20, 21, 22, 23. Środa
Spędziłem czas w bardzo urozmaicony sposób. Uciekłszy w ową noc, pędziłem wciąż na koniu, dokąd oczy poniosą, pragnąc wydostać się z Parku i ukryć, dopóki jeszcze nie rozpoczęło się zamieszanie. Ale nic z tego. W godzinę po wschodzie słońca, gdy przejeżdżałem kwiecistą równinę zapełnioną tysiącami zwierząt, które pasły się, wypoczywały lub bawiły ze sobą jak zwykle, nagle powstał między nimi wielki gwar i zamieszanie — zwierzęta rzuciły się na siebie. Zrozumiałem, co to znaczy: Ewa spróbowała swego owocu i śmierć zjawiła się na świecie... Tygrysy zjadły mi konia, mimo że rozkazałem im, by go nie ruszały. Zjadłyby i mnie, gdybym tam został — ale ja nie zostałem, jak najszybciej uciekłem... Znalazłem doskonałe miejsce za obrębem Parku i przeżyłem tam kilka dni nadzwyczaj przyjemnie... Ale ona odszukała mnie i tym razem i natychmiast dała nazwę tej miejscowości — „Tonawanda” — powiada, że zdaje się, iż to wygląda na Tonawandę. Koniec końców, nie żałuję, że przyszła: tutaj nie ma nic do jedzenia, ona przyniosła trochę tych jabłek... Tych samych... Musiałem jeść je: byłem głodny. Jakkolwiek jest to wbrew moim zasadom, uważam jednak, że zasady mają wartość realną wtedy tylko, gdy człowiek jest syty.
Przyszła od stóp do głowy okryta gałązkami i pękami liści, a gdy zapytałem ją, co to ma znaczyć, zdarłem z niej te ozdoby i rzuciłem na ziemię, zmieszała się i zaczerwieniła. Nigdy dotychczas nie widziałem, jak ktoś się czerwieni, i wydało mi się to głupie i niewłaściwe. Powiedziała, że wkrótce sam to poczuję. No i rzeczywiście! Chociaż byłem bardzo głodny i nie dojadłem jeszcze jabłka — prawdę rzekłszy: najlepszego jabłka, jakie można było znaleźć o tej porze roku — położyłem je na ziemi, a sam zacząłem się przykrywać zerwanymi z niej liśćmi. A potem dość nawet ostro rozkazałem jej, żeby poszła trochę się ubrać i nigdy już nie pokazywała mi się na oczy w takiej postaci. Usłuchała. Następnie przekradliśmy się tam, gdzie odbywała się walka zwierząt, wybraliśmy kilka skór i kazałem jej zrobić dwa ubrania, odpowiednie i na uroczyste chwile. Są niewygodne, to prawda, ale za to nadzwyczaj stylowe, a to, moim zdaniem, jest najważniejszą zaletą ubrania... Uważam, że niezły z niej kompan. Bez niej byłbym może zbyt osamotniony, zwłaszcza teraz, gdy wszystko straciłem. Poza tym powiada, że kazano nam od tej chwili zarabiać na życie. Ewa będzie mi bardzo pożyteczna. Ja będę tylko doglądał pracy.
24, 25. W dziesięć dni później
Za przyczynę naszego nieszczęścia Ewa uważa mnie! Mówi, że wąż zapewniał ją, że to nie jabłka były zakazane, tylko suchary. Odrzekłem na to, że w takim razie jestem niewinny, bo nie jadłem sucharów. Oznajmiła, że wąż jej wyjaśnił, że „suchar” to obrazowe określenie na kiepski dowcip. Zbladłem. Robiłem sobie wiele żartów i niektóre na pewno można określić jako kiepskie. Zapytała mnie, czy nie powiedziałem czegoś takiego podczas katastrofy. Byłem zmuszony przyznać, że zrobiłem dowcip, chociaż tylko tak pod nosem. A stało się to tak: Myślałem o wodospadzie i odezwałem się sam do siebie: „Jakie to niesamowite patrzeć, jak taka olbrzymia masa wody spada z góry na dół!” Nagle wspaniała myśl zabłysła mi w głowie i powiedziałem: „A przecież byłoby jeszcze bardziej niesamowite, gdyby spadała z dołu do góry!” — i jeszcze śmiałem się z tego, gdy nagle wokoło rozpoczęła się walka i mord, a ja musiałem pomyśleć o ratowaniu życia. „A widzisz — rzekła z triumfem — w tym właśnie cała rzecz. Wąż wspomniał o tym właśnie dowcipie, nazywa go Pierwszym Żartem i powiada, że istnieje on od stworzenia świata”... Biada mi, jestem rzeczywiście winien! Czemuż stworzono mnie takim dowcipnym?! O, gdybyż w głowie mojej nie były powstały te wspaniałe myśli!...
26, 27, 28. W następnym roku
Nazwaliśmy go Kainem. Ewa schwytała go w lesie o dwie mile, a może o cztery — nie jest tego pewna — od naszego domu, gdy ja zastawiałem sidła w kraju na północ od Erie. Podobne jest do nas i może nawet jest z nami spokrewnione. To jej zdanie, według mnie zaś — to nieprawda. Różnica we wzroście świadczy najwyraźniej, że jest to nowa odmiana jakiegoś zwierzęcia — może ryby, chociaż, gdy puściłem je na wodę, by się co do tego przekonać, zaczęło iść na dno. Ewa rzuciła mu się natychmiast na pomoc i wyciągnęła, zanim jeszcze zdążyłem się przekonać, czy to jest ryba, czy też nie ryba. A jednak myślę, że to ryba; ją zaś całkiem nic nie obchodzi, co to jest takiego, i nie pozwala mi z nim robić doświadczeń. Muszę przyznać, że zupełnie tego nie rozumiem. Pojawienie się tego stworzenia zmieniło jakby całą jej naturę, a obserwacja zwierząt przestała ją zajmować. Kłopocze się o niego więcej niż o wszystkie inne zwierzęta. Dlaczego — nie umie objaśnić. Pomieszał się jej rozum — wszystko o tym świadczy. Czasami przez połowę nocy nosi rybę na rękach, gdy płacze, dopraszając się wody, a wtedy z otworów na jej twarzy, przez które patrzy, płynie woda, klepie rybę ręką i by ją uspokoić, wydaje ustami czułe dźwięki. Nigdy nie zdarzyło mi się widzieć, żeby wyprawiała coś podobnego z inną jakąś rybą; toteż zdumienie moje wzrasta z każdą chwilą. Dawniej, zanim straciliśmy nasze włości, także przynosiła ustawicznie młode tygrysiątka i bawiła się z nimi, ale to była tylko zabawa; nigdy nie tuliła ich jak tego, gdy mu obiad nie przypada do smaku.