Rozdział XLI
Doktor. — Wujaszek Silas. — „Siostra” Hotchkiss. — Ciocia Salcia zmartwiona.
Doktor, niemłody już człowiek, wyglądał na bardzo poczciwego staruszka. Opowiedziałem mu, że mój brat i ja udaliśmy się wczoraj po południu na polowanie na wysepkę zwaną Spanish Island, że spędziliśmy noc na przypadkiem znalezionej tratwie, że około północy przytrafił się bardzo niemiły wypadek, gdyż mój brat potrącił widać przez sen fuzję, która wypaliła, raniąc go w nogę. Prosimy więc doktora, żeby był łaskaw odwiedzić go, opatrzyć i nic nikomu nie mówić, bo... bo chcemy, żeby nikt nie wiedział o wypadku.
— Skądże wy jesteście?
— Siostrzeńcy Phelpsów, z sąsiedztwa.
— Wiem, wiem.
I po chwili dodaje:
— Powtórz no, jakim to sposobem twój brat został postrzelony?
— Śniło mu się coś, panie doktorze i... i strzeliło.
— Hm! Dziwny sen! — powiada doktor.
Wziął jednak swoją latarnię, torbę z narzędziami i poszliśmy. Zobaczywszy czekające na nas czółno, skrzywił się jakoś...
— Na jednego dobre — powiada — ale na dwóch zbyt niebezpieczne.
— Niech się pan nie boi — zawołałem. — Przecież trzech nas było, a płynęliśmy bez obawy...
— We trzech?
— Tak, proszę pana. Ja, mój brat Sid i... i strzelby. Strzelby były na trzeciego, proszę pana...
— Aha! Strzelby. Hm! Hm!
— Wiesz co? — rzekł doktor. — Ja sam popłynę, a ty czekaj na mnie. Baw się polowaniem lub idź do domu, żeby przygotować wujostwo do niespodzianki. Jak wolisz!
Ale ja nic nie wolałem. Po otrzymaniu wskazówek doktor odpłynął, a ja pozostałem.
„Będę tu czekał — myślę sobie — lecz jeśli doktor, wróciwszy, powie, że jeszcze raz musi być na tratwie, to i ja mu będę towarzyszył, choćby mi nawet przyszło płynąć wpław. Na tratwie zaś zwiążemy go, zatrzymamy gwałtem i popłyniemy w dół rzeki. Gdy zaś Tomek wyzdrowieje, zapłacimy, co mu się będzie należało i doktora wysadzimy na brzeg”.
Wlazłem więc sobie pomiędzy ułożone w kilka stosów tarcice, żeby się zdrzemnąć. Po przebudzeniu widzę słońce wysoko nad głową! Zerwawszy się, pędzę do domu doktora, ale ten jeszcze nie wrócił. „Hm — myślę sobie — z nogą Tomka musi być źle. Nie ma co, ruszam na wyspę natychmiast...” I ruszyłem, ale tuż na zakręcie ulicy wpadłem na wujaszka Silasa tak, że mu o mało brzucha głową nie przebodłem306.
— Tomek! Gdzie ty byłeś, urwisie jeden, przez tyle czasu?
— Ja, wujaszku? Nigdzie nie byłem, proszę wujaszka... Ja tylko... To jest my obaj, ja i Sid, puściliśmy się w pogoń za Czarnym.
— Ale gdzie się zapędziliście? Ciotka niepokoi się o was...
— Niepotrzebnie, bo nam się nie stało nic złego. Pobiegliśmy za ludźmi i za psami, ale wyprzedzili nas, proszę wujaszka, i zgubiliśmy się... A potem... proszę wujaszka... Aha! Potem... zdawało nam się, że tamci odpłynęli... na rzekę, proszę wujaszka, na rzekę... Więc i my wsiedliśmy w łódkę i za nimi... I pływaliśmy, pływaliśmy, dopóki się nie zmęczyliśmy... A już potem, proszę wujaszka, to nam sił brakło... Tak. No, to już wtedy uwiązaliśmy czółno i po długim spaniu wysiedliśmy na brzeg, żeby się dowiedzieć, co tu słychać... No i Sid pobiegł na pocztę, może się tam czegoś dowie, proszę wujaszka, a ja... ja tu zostałem i szukam... czy nie znajdę czegoś do zjedzenia. A potem... potem, proszę wujaszka, to już idziemy do domu. Prosto jak strzelił, do domu...
Wskutek mego opowiadania musiałem pójść z wujaszkiem na pocztę „po Sida”. Tu, naturalnie, Sida nie było, tylko wujaszkowi doręczono list. Czekaliśmy na Sida dość długo, lecz nie przyszedł, aż wreszcie zacny staruszek powiada:
— Wiesz ty co? Nie możemy czekać dłużej. Ciocia zamartwi się tam z niepokoju o nas. Sid przecież trafi do domu. Ty zaś siadaj ze mną i pojedziemy.
Próbowałem wymówek, obiecywałem odszukać Sida i z nim powrócić. Wszystko na nic!
Gdy zajechaliśmy przed dom, ciotka, ujrzawszy mnie, zaczęła śmiać się, płakać, całować mnie i szturchać, mówiąc, że tak samo i Sid oberwie.
Dom był pełen gości, bowiem dzierżawcy zostali na obiedzie, razem z żonami, które do nich przybyły, gwarno więc było jak w ulu. Kobiety gadały okrutnie, a najwięcej stara mistress Hotchkiss, której język ani na chwilę nie odpoczywał.
— A wiesz, siostro Phelps — mówiła do cioci Salci — przetrząsnąwszy wszystkie kąty komórki, przekonałam się, że ten wasz Czarny był wariatem. Powiedziałam to nawet siostrze Dawrell... Siostro Dawrell, czy nie mówiłam? Ten Czarny, mówię, to czysty wariat, mówię... Tymi słowami powiedziałam. Nie tylko ona jedna słyszała, czysty wariat, powiedziałam. Ze wszystkiego widać, że wariat. Bo... ten kamień młyński, na przykład... Niech mi ktoś powie, czy człowiek przy zdrowych zmysłach będzie wykuwał jakieś banialuki na kamieniu? Tu: „pękło serce”, a tam znów: „trzydzieści siedem lat” albo „naturalny syn Ludwika” i różne brednie. Zupełny wariat, powiadam. Od tego zaczęłam i na tym kończę; wariat gorszy od Nabuchodonozora307. Mówię i powiadam, że wariat.
— A widziałaś, siostro Hotchkiss, ową sznurową drabinę z poskręcanych gałganów? — pyta mistress Dawrell. — Na co też była potrzebna drabina?
— To samo, akurat to samo, słowo w słowo to samo mówiłam dopierusieńko siostrze Utterback. Niech sama powie, czy nie mówiłam? Spójrz, siostro, mówię, na tę drabinę. Na co mogła mu być potrzebna drabina?
— Ale jakimże sposobem został tam wniesiony ów kamień i kto wykopał dziurę? I kto...
— To samo, słowo w słowo to samo i ja mówiłam, bracie Peurod. Podaj mi, proszę cię, salaterkę z melasą308. Siostrze Dunlap mówiłam przed chwilą: jakim sposobem wnieśli ten kamień młyński? I bez pomocy, mówicie państwo, bez pomocy! Otóż nie! Była pomoc, ja mówię, było nawet dużo pomocy... Ze dwunastu ludzi co najmniej pomagało Czarnemu... Ze wszystkich Czarnych, jacy tu są, odarłabym skórę, ale dowiedziałabym się, kto pomagał...
— Bo też i prawda. Przez cztery tygodnie wszyscy wasi Czarni musieli po całych nocach pracować, siostro Phelps. Bo, proszę cię, ta koszula? Calusieńka zapisana tajemnym pismem afrykańskim i krwią pisana, nie atramentem! To nie jeden człowiek pisał, co najmniej dziesięciu! Tu muszą być ważne tajemnice. Dałabym ze dwa dolary, żeby wiedzieć, co tu stoi, tym zaś, co mu pomagali, plag bym nie szczędziła. On musiał mieć pomoc!
— Ma się rozumieć, że miał! — odezwała się ciocia Salcia. — Gdybyście byli w tym domu przez ostatnie cztery tygodnie! Co się tu działo! Strach! Spod ręki ginęło wszystko, choć czuwaliśmy dzień i noc, ja, Silas i moi dwaj siostrzeńcy. Duchy by zręczniej nie działały. Ja nawet myślę, że to duchy, skoro nasze psy, najlepsze w całej okolicy, nie wpadły na trop! Nic nie zwęszyły. Proszę mi to wytłumaczyć? Proszę! Kto mi to wytłumaczy?
— Boże, zmiłuj się, strasznie żyć w takim domu!
— Pewnie, że strasznie! Ja taka byłam wystraszona, że bałam się położyć do łóżka, wstać, usiąść, poruszyć się z miejsca. Do tego doszłam! Już mnie rozum opuszczał. Mój Boże — myślałam — na górze śpią moi siostrzeńcy... Sami jedni, od wszystkich daleko. Tak drżałam o chłopców, że... nie śmiejcie się państwo... zamknęłam ich na klucz. Każdy by zrobił to samo. Bo tu z jednej strony obawa, jak się to skończy, a z drugiej to cudze dzieci!. Gdyby im się, broń Boże, coś przytrafiło! W strachu człowiek sam nie wie, co robi. Bo choć to dobre dzieci, ale zawsze chłopcy! Więc jakże tu drzwi nie zamknąć, kiedy...
Tu cioci Salci zabrakło głosu. Wzrokiem tylko wodziła po obecnych, a kiedy spojrzenie jej zatrzymało się na mnie, podniosłem się cichutko i wyszedłem.
Późnym już wieczorem, gdy się wszyscy rozjechali, przyszedłem do ciotki i zacząłem opowiadać, że hałas i strzały obudziły nas, a ponieważ drzwi były zamknięte, nam zaś szło o zabawę, więc też zsunęliśmy się po piorunochronie, czego zresztą nigdy już nie uczynimy. Potem powtórzyłem to wszystko, co opowiedziałem wujaszkowi. Ciotka, przebaczywszy nam, pocałowała mnie, zamyślając się jednak, bo wciąż ją gnębił niepokój o Sida.
— Ach, nieszczęście... Noc już prawie, a Sida nie ma... Co się z tym chłopcem stało?
Chcąc skorzystać ze sposobności, zrywam się i mówię:
— Ciociu, dobiegnę do miasta i powrócę z nim.
— Nie, nie. Zostaniesz w domu. Jeżeli Sid nie powróci na kolację, to wuj pójdzie po niego.
I rzeczywiście tak się stało, lecz wujaszek wrócił niespokojny, bo nie mógł odnaleźć Tomka. Zgnębiona ciocia oświadczyła, że nie pójdzie spać, zaś w oknie postawi świecę, żeby Sid łatwiej trafił do domu.
Cóż miałem robić? Poszedłem spać, ledwie się jednak położyłem, wchodzi ze świecą ciocia Salcia i okrywa mnie, i otula jak matka. Tak mi się dziwnie w duszy zrobiło, że nie śmiałem spojrzeć jej w oczy. Usiadłszy na łóżku, rozmawiała ze mną bardzo długo, a ciągle jedno i to samo.
— Gdzie też może być Sid? Jak ci się zdaje, Tomku, gdzie Sid? Może on gdzie zabłądził lub zachorował, albo i utonął, i leży teraz sam jeden, chory, umarły, nie mając żadnego ratunku?!
Mówi, mówi, a łzy ciurkiem płyną jej po twarzy, rzęsiste, ciche, że mi serce pękało na ich widok. Pocieszam ją, jak mogę, zapewniając, że nad rankiem Sid wróci na pewno, ciocia zaś ściskając mnie za rękę i całując w czoło, każe mi to powtórzyć raz, drugi, trzeci i dziesiąty, bo moje słowa przynoszą ulgę jej sercu. Wreszcie, zabierając się już do odejścia, patrzy mi w oczy tak łagodnie a błagająco i mówi:
— Tomku, drzwi nie będą zamknięte, a choćby i były, to potrafisz wyjść przez okno. Nie czyń tego jednak... Nie uczynisz, prawda? Jeżeli mnie kochasz...
Pomimo że postanowiłem wyjść, żeby się czegoś dowiedzieć o Tomku i o Jimie, bo aż mnie z łóżka podrywało, po jej słowach już wyjść nie mogłem! Gdyby mi królestwo dawali, nie poszedłbym!
Że zaś w myślach stała mi i ciotka, i Tomek, więc też sen miałem niespokojny. Dwa razy wstawałem, dwa razy spuszczałem się na dół, żeby popatrzeć w okna od frontu, i za każdym razem widziałem ciotkę siedzącą z oczami pełnymi łez. Nie wiem, co byłbym zrobił, żeby ją pocieszyć, ale to nie było w mojej mocy! Przysiągłem tylko, że nigdy jej niczym nie zmartwię. Gdy się obudziłem po raz trzeci, dniało już. Ciotka siedziała jeszcze przy dogasającej świecy; oparłszy na ręku siwą głowę, zasnęła.