdyby go spotkał z tym wyrazem niepokoju i tęsknoty, z jakim szedł, mógłby powtórzyć to, co on mu mówił na utyskiwania: „Masz, czego chciałeś!” Ale Łukasza nie było, a słabość i cierpienie cichego Żmujdzina widziała tylko noc, jak on milcząca, i słyszał chyba Bóg wielki w cichej modlitwie o ratunek.
Los człowieczy nieubłagany jest i mściwy. Pokarał Marka tym Poświciem właśnie, gdzie tak często narzekał, skąd się tak wydzierał. Zawracał go tam teraz nie mus i nie niewola, ale jakaś gorzka, nieprzeparta chęć. Los się naigrawał z oporu, z dumy, z zaciętości; jak zmora, prześladował go dniem i nocą, gnał osłabłego z powrotem na miejsce dawnego wygnania.
„Jak pokutę przyjąłeś ojcowską spuściznę i narzekałeś. Idźże teraz sam, bo bez pokuty tej żyć już nie potrafisz”.
Stojący u parkanu słyszał to ciągle. Myśl ta rozpaliła mu gorączką zimne oczy, przeciągnęła kurczem bezustannej walki usta i czoło. Cierpiał jak potępieniec, z dnia na dzień tracąc dawne pragnienia, cele, opuszczając obowiązki.
Dziś, w powrocie z Kowna, o milę od domu, gdzie tydzień był nieobecny, nie pokonał pokusy. Poszedł, niepomny, że za rzeką praca go czeka i tysiące zaległych interesów. On, co się nikogo nie bał i nie wstydził, krył się jak złodziej; on, co błogosławił niebu, gdy otworzyła mu się raz ostatni poświcka brama, wracał nocą, przez parkan.
Okropna zemsta losu!
Znowu pobuntowały się w nim resztki dumy i siły woli — na próżno!
Zamiast się oglądać, przesadził sztachety, znalazł się w parku.
Brytany, posłyszawszy szelest, nadbiegły; stróż gdzieś gwizdał, śpiesząc z pomocą. Co będzie, gdy go zobaczy o tej porze? Krew oblała mu skronie żarem wstydu i upokorzenia, pomimo to szedł ku domowi, kryjąc się w najbujniejszą gęstwinę.
Szczęściem psy go poznały i powitawszy, odeszły; stróż, może lękając się czarnej gąszczy, zawrócił też w przeciwną stronę.
Odetchnął.
Przecie on nie szedł tu kraść i krzywdzić, czegóż się lękał i wstydził?
W domu ciemno już było. Na górze tylko świeciło się w mieszkaniu Marwitza i na dole w sypialni.
Okno było otwarte, wiatr letni uchylał firankę, pod oknem stała lipa rosochata.
Można było łatwo zajrzeć do pokoju. Ale Marek nie szedł krzywdzić i kraść, z daleka stanął, ręce założył na piersi, głowę oparł o drzewo i patrzał na to światło, ciężko oddychając. Los zaprowadził go, dokąd chciał, i rzucił na mękę i gorycz. A męka to musiała być ciężka, bo aż zbladł, a gorycz musiała być straszna, bo aż się ugiął i oczy przymknął, wargi mu się poruszały słowami, o których nigdy ludzie się nie dowiedzą.
Ciemny, smukły cień przesuwał się w świetle. Irenka Orwidówna rozbierała się, spokojna o to okno i samotność swą sierocą.
On stał i patrzał. Nic więcej nie pragnął, tylko tu pozostać z bólem swym i rozkoszą. Dwa te uczucia splotły się w jedno; nie wiedział, w czym było gorsze nieszczęście i troska.
Nagle światło zgasło. Wzdrygnął się, rozplótł ręce, zwiesił głowę i zawrócił z powrotem powoli. Róże tu pachniały piękniej, księżyc jaśniej świecił, nie chciało mu się odchodzić. Nad Dubissą zaledwie oprzytomniał, bo to już zaczynała się myśl o ukryciu tego wybryku. Należało zniknąć bez śladu. Wziął tedy łódkę najgorszą, kawał deski za wiosło i cicho odpłynął. Rzeka zacierała znak wszelki, głuszyła szelest czółna. Na drugim brzegu wyskoczył, deskę z łodzią puścił na fale, sam zniknął.
Teraz oprzytomniawszy, biegł kłusem, układając bajkę na spytanie Ragisa, skąd przychodził pieszo o tej porze. Raz pierwszy w życiu nie powitał Dewajtisa, nadłożył parę wiorst drogi na szlak od promu i już na tym legalnym miejscu zwolnił kroku. Tu mógł go każdy spotkać.
Ale noc zapadła i nikt się nie ruszał. Drugie kury śpiewały w Saudwilach, gdy wkroczył w ulicę. Obojętnie wiódł wzrokiem po zagrodach: ciemne były, tylko w chacie Grala przez szybki czerwieniał ogień na kominie.
Nie dziwiło to Marka. Smutny człek może także już w nocy wrócił z połowu.
Chciał wejść i spytać o rezultat, ale obecność Marty wstrzymała go. Zobaczą się jutro. Nic pilnego.
Rzeczywiście, od pewnego czasu Marek lekceważył w ten sposób każdy interes. Nie cieszyła go pomyślność, nie martwiło niepowodzenie.
Szedł dalej. Dziwna rzecz, jak zaścianek, pomimo nocy, dymem był otoczony. Skąd ten zaduch? Obejrzał się. Wszędzie cisza i spokój.
At! Pastuszki może ogień gdzieś niecą z mokrych gałęzi; stąd dym się ciągnie.
Wtem coś mu wpadło pod nogi. Był to Margas. Marek się schylił, by pogłaskać psa, i spostrzegł przerażony, że zwierzę było osmalone, bez sierści, z kilku okropnymi ranami...
— Co ci się stało, Margas? — zawołał.
Pies zaskomlał żałośnie i pobiegł naprzód, oglądając się za panem.
Jeszcze kilkanaście kroków i zrozumiał wszystko: rany psa i zaduch dymu. Nie od pola one smugi szły gryzące, ale ot stąd, dokąd dążył na nocleg. Spojrzał i stanął, a Margas popatrzał mu w oczy, zawył raz i drugi. Potem nikt się już nie odezwał.
Jak czarna, szeroka rana, leżała przed Markiem jego posiadłość. Zamiast budowli, domu, ogrodu, płotów, kupa dymiących zgliszcz i pustka!
Komin chaty sterczał, jak widmo, szkielety opalonych drzewek odcinały się na tle jasnej nocy, z rumowisk bezkształtnych wiatr podnosił dym i duszące wyziewy spalenizny. Nie zostało nic: ani węgła, ani kołka, ani znaku, na którym by oko można zatrzymać.
Kwadrans, pół godziny gospodarz tego pogorzeliska stał i patrzał. Przetarł dłonią oczy, myślał, że majaczy, że śni, że zmora go trapi. Nie; przytomny był i to, co miał przed sobą, nie zniknie, ale zostanie w blaskach ognia i w obliczu słońca. Rozpacz, jak ćwiek, powoli wbijała się w mózg. Osuwały się zmęczone nogi. Usiadł ciężko na kamieniu, który znowu, jak przed rokiem, stanowił płot, głowę wziął w dłonie i jęknął:
— Boże, Boże! Com ja zawinił?
Margas, jakby zrozumiał ból, podszedł do niego i skomląc, lizał po rękach. Marek podniósł oczy, wstał.
— A gdzież moi są, Margas? — spytał. — Przecie żyją?
Pies w odpowiedzi zawrócił do zaścianka. Prowadził pana. Idąc za nim, Marek doszedł chaty Grala i już bez namysłu otworzył furtkę. Na skrzyp wrót w chacie się zaruszono, ktoś wyszedł naprzeciw niego.
— Kto tam? — spytał cicho głos Ragisa, dziwnie zmieniony.
— Ja! — odparł już po swojemu spokojnie.
— Skąd idziesz?
— Z pogorzelni. Zdrowiście wszyscy?
— Nie, synku!... Gral umiera — szepnął stary przez łzy...
— Umiera? Co mu takiego?
— Ratował chatę, wpadł pod belki, potłukł się i poparzył. Trzeci dzień dogorywa, tylko co pleban odjechał!... Chodź!
Weszli. W izdebce pod świętym obrazkiem smutny chłopak leżał cały w ranach, zmieniony do niepoznania. Nad nim we łzach siedziała Marta z panną Anetą, dalej kilku kolegów z zaścianka.
Dziwna rzecz! Przez całe życie Łukasz skarżył się i smucił; teraz, wobec śmierci tak bliskiej, pomimo cierpienia, leżał cichy i uśmiechał się.
Marta klęczała obok posłania, rękę wsunęła mu pod głowę, łkanie rozdzierało jej piersi. A on się uśmiechał przez te rany i trud przedśmiertny, jakby go dopiero teraz nic nie bolało i nie smuciło.
Panna Aneta zgarbiona, znękana nie szukała już w ziołach i maściach ratunku, a Gral o nic nie prosił: ani o lek, ani o wodę, w twarz Marty patrzał z jasnością w oczach niebywałą i uśmiechał się pogodnie. Na widok Marka ręką poruszył: wzywał go bliżej.
Olbrzym pochylił się nad nim.
— Miłosierdzia nad samym sobą nie miałeś, Łukaszu — rzekł wzruszony.
Umierający potrząsnął głową.
— Nie, nie! — zaprzeczył — Bóg chciał. Twoje pieniądze u chrzestnego, oddałem. Dziękuję ci za wszystko, coś zrobił. Jam rad, och, rad!
Znowu na Martę oczy zwrócił i dodał ciszej, jakby do siebie:
— Żebyś wiedział, jak mi dobrze... jak dobrze... dobrze!
Zasunęły się powieki. Uśmiech został i na zawsze już zastygł na rysach.
Ragis odmówił pacierz, westchnął i wywołał Marka na podwórze.
— Żyd w więzieniu! — rzekł. — Złapał go Grenis z twoim psem!
— Kiedyż się to stało?
— Pożar? We czwartek, na drugi dzień po tej awanturze. Ja byłem na Żwirblach, panna Aneta na plebanii, odwoziła kościelną bieliznę do prania, Grenis grabił siano za ogrodem i, jak się pokazało, zasnął. Margasa zostawiłem na straży w stancji i sam poszedłem do roboty. Raptem dym buchnął, potem płomienie. Rzuciliśmy się wszyscy, zaściankowi za mną; sądny dzień! O włos nie zajęła się zagroda Wojnata, ale wiatr gnał w pole, uratowali. Gral właśnie od jeziora wracał; jak ćma, lazł w ogień, wyrzucił kuferek panny Anety i obrazek święty, potem go belki przywaliły; dobyliśmy zduszonego! Ledwie ocucili, i ot, na nic!
Pochylił głowy żałośnie.
— I bydło zgorzało? — zagadnął Marek.
— Tylko cielęta; woły i konie na paszy były, a źrebaka to własnoręcznie uratowała poświcka panienka z Julką.
— Była panna Orwidówna? — wyjąkał Marek.
— Był, kto żyw: i Hanka nawet, choć jej matka nie puszczała, i Sawgard z parobkami, i chłopi ze Skomontów. Było komu ratować, i woda o krok, cóż, kiedy zbrodniarz podpalił w czterech miejscach, a tu co? Słoma i smolne drzewo! Cztery godziny czasu i po wszystkim!
Marek otworzył usta, zająknął się i zamilkł.
Z chaty wyszła panna Aneta i zbliżyła się do nich.
— Odstąpiłam tej biednej, żeby cię przywitać, moje dziecko kochane! — rzekła, obejmując schyloną głowę młodego. — Nie upadaj na duchu! Gorzej temu, co podpalał. Nie minie go sąd ludzki i Boski, a ty znowu odbudujesz! Kogo Bóg chce koronować, tego wpierw biczuje. Zobaczysz, rychło ci koniec troski nastanie! Byle zdzierżeć w milczeniu i w spokoju. A dziękuj Bogu, żeś nie stracił nikogo drogiego, jak ta oto kobieta!
— Ja, ciotko, niczyim kochaniem nie poniewieram, jak ona! Słusznie płacze, tylko się opamiętała za późno! Gral szczęśliwy, szedł jak na gody! Gorzej żyć!
Złożyła ręce, jak do modlitwy.
— Mój chłopcze kochany, moje ty dziecko biedne, tylko tę niedolę jeszcze znieś, tylko ten raz jeszcze wytrzymaj! To już ostatnia Boża próba. Rychło odpoczniesz!
— Daj Boże, jak Gral! — zamruczał ponuro.
— Milcz, chłopcze, nie bluźnij! — wtrącił Ragis. — Nie takie my klęski z twoim ojcem przeżyliśmy, a wytrwali! Poczekaj ranka, opamiętaj się!
— Jam spokojny, tylko widzę, że niczego się nie dokołaczę... Poczekam ranka i pójdę do pracy. Ciocia mówi, że to ostatnia troska? Oj, nie! Słyszałem w Kownie, że mnie Witold pozwał na sąd obywatelski. Wręczył mi papier. Za tydzień mam się stawić na plebanii. Macocha zebrała swoją familię; wiem ja, jak osądzą!
Starzy umilkli zafrasowani, po chwili zaledwie ozwał się Ragis:
— Możesz nie pójść...
— Cóż z tego? Dziś zagrodę, jutro spalą Żwirble, pojutrze Ejniki, potem jurgiskie młyny. Trzeba kończyć. Czy tak, czy owak, zewsząd zguba.
Machnął ręką i usiadł na przyzbie.
— Żyd pójdzie w katorgę! — rzekł Rymko.
— Co mi z tego? Ja je już mam tutaj, te katorgi! — zamruczał, wskazując na piersi.
Panna Aneta usiadła obok niego.
— Nie sam jesteś na świecie, Marku! Jak się paliło, tom patrzała spokojnie, ale łzy mnie wzięły, gdy zobaczyłam, że oto w nieszczęściu policzysz przyjaciół... Są dobrzy ludzie, oj są! Sam byś tak nie ratował, jak chłopi ze Skomontów i Poświcia, i nie płakałbyś tyle, co stary Dowgird i Hanka poczciwa... A panienka z Poświcia...
— To cały zuch! — przerwał Ragis. — Konno przyjechała z tym cudakiem!
— Nie cudak, dobrodzieju, nie cudak! — przerwała panna Aneta. — A któż klatkę z ptakami z okna odczepił? Hanka powiada: najgorzej mi szkoda tych śpiewaków w niewoli! Skoczył młody Downar, nie wytrzymał żaru; skoczył Wawer Ejnacki, wrócił poparzony, a ten cudzy poszedł sobie powoli, włosy osmalił, ręce popiekł i przyniósł jej klatkę. Jeszcze żywe były ptaszęta...
— Tylkoż one się zostały. Nie ma Igiełka i Żywusi, i Robak spał w izbie! I flet się spalił; nie zagram już, bo i nie ma dla kogo!
Marek znowu chciał coś rzec i usta zagryzł.
— Oj dużo, dużo dobrych ludzi na ziemi! — pokiwała głową staruszka. — Lżej cierpieć, gdy się o nich pomyśli! Nazajutrz znieśli nam krup i słoniny, kto miał. Rok głodu nie będzie.
— A najmilszy dar przyniósł Pan Bóg z nimi, bo jakąś wielką otuchę i cierpliwość — dodał stary — a i czasu na myślenie długie nie było, bo ratowaliśmy tego biedaka. Siedziała nad nim czarna Julka, dwóch felczerów, ksiądz, panna Aneta... Nie dali rady! Ot, go i pochowamy teraz! Powiedz co, Marku, czyś oniemiał?
— Albom kiedy co gadał? — zamruczał Czertwan.
— Nieboszczyk twój ojciec takim był. Nie gadał, a żywot cały cicho pracował. Naturę ci swoją dał. Nie ustaniesz i ty w trudzie, jak i on, i nad wszystko wyrośniesz! Oj, znam ja cię, znam, mój ty chłopaku kochany! — szepnęła łagodnie panna Aneta, wstając.
Raz jeszcze objęła głowę Marka i przycisnęła do piersi swej poczciwej, potem otarła oczy i rzekła:
— O biedzie swej zamilczmy, bo mniejsza niż ta, w tej chacie. Idźcie, dobrodzieju, z Markiem, ubierzcie tego biedaka w świąteczne szatki, a ja mu w sieni uścielę posłanie; chłopaki mi pomogą.
Skinieniem wywołała młodzież z izby. Wysunięto tapczan, nakryto go kilimkiem, jeden ruszył po światło, drugi po deski na trumnę.
Marta leżała osłabła, jęcząc głucho, na ziemi. Tak im ta noc zeszła.
Pierwsze promienie słońca weszły do sieni Grala i cicho objęły jasnością katafalk. Ubrany odświętnie, prosty, wyciągnięty, młody, leżał i uśmiechał się wciąż. Popalona jego twarz wypiękniała tym wyrazem, w złożonych rękach trzymał drewniany krzyżyk, a z dala, po rosie, wołały go dzwony kościółka, te same, co mu biły na chrzest i wesele, stare znajome, i na cmentarzysku czekał nań grób w żółtym piasku i krzyżyk sosnowy! A on się uśmiechał...
Przed progiem Marek z Downarem heblowali białe deski na domowinę ostatnią. Ragis na wieku już gotowym wyrzynał niekształtne litery, panna Aneta szyła mu poduszkę do tej pościeli z wiórów. Marta płakała bezustannie.
Na głos dzwonów schodzili się sąsiedzi. Z uszanowaniem, z głową odkrytą, odwiedzali go. Był dnia tego najstarszym w zaścianku. Doczekał chwili, że po nim płakała żona, żałowali znajomi, chwalili najobojętniejsi, a Czertwan sam na niego pracował jak wyrobnik. Nie dziw, że się tak błogo uśmiechał!
Ludzie, wychodząc, otaczali Marka, ciekawi, czy też się zmienił choć trochę, ale on od smutnej swej roboty oczu nie podnosił i ledwie odpowiadał na przyjazne słowa. Może, wedle swego zwyczaju, nie słuchał, zajęty czymś innym? Pochylony, z włosami, zakrywającymi pół twarzy, heblował deski.
— Pan już wrócił? — zabrzmiał mu nagle znajomy głos.
Zatrzymał się. Do Julki Nerpalis wyciągnął spracowaną dłoń.
— Dziękuję pani za ratunek! — rzekł.
— Nie na wiele się przydał! Szkoda mi pana serdecznie! Hanka aż zapuchła od płaczu. Pani Czertwan zamknęła ją w domu za karę, że biega jak ulicznik na widowiska! Naturalnie, cytuję nieswoje słowa. Ładne widowisko, nie ma co mówić! Kupa rumowisk z takiej pracy, a tu z człowieka w sile wieku garść próchna! Widowisko istotne!
Aż pokraśniała poczciwa dziewczyna i mówiła po chwili dalej:
— Panna Orwid mówiła mi, że zasnąć nie może. Szlachetna to dusza! Choć nie płacze, ale znać, że dotknięta mocno pańską niedolą. Nawet pan Marwitz chodzi osowiały. Stracił w pożarze faworyty i skórę na rękach. Ratował dla Hanki szpaka i kosa.
— I pani uratowała źrebaka! — wtrącił, nie przestając roboty.
— Nie ja sama. Panna Irena posłyszała rżenie w stajence. Zapomniano o nim. Otworzyliśmy drzwi, nie chciał wychodzić, poszłyśmy tedy do środka i siłą go wydostałyśmy. Potem budynek zaraz się zawalił. Najlepiej sprawił się ten ospowaty parobek. Żyda złapał, jak się przekradał ogrodami. Znaleziono przy nim butelkę nafty, zapałki i gałgany. Wyznał ze strachu, że mu kupiec leśny dał za tę robotę dziesięć rubli. Wtedy to, panie, nastała okropna scena. Nie widziałam nigdy takiego przeistoczenia w jednej chwili, jak na twarzy pana Marwitza i owego parobka. Jeden zzieleniał i ochrypłym głosem wołał: „lynch, lynch!”, a chłop tak się rozwścieklił, że wlókł Żyda prosto w ogień. Zęby wyszczerzył, oczy mu zaszły krwią, i krew, zdawało się, wytryśnie mu z każdej blizny po ospie! Żeby nie Hanka, wymierzono by doraźnie sprawiedliwość, ale ona zaczęła błagać pana Marwitza i wołać pana Ragisa! Czterech ludzi ledwie wydarło ofiarę z rąk parobka. Potem nic już robić nie chciał: siadł i płakał jak bóbr!
— Czemu tego nie powstrzymali? — zauważył z goryczą, wskazując na głowę umarłego.
Julka obejrzała się ostrożnie i zniżyła głos:
— Mnie się zdaje, że on sam śmierci szukał, bo można było jeszcze wyskoczyć, gdy belki zaczęły trzeszczeć. Powiadają, że on od dawna czekał okazji. Kto wie?
— Kto wie?... — powtórzył Marek, biorąc w rękę piłę.
Przypasowali deski, zaczęli je zbijać. Młoty stukały monotonnie, z cicha.
— Pan i stolarz? — zauważyła Julka.
— Za młodu z ochoty się poduczyłem i dobrze, bo to stary zwyczaj, żeby umarłemu nie obcy, lecz najbliżsi klecili trumnę. On rodziny nie ma.
— Swój lepiej zrobi, wygodniej pościele! — zauważył Downar.
— A gdzież żona?
— Płacze — rzekł lakonicznie Marek.
Młody szlachcic znowu się wmieszał do rozmowy:
— Za życia on płakał, a ona się śmiała, a śmierć to wszystko obraca na opak.
Wtem turkot się rozległ na ulicy. Spojrzeli wszyscy. Z malutkiego powoziku, założonego parą ślicznych koni, wysiadła Irenka Orwidówna, sama, bez Clarka. Czarno była ubrana i dużo bledsza niż zwykle. Julka, Ragis i panna Aneta rzuciły się żywo na jej spotkanie; jeden Marek się nie ruszył i tylko, gdy przechodziła, ukłonił się głęboko. Weszli za nią wszyscy do zwłok i w tej chwili Downar rzekł:
— A gdzież to, Czertwanie, bijecie ten ćwiek? Toż tam już dwa wbite?
Po dość długiej modlitwie wyszli wszyscy i otoczyli kołem Marka. Irenka popatrzała na trumnę i rzekła:
— Wstyd panu, panie Czertwan! Ten, co tam leży, uśmiechnięty jakiś, wesół, daleko pogodniejszy od pana!
— Uśmiecha się! — pokiwała głową panna Aneta. — Jest racja, moja śliczna panienko! Duszę jego anielską Bóg za pokutę włożył w nędzne ciało, więc ciągle się skarżyła i płakała... A wychodząc na swobodę, z radości musnęła po licach skrzydłem, i ot po niej znak taki jasny pozostał.
Na to określenie Julka uśmiechnęła się mimo woli. Downar otworzył szeroko usta i oczy, Ragis ramionami ruszył. Tylko Marek niczym nie objawił wrażenia, a Irenka zauważyła:
— Ja bym rada zobaczyć to u pana Czertwana przed śmiercią jeszcze... Ejże! Mnie się zdaje, że pan powinien weseleć i rość po każdej biedzie...
— Tak to i będzie! — potwierdziła ciotka. — Jeszcze on urośnie, nad wszystkich wyrośnie! Będzie możny pan, i wielki, i szczęśliwy! Dola buduje się na klęskach!
Coraz więcej ludu napływało. Kobiety zaczęły zawodzić, wedle obyczaju; ścisk się robił na podwórzu.
— Chodźmy stąd — rzekła Julka — trumna prawie gotowa. Zabiorę Marka, stryj mnie z tym przysłał. Może pan tymczasem przyjmie na plebanii gościnę. To, co ocalało w pożarze, już tam zwieziono. Chodźmy!
Ostatnie ćwieki wbito w deski; ukończyli cieśle swe dzieło i ustawili pod ścianą.
— Dziękuję pani! — rzekł Marek. — Nie czas gościć. Pogorzelisko trzeba uprzątnąć, za drzewem się obejrzeć, na jezioro wieczorem pojechać. Chrzestny niech idzie do proboszcza o pogrzeb się umówić i wypocząć nieco. Mnie się nie chce ani wczasu, ani jadła! I cioci warto odetchnąć...
— Ja się tu zostanę, Mareczku; jeślim ci niepotrzebna, z niebogą tą posiedzę. Tyle tu roboty i troski, a ona jedna!
— Chodźmy tedy na pogorzelisko, panie Czertwan! — zawołała Irenka. — Mamy, dzięki Bogu, lasy pełne drzewa! Odbuduje pan rychło!
„Za co?” — pomyślał, idąc za nią. Ostatnimi czasy robota polowa, reperacja młynów, wypłaty Kazimierzowi, Hance, macosze, proces o dąbrowę wyczerpały jego zasób. Miał zaledwie marną sumę!
Ragis z Julką szli opodal. Obejrzała się na nich i, zniżając głos, rzekła prosząco:
— Czy pan się nie obrazi na mnie, gdy go o coś poproszę? Mnie się zdaje, że połowa natury pana składa się z monstrualnej dumy i hardości, a druga połowa z zaciętości strasznej, żeby milczeć i niczego nie okazać! Ja wiem wiele o panu i czasem mi okropnie żal pana, a czasem gniewam się istotnie! Po co się męczyć bez racji, bez potrzeby? Och, warto pańską duszę w ogień włożyć, a potem kuć na inną formę, bo stara jest nieludzka w swej zaciekłości!
Nic nie odrzekł, błądząc wzrokiem po ziemi.
— Czemu pan milczy i wobec mnie? Jam panu tak życzliwa, z całego serca! Mnie pan swym spokojem nie oszuka! Ja wiem, że za nim w duszy pana wre męka i piekło!
Zadrżało mu ramię. Nieufnie oczyma przez sekundę spoczął na jej oczach i po chwili niewyraźnie odparł:
— Piekło nie! Męka nie jedno z potępieniem!
W źrenicach rozsypały się złotawe skierki.
— Po co się męczyć na próżno? Nie pomoże panu milczenie! Kto zechce zrozumieć, zrozumie! Nie zwalczy pan jednej rzeczy, nigdy!
Poczerwieniał i kurcz bólu drgnął mu na licach, jakby dotknęła ciężkiej rany.
— Uchowa mnie przed nikczemnością Bóg miłosierny i ojciec nieboszczyk w niebie! Jeszczem ja przed niczym nie uległ, co grzeszne!
Brwi jej się zbiegły groźnie.
— Nie rozumiemy się, panie! To, co ja myślę, nie jest ani grzechem, ani nikczemnością i dlatego właśnie złamie pana, bo wielkie i dobre.
— Nie stoimy na równi i rzecz każda inne ma lica dla mnie i dla pani — odezwał się po chwili namysłu.
Ragis z Julką dopędzili ich: stali nad zgliszczami.
Stary wszedł między rumowiska i zwrócił się do Marka:
— Bocianięta z gniazdem spadły w płomienie; widzisz, jak stare krążą nad nami? A w tym popiele Igiełko mój się upiekł! Nic nie zostało!
Marek postąpił parę kroków i butem rozrzucał zwęglone resztki chaty. Nagle coś mu zadźwięczało pod nogą, schylił się i z żużli tych podniósł osmalony przedmiot.
— Zostałeś ty jeden! I cały! — zawołał półgłosem z wybuchem głębokiego wrażenia.
Był to rycerz czarny, z blachy rżnięty. Płomień go odstąpił, nie tknął najmniejszego rysu. Niezmieniony, pędził na swym rumaku z mieczem w prawicy, z tarczą u ramienia. Julka podskoczyła naprzód.
— Nasz rycerz! — krzyknęła z błyszczącymi oczyma, spoglądając dumnie ku niemu. — Skąd go pan ma?
— Zawsze mi nad posłaniem był i został! — wymówił młody człowiek, cały przejęty.
— O! Ten się klęsk nie boi!... Zahartowany od dawna!... — rzekła siostra Olechny z uśmiechem dumy.
— Co to jest? — zapytała ciekawie Irenka, podchodząc.
— Nasz rycerz! — rzekł Marek, ocierając troskliwie znak z prochu.
Zrozumiała. Wyciągnęła po niego rękę i długo się przyglądała w milczeniu.
— Potężny! — szepnęła, jakby do siebie.
Ragis podszedł i także radośnie uderzył w dłonie.
— Oho, jest Wejdawutas! No, to i chwała Bogu! Znowu my wszyscy!
— Co to Wejdawutas? — spytała Irenka.
Ragis oparł się na kiju i rad, że go ktoś obcy słucha, prawił:
— Bohater to był wielki, nasz pierwszy! Bohater, choć świtę139 nosił i krowy pasał u sługi królewskiego... A gdy smok kraj trwożył, z morza wyszedłszy, król posłał generała, ale Wejdawut go uprzedził i ubił smoka...
Chwałę wziął generał, a on milczał i po staremu krowy pasał...
I przyszedł gorszy smok, a on go też ubił, a generał tylko z nieżywego głowę ściął i sławę posiadał. A Wejdawutas milczał i sławy nie dochodził, bo mu jeno o bój szło i ziemi dobro chciał zrobić...
A trzeci smok taki był straszny, że król obiecał córkę temu, co go pokona. I Wejdawutas znów poszedł samotrzeć140 i w milczeniu do zarania walczył, krwią spłynął i ubił potwora. Ale, jako zwykle, po nagrodę nie poszedł, tylko do krów wrócił i służył w cichości...
A generał znalazł nieżywego smoka, głowę mu ściął i na zamek wrócił...
Zgotowano gody, ale Wejdawutas nie pił, nie weselił się; kazano mu łaźnie palić. A gdy napalił, siadł rany swe obwiązywać, co mu krwią ciekły, i tak go zeszła królewna...
Pyta się: „kto cię pokaleczył?”, a on milczy; „ktoś ty?”, a on milczy, tylko wpatrzył się w nią i oniemiał z zachwytu...
Doniosła tedy ojcu. Wzięto go na spytki, a on milczy; więc ona znowu jęła go prosić i wyznał...
Tedy poszła wieść, generałowie się zapierali, chcieli go zgubić...
A on wtedy powstał i rzekł: „A gdzie zęby smocze z tych głów, coście królowi przynieśli?” Nie było zębów, bo on je pierwej wydarł, schował...
Przyniesiono więc zęby i urósł Wejdawut jak orzeł i jak dąb, nad lud cały. I dał mu król córkę za żonę i uczynił synem i wodzem, a generałów potracił!...
Umilkł Ragis. Irenka słuchała go, mocno zajęta. Zrozumiała wszystko... Język ojczysty co dzień jej się stawał jaśniejszym.
Podczas opowieści podniosła oczy na Marka, iskrzyły się jej zapałem. Tryumfowała z czegoś, co on zrozumiał widocznie, bo gdy Ragis skończył, poruszył się żywo, poczerwieniał i rzekł:
— Nie dokończyliście, chrzestny, jako starzy kończą: „I rzekła królewna do Wejdawuta: »czemuś milczał?«, a on jej odparł: »bo ja nie godzien był chodzić w takiej jasności, ani słońce za żonę brać, bom ja pastucha krowi i nędzarz!«...”.
— Ot! Wymyśliłeś! — oburzył się stary. — Będziesz mnie bajek uczył? Nie wiedzieć co! Jeszcze nigdy nie słyszałem, żeby w bajce było, co kto z żoną po ślubie gada!
Julka parsknęła śmiechem na tę admonicję141. Marek zawstydzony krwią się oblał142.
— Matka mnie tak uczyła... — zamruczał.
— Chyba, bo to babskie gadanie, co sensu za grosz nie ma!
Julka spojrzała na Irenkę, potem na Czertwana i znowu na Irenkę. Coś kombinowała w swej kędzierzawej głowie.
— A ja nawet słyszałam, co Wejdawutowi odpowiedziała żona! — zawołała, śmiejąc się.
— At! Durzycie mi na złość głowę! — zakrzyknął Ragis, odchodząc, ale Irenka zawołała:
— Co powiedziała, panno Julio? Słuchamy!
Julka zrobiła minę serio i głosem Ragisa rzekła:
— Tedy królowa rzekła: „Nie pastuchem jesteś, ale bohaterem, i większa jasność z twego czynu i miecza niż z mojej korony!” Skończyłam!
— Źle powiedziała królewna! — zadecydowała panna Orwid, wstając i potrząsając wyzywająco głową. — Powinna była rzec: „równiśmy sobie, bo cię kocham, a ty mnie. Tyś mi nie pastuch, ale mąż, a ja nie królewna, ale żona! Bądźmy szczęśliwi!”... Nieprawdaż, panie Czertwan?
Marek oczy wbił w ziemię i długo milczał. Julka zaśmiała się i odeszła do Ragisa w stronę okopconych ulów.
— Nieprawdaż, panie Czertwan? — powtórzyła panienka.
— Wejdawut powinien był do końca cierpieć i zęby ściskać! — zamruczał.
— Tedyby marnie zginął! Największy rozum do czasu milczeć i do czasu mówić. Dlatego on bohaterem i pan go za pierwowzór ma. Proszę tej bajki nie zapominać i nie zmieniać wedle fantazji. Daruje mi pan swego czarnego praojca? To jakbym miała pana portret!... Mogę go sobie wziąć do Poświcia??...
— Proszę, pani!
— Dziękuję, Wajdewucie!... — rzuciła z uśmiechem.
Obejrzała się po ruinie i spoważniała natychmiast.
— Wracając do naszej rozmowy, czy pan się nie obrazi na mnie, gdy o coś bardzo, bardzo poproszę?
— Jak trzeba coś dla pani zrobić, gotowym.
— Niech pan przyjmie ode mnie drzewo na budowlę. Niech pan mi zrobi tę łaskę...
— Dziękuję pani!
— Zgoda zatem?
— Nie, pani! Za dobre słowo wdzięczny będę, ale nic mi nie trzeba!...
— Nie cierpię pana! — zawołała z gniewem w głosie i ruchu. — Nie ma pan serca i delikatności. Myśli pan, że to lekko i przyjemnie znosić tę całą górę obowiązków, jakie się wam zebrały u mnie przez ćwierć wieku?!...
Zwróciła się szybko i odeszła. Powóz na nią czekał w ulicy; chciała wsiąść, ale sobie coś przypomniała i stanęła.
— Panno Julio! — zawołała. — Czy pani ma chwilę czasu143? Chciałabym poprosić panią ze sobą dla walnej narady.
— Służę pani, i owszem! — odparła studentka.
Ragis je przeprowadził. Wsiadły obie.
— Do zobaczenia, panie Marku! — pożegnała pozostałego opodal Julka.
Irenka odwróciła oczy w przeciwną stronę i nic się nie odezwała.
Konie ruszyły; za osadą, około kapliczki z figurą świętego, stał tłum wieśniaków, który coraz się zwiększał; widać było stroje ze Skomontów i z Poświcia, zmieszane w barwną mozaikę, jak na kiermaszu. Odświętnie ubrani, sama snać starszyzna, zbierali się w gromadki i radzili żywo. Przez całą drogę spotykali co krok opóźnionych; dążyli, jak na wiec jaki, pod figurę.
— Co to się stało? Meeting — zauważyła Amerykanka.
— Pewnie do stryja ze sporem o granicę — odparła Julka — jest to ich najwyższy trybunał! Słuchają lepiej niż wyroków senatu. O, dobry to lud i na wskroś zdrowy jeszcze. I ja z tego rodu pochodzę. Dziad miał chatę w Saudwilach i grunt, i mój brat marzył wrócić do niej, skończywszy nauki. Gdy umarł, stryj z ojcem oddali ziemię na szkółkę. Została chata i ogród. Jak wrócę z patentem, zamiast brata, to w niej osiędę!... Ale ja baję, a pani ma interes do mnie...
— Nawet ważny! Cóż panie robią z Marwitzem? Człowiek oszalał za panną Anną! Jestem udręczona jego wzdychaniami; jest to całe morze sentymentu! Jakże się to skończy? Ulokuje nareszcie ten legendowy pierścionek i poczciwe serce?...
— Pierścionek, który pani odrzuciła, jak nam z całą szczerością opowiadał.
— Gdybym zdołała wykrzesać z siebie choć odrobinę uczucia dla niego, niezawodnie bym przyjęła, bo człowiek to nieposzlakowanej prawości, dobroci, inteligencji i pracy, pomimo koślawego pozoru. Alem ja tam w Ameryce zostać nie chciała, przez pamięć ojcowskiej woli, i nie kochałam go.
— A Hanka do Ameryki za nim nie pojedzie, choć sądzę, że go trochę zaczyna lubić...
— Zaczyna? Chwała Bogu! To już wiele!
— Po drugie, nie zerwie studiów, raz rozpoczętych; po trzecie, nie pójdzie za innowiercę! Żeby pan Marwitz czekał trzy lata i zmienił wyznanie, to może by się zgodziła przyjąć ów niefortunny pierścień.
— Istotnie, dużo przeszkód! Muszę go wyprawić za ocean i napisać do ojca. Skarb ten polecił mi pan Marwitz tak usilnie, jakby to był pakunek szkła! Ładnie się wykierował! Wróci okiereszowany i nadtłuczony. Ale to chyba nie moja wina...
— Zapewne i nie Hanki!...
— Temu wszystkiemu winne tylko pszczoły panny Anety! Pamięta pani?
Obydwie zaśmiały się na wspomnienie zabawnej sceny.
— Kiedy panie wracają do Paryża? — zagadnęła Irenka.
— Wyjeżdżamy pojutrze! Za tydzień otwarcie kursów!
— Szkoda mi pań bardzo. Stracę jedyne towarzystwo!
— Bywa pani w Skomontach?
— Tylko dla Clarka zrobiłam to ustępstwo, a on razem z wyjazdem pań straci interes odwiedzin. Nie mogę tam bywać, bo nie cierpię dwulicowej roli!
— Poznała pani Janiszewskie?
— Smutna perspektywa. Babka stęka, a wnuczka coraz posępniejsza i chudsza. Czy pani nie ma innej pociechy?
— Ma pani pana Czertwana.
— Mam go dosyć! Wolę nie widzieć i nie irytować się!
Julka poruszyła głową zdziwiona.
— I pani na niego, jak wszyscy! Dziwny los! Cały świat albo go się boi, albo nie lubi i obchodzi z daleka.
— A pani?
— Ja jedna mu wierną zostanę. Stara to przyjaźń i nigdy niezawiedziona! Jest to człowiek bez skazy i słabości.
— Właśnie dlatego nieznośny. Brak mu kilku skaz i choć jednej słabości. Byłby trochę pokorniejszy i dostępny.
Julka zaśmiała się wesoło.
— Czego się pani śmieje? — spytała Irenka.
— Bo z tego pani określenia wnoszę, że pani tę kwestię traktuje nieobiektywnie, jak ja, ale subiektywnie. Dlatego w sądzie o panu Czertwanie nigdy się nie zgodzimy.
Irenka pokraśniała nieco.
— Ma pani słuszność! — potwierdziła z całą szczerością. — Najgorzej to mnie gniewa, że i on wszystko traktuje obiektywnie.
— Oj! Coś mi się zdaje, że pani się myli! Ja w nim widzę wielką zmianę od pewnego czasu. Bardzo to podobne do owej słabości, której brak zarzuca mu pani. Ja mam oczy przyszłego doktora i prorokuję, że z tej skazy urośnie mu śmiertelna choroba i ciężka wada serca!
— Tego bym tylko chciała! — rzekła wesoło Irena.
Powóz stanął przed poświckim gankiem. Naprzeciw nich wyszedł Marwitz skrzywiony, żując w ustach resztki cygara. Na widok Julki poszukał kogoś jeszcze oczyma i westchnął jak wieloryb.
— Cóż porabiałeś, Clarke?
— Złowiłem cztery rybki!... — wymówił smutnym tonem.
— My tymczasem rozprawiałyśmy o twych losach. Wiesz, że te panie pojutrze wyjeżdżają?
— Wiem, jestem upakowany.
— Ty? Po co? Wracasz do Ameryki?
— Jadę do Paryża.
— Zwariowałeś!
— Iry! Ty zawsze ze swoją prędką decyzją! — upomniał żałośnie. — Jadę do Paryża, najmuję sobie pokój w pobliżu i czekam.
— Ciekawam, czego?
— Skończenia kursów panny Czertwanówny.
— Trzy lata? Człowieku, opamiętaj się! A ojciec, a fabryka? A rodzina?
— Mogą na mnie czekać!
— Ależ panna Czertwanówna nie pojedzie z tobą za morze.
— To ja zostanę!
— Ależ ona nie zechce twej wiary!
— To ja ją zmienię! Przysiągłem sobie, że się z nią ożenię, i ożenię!
— Ha, to rób, jak chcesz! Ja piszę do twego ojca i umywam ręce!
— Przy znanym braku stanowczości Hanki taka stanowczość pewnie jej zaimponuje — dorzuciła wesoło Julka. — Może pan uważać swój pierścionek za ulokowany!
— Noszę go zawsze w kieszeni! — westchnął patetycznie przy wtórze śmiechu obu panienek.
Tymczasem pod figurą na rozdrożu tłum chłopów rósł. Znalazły się i kobiety, obładowane jakimiś węzełkami, i młodzież, i dzieci.
Naradzili się z sobą i ruszyli hurmem, nie na plebanię jednak, ale wprost do zaścianka. Na czele wójtowie obu gromad, ławnicy i starszyzna, dalej długim szeregiem prości żołnierze tej wielkiej, szarej armii rolnej. Kroczyli uroczyście ulicą aż do Markowej zagrody.
Pogorzelcy z Ragisem i parobkiem rozrzucali zgliszcza, uprzątali popalone resztki i kupy popiołu. Gromada wtłoczyła się na podwórze i stanęła.
— Pochwalony Jezus Chrytus! — pozdrowili wójtowie, a za nimi chór cały.
— Na wieki! — odparł Marek, uchylając czapki.
Stary chłop, patriarcha Skomontów, wystąpił naprzód i ozwał się:
— Przyszli my panicza „poszkodować”! Ale szkodowanie sercu miłe, a ani wróci chaty, ani nowej odbuduje. Słowami węgłów nie wzniesiemy i chudoby nie ożywim. Więc my się zebrali z braćmi zarzecznymi i niesiem paniczowi żal nasz i ręce. Nie ma u nas pieniędzy, by wam w tej biedzie pomóc, ale zdrowych rąk siła, moc. Więc wy, paniczyku nasz, nie frasujcie się o robotnika i sprzężaj... tylko o materiały się postarajcie, a my przyjdziemy, jak teraz, gromadą, kto tylko siłę ma, i odbudujemy tę zagrodę waszą...
Marek spojrzał w twarz mówcy, potem po tłumie tych głów odkrytych, i nagle rzucił czapkę o ziemię i zapłakał.
Hart jego nie wytrzymał wrażenia tych słów i widoku...
Łzy mu biegły z gorejących oczu jak rosa. Machinalnie otarł je rękawem i z trudem wyjąkał:
— Za co wy tacy dobrzy dla mnie, bracia? Czym ja wam się zasłużyłem?
Wszyscy zaczęli coś krzyczeć i dowodzić, kobiety poczęły łkać.
Stary mówca nakazał milczenie i znów się odezwał:
— Oni gadają każdy swoje. Jeden o polu, drugi o chorobie, trzeci o dzieciach, czwarty o pomorze bydła. W każdej chacie wy, paniczu, zapisali się dobrodziejstwem i ojcowie wasi. A ja za wszystkich odpowiem. Żyli wy z nami jak brat z bratem, szanowali siebie i nas, ratowaliście nas w chorobie i w głodzie, i w pożarze radzili dobrze. My milczeli, ale pamiętali; teraz nasza kolej wam zapłacić, to my i przyszli.
— Nikt w chatach nie został, wszyscy tu. Dziękuję wam, paniczu, żeście nas przyjęli i zrozumieli.
— Dziękujemy, dziękujemy! — zahuczało w tłumie.
Kobiety teraz wysunęły się naprzód i zaczęty składać u stóp Marka przyniesione tobołki.
Były tam grzyby i len, krupy, okrasa, jaja, suszone ryby, bochenki świeżego chleba, co miały w komorach.
— I my paniczowi ze swego coś przynieśli! — mówiły, płacząc. — A pamięta panicz, jak mego chłopaka od rekrutów uwolnił? A pamięta panicz mego starego, co go w chorobie do Kowna z dworu wozili? A moją dziewuchę panicz z rzeki wyratował, a jak mi bydło zaraza wzięła, to panicz przysłał jałówkę, co i dotąd jest; a pamięta panicz to i tamo?
Tymczasem parobczaki młodzi poszeptali między sobą i dotarli przez tłum kobiet do Ragisa.
— Panońku! — zawołał najśmielszy. — A my nic nie przynieśli i nic nie powiedzieli! Za to my wam zaraz co zrobim. Hej! chłopcy! Zrzućcie świty, taj do roboty! Co ma to leżeć i oczy ranić, niech przepada do reszty na drodze! Oczyścić plac pod „folwarek!”
Jak jeden, rzucili się do dzieła. Rozerwali migiem szczątki, znieśli opalone drzewo, żużle, węgle, garściami zmiatali popioły.
Znikły smutne ostatki pod setką rąk, grunt się równał, nie zostało śladu pożaru, tylko plac czysty, biały i kupy cegły, ułożone symetrycznie, jakby wiatr powiał i zniósł to wspomnienie klęski.
Skończyli i otarli uznojone czoła. Ragis coś im prawił, otoczyli go wokoło, a opodal starszyzna wzięła w środek Marka i radziła nad każdym kawałkiem drzewa, jak nad gromadną sprawą.
Potem ruszyli do odwrotu.
— Panicz da wiedzieć, gdzie rąbać i kiedy! — rzekli razem.
— Niech wam Bóg zapłaci, bo ja nie potrafię! — wyjąkał.
— My już zapłaceni, kiedy nas panicz przyjął! Daj, Boże, pociechę paniczowi. Chodźmy, bracia!
Wyszli. Z ulicy już pożegnali chórem:
— Pochwalony Jezus Chrystus.
— Na wieki.
Marek otarł łzy, a Ragis popatrzył na niego i rzekł:
— A co, synku? Nie żal ci, że żyjesz teraz? Gral już takimi łzami nie zapłacze. Lepsze one niż jego śmiech, oj, lepsze!...
— Chodźmy do niego! — szepnął Marek, wstając.
— Idź, synku. Ja podarki zbiorę i schowam! Bogatsi my, niż byli! Grenis, czyś w ziemię wrósł? A to pokuta! Zgłupiał od dymu. Zabieraj na wóz tobołki i marsz na plebanię; zrobili już chłopaki naszą robotę.
Nazajutrz po południu parą czarnych wołów wywieźli cichego chłopca.
Wołał go dzwon na ostatnią uroczystość, chwiały się nad nim chorągwie i żegnał go dzień letni, cichy, wonny, pogodny.
Żegnały go zboża i łąki zielone, żegnały go skowronki i pola rodzinne.
Już on z tej drogi nie wróci!...
Czertwan z Ragisem i Downarem spuścili go w grób świeży, usypali mogiłę. Marta zwaliła się na ten kopiec i jęczała okropnie.
Poniewczasie przyszło jej opamiętanie, poniewczasie miłość!
Wszyscy się rozeszli, tylko panna Aneta usiadła nad mogiłą brata i dumała smutnie. Nagle z kąta cmentarza, na kuli wsparty, wyszedł stary Wojnat, obejrzał się nieufnie i podszedł do leżącej.
Modlił się chwilę, potem dotknął jej ramienia.
— Marto! — zawołał z cicha.
Podniosła zmienioną twarz i usunęła się od niego.
— Dajcie mi pokój... dajcie umrzeć! — załkała.
— Wróć do chaty mojej — powtórzył.
— Nie chcę! Wygnaliście! Wolę żebrać!...
— Nie wygonię! Bo mi ciebie szkoda! Wróć się!
Tu panna Aneta podeszła bliżej i wmieszała się do rozmowy.
— Wróć, niebogo, wróć, kiedy cię stary wzywa! Snać144 go sumienie ruszyło! Zapomnij krzywdy, gdy pierwszy przychodzi!
— Zapomnij! — potwierdził z cicha Wojnat. — Już ja nie taki, jak byłem! Sieroctwo na starość to ciężka Boża kara!
Brzozy cmentarne szumiały głucho nad tym pojednaniem..
Marek z Ragisem, zabawiwszy chwilę u księdza, wracali do zaścianka.
— Cóż my teraz zrobimy? — zagadnął stary, skubiąc swe wąsiki i filuternie spoglądając na towarzysza.
— Pójdę na jezioro! Może za tydzień zbiorę trochę pieniędzy na drzewo...
— A ileż ci trzeba?
Czertwan ręką machnął.
— Ani myśleć wszystkiego odbudować. Może chatę sklecimy do zimy.
— Ileż ci trzeba na wszystko?
— At, co tam i mówić! Dwóch tysięcy nie wystarczy! Może zimą co zbierzemy z młynów i zboża.
— A przez zimę?
— Pobiedujemy jakoś!
— Ja bo nie lubię biedować! — zamruczał stary.
Marek umilkł. Szedł z Rymkiem z głową spuszczoną i nie uważał w zamyśleniu, że kaleka opuścił drogę i wszedł między ogrody, bez śladu, wiodąc go w stronę łąk nad Ejnią. Zaścianek został na uboczu, wieczór nadchodził, Ragis szedł zygzakiem, wymijając pasące się trzody i bystro przyglądając się okolicy.
Przed nimi ukazały się wreszcie brzegi potoku, gęsto obrosłe łozą i dzikimi malinami. Nad samym nurtem stała wierzba koślawa, krzywa, na pół uschła.
Ragis, ujrzawszy ją, przestał wędrować zygzakiem i prosto tam dążył.
— Musić ty siebie karzesz w duszy, że sobie nazbierałeś niedołęgów takich, jak my z panną Anetą! Zawalidroga tobie z nas teraz!
Marek obruszył się, aż zbladł.
— Wyście mnie dotąd jeszcze nie skrzywdzili! A ot i tego się doczekało! — zamruczał ponuro.
— Nie to, synku! Choć i pomyślałeś, to nie grzech. Ma się rozumieć, słuszne słowo. Szpitalnikami nazywa nas pan Witold! Tak bo i jest. Natłukły nas przez tyle lat i choroby, i praca, i wojny ciężkie. Czerepy i koniec! Ho, ho! Ja to pamiętał i mówiłem sobie: Słuchaj, stary, drewnianą masz nogę, bacz, by głowa nie była z kapusty! Ho, ho! Ja pamiętał!
Czertwan, zdziwiony tą szczególną przemową i tonem, oczy podniósł i zdumiał się.
— A myśmy dokąd zaszli? — spytał, oglądając się.
— A dokąd mieli iść, kiedy zagrody nie ma? Na spacer ciebie wywiodłem! — odpowiedział stary, ze wszech stron uważnie oglądając pień wierzbowy. Potem z trudnością zdrową swą nogę postawił na niskiej odrośli i dźwignął się w górę.
— Co wy robicie? — zawołał Marek, otwierając szeroko oczy.
— Nic, synku, nic! Gniazd nie wybieram! Co tu schowałem w dziurę, to chcę dostać!
To mówiąc, postukał kijem o pień, oddarł kawał kory, wsunął rękę w szczelinę pełną próchna i wydobył niewielką blaszaną puszkę od tytuniu145, okręconą w gałganek.
— Ot i jest! — odsapnął, schodząc mozolnie.
Marek poskoczył, wziął go na ramiona i postawił na ziemi.
— Czy wam się chce drugą nogę skręcić? — upominał.
Stary zsunął czapkę na ucho, wąsa pokręcił i mrugając oczkami, rzekł:
— Darzyli cię szlachta i pany, i chłopi przyszli z pomocą. Ho, ho! Ma się rozumieć! A stary kuternoga co gorszego? Hę? Albo to Rymko dla chrzestniaka i dobrodzieja daru nie ma? Pomóc nie potrafi? Ot, masz!
Podał mu wydobytą z dziupli blaszankę, a sam za boki się wziął i patrzył rozpromieniony.
Marek otworzył i krzyknął; pudełko wypadło mu z rąk i po ziemi, jak deszcz tęczowy, rozsypały się sturublówki.
— Chryste! A to co takiego? — zawołał młody człowiek, oczom nie wierząc.
Ragis nastroszył wąsy i śmiał się, aż mu drgała twarz.
— A to, synku, nie czary! Nie lękaj się! To te pieniądze, coś mi dał na gospodarkę, pamiętasz, odchodząc do Poświcia? Chciałem nie ruszyć i grosza, ale nie zmogłem. Sto rubli poszło, a dwa tysiące i czterysta ci oddaję. Pozbieraj, taj idź za drzewem! Będzie do zimy chata i stodoła! Co ty robisz? Daj pokój!
Marek jak długi padł mu to nóg i obejmując kolana, coś mówił zdławionym głosem, czego nikt by nie zrozumiał. Rymko objął go za szyję i ściskał.
— Daj pokój, synku, daj pokój! — powtarzał ciągle. — Toż wiesz, że ja czarownik, to mi pieniądze zbytek! A dobrze, żem w chacie nie chował! Ho, ho! Ma się rozumieć! To się wie! W starej wierzbie bezpieczne były! Daj pokój, pozbieraj lepiej i czasu nie trać! Taki bo i stary gnat na coś się przyda! A gdzie kupisz drzewo?
Marek wstał, ręce jego ucałował, z oczu mu patrzała wdzięczność bezbrzeżna i spokój. Ani śladu przygnębienia i troski...
Zebrał pieniądze, schował je na piersi i rzekł głucho:
— W Poświciu kupię!
— Co ci tam gospodarze radzili? — zagadnął stary filuternie, zawracając na powrót do zaścianka.
Marek milczał, nie umiał kłamliwie potakiwać.
— Coś się zaciąłeś! Szydło schowałeś do worka? Ho, ho, ma się rozumieć! I to pewne schowanie!... Ho, ho, idźże do Poświcia, i szczęść ci, Boże!
Młody głowę zwiesił, usta zaciął, machinalnie ręką przeszedł po czole.
— Nie mówcie mi, ojcze: szczęść Boże, bo tylko tam idę z pieniędzmi za kupnem i nic więcej...
— Dobre słowo nie szkodzi! Nie zawsze z tym się wraca, po co się idzie... Ho, ho! Ja sobie na plebanię pokulam. Dziewczęta podobno już wyjeżdżają, to pogawędzę na rozstanie i sierotę-szpasia odwiedzę... Nie ma mojej chudoby, a szkoda trochę...
Westchnął i po chwili, jakby dla rezonu, zaśpiewał:
A teraz się dzielmy, dzielmy, towarzyszu mój!
Tobie rożek z tabaką, a mnie konik z kulbaką,
Towarzyszu mój! Towarzyszu mój!
Rozeszli się i Marek wielkimi krokami oddalił się w stronę dąbrowy.
Tego dnia pierwszy raz minął dąb stary bez powitania; nie słuchał poważnego szumu! Coś innego gadało mu w duszy...