Rozdział XIII
Uciekamy! — Stróż nocny. — Idzie na dno. — Śpimy jak zabici!
Tak mi zaparło dech, że byłem bliski omdlenia. Zostać na parowcu, który lada chwila zatonie, i to jeszcze z takimi ludźmi! Ale nie było czasu na rozmyślania. Należało odszukać łódź ratunkową, która była koniecznie potrzebna nam samym. Szukamy więc z obu stron okrętu, łodzi ani śladu. Jim, bezsilny, już nie chciał szukać, ledwie stojąc na nogach, ja jednak dodałem mu bodźca, i szukamy. Nikt z nas nie wiedział na pewno, gdzie powinna być łódź ratunkowa, wiedzieliśmy tylko, że jest, bo tamci o niej mówili, więc wciąż szukamy po omacku. Znalazłem ją wreszcie obok drzwi prowadzących do bawialni, w ciemności namacałem ją palcami. Jest niewątpliwie! Uradowany biorę ją, przerzucam przez burtę i jedną ręką trzymając się jeszcze galeryjki152 pokładu, już byłem gotów wejść do łodzi, gdy wtem głowa wysuwa się ze schodków, słyszę kroki zmierzające ku poręczy, ludzka postać przechyla się przez nią, czuję ją prawie tuż przy sobie, a wreszcie jeden ze znanych mi głosów powiada:
— A nie zapomnij zgasić latarni, Bill!
Potem rzuca w łódź jakiś dość ciężki worek, przełazi przez galeryjkę i wchodzi do łódki. To był Packard. Nie upłynęła minuta i nadchodzi Bill, i także pakuje się w łódź. Packard mówi do niego:
— Wszystko gotowe, ruszamy.
Ja zaś słucham, trzymając się jedną ręką poręczy i czuję, że tracę siły. Wtem Bill rzecze:
— Poczekaj. A obszukałeś mu kieszenie?
— Nie. A ty?
— I ja nie. On przecież ma swoją część łupu. Warto zabierać graty, a zostawiać pieniądze?
— No, a jeżeli on się domyśli, co zamierzamy?
— To się domyśli... Cóż z tego? A pieniądz trzeba mu zabrać. Chodźmy.
Wyskoczyli więc z łodzi i poszli. Gdy tylko drzwi się za nimi zamknęły, już byłem w łodzi, Jim wskoczył także, przeciąłem linę, która się jeszcze ciągnęła za łodzią — i w drogę!
Nie tknęliśmy wioseł, nie rzekliśmy do siebie ani słowa, baliśmy się nawet odetchnąć pełną piersią. Woda sama niesie nas pod ścianą okrętu, mijamy go wreszcie i zostawiamy szybko za sobą. Gdy oddaliliśmy się już z paręset łokci, gdy tonący parowiec wsiąknął w ciemności i zupełnie znikł nam z oczu, byliśmy bezpieczni i przekonani, że tak jest.
Z odległości może czterystu łokci widzieliśmy bledziutkie światełko w tej stronie, gdzie był parowiec, i przyszło nam na myśl, że ci łotrzy dopiero teraz spostrzegli utratę łodzi i zapewne już rozumieją swe położenie.
Jim wziął się do wioseł i rozpoczęliśmy pogoń za niewidzialną jeszcze tratwą. Dopiero teraz zacząłem żałować tych ludzi, bo najpierw nie było na to czasu. Zacząłem też rozmyślać, jak to musi być okropnie, zbrodniarzom nawet, znajdować się w takim położeniu. Kto to wie? A nuż i ja kiedyś dokonam zbrodni? Czy byłoby mi przyjemnie wiedzieć, że muszę zatonąć razem ze statkiem?
Mówię więc do Jima:
— Gdy tylko gdzie na brzegu ujrzymy światła, trzeba zaraz przybić do lądu. Miniemy światło albo do niego nie dopłyniemy, byleś ty znalazł miejsce dla ukrycia siebie i łodzi. Ja pójdę do wsi, a wymyśliwszy jaką bajkę, znajdę przecież kogoś, kto im popłynie na ratunek, ocali od śmierci. A jeśli przyjdzie ich godzina, to będą wisieć.
Mój zamiar wszakże spełzł na niczym, gdyż wkrótce zerwała się burza, daleko sroższa od poprzedniej. Straszna ulewa, a tu na obu brzegach nigdzie ani jednego światełka, wszyscy śpią. My zaś płyniemy ciągle, upatrując światła i naszej tratwy. Po paru godzinach deszcz ustał, ale chmury nie ustąpiły, błyskawice latały po niebie, a gdy od czasu do czasu silniej błysnęło, widzieliśmy przed sobą na wodzie coś czarnego.
Była to, ma się rozumieć, tratwa i bardzo byliśmy radzi, przeniósłszy się na nią. Teraz także ujrzeliśmy niewielkie światełko na prawym brzegu, do którego postanowiłem przybić. Tymczasem zaś, wyjąwszy z łódki worek pełen rzeczy skradzionych na tonącym parowcu, przerzuciliśmy go na tratwę, nie wiedząc nawet, co w nim jest. Prosiłem Jima, aby płynął dalej, a przepłynąwszy parę mil, żeby zapalił światło na tratwie i nie gasił go, dopóki ja nie powrócę. Przyrzekł to uczynić, ja zaś wziąwszy się do wioseł, popłynąłem prosto na światło. Gdy już byłem bliżej, ujrzałem więcej świateł rozsianych po wzgórzu, była to bowiem wcale153 porządna wioseczka. Podpływam do najbliższego światła i widzę, że pochodzi od latarni zawieszonej na głównym maszcie łodzi żaglowej. Zacząłem szukać stróża, dziwiąc się, gdzie by mógł być wśród nocy, aż w końcu znalazłem go, drzemał okryty żaglem, z głową spuszczoną na kolana. Wstrząsnąwszy go parę razy za ramię, zaczynam płakać.
Zbudził się nagle przestraszony, ale zobaczywszy przed sobą niedorostka154, przeciągnął się, ziewnął i powiada:
— No, cóż się tam stało? Nie płacz, bębnie155. Co masz za zmartwienie?
— Tatko, mama i siostra, i...
Tu płacz niby przerywa mi mowę, więc on zniecierpliwiony:
— Tam do licha, po cóż tak beczysz? Wszyscy mamy swoje zmartwienia i każdy znajdzie swój koniec. No, gadaj, cóż się z nimi stało?
— Oni... ich... oni... To pan jesteś stróżem tej łodzi?
— Ja — z zadowoleniem odpowiada. — Ja jestem i kapitan, i właściciel, i pomocnik kapitana, i sternik, i stróż, i robotnik, a czasem uchodzę także za bagaż i pasażerów. Nie taki ja bogaty jak stary Hornback i nie mogę tyle co on świadczyć swoim siostrzeńcom, a Tomek, Dick i Henryk nie dostają ode mnie tyle pieniędzy, ile ich on rozrzuca. Ale mówiłem mu nieraz, że za nic w świecie nie przyjąłbym jego miejsca, bo jestem stworzony do pływania po wodzie, nie do lądu. I niech mnie diabli porwą, jeżeli potrafiłbym wyżyć w mieście przez dwa dni z rzędu, gdzie nic nie ma do roboty, a wszędzie kurz, domy i kamienie. Więc mówię ja staremu...
Przerywam mu piskliwym głosem:
— Nieszczęście ich spotkało... okropne nieszczęście...
— Kogo?
— Tatkę i mamę, i siostrę, i pannę Hooker także i jeżeli nie popłyniecie tam zaraz...
— Gdzie, tam? Gdzież oni są?
— Na pokładzie tonącego parowca.
— Jakiego parowca?
— Jest tylko jeden.
— Co? Przecież nie „Walter Scott”.
— On sam.
— Panie, zmiłuj się! Cóż oni tam robią? Po co tam leźli?
— Że nienaumyślnie, to pewne!
— A pewno! Panie, zlituj się, nie ma dla nich ratunku, jeżeli nie uciekną stamtąd czym prędzej. Jakimże sposobem dostali się w taką pułapkę?
— Bardzo prostym. Miss Hooker pojechała z wizytą do miasta...
— Tak, do Booth Lauding. Cóż dalej?
— Pojechała z wizytą do Booth Lauding i przed samym wieczorem wsiadła ze swoją Czarną służącą na prom, który miał ją zawieźć z miasta do panny, Bóg ją wie, jak się nazywa, bo zapomniałem. Ta panna to jej wielka przyjaciółka i miss Hooker chciała u niej nocować. Na samym środku rzeki przewoźnik zgubił wiosło, prom okręcił się parę razy wokoło, a potem popłynął z wodą wiorstę156, dwie, wreszcie natknął się na parowiec i zatonął. Przewoźnik także utonął. I Czarna, i powóz z końmi, i wszystko, tylko jedna miss Hooker dostała się na pokład parowca. A potem, na godzinę przed zachodem słońca, tatko, mama, siostra i ja płynęliśmy sobie w naszej łodzi, w tej, w której wozimy jarzyny na targ, ale że było ciemno, więc nie widząc parowca, uderzyliśmy także o niego. Z nas nie utonął nikt, ale za to utonął Bill Whipple, taki dobry, taki dobry! Chłopiec najlepszy w świecie! Tak mi go strasznie żal, że wolałbym był sam utonąć... Słowo daję, wolałbym.
— Co ja słyszę! Co ja słyszę! Jak żyję, nie słyszałem takich awantur157! No, a wtedy cóżeście robili?
— Zaczęliśmy krzyczeć i wołać o pomoc, ale rzeka taka w tym miejscu szeroka, a wicher tak huczał i gwizdał, że nikt nas nie mógł usłyszeć. Tatko więc powiada, że trzeba, aby ktoś z nas dostał się na brzeg i powiedział ludziom, co się z nami stało. Tylko ja jeden umiem pływać, więc rzuciłem się w wodę. Dopłynąwszy do lądu, straciłem tylko czas na próżno, bo co kogo spotkam, to mi odpowiada: „Co? Na taką noc i w taką falę? Nie ma głupich... Idź, poszukaj promu parowego”. Ale teraz, kiedy pana spotkałem, to może pan zechce...
— Ma się rozumieć, że zechcę, ale niechże wiem, kto mi za to zapłaci? Jak myślisz? Czy twój tatko...
— No, to już wszystko dobrze. Miss Hooker powiedziała wyraźnie, że jej wuj Hornback...
— Wielki Boże! Więc on jest jej wujem! On! Słuchaj, malcze, idź prosto na to światło, które tam widzisz... Doszedłszy do niego, zawróć na lewo i idź jeszcze z ćwierć mili, dopóki nie zobaczysz szynku, wejdź tam i każ się zaprowadzić do Hornbacka, który z pewnością weźmie wszystko na swój rachunek. A nie trać czasu, bo staremu pilnie będzie dowiedzieć się o siostrzenicy. Powiedz mu, że zanim przyjdzie do miasta, będę ją miał żywą i zdrową... Zabieraj nogi, chłopcze, ja śpieszę obudzić pomocnika.
Poszedłem na światło, ale gdy stary zniknął we drzwiach stojącego nad brzegiem domostwa, dobiegłem do swojej łodzi, wyciągnąłem ją na brzeg między szychty drzewa i ukryty w ich cieniu z niepokojem oczekiwałem chwili wyruszenia łodzi na pomoc uwięzionym. Prawdę rzekłszy, czułem pewne zadowolenie, że zadałem sobie tyle trudu dla takich ludzi. Wiem, że nie każdy by to uczynił. Żeby też o tym wdowa wiedziała! Wyobrażam sobie, jak by się mną pyszniła158, że dopomagam takim łotrom, bo zauważyłem, że i wdowa, i wszyscy cnotliwi ludzie najlepiej lubią łotrów i niegodziwców.
Po kilkunastu minutach ujrzałem swój parowiec, który woda niosła w dół. Spostrzegłem go tylko dlatego, że był jeszcze ciemniejszy od ciemnej nocy... Aż dreszcz po mnie przeszedł, gdy go zobaczyłem, bo wyglądał jak widmo okrętu, prawie po samą galeryjkę zatopiony już w wodzie. Zepchnąwszy swoją łódź na wodę, podpłynąłem do niego, ale na mój krzyk nikt się nie odezwał. Woda zalewała już pokład, tonący parowiec zanurzał się coraz głębiej z każdą chwilą. Zrobiło mi się trochę przykro, gdy pomyślałem o tamtych, których woda zalała najpierw niż pokład, ale tylko trochę, bo pomyślałem, że kiedy oni mogli wytrzymać taką śmierć, to i ja mogę.
O kilka sążni159 za parowcem płynęła łódź żaglowa, zacząłem więc z całej siły robić wiosłami, żeby się dobrze odsadzić160, a gdy już byłem pewny, że mnie nikt nie dojrzy, obejrzałem się, aby zobaczyć, jak też ona będzie uwijać się koło parowca i jak właściciel będzie szukał sposobu wydobycia zwłok miss Hooker w nadziei sutej nagrody od Hornbacka. Widząc jednak, że nic nie wskóra, łódź dała za wygraną i powróciła do przystani, ja zaś nie mając na co czekać, puściłem się w pogoń za tratwą.
Zdawało mi się, że płynę niezmiernie długo, nim ujrzałem nareszcie płonące światełko na tratwie Jima, a gdy je ujrzałem, to i tak wydało mi się oddalone o przynajmniej tysiąc mil. Przez ten czas niebo zaczęło rozjaśniać się trochę na wschodzie, przybiliśmy więc do jakiejś wysepki, ukryliśmy tratwę, czółno wyciągnęliśmy na brzeg, a sami rzuciwszy się na tratwę, zasnęliśmy jak zabici.