VII.
— Panno Aneto?
— A co, dobrodzieju?
— Czy prędko będzie koniec z tymi podłymi robakami?
— Dobrodzieju, nie godzi się poczciwej pszczółki tak postponować106. Pracy jest wzorem, jak nasz Marek, śpiewem Boga chwali przy każdej robocie, pałace stawia, jakich by architekt nie potrafił, biały wosk daje do ołtarza i miód na wiele chorób pomocny...
— Niech je tam wszystkie dzięcioły wydziobią, te kąśliwe licho107!
— Źli ludzie obgadują biedaczkę! Nie kąsa ona! Matki broni i ula do śmierci! Kto ją lubi i szanuje, tego nie tyka. Ot, trzy roje osadziłam i nie mam żadnej krzywdy!
— Panna Aneta czymś się sekretnym smaruje, to i spokojna! A tymczasem ani my, ani dobytek miejsca znaleźć przed nimi nie możem. Pocięły Marka onegdaj, a wczoraj mi źrebaka okaleczyły. Fe! Grenis spuchł jak kaczka, mnie oczy wygryzły. Skaranie Boskie!
— Ja jegomości dam biedrzeńca do oka. Wnet przejdzie!...
— Niech panna Aneta lepiej swoim pszczołom da biedrzeńca na umitygowanie108. Szelmostwo to lata sobie bez ceremonii wszędzie... Ja im zrobię kiedy sztukę!
— Mój dobrodzieju, nie róbcie, proszę! Melisy im nasiałam, wnet się obeznają i jak dzieci będą ciche! Trzy pnie, co to znaczy? Ledwie początek... Dziś czwarty znalazłam w dąbrowie, w dziupli; to będzie ostatni!
— Co? Jeszcze jeden? I to leśne, najzjadliwsze! I Grenisa mi weźmie panna Aneta, i wóz, i konia, i drabinę! A! To winszuję109!
— Ostatni raz, dobrodzieju, ręczę! Sama bym poszła, ale wysoko, a starość. Żeby Marek był, toby pomógł.
— Pewnie, nawet jemu czas roje wykurzać! Grenis! Zaprzęgaj siwą! No, ale jak mnie panna Aneta zwiedzie, że to nie ostatni, to daję żołnierskie słowo, że pozatykam w ulach okienka, niech zdychają.
— Dobrodzieju, pszczółka umiera, nie zdycha. Nie zwiodę, bo i miejsca więcej nie ma, i czas przechodzi110. Jesienią wosk i miodek za to mieć będziemy...
— Ho, ho! Trafiła panna Aneta na moją słabą stronę. Ma się rozumieć! Będzie z tego dochodu tyle, ile kot napłacze. Już ja to wiem. Niech tylko panna Aneta prędko wraca, bo na podwieczorek przyjdzie czarna Julka i Hanka.
— Za godzinkę wrócę. Dziękuję dobrodziejowi za konika!
Grenis zajechał przed dom. Starowina włożyła na wóz sitko, woreczek, kropidło itp. przyrządy pszczelnicze, potem sama się wgramoliła i pojechali, pożegnani skomleniem psa i klekotaniem żurawia.
Rymko Ragis pozostał na ławce przed domem z fajeczką w zębach, filuternymi oczyma wodząc dokoła.
Było to świąteczne południe i sobota. Ludzie się rozproszyli po rzece i polach: młodzi dla rozrywki, starzy dla gawędy. Z sąsiedniej zagrody słychać tylko było ciężki kaszel starego Wojnata i gderliwy jego głos, mustrujący parobka i służącą.
W Markowym obejściu nikt się nie kłócił, chyba bocianięta młode na szczycie stodoły, wyglądające żeru. Pogoda, słońce i dobrobyt usposabiały pokojowo mieszkańców. Lis drzemał na przyzbie, siwy żuraw melancholijnie łowił muchy na ścianie, czerwona wiewiórka ze swawoli goniła wróble po wiśniach lub ścigała swój własny ogon, kręcąc się jak szalona; pod płotem mignęły czasem uszy królika zajętego gryzieniem łozowych prętów. Gołębie, jak biała chmurka, spadły do koryta z wodą, a potem obsiadły dach, gruchając unisono111, psy wygrzewały na słońcu to lewy bok, to prawy, przeciągając się ruchem sybaryty.
Wszystko było zgodne, spokojne i z losu zadowolone; nawet kos w klatce za oknem gwizdał wesoło, a szpak, skacząc po szczebelkach, krzyczał coraz donośniej:
— Na zdrowie! Dzień dobry! Winszuję!
Ragis kręcił wąsa, mrużył oczki, gładził szczotkowatą czuprynę, potem nałożył nową fajkę i jął śpiewać pod nosem.
Nie mówiąc matce powodu
Tari, tari, tari,
Poszła Filis do ogrodu,
Tari, tari, tari...
Jakby dla kontrastu, w ulicy rozległo się gwizdanie zrazu, potem kuplety z operetki po niemiecku:
Beim Liebchen, beim Liebchen, da sitz man gern allein
Beim Liebchen, beim Liebchen, da sitz man drei allein112
Podkowa zadzwoniła o kamień, i za bramą ukazał się Witold konno, ubrany, jakby jechał na łowy do Windsoru.
— Hej! Jest tam kto? — krzyknął, w bok się biorąc.
Ragis jeszcze szczelniej zmrużył oczki i udawał śpiącego, psiarnia nawet nie raczyła się odezwać, tylko wiewiórka i króliki pierzchnęły w głąb ogródka, przerażone niebywałym krzykiem.
— Verflucht, verdammt!113 — zamruczał paniczyk. — Powymierali ci szpitalnicy, czy co? Ani swędu! Hej, Marek! Otwórz wrota, bo ci je połamię!
Psy, jakby zrozumiały pogróżkę, porwały się z wrzaskiem; wówczas Ragis odemknął jedno oko i splunąwszy flegmatycznie, odezwał się do hałaśliwej zgrai:
— A sa, a sa! Do nogi! Cicho! Subordynacja, hołoto!
— A zasię! Do stu piorunów! Łby wam porozwalam, bestie! Czy to wy jesteście Rymko Ragis?
— A ja! — zamamrotał stary, nie ruszając się z miejsca.
— Czy Marka zastałem?
— A nie! — była tymże tonem odpowiedź.
Ładna twarz chłopca poczęła drgać nerwowo. Zbrzydł do niepoznania114.
— Dokąd ja tu po niego będę jeździł? Czy to drwiny? Czy on nigdy w domu nie bywa?
— On domu nie ma, a za młody, żeby ze szpitalnikami siedzieć — odparł Ragis flegmatycznie, wytrząsając fajkę.
— To mi nic do tego! Bez żadnych konceptów oświadczam, że ostatni raz tu jestem i raz ostatni wzywam Marka. Więcej mnie nie ujrzycie!
— Cóż robić? Zniesiemy i ten dopust! — uśmiechnął się szyderczo Ragis.
Witold zakipiał złością.
— Proszę powiedzieć mu, żeby się w trzy dni stawił w Skomontach dla podpisania działu majątkowego wedle woli ojca i żeby mi oddał dobrowolnie plany, które podstępnie zatrzymał! Rozumiesz? Do trzech dni daję termin, potem go zmuszę. Niech sobie to zanotuje!
— Zanotujemy, jasny panie, każde wasze słóweczko! Ma się rozumieć! Rachunki się zejdą! Ho, ho! Czemu nie? Potrzeba wam nagle kruszcu widać? No, no, trochę cierpliwości! Marek go dla siebie nie zatrzyma! Przyniesie!
— Ja jego nieczystych pieniędzy znać nie chcę! Niech mi odda, co zagarnął, i idzie sobie na cztery wiatry! Ja go nauczę uczciwości i akuratności!
— Może i mnie? — wtrącił Ragis.
— Wam się należy też nauka, jak traktować poważnie poważny przedmiot. Głupie żarty wcale nie na miejscu.
— I głupie pogróżki także!
— Zobaczymy, czym się ten upór i szachrajstwo wasze skończy?!
— Zobaczymy, a tymczasem wasze impertynencje warto skończyć, błaźnie! — podniósł głos Rymko, wstając z ławy.
Na ruch ten i głos komenda czworonożna stanęła do boju gotowa. Psy, nader awanturnicze, skoczyły pierwsze, warcząc złowrogo. Stary sięgnął po kij i postąpił do wrót.
— Wracaj do domu, młokosie! Tu w tej zagrodzie nie ma miejsca dla szubrawców! A języka pilnuj, bo możesz pożałować? Fora!
Witold z wyżyn swego folbluta115 spojrzał zuchwale na kalekę, szpicrutę ścisnął mocniej w dłoni i gryząc do krwi pobladłe wargi, żuł przekleństwa.
Ragis doszedł furtki, otworzył ją; psiarnia patrzała mu w oczy.
— Fora! — powtórzył jeszcze silniej.
— Nie krzycz, staruszku! — odparł młodzik, uśmiechając się zjadliwie. — Tyle dbam o ciebie, co o twe szczudło!
— Fora! — huknął kaleka.
Psy, jak na hasło, skoczyły naprzód. Dwa rzuciły się do nozdrzy konia, dwa do nóg i brzucha. Jeden znienacka porwał za but jeźdźca. Zapanował piekielny hałas. Koń zaczął wierzgać, chrapać, rzucać się jak szczupak. Szpicruta Witolda, zamiast odpędzać psy, pobudziła do szału konia, który pomimo mundsztuka wziął na kieł116 i rzucił się w ulicę nieprzytomny. Po chwili jeden pies zziajany przyniósł do nóg Ragisa zakurzoną dżokejską czapeczkę, drugi dostawił podartą rękawiczkę, dwa przyszły, kulejąc i skomląc żałośnie, ostatni nareszcie ukazał się z największą zdobyczą: niósł tryumfalnie groźną przed chwilą szpicrutę.
Po świetnym jeźdźcu został tuman kurzu...
Psy, mocno zdziwione, obchodziły pana i zaglądały mu do rąk. Nie mogły zrozumieć: czemu po łowach na takiego grubego zwierza nie dostały ani skoków117, ani jelit? Ragis, dysząc z gniewu nie patrzał nawet na swych faworytów.
Spokój i cisza uciekły z zagrody. Pozostało nadzwyczaj przykre wrażenie; dołączyła się zewnętrzna przeszkoda.
Parobek Wojnata zajrzał przez płot i rzekł zalękłym głosem:
— Gospodarz prosi pana Marka.
— Nie ma! — odburknął Ragis.
— Oj, to co będzie? — zajęczał chłop. — On musić118 już prędko umrze!
— Wojnat? Cóż mu tam?
— Nie wiedzieć co! Położył się i bardzo grzecznie gada. Musić to już koniec, panie!
— Powiedz, że jak Czertwan wróci, to go przyślę.
Parobek odszedł, ale wieść ta mocno podnieciła starego. Czego mógł chcieć wuj od wygnanego niegdyś siostrzeńca? Może naprawdę umiera?...
Niedługo dumał spokojnie kaleka. Sądzonym było, że zagroda Markowa będzie dnia tego celem pielgrzymki i hiobowych wieści.
Furtka skrzypnęła, na dziedziniec wszedł chłop niemłody, obielony mąką, postawy pomimo lat prostej i zdradzającej dawną żołnierkę.
O trzy kroki od Ragisa stanął w prawidłowej pozycji szeregowca i milczał.
— A cóż tam, kolego Juchno? — zagadnął były kapral, wąsa muskając.
— Z raportem od młyna przychodzę. Dziś w nocy woda porwała koło.
— A gdzież ty byłeś, żeś nie dopilnował? Spałeś?
— A spałem. Panicz mi wyznaczył trzy godziny wypoczynku od północy. Jak się obudziłem, nie było koła. Poszedłem go szukać i znalazłem pod Gryniszkami. Chłopi złowili. Chcą wykupu!
— To dopiero facecja119. Takie koło! Paręset rubli warte! A mówiłem ci Juchno: w młynie jak na forpoczcie120, Dubissa zawsze nad złem przemyśliwa. Zdradny to nieprzyjaciel! No, i zrobiła psotę!
— Aha! To klekotanie i hałas tak odurzy, że śpisz jak zabity. Chłopi chcą teraz trzydzieści rubli! Już ja bym swymi zapłacił, ale odesłałem wnukowi do szkół, więc przyszedłem do panicza po ratunek...
— Ma się rozumieć! Do panicza po ratunek! Już on do tego tylko na świat się urodził. Ho, ho! To się wie! Każdy rad puchliznę z głowy jemu oddać. Jeszcze łają potem na podziękę. Wracajże, stary, bo ci Dubissa i resztę zabierze. Panicza przyślę jutro rano.
Tu Ragis, jak arcykapłan wielce możnego boga, skinął łaskawie, dumny ze swego stanowiska, i rozsiadł się wygodniej.
— Cudowna panienko — rzekł z westchnieniem, gdy się furtka za Juchną zamknęła — dzięki ci raz jeszcze, że tylko to drewienko mam swoje na świecie! — Pokiwał głową i przerwał monolog nuceniem:
Kto pieniędzy nie ma, ten żyje szczęśliwy,
I noc ma spokojną, i dzień nietroskliwy!
— Marczysko moje niby coś ma i cóż mu z tego? Śpieszy, śpieszy od tego jeziora, jak na gody do chaty! Aha, ma się rozumieć, będą mu gody! Witold, Wojnat, Juchno z kołem! Antyfona! Jeszcze nim przyjdzie, kilkoro tego przybędzie! Ot, tobie pociecha obywatelska! Oh, moje ty drewnuszko poczciwe, z tobą nie ma kłopotu!...
Uśmiechnięty starzec poklepał pieszczotliwie swą drewnianą nogę i wnet ucha nadstawił.
— Oho, wraca panna Aneta z muchami swoimi! Moje uszanowanie! Dostanę buziaka, nie prosząc! To ci dopiero amatorstwo!
Turkot zbliżał się, Ragis wstał żywo i umknął do chaty. Przez okienko wytknął głowę i parlamentował121:
— A co? Udało się pannie Anecie?
— A jakże, dobrodzieju, a jakże! Jak Grenis podkurzył, wyleciały nieboraczki. Podałam im gałązkę jarzębiny i wnet opadły. Królowa siadła mi na ręku, ot mam ją tu, w klateczce!
— Dziękuję, dziękuję, nieciekawym! Zabierzcie to z podwórza! Hu, co ich lata! Aż mi ciarki chodzą po skórze!
— I nie wstyd to staremu żołnierzowi kryć się przed ukłuciem żądła? — zabrzmiał znienacka obcy głos z przeciwnej strony, od łąk.
— A nie wstyd wam, dziewczęta, trawę mi deptać? Ej! Ograbię, ograbię! — odparł niezmieszany, oglądając się z uśmiechem.
W głębi podwórza, za płotem ogródka warzywnego, stały dwie nierozłączone przyjaciółki i koleżanki: Julka Nerpalis i Hanka Czertwan.
Przyjaźń to była dawna, od dziecka i braterstwo ducha, pragnącego czynić i myśleć samodzielnie. Julka ze swą trzeźwą, żywą naturą objęła od dawna pierwszeństwo i ster tej spółki. Rok ciężkiej pracy i koleżeństwa zacieśniły węzły. Zrównały się pracą, wytrwaniem, zespoliły się prawie w jednostkę, uzupełniała jedna drugą.
Pozornie niepodobne były do siebie, chyba z ubioru. Jedna śniada, żywa, rozmowna, zawsze wesoła, o biegających oczach i mieniącej się co chwila twarzy, przedstawiała czyn i praktykę; druga blada, milcząca, z wieczną zadumą na czole i chmurą w wielkich, tęsknych oczach, była obrazem myśli cichej, głębokiej a wielkiej.
Na wspomnienie zdeptanej łąki przestrach i zawstydzenie mignęło w źrenicach Hanki. Nie znała się na żartach, słowo każde było dla niej świętą prawdą, co do litery. Julka potrząsnęła wyzywająco swą kędzierzawą głową i odparła swobodnie:
— Niech pan ograbi pasterzy tej trzody, którą właśnie wypłoszyłyśmy z łąki. Nam się należy za ten czyn honorowa wzmianka!
Panna Aneta z własnego doświadczenia pojęła panikę Hanki, co rychlej więc nadeszła z pomocą, powiesiwszy uwięziony rój na wiśni.
— Nie słuchajcie, moje dziateczki. Jegomość żartuje! Chodźcieże do nas! A jakież to ziółko u ciebie w ręku, Haneczko? Może na co sposobne?
— Cynoglossum122, ciociu. Ma szerokie zastosowanie! — odparło dziewczę, całując serdecznie twardą dłoń starowiny.
— Może od reumatyzmu?... — zagadnął Ragis, podchodząc.
— Ej, nie. Na reumatyzm mikstury nic nie poradzą. Potrzebny klimat, sądzę — rzekła nieśmiało i bardzo cicho.
— Nie stawiaj diagnozy, Hanko! Poczekaj cztery lata! — zaśmiała się Julka i zwracając się do gospodarzy, dodała:
— Pana Marka nie ma w domu?
— Co? I pani go potrzebuje? — zawołał Ragis.
— Naturalnie, i to bardzo pilno. Stryj potrzebuje go do pomocy w sprawie jakiegoś kościelnego gruntu za rzeką, który mu dzierżawca-Żyd chce odebrać. Prosi go bardzo do siebie na plebanię.
— Dokąd go nie proszą?... Ale go nie ma, w Wiłajkach na połowie siedzi już tydzień — może dziś wróci.
Hanka zawahała się nieco, wreszcie odezwała się z cicha:
— I ja bym rada go zobaczyć. Tam, w domu...
— Wiem, wiem — przerwał Ragis — miałem dziś honor rozmawiać z waszym milutkim dziedzicem. No, ziółko!...
— Młodość, dobrodzieju, nierozwaga! — mitygowała123 jak zwykle staruszka.
Panienki weszły tymczasem na podwórze i usiadły na ławce pod oknem. Julka już rzuciła trzymaną książkę, Hanka pęk ziół i kwiatów, zdjęły kapelusze i zawierały znajomość z menażerią Ragisa.
Panna Aneta wchodziła, to wychodziła z domu, mocno widocznie zafrasowana.
— Moje dziatki, czymże ja was ugoszczę? — wymówiła wreszcie swą wielką troskę, załamując ręce desperacko.
Nim miały czas zaprotestować, skrzypnęła furtka i piękna żona Grala weszła na podwórze. Biała chustka z lekka okrywała jej złoty włos, słońce opaliło nieco twarz, a strój zaścianka, barwny i dostatni, podnosił jeszcze urodę.
W jednym ręku trzymała spory kosz, liśćmi pokryty, drugą dłonią przysłoniła oczy i powitała całe towarzystwo wesołym uśmiechem.
— Dobre południe! Przyniosłam pannie Anecie poziomek z dąbrowy.
Błogość niebiańska rozmarszczyła stroskane oblicze, wnet jednak skrupuł ją zmącił.
— Dziękuję wam, Martusiu, dziękuję! Ale nie godzi się odbierać jagód! Zbierać ciężko! Może staraliście się dla męża?
— Jeszcze by co? Czy on się tam zna na czymś dobrym? — odąwszy usta, odparła piękna kobieta.
Ragis zmrużył oczki filuternie i wąsiki nastroszył:
— Doprawdy? Na dobrym się nie zna? Ma się rozumieć! Cebula! Źle, pani Łukaszowo, kiedy tak człowiek bez gustu, to zupełnie fe!
Kobieta zaśmiała się, aż błysnęły wszystkie zęby w koralowej oprawie. Koszyk postawiła na ławce i dodała:
— Czyja dąbrowa, tego jagody. Zbierałam z uciechą, bo przy święcie w chacie tak nudno, że i pies nie usiedzi.
— Wojnat podobno umiera? — przerwał Ragis.
Twarz Marty zmieniła się w mgnieniu oka. Z uśmiechniętej stała się twardą i ponurą. Niedbale machnęła ręka:
— Niech umiera! — syknęła przez zęby.
— Marka dziś wołał — mruknął kaleka.
— Już wołał? Spróbował panowania w pustce! No, zobaczy, czy tak łatwo sprowadzić, jak wypędzić! Marek pewnie nie poszedł?
— Nie poszedł, bo go nie ma. Ale żeby był, toby nie odmówił choremu. I wam, pani Łukaszowo, przystoi tam zajrzeć.
— Żeby konał, to nie pójdę! Jak psa wypędził i Marka, i mnie! Niech go teraz pies dogląda!
Zaiskrzyły jej się oczy, poczerwieniały policzki. Z ładnej kobiety stała się megiera. Ragis popatrzał, głową pokręcił i już milczał.
— Mnie się zdaje, że i Marek nie pójdzie — mówiła dalej — ot, żeby zawołał Łukasza, to co innego! Temu się zawsze zdaje, że on za grzechy całego świata powinien cierpieć i lamentować! Ja nie taka!
Szczęściem, że panna Aneta nie słyszała tej złości, boby nie odważyła się przyjąć jagód od takiej impetyczki124. Ale starowina, uspokoiwszy skrupuły, zabrała koszyk i znikła z nim w głębi domu. Ukazała się zaledwie po wybuchu gniewu, z pustym sprzętem i serdecznym podziękowaniem przerwała niemiłą scenę.
— Nie ma za co! — uśmiechnęła się po dawnemu Marta. — Ale ja stoję, a nie mówię najważniejszej rzeczy. Tam, na Dewajte, spotkałam państwa z Poświcia. Łódką przyjechali. Sama pani bardzo ładna i modnie ubrana, a pan, musi być mąż, to taki brzydki, że aż strach!
— Cóż oni tam porabiali? — spytał Ragis i Julka, bo Hanka od dawna zatopiona była w obserwacji białych chmur na szafirze, a panna Aneta podreptała do domu.
— Śpiewali, rozmawiali nie po naszemu, zaglądali do lochów, do studni, obchodzili trzy razy Dewajtisa, aż nareszcie zobaczyli mnie i podeszli. O coś się pytali, o dąb chyba, bo ręką pokazywali. Pani umie trochę po polsku, ale nie zrozumiałam. Potem zajrzała do jakiejś książki i pyta: gdzie pan Marek Czertwan? Pokazałam im ścieżkę, ukłonili się i poszli dalej. Niezawodnie przyjdą tutaj...
— Śliczna nowina! — zawołała Julka. — Będę ich wyglądać aż do północy! Bardzom ciekawa tej Amerykanki! Nie widział jej nikt jeszcze.
— Nie. Pytałem Marka, czy ładna, ale naturalnie, nic się nie dowiedziałem — wtrącił Ragis.
— Podobno bardzo pracowita i praktyczna, Witold u nich był zawczoraj — odezwała się Hanka — mówił, że bez zachwytu patrzeć na nią niepodobna.
— Ho, ho, ho! Może być źle z Witoldem! Dostanie harbuza!
— Skąd pewnik tak smutny? — zauważyła żartobliwie Julka.
— Ma się rozumieć! Przecież żadna pracowita i praktyczna za niego nie pójdzie! Albo ja nie wiem? Zresztą ten brzydki to jej narzeczony!
— Matko cudowna! — wykrzyknęła Marta. — A gdzieżeż125 ona oczy miała?
— Ho, ho, ho! Nie wspominając, i wasze oczy musiały się zaćmić, pani Łukaszowo! — uśmiechnął się szyderczo Ragis.
Kobieta okryła się szkarłatnym rumieńcem.
— Niewola nie raj! — odparła zmieszana.
— Ochota gorzej niewoli! — szydził stary bezlitośnie.
Zwróciła się do furtki, nasuwając chustkę na oczy.
— Do widzenia państwu! — rzuciła przez ramię i wyszła.
— Śliczna kobieta! — zauważyła z cicha Julka. — Podobno gust pana Marka?
— A gust! — skrzywił się stary. — Uchowaj, Chryste, takiego gustu!
Panna Aneta ukazała się w progu z tacą pełną spodków, salaterką poziomek i dzbankiem mleka, za nią Grenis wyniósł przed ławkę stół, świeżo heblowany.
— Macie, moje dziatki, pożywajcie ten specjał! — uśmiechnęła się łagodnie. — A ja tymczasem pszczółki osadzę w ulu, żeby niedługo się męczyły w woreczku!
— Ja pomogę cioci! — ofiarowała się Hanka.
— Dziękuję, moja złota! Grenis pomoże. Ty jedz jagódki i odpoczywaj po tych okropnych lekcjach.
To mówiąc, starowina zarzuciła na plecy jakąś płachtę, na głowę włożyła sitko opięte płótnem i w towarzystwie parobka powędrowała w głąb ogrodu.
Panienki śmiały się z tego dziwnego stroju, zajadając czerwone jagody.
Żuraw niekiedy, korzystając z roztargnienia, wyciągał szyję i zanurzał też w salaterkę długi swój dziób, reszta menażerii przyglądała się z daleka.
— A gdzie to, Żywusia! — gwizdnął Ragis, szukając czegoś po dachu i gałęziach.
Ze strzechy prosto na stół zeskoczyło czerwone swawolne zwierzątko. Usiadło na tylnych łapkach, przednie złożyło na krzyż i mrugając wąsikami, spoglądało po obecnych parą okrągłych jak paciorki oczu. Puszysty ogon niby baldachim chwiał mu się nad głową.
— Chcesz orzecha? — spytała Hanka z uśmiechem.
Na widok specjału wiewiórka wykonała mistrzowski skok, porwała orzech i uciekła z nim na płot. Lis zaglądał ciekawie, żuraw zaś pomaszerował ku niej może w złych zamiarach, ale nie dbała o nic wcale, gryząc zawzięcie łupinę.
— Jeszcze jednego brak z moich dawnych znajomych — ozwała się Hanka. — Może zginął poczciwy jeż, co nie kole?
— Igiełko! — zawołał Ragis rozpromieniony. — A gdzieżby się ten hultaj podział? Jest birbant126, nic dobrego. Dni całe śpi, a w nocy harcuje. Z natury nieprzystojny. Ho, ho! Uczę go bez ustanku, ale uparte, w zdrożnościach zakamieniałe! Skończy źle, jak każdy nicpoń!
— Przyrodę trudno zmienić! — zauważyła serio Julka. Znała już od Hanki dziwactwa starego wiarusa, i słuchała z zajęciem.
A Ragis się zapalił, rozruszał. Ulubiony to był jego temat.
— Ma pani świętą rację. Zwierzęta, jak ludzie, tylko tym lepsze, że gadać nie mogą i pieniędzy nie znają! A reszta to samo! Bywa dobry i zły, łagodny i gniewny, skrzętny i próżniak, uczciwy i złodziej, ładny i brzydki. Tylko się przypatrzyć! Proboszcz mnie wyłajał, gdym mu rzekł, że w zwierzu każdym człowiek jakiś pokutuje. Grzech grzechem, ale ksiądz nie dał mi wyłożyć rzeczy, pewnie by sam uwierzył! Trzydzieści lat bestyjki różne hoduję i przypatrzyłem się dobrze każdej. Wszelako nie ma lepszego jak pies, a gorszego nad liszkę. Och, co ten mój Robak batogów zjadł, nim się trochę zreformował! Prawda, Robak?
Lis pokręcił ogonem i z miną niewiniątka zezem obserwował czubate kokosze panny Anety. Całe życie walczyło w nim zagadnienie: dyscyplina czy kurnik?
— Proszę mi jeża pokazać! — prosiła Julka.
— A mnie króliki! — dodała Hanka.
— Zaraz, zaraz! Pierwej Igiełka zbudzę, a potem całą tę hołotę zwołam. Chowają się po kątach, błazny.
Gwarząc coś dalej, pokulał do domu i po chwili wrócił, niosąc w rękach małe, kolczaste zwierzątko. Birbant Igiełko, ze smacznego snu zbudzony, zwinął się w kłębuszek i sapał z niezadowolenia. Znał jednak subordynację, bo kolce złożył i nie wydzierał się na swobodę.
Ragis umieścił go na stole przed Julką i gwizdnął.
Jeż na to hasło wyścibił ryjek, wyciągnął się i, stukając w takt nóżkami, podpełzał do właściciela.
— Chcesz cukru, hultaju ty jeden? — zagadnął Ragis.
Ryjek podniósł się w górę, węsząc łakomie.
— Aha, chcesz? A brewerii po nocach zaprzestać to nie chcesz? Spokój zakłócasz w całym domu! Ma się rozumieć, jesteś potajemny łotrzyk, niby to układny, a lichem podszyty! Ho, ho! Słuchaj no, słuchaj!
Podczas tej przemowy, z kieszeni kapoty ukazał się kawał cukru. Moralizując, kaleka trzymał go nad głową winowajcy.
Jeż obojętnie znosił wyrzuty, węszył, podnosił ryjek, wreszcie wspiął się nieco i korzystając z krasomówczego zapału porwał przysmak, przykucnął i począł zajadać w najlepsze.
— Zawsze z nim tak — skarżył się Rymko — ani dba! Groch o ścianę! Żeby nie jego pilność nad wytępianiem myszy i żab, powiesiłbym ladaco! Talent jest, ale charakter zły!
Widać było jednak z miny starego, że ladaco ten był jego faworytem. Pogłaskał go parę razy i patrzał z lubością.
— No, teraz werbel i popis! — zawołał, wstając znowu.
Wszedł do chaty i wnet wrócił, trzymając flet stary w zielonym futerale. Przyłożył go do ust i zagrał piskliwie starodawną piosenkę:
Już miesiąc zaszedł, psy się uśpiły...
Nikt by nie uwierzył, co za skutek piorunujący wywrze ta sentymentalna melodia! Na pierwszy dźwięk kilkoro dzieci, gapiących się na ulicy, pierzchło jak stadko wróbli po strzale. Grenis, zajęty osadzaniem roju, zadygotał jak w febrze, ludzie wracający z pola lub siedzący na progu sąsiednich domostw obejrzeli się trwożnie i skryli co rychlej, zamykając szczelnie drzwi, a natomiast w Marka zagrodzie zapanował ruch nadzwyczajny. Gromadka długouchych królików wyskoczyła na podwórze do nóg starego, przymaszerował żuraw pośpiesznie, przerwał kokietowanie kur rudy Robak, rzuciła orzech czerwona Żywusia, Igiełko nawet raczył przerwać chrupanie cukru...
Wszystko skupiło się dokoła wielkiego czarodzieja i z natężeniem spoglądało mu w oczy. W dodatku szpak wołał wielkim głosem, a kos, jak umiał, naśladował, gwiżdżąc, pieśń o Filonie.
W tymże czasie Irenka Orwid i Clarke Marwitz wkraczali pieszo do zaścianka. U pierwszej zagrody przystanęli i panienka spytała kilkorga dziewcząt śpiewających w ogródku, gdzie mieszka Marek Czertwan.
Zapytanie ułożone było w ozdobnym stylu polsko-niemieckich szablonowych rozmówek; zapewne dlatego nie zrozumiały go zaściankowe piękności. Spojrzały po sobie, po obcych, miejskich panach i pierzchnęły jak stado saren w gęstwinę wiśniowych pędów.
Amerykanie poszli dalej, mocno zgorszeni i zawstydzeni tym przyjęciem.
Po kilku jeszcze niefortunnych próbach, trafili na wyrostka jadącego oklep na malutkim koniku, z sążnistym batem w ręku.
Ten spod szerokich kresów kapelusza spojrzał na biały pieniądz w dłoni Marwitza, na jasną sukienkę ładnej pani i po chwili namysłu ruszył naprzód, wzywając ich skinieniem. Przed Markową zagrodą przystanął chwilę i wskazał batem na posiadłość.
Marwitz podał mu błyszczącą monetę.
— Dekuj, pon! Ne noriu!127 — odparł i ruszył dalej.
Amerykanin, zdziwiony, kręcił w ręku pieniądz, idąc za Irenką do bramy.
— Widzisz, Clarke, on mieszka jak chłop! Nie odnalazłabym tej fermy wśród tych innych. Widzisz...
Chciała coś mówić jeszcze, ale urwała i stanęła jak wryta na miejscu.
Ujrzała przed sobą bieloną czysto chatę, oplecioną dzikim winem, a przed nią szczególny widok: gromadka dzikich zwierząt łasiła się do siwego człowieka, obsiadła mu kolana, tuliła się do nóg, igrała swobodnie, a obok pochylone dwie młode kobiety przyglądały się temu, śmiejąc się wesoło!
Irence stanęły w myśli stare podania o pustelnikach dawnych wieków; zdawało się, że śni obrazek z owych legend świętych; zapomniała, gdzie się znajduje. Stary grał na flecie, ptaszek w klatce powtarzał toż samo, a na podwórzu plątały się w barwnym nieładzie śnieżne gołębie, srokate króliki, lis, żuraw i psów kilka. Bez sporu i niechęci znosili się nawzajem.
— Widziałeś kiedy co podobnego, Clarke? — szepnęła wreszcie panna Orwid.
Amerykanin stał nieruchomy, z wytrzeszczonymi oczyma, ale nie na zwierzęta patrzał, lecz na ludzi.
— Beautiful! — wybąknął równie cicho.
Mogli długo stać niepostrzeżeni, bo rewia podkomendnych Ragisa zajmowała obie panienki, a panny Anety od pszczół i grom by nie odwołał, ale poczuły obcych psy Rymki i pomimo koncertu fletowego zaczęły się niespokojnie oglądać. Stary mimo woli zwrócił oczy ku bramie, instrument osunął mu się z rąk; czar prysnął.
Pierwsze zebrały się gołębie i jak biały obłoczek wzleciały nad zagrodę; króliki, ogryzające z apetytem cynoglossum z rąk Hanki, wpadły do sieni; wiewiórka zeskoczyła z ramienia Ragisa i pobiegła szukać orzecha pod płotem; psy rzuciły się obejrzeć przybyszów, a za nimi majestatycznie udał się żuraw, stąpając z powagą szwajcara na dworskich przyjęciach.
Irenka podeszła bliżej, rzuciła wokoło okiem, jakby szukając kogoś, i powtórzyła swe stereotypowe pytanie:
— Czy tu mieszka pan Marek Czertwan?
„Ciekawam, co będzie dalej, jeżeli go nie ma? — pomyślała — mój zapas polszczyzny wyczerpie się po kilku minutach!”
— A słowo stało się ciałem! — zamruczał Ragis zupełnie oszołomiony. — To pewnie Orwidówna, a Marka nie ma!
Hanka zebrała się na odwagę publicznego występu, naturalnie na mocy mrugnięcia Julki!
— Tutaj, pani! — odparła, wstając i podchodząc kilka kroków.
Coby dała za to, żeby on tu był i uwolnił ją od tej rozmowy i badawczego wzroku obcych ludzi.
— Czy jest w domu? — wydobyła resztki swego talentu i pamięci Irenka.
— Nie, pani!
Był to ciężki cios. Panienka namyślała się chwilę, ale więcej potrzebnych w tym wypadku frazesów nie mogła sobie przypomnieć. Spojrzała tedy na modną sukienkę Hanki, na jej delikatną twarz i białe ręce i zaryzykowała śmiałą próbę.
— Czy pani rozumie po francusku? — spytała w tym języku.
— Rozumiem, pani! — rzekła najczystszym paryskim akcentem.
Twarz dziedziczki Poświcia zajaśniała radością.
— Ach, chwała Bogu! — odetchnęła z głębi piersi. — No, przecie mogę się porozumieć! Ale zaczynam od przedstawienia. Irena Orwid, do usług pani; przyszłam z Poświcia z tysiącem interesów do pana Marka Czertwana. Czy rzeczywiście nie ma go w domu?
— Nie ma, pani. Od tygodnia nieobecny, ale wróci dzisiaj niezawodnie.
— Wróci?... Wie pani co, że mam wielką ochotę poczekać tu na niego, cały dzień pieszo zwiedzamy okolicę i mam dosyć peregrynacji.
Hanka spłonęła rumieńcem.
— Proszę pani spocząć! — wyjąkała, czując, że coraz bardziej traci rezon i błagalnie patrząc na Julkę.
Zrozumiano ją. Wezwana do pomocy szepnęła coś Ragisowi, a potem przyszła w sukurs energicznie.
— I my musimy zacząć od prezentacji — ozwała się wesoło. — To jest siostra pana Marka, Anna, a ja niedaleka sąsiadka. Jak pani, mamy do gospodarza tysiąc interesów, z tą różnicą, że czekamy już kilka godzin.
— Więc to pani studiuje w Paryżu? Pani otworzyła mi drogę do kraju? No, wie pani, że podobnego spotkania nie oddałabym za tysiące! Dziękuję po tysiąc razy... Proszę mnie mieć za swego dłużnika...
Bardzo nieśmiało położyła Hanka swoją rękę na wyciągniętej dłoni i odpowiedziała na uścisk spojrzeniem prawie żałosnym.
— Ja nic nie zrobiłam, pani! — odparła z cicha.
Nagle milczący dotąd Marwitz wydobył ręce z kieszeni płaszcza, uchylił czapki i zamanifestował swą obecność słowem.
— Proszę, Iry, a mnie przedstawić nie raczysz?
— Ach i owszem! Oto jest pan Marwitz, kawaler na wasze usługi, z tym szczegółem charakteru, że odkąd żyje, nigdy jeszcze galanterią nie zgrzeszył! Polecam go łaskawym względom!
Panienki powitały milczącym ukłonem sztywnego Amerykanina. Julka gryzła usta za pokusę śmiechu, Hanka płoniła się co chwila.
Miała rację. Od chwili wejścia swego na podwórze Clarke Marwitz nie spuścił oczu z jej twarzy. Wzrok ten uparty męczył ją jak tortury.
Irenka z wielką swobodą usiadła na ławce, zdjęła rękawiczki i kapelusz i zaczęła wesoło rozmowę z Julką.
— Wyznam pani, że to mi rozkosz sprawia móc się porozumieć z kim innym niż z Clarkiem. Myślałam, że będę skazana na wieczyste milczenie w Poświciu. Z rozpaczy jeździłam konno, z rozpaczy codziennie byłam na mszy, z rozpaczy dziś łódką popłynęłam do lasu. Tym razem ciekawość moja została wynagrodzona. Widziałam cudo natury: dąb chyba tysiącletni!
— Ach, Dewajtis! — zaśmiała się Julka. — Widziała pani zatem ideał pana Marka...
— Jak to ideał?
— No tak!... To drzewo pan Marek kocha nad wszystko.
— Dlaczego? Może to jaka pamiątka rodzinna?
— Może... Ja nie wiem... Pan Marek nie zwykł mówić dlaczego, ale dąb ten szanuje i często go tam znaleźć można zamyślonego...
Tu rozmowę przerwał Marwitz. Hanka od pewnego czasu znikła w chacie, wezwana na migi przez Ragisa, więc Amerykanin, straciwszy cel swych spojrzeń, zwrócił je w inną stronę. Zajrzał do ogrodu i nagle dotknął ramienia Irenki.
— Iry, co to takiego? — zagadnął cicho po angielsku, coś nieznacznie wskazując.
Owo „coś” była to panna Aneta i Grenis, oboje w siatkach na głowie, otoczeni obłoczkiem dymu i wykonywający dziwne ruchy około ula.
Panienka spojrzała zaciekawiona i zwróciła się do Julki:
— Co to takiego? — powtórzyła pytanie.
— To — odparła ubawiona dziewczyna — to jest ciotka pana Marka, zajęta lokowaniem roju pszczół.
— Osobliwe! — zauważył Martwitz. — Pójdę bliżej obejrzeć.
— Ta ciekawość może się dla pana smutnie zakończyć...
— Oh no! Będę tylko obserwował.
Uchylił furtkę i ulotnił aię.
Tymczasem w izbie Ragis z Hanką żywą toczyli rozmowę.
— Czego ona chce?
— Ma interes do Marka!
— Co, i ona? Jeszcze jedna! Tego tylko brakowało! Cóż my z nią zrobimy?
— Trzeba ugościć! Poproszę ciotki!
— Pewnie! Aha, zaraz! Żeby nie Orwidówna, ale nawet twój nieboszczyk ojciec przyszedł, to ona od tych przeklętych pszczół nie odejdzie. Wygląda na dobrą i ładną, aż miło popatrzeć. Czego ona się tak śmieje? — przerwał zaglądając.
Powodem śmiechu był Igiełko. Skończywszy popis, wgramolił się do kapelusza Hanki i zasnął. Potem cukier widocznie sprawił mu pragnienie, więc z wielkim trudem wydostał się z tego nowego gniazda, odnalazł mleko w spodku i łapczywie pił.
Irenkę ubawiła ta scena, przechylała mu naczynie i gładziła, dziwiąc się po swojemu. Ragis na ten widok obraził się na „nieprzyzwoitego żarłoka”, podszedł więc, chcąc go zabrać.
Panna Orwidówna zatrzymała go proszącym wzrokiem. Spojrzeli na siebie i uśmiechnęli się jednocześnie. Był to niemy początek wielkiej przyjaźni.
— Niech pani poprosi tego pana, żeby zostawił poczciwe zwierzątko!... — rzekła do Julki.
Ragis, usłyszawszy żądanie, kiwnął głową na zgodę, a widząc, że ceregiele niedaleko zaprowadzą, własnoręcznie nałożył na talerz poziomek, zalał mlekiem i podał jej, prosząc gestem o spożycie.
— Dziękuję panu! Bardzom rada, bo się zgrzałam i zmęczyłam! — rzekła.
Julka przełożyła to na polski, a stary wąsa pokręcił i aż pokraśniał z zadowolenia.
— A co? — szepnął Hance. — Możem źle się sprawił? Ja bo całe życie umiałem kobietom dogadzać! Ot, obeszło się bez panny Anety. A gdzież ten brzydki się podział?
Odpowiedź otrzymał natychmiast. W ogrodzie rozległ się tętent, sprawił go poważny Marwitz. Biegł, zapewne raz pierwszy w życiu, pędem i jak szalony machał rękami. Były to owe smutne skutki pszczelniczych obserwacji.
— Iry! — krzyczał. — Jedna mnie ugryzła w oko, druga w nos, trzecia w policzek! O je! Znowu coś brzęczy!
Zabiegł aż do stajni, gdy wrócił, poszkodowane członki już nabrzmiewały. Wyglądał strasznie.
Panienki wybuchły bezlitosnym śmiechem, psy, uważając te gonitwy jako zachętę, zaczęły biegać, skakać, oszczekiwać Amerykanina, Ragis znów piorunował.
— Otóż i ugościła panna Aneta! Zrobiło się z człowieka weneckie straszydło! Leżeć, psy, hultaje! Ot tobie i miodek! Wstyd i despekt128 dla domu! Panno Aneto; panno Aneto! Leżeć, hultaje!
Porwał za kij i powiększył gromadę biegających. Uciecha panienek rosła. Śmiały się do łez.
Jedna Hanka utrzymała powagę. Żal jej się zrobiło poszkodowanego; na ból każdy, choćby z pozorem komizmu, miała pewne politowanie. Skoczyła do ogródka, przyniosła pęk liści i bez wahania teraz zastąpiła drogę opędzającemu się Marwitzowi.
— Panie, proszę zachować się spokojnie, bo ruch drażni owady. Niech pan usiądzie i na miejsce bolejące przyłoży to ziółko; za chwilę przejdzie cierpienie!...
Na dźwięk tego głosu Amerykanin stanął, spojrzał na nią jednym okiem — drugie było jedną górą puchlizny — i uskutecznił żądanie.
— Żądła jeszcze tkwią!... — zawołała Hanka, przyglądając się uważnie.
— Niech mnie pani ratuje! — jęknął. — Ja nic nie widzę, nie słyszę, jestem kaleka! O je! Jak boli!
Z całą powagą przyszłego lekarza dobyła delikatnie żądła, podała mu liście. Irenka z Julką śmiały się ciągle, Ragis z wielką złością nałożył sitko i poszedł kłócić się z panną Anetą.
Marwitz siedział sztywnie jak chińskie bożyszcze, po chwili zaledwie odsapnął, wstał, ujął rękę Hanki i z całą ostentacją podniósł do ust.
— Pani! — rzekł. — Nade wszystko miłuję spokój i w całym życiu nikogo nie naruszyłem! Myślałem — tu westchnął — że w tych zasadach umrę. Niestety!... Rachując, zapomniałem o pszczołach... Jestem człowiek chwiejny...
Wygłosiwszy to patetycznie, siadł na powrót i zwracając się do Irenki, dodał:
— Iry, ty się śmiałaś? Ty zawsze ze mnie się śmiejesz! Daruję ci, ale jedno proszę: nie opowiadaj w Drakecity, żeś widziała Clarke Marwitza biegającego. Tego nie przeżyję!
— Będziesz żył z tym, mój drogi! — odparła ze śmiechem. — Podziękuj równie szumnym słowem pannie Czertwan za ratunek, bo żeby nie ona, biegałbyś jeszcze długo!...
— Ja pannie Czertwan odwdzięczę się czymś lepszym niż słowem! — odparł zupełnie serio.
Szydercze oczy Irenki popatrzyły nań długą minutę. Zamigotały w nich iskierki żalu; może zrozumiała, co chciał powiedzieć, bo zagryzła usta i zmusiła je do milczenia i powagi. Julka z równą trudnością hamowała wesołość.
W ogródku Ragis burczał, wzdychała żałośnie panna Aneta, przejęta całą grozą wypadku z takim gościem. Wracali razem do towarzystwa. Na widok tak świetnego zgromadzenia, starowina straciła głowę. Z daleka obchodziła stół, dygając co krok i po staroświecku, dwoma palcami, unosząc spódniczkę. Myślała ze strachem, czym to grono nakarmi.
Goście skłonili się jej w milczeniu, Julka wyłożyła pannie Orwid, kto to jest, Ragis na pociechę ofiarował Marwitzowi poziomek, spokój powracał powoli.
Wokoło za to robiło się coraz gwarniej: wieczór nadchodził, trzody ściągały z pastwisk, ludzie ze świątecznych wędrówek. Ulica zapełniała się bydłem, końmi, owcami, zabrzmiała gwarem ludzi i zwierząt.
I brama Markowa otworzyła się szeroko. Dobytek, rycząc, przeciągał do stajni. Niewiele tego było, ale gładkie, lśniące, wesołe i — jak menażeria Ragisa — oswojone do rąk i głosu człowieka.
Amerykanie przyglądali się ciekawie tym mizernym dostatkom człowieka, który tam, w Poświciu, obracał setkami tysięcy, a zostać nie chciał za żadną cenę i wrócił do tej zagrody na pół chłopskiej, do twardej pracy i niewygód. Spodziewali się zobaczyć wcale inną fortunę.
Potem Grenis zamknął bramę, zakrzątnął się z Ragisem na podwórzu, służąca z panną Anetą poszły ze skopkami do obory, goście, zostawieni sobie, rozmawiali, coraz częściej spoglądając na słońce.
— Może pan Czertwan dziś nie wróci? — zauważyła Irenka.
— Musi wrócić — szepnęła Hanka. — Już za wczoraj posyłano po niego! Tyle interesów czeka!
— Doprawdy? A ja go chcę zabrać z sobą do Poświcia.
— Nie wiem, czy to się pani uda! Potrzebuję go dla rodzinnych spraw, bardzo naglących.
— Mój stryj wygląda go też niecierpliwie!
— Kazimierz pisał, wzywając gwałtownie do Kowna.
— Woda mu młyn porwała!
— Istotnie, roboty, jak na jednego, dosyć! — pokręciła głową Irenka.
Wtem psy podniosły głowę, nadstawiły uszu, zaczęły węszyć i ruszać się.
— Marek idzie! — oznajmił Rymko radośnie.
— Marek idzie! — powtórzyła panna Aneta. — Ach, czym ja ich nakarmię?
Wszyscy zaczęli wyglądać w ulicę i słuchać; psy wybiegły na spotkanie.
Istotnie, drogą szedł Czertwan z Gralem i kilku młodzieńcami z zaścianka, co mu pomagali przy połowie ryb. Okurzeni, brudni, odziani byle jak, w skórzniach zamiast butów, wyglądali bardzo zdrożeni129. Pomimo to na widok rodzinnych chat fantazja wróciła w młode dusze i ktoś najweselszy zaśpiewał z całych płuc:
Wróbel warzy gościom alus130,
Dam dam, dali dam,
Prosi ptaki na twój lamus.
Dam dam, dali dam — na swój lamus.
Poszedł wróbel z sową w taniec,
Dam dam, dali dam,
Odeptał jej mały palec,
Dam dam, dali dam — mały palec.
Sowa na sąd, wróbel na płot,
Dam dam, dali dam,
Sowę zjadł lis, a wróbla kot,
Dam dam, dali dam — a wróbla kot.
Ogólna wesołość zakończyła piosenkę. Jeden Marek się nie śmiał, jak i nie śpiewał. Zmęczony był, głodny, po trzech bezsennych nocach bolała go głowa, ręce i nogi po długiej pieszej wędrówce. Patrzył na swą zagrodę i rozmyślał, jak go ciotka nakarmi, napoi, jak potem legnie na posłanie i wypocznie choć godzin kilka przed kłopotliwym jutrem. Nazajutrz czekała go familijna scena w Skomontach, ale się jej nie lękał — niósł w zanadrzu gruby pugilares z zarobionymi na jeziorze pieniędzmi!
Dochodząc zaścianka, towarzysze pożegnali go i wyprzedzili. Przy wtórze radosnego skomlenia psów, wszedł na podwórce, spojrzał i stanął zdziwiony. W marzeniach jego nie było nikogo z tych, co tam siedzieli pod jego chatą i powitali wesoło jednozgodnym okrzykiem:
— No, przecie! Dobry wieczór!
Chwilę nic nie odrzekł. Spod brwi zmęczone jego oczy błysnęły jakimś rzadkim wyrazem radości; w milczeniu uchylił kapelusza.
— Dobry wieczór! — odparł nareszcie, podchodząc.
Z głębi huczał bas Ragisa i piszczał dyszkancik panny Anety. Biegli oboje z powitaniem ulubieńca i powtarzali radośnie:
— No przecie, no przecie!
On wyglądał jakiś ogłuszony i roztargniony. Hankę powitał ukłonem, Julkę chciał uścisnąć, Marwitza omal nie pocałował w rękę, o Irence jakby zapomniał, a na starych wcale nie zważał.
— Już od południa czekamy na pana — zaczęła szturm Julka — stryj koniecznie potrzebuje pana, choćby zaraz, najdalej jutro!
— Mój drogi — ozwała się Hanka — na miłość Boską chodź do Skomontów dziś jeszcze. Burza się tam gotuje na ciebie.
— A wiesz, że jurgijski młyn podruzgotała Dubissa? — wołał z daleka Ragis. — Koło poniosło o trzy mile! Jedź i wykupuj, bo pokradną!
— Mój Mareczku, moje dzieciątko — dobijała się staruszka swej kolei. — Pewnie nic nie jadłeś? Mam dla ciebie jagódki. Za chwilę wieczerza. Siądźże, spocznij.
— Przed wieczerzą i spoczynkiem, skocz no do Wojnata. Podobno umiera i trzy razy przysyłał po ciebie.
Marek wciąż milczał. Opadnięto go ze wszech stron: Hanka trzymała jedną rękę, panna Aneta drugą, Ragis krzyczał w jedno ucho, Julka z drugiej strony prawiła o stryjowskim procesie, nawet lubiący spokój Marwitz wmieszał się do ogólnej wrzawy i czynił mu gorzkie wymówki, że go nie wziął ze sobą na połów.
Irenka tylko nie ruszała się z miejsca; odrzuciła głowę i wpół przymkniętymi oczyma patrzała na tę grupę ludzi. Obejrzała każdą twarz, wreszcie spoczęła wzrokiem na Marku i wpatrywała się weń z natężeniem. Człowiek ten ponury, milczący, obojętny na wszystko, co nie było interesem, zajął ją od pierwszej rozmowy na kowieńskim dworcu. Słuchała chętnie, co o nim mówił Jazwigło, obserwowała go na każdym kroku. W dzień przyjazdu do Poświcia, gdy go ujrzała wśród tego obcego tłumu, zabiło jej serce, jak do kogoś swojego; przez tydzień obcowania przywykła doń; gdy odjechał, zrobiło się jej nudno i nieswojsko. Potem często odnajdywała przed oczyma jego olbrzymi wzrost, ostre, nieruchome rysy, rzadko spoglądający na kogo stalowy wzrok i wąskie, nigdy nieśmiejące się usta. Słyszała w uszach jego głuchy organ mowy i mimo woli myślała często o nim, czasem z gniewem, czasem z nieznaną ciekawością.
Teraz, po długim niewidzeniu, odnajdywała ten sam chłód, tę samą posępność i z przykrością prawie poczuła, że jej raz drugi złowieszczo zabiło serce.
A on, jak zwykle, nie patrzał na nią, prawie się nie przywitał: obojętny, z kamiennym spokojem słuchał tych różnorodnych próśb, nalegań, spraw, pretensji i cierpliwie czekał, aż skończą.
Gdy nareszcie umilkli, po swojemu lakonicznie odpowiedział najpierwszej Hance i pannie Nerpalis:
— Powiedz matce, że jutro rano stawię się niezawodnie. Pieniądze mam, niech będą spokojni, a do księdza proboszcza wstąpię po południu.
— Na pewno? — spytały obie z naciskiem.
— Na pewno! — potwierdził i zwracając się do Marwitza, dodał: — Nic nie stracone. We czwartek wracam na jezioro i zabawię tydzień. Jeśli pana ochota i wola, służę.
— Panie, to moja jedyna namiętność! Wezmę wędkę.
Czertwan widocznie trochę oprzytomniał: pocałował z uszanowaniem rękę ciotki.
— Bardzo pożądana wieczerza i wypoczynek. Od rana wędrujemy pieszo, a tam mało co się jadło. Wasze zapasy w szałasie ktoś ukradł.
— Ach, Boże! Biednyż ty, biedny, mój dzieciaku kochany! Zaraz ci, duchem, usmażę jajecznicy i zrobię zacierek z mlekiem! Biedactwo, nieboraczek!
Podreptała do domu, panienki także zaczęły nakładać kapelusze.
— Dobranoc zatem, panie Marku — rzekła Julka — czekamy jutro niecierpliwie!
— Będę, pani! — odparł z ukłonem.
Dziewczęta pożegnały Irenkę, Ragisa, zajrzały do kuchni panny Anety, a tymczasem Marwitz wziął kapelusz.
— Gdzie idziesz? — zagadnęła z cicha panna Orwidówna.
— Odprowadzę tę cudowną lekarkę! Wieczór, mogą tu być szakale, kojoty, złoczyńcy...
— Czekać cię będę pod starym dębem!
— Dziękuję, Iry.
Koleżanki szły ku wrotom. Dopędził je i ruszyli razem.
Na środku dziedzińca został chrzestny ojciec z synem. Rozmawiali już spokojnie. Urywki tylko rozumiała Irenka.
— Za późno! Kiedyś oddałbym za to całą fortunę i krew, teraz nie chcę!
— Nie pójdziesz? On może umiera!
— Pójdę, dajcie spocząć minutę, zdrożyłem się srodze, głód dokucza!
— Dobrze, dobrze! Ma się rozumieć! Spocznij! Pójdę pomóc pannie Anecie; i bestyjki moje głodne! Pogadaj z tą panną! Na biedę, i ona ma jakieś interesa do ciebie. A gdzież to się podział ten pokąsany? Ho, ho! Może do panny Anety się umizga? Dam ja mu!
Po chwili na dziedzińcu został sam tylko zmęczony wędrowiec i nieśmiało podniósł oczy na siedzącą pod ścianą jego chaty poświcką dziedziczkę.
W tej samej postawie, z odchyloną głową, patrzała nań ślicznymi oczyma, na których dnie, za iskrami ożywienia, leżała tęskna, przejmująca głąb.
Sekundę splotły się spojrzenia, po rysach jego przeszło jakby wrażenie bólu, zbliżył się, oparł o płot i tak o krok od siebie długą chwilę milczeli.
Ona jakby czekała słowa od niego, ale daremnie. Wstała, nałożyła kapelusz i powoli wciągała rękawiczki.
— Miałam i ja do pana mnóstwo interesów — ozwała się — ale posłyszawszy, jak pan jest zajęty, milczę! Do widzenia! Może kiedyś w przyszłości...
— Gdzież to pan Marwitz? — obejrzał się.
— Nie ma! Odprowadza siostrę pańską, którą jest zachwycony! Będę na niego czekać nad rzeką, około czółna.
— To ja pójdę z panią do rzeki...
— Pan zmęczony, głodny i bardzo nieszczególnie wygląda! Nie chcę.
— Pójdę, pani. Posłucham interesów, może się zdam na co. Nie głód mi dokucza ani zmęczenie! Do rzeki niedaleko.
— Dziękuję panu! — rzekła z cicha. Był w głosie tym dźwięk, co się gwałtem przedzierał do serca. On zamilkł.
Wyszli niepostrzeżeni, tylko wierny Margas im towarzyszył.
Po kilku minutach Ragis wyjrzał na podwórze.
— Marku! Wieczerza czeka! — zawołał.
Nic! Pusto, głucho! Stary zaszedł do ogródka, obejrzał wszystkie kąty.
— Marku! — powtórzył o ton głośniej.
Żadnej odpowiedzi, tylko psy zaczęły szczekać.
— Ot tobie masz! Znowu poszedł, aha! Z Orwidówną powędrowali. Ma się rozumieć! Ot tobie, i głód, i zmordowanie! I wierzyć tu komu? Wie co panna Aneta? Nie ma naszego chłopca! Poprowadził się z poświcką panną! Szukaj wiatru w polu! A to łotr chytry i kłamliwy! No, no, no!
— Poszedł? — odpowiedziała poczciwa kobieta, ocierając pot z czoła. — Cóż robić, dobrodzieju? Musi być to chodzenie milsze mu było i nad jadło, i nad posłanie! Za co się gniewać? Niech biedaczysko choć raz sobie dogodzi, choć chwilę się ucieszy! Szczęść mu, Boże!
— Panna Aneta rada każdej rzeczy! Co to dobrego? At! Nowa zgryzota, tylko że najgorsza, bo słodka, jak trutka na muchy! No, no, no, i kto by się po nim tego spodziewał? Dziewięć mil odtrzepał i znowu gotów maszerować! A Wojnat tymczasem umrze! At, głupi!
Panna Aneta miała słuszność: ani o posiłku, ani o śnie nie myślał ponury człowiek. Irenka oparła się na jego ramieniu i szli sobie bardzo powoli przez osadę, aż do figury. Tam dopiero zaczęli rozmawiać.
— Pan niesłowny. Dwa tygodnie nie odwiedził mnie, nie pomógł! Musiałam panu bardzo dokuczyć...
— Nie było czasu!
— A w Jurgiszkach pan był?
— Byłem. Zarządzam majątkiem po ojcu.
— I nie rzucił pan, jak Poświcia...
— Tam nie ma komu zostawić.
— Jak to? Jest panienka w moim wieku.
— Słabowita i bardzo delikatna. Babki ślepej dogląda.
— Czy to pańska narzeczona?
— Nie, pani!
— Ale ją pan kocha?
— Pannę Janiszewską?...
— No, przecież nie babkę? Pan umyślnie pyta, żeby uwolnić się od odpowiedzi, ale się to nie uda! Kocha ją pan?...
Ruszył ramionami.
— Dobra panienka — odparł obojętnie.
— Nie pytam o jej cnoty, ale czy ją pan kocha? — rzuciła niecierpliwie.
Zdziwił go ten ton, zwrócił ku niej oczy i odparł spokojnie:
— Nie kocham!... Ale tym dwom sierotom rad bym nieba przychylić. Same one jak palec na świecie! Często tam bywam, gdy czas się znajdzie.
— To pan nigdzie nie bywa dla własnej przyjemności?
— Nie, pani, nigdzie! Nie ma takiego miejsca.
— A pod dębem, tym starym, w lesie?
Zdumiał się, ramię mu drgnęło.
— Kto pani mówił o dębie? — zagadnął.
— Mniejsza kto, dość, że wiem! Pójdziemy tam teraz razem i pan mnie opowie, jaka pamiątka wiąże pana z tym drzewem! Opowie pan?
— Nie ma co opowiadać.
Zapanowała chwila milczenia. Panienka niecierpliwie gryzła usta, on spoglądał przed siebie na bór ciemny i słuchał znanego szmeru. Weszli w gąszcz; mrok już leżał wśród olbrzymów.
— Nie zbłądzi pan? — spytała.
— Ja? W Dewajte? Wychowałem się tutaj! Każdy krzak mam w pamięci! Nad rzekę pani chce zejść?
— Nie, na tę polanę. Obiecałam Clarkowi, że mnie tam znajdzie, jeśli trafi.
Z widoczną niechęcią zmienił kierunek drogi i prowadził ją manowcami, ociągając się.
Po chwili weszli na polanę. Wysunęła rękę spod jego ramienia i rozejrzała wokoło.
— Musi to być ciekawa karta z naszych starych dziejów. Był tu zamek zapewne, to ruiny?
— Był.
— Czemuż nie został?
— Nie stało obrońców. Ot, tam kurhan po nich! — wskazał ręką.
— Tradycja pewnie żyje w okolicy. Niech mi pan opowie...
— Co tu opowiadać? Oni strzegli tego samego, co my teraz: ziemi i świątyni. Padli wszyscy. Wróg zajął ziemię, spalił zamek, zburzył świątynię. Ot i koniec!
— Praojcowie nasi pewnie tam leżą? — szepnęła, ogarniając kurhan wzrokiem. Oblicze jej powlekła powaga i żałość głęboka: jakieś wspomnienie zamąciło jej oczy. Usiadła na głazie Aleksoty i po chwili zadumy ozwała się smutna:
— Dziwna rzecz, jak mi ta polana przypomina dziecinne lata. Gdy pierwszy raz wyjrzałam z kołyski, widziałam w oknie takiż ciemny las i na trzebieży niewielkiej naszą chatę z bierwon skleconą. Matka zawieszała kołyskę na gałęzi i pomagała ojcu przy karczunku. Musiała to być ciężka praca, bo postępowała nadzwyczaj powoli. Stan był dziki, pełen Indian i zwierza; żyliśmy suszonym mięsem i korzeniami; wokoło nigdzie nie było osad, miast, ani białego człowieka.
Bydło nasze pożarły pantery i co nocy wokoło chaty słychać było okropne wycia i krzyki. Bardzo mi straszno było i często płakałam; wtedy ojciec brał mnie do siebie i zasypiałam w jego objęciu. Matka była wątła i kaszlała ciągle, ojciec często zapadał z trudu, głód nierzadko dokuczał, pomimo to nigdy oni nie skarżyli się i nie gniewali na siebie. Musieli kochać się nad wszystkie nieszczęścia, nad całą nędzę żywota! Pomimo wszystko byli szczęśliwi!
Kto wie? Po kilkunastu latach takiej pracy mieliby może miliony, jak Marwitzowie, osada byłaby podwaliną pięknego miasta, wrócilibyśmy do kraju! Inaczej się stało, jak i tu na tej polanie został tylko kurhan.
Umilkła. Dewajtis szemrał łagodnie, a od rzeki dolatywał plusk fali monotonny, tęskny. W ustroniu tym żyły tylko wspomnienia...
Marek zrazu słuchał dość obojętnie, potem zbliżył się, usiadł obok niej i ukradkiem spoglądał w uroczą twarzyczkę opowiadającej. Po ostrych jego rysach snuły się jakby smugi światła i głębokiego wrażenia.
— Pani była wtedy bardzo malutką? — rzekł z cicha.
— Miałam cztery lata zaledwie, ale takie chwile dziecku nawet ryją się w duszy. Pewnej nocy Indianie nas zaskoczyli; przez chwilę bronił się ojciec, strzelał, matka broń nabijała; potem wdarli się do środka: jeden matce tomahawkiem pierś rozszczepił, dwóch rzuciło się na ojca, reszta, jak stado szatanów, rozbiegła się za rabunkiem. Boże!... Pan się dziwi, że taką noc można zapamiętać? Dziecko by nowo narodzone zapamiętało...
Ciemność, wrzask, wycia, pisk, trzask łamanych sprzętów, w ciasnych ścianach natłoczenie tygrysów wściekłych i trupy, charczące agonią...
Wypełzłam z posłania, dygocąc, jak w febrze, szukam rodziców, opieki, wołam z cicha: „mamo, mamo!”. Nikt mi nie odpowiedział, bo nie było żywego ducha w matczynym ciele, co obok leżało na ziemi i stygło już!...
Nie mogła mówić dalej. Zbladła aż do ust, a z oczu, jak perły, padały łzy na splecione kurczowo dłonie; członki drżały okropnym wrażeniem.
Czertwan już teraz śmiało na nią patrzał. Cała ta ohydna scena mordu odbiła mu się w duszy, jakby ją wspólnie widział i razem cierpiał.
I pomyślał ze wstydem, że jego wszystkie smutki, niedole, troski niczym były przy rozpaczy i żalu tego dziecka czteroletniego, szukającego darmo ratunku u piersi zmarłej matki, w tę noc straszną.
Zapomniał, kim ona była, co stało między nimi, że nie miał prawa odezwać się z pociechą, on, obcy, biedak, do tej magnatki; w duszy jego coś nieznanego bolało, rwało się, ciągnęło do niej, aż wybuchnęło na zewnątrz.
Pochylił się, ręce jej zimne a drżące wziął w swoje i do ust poniósł. Wargi mu drgały, spazm dławił w krtani, żal rozpierał serce.
— To panią boli, proszę nie mówić! — rzekł z cicha, dziwnie serdecznie.
Na to słowo przyjazne załkała w głębi duszy i długo płakała w milczeniu. Potem opanowała się trochę, otarła oczy, odrzuciła włosy z czoła i spokojnym już, smutnym wzrokiem spojrzała na niego.
— To nic, panie!... Mówić nie gorzej boli, jak śnić o tym i ciągle tę chwilę mieć przed oczyma!... Tyle lat minęło, czas zahartować się... Od czasu, jak tu jestem, ciężej mi, bo wśród obcych, dlatego dziś gorzej płaczę! Tam w Ameryce, miałam tyle życzliwych serc, strzegli mnie przed wspomnieniem, a teraz ciągle myślę... W ojczystym domu rodzice zawsze na myśl przychodzą. A moi daleko!... I tak marnie zginęli... Panu się zdaje, że już koniec to, com mówiła? Nie, widziałam gorsze chwile!... Matka nie słyszała mego płaczu, ale ojciec usłyszał. Miał na sobie ran kilkanaście, broczył krwią, porzucono go, jak trupa, a jednak on posłyszał i znalazł siłę powstać, wziąć mnie na ręce i wypełznąć z chaty... Noc była czarna jak piekło; na kolanach, bo nogi miał pokaleczone, zaczołgał się w gąszcz, tam mnie ukrył, a sam legł... Myślałam, że umarł, straszno mi było; przytuliłam się do niego i nie śmiałam odetchnąć ani płakać...
Wrzawa w naszej chacie wciąż trwała: musiały powstać bójki o nędzną zdobycz, krzyki tryumfu... Potem coś błysnęło w tej stronie, potem w drugim miejscu i w trzecim...
Wycie wzmagało się ciągle... A i nagle buchnęła jasność pod niebo, rozświeciła polanę i drzewa lasu. Nasza chata stała w płomieniach. Indianie otoczyli kołem pożar i, miotając się w bojowym tańcu, zaintonowali jakiś śpiew dziki i przejmujący... Przerażona, zaczęłam skubać ojca za ręce i odzież, wołając: „mama tam”, „mama pali się!” ale on omdlał z upływu krwi i nie ocucił się. A łuna rosła, pożerała trud tyloletni, cały nasz skarb i zwłoki matki...
Zgliszcza i ruiny zostały na polanie, jak tutaj!... Wróg wszystko zabrał!..
— A ojciec pani? — szepnął słuchający.
— Ojciec po to tylko ocalał, by dowlec się do pierwszych osad. Trafił szczęśliwie na pana Marwitza; chciał wracać do kraju, ale, jak wszystko, i to go zawiodło... Teraz coraz częściej myślę: i mnie lepiej było tam pozostać. Po co ja wróciłam? Tak mi tu źle i ciężko, i pusto...
Wstała przy tych słowach i obejrzała się po polance. Nie spostrzegli, że wieczór zapadł zupełny. Kilka bladych gwiazdek zarysowało się na ciemnym szafirze, rosa pokryła mchy i trawy.
— Zatrzymałam pana tak długo. Przepraszam! Clarke widocznie wracać nie myśli. Popłynę już sama z powrotem i odeślę mu czółno.
— Pewnie go zatrzymano w Skomontach na noc.
— Należy mu się nagroda za poświckie trudy, które znosi dla mnie. Żegnam pana i dziękuję za towarzystwo. Czy pan nigdy nie przypomni sobie Poświcia?...
— Jeśli pani sobie życzy, mogę dziś tam być!
— Czy to przez litość, panie Czertwan? — zagadnęła dziwnym tonem.
— Dlaczego?...
— Bo przecież nie dla własnej przyjemności, sądzę!...
Nic nie odrzekł.
„Może dla własnej zgryzoty” — pomyślał z goryczą, ale się nie cofnął.
Pierwszy raz w życiu Marek Czertwan opuścił obowiązek. Czekał go na próżno Ragis i Juchno, i Wojnat chory, czekano go daremnie w Skomontach i na probostwie, w Żwirblach i Ejnikach. On pozostał w Poświciu.
Gdyby przewidział nieszczęścia, co nań spaść miały za ten jeden dzień zwłoki, może by nie został. A zresztą, kto wie?