śnieg retrospekcja

spadł znowu śnieg i przykrył. pod drzwiami

poczty głównej naprzeciw starego kina kolejka

zmarzniętych czeka na dialog z automatem.

znowu nie przyszedł na spotkanie, chociaż

to nie on miał być kanwą wiersza, tylko ty.

przewidziałeś to już wcześniej, wychodząc ze

mnie jak zza rogu z przepraszającą miną

przypadkowego przechodnia, zakłopotanego

zaproszeniem na kawę. szybka retrospekcja —

też był śnieg, też kończyło się, już tylko

przyśpieszony jak kurs pociągu oddech zdradzał

obecność. nastały nowe pory roku i nowe

okoliczności łagodzące. tym razem jest inaczej:

żeton zamarza w fałdzie rękawiczki. nie pamiętam

numeru, pod który należy dzwonić w razie czego.

opuszczam kolejkę, ku wyraźnej radości tych za mną.

białystok 22–24 V 1996

Lampa świtu w hotelowym pokoju. Jak w

każdym takim wierszu, tu też panuje

względny spokój.

Mucha nie krąży już. Krew wolniej, szum

spłuczki jak wodospad w skroniach. Jest

ta konieczna zgoda.

Radio puste w środku. Dociera do nas tylko

godzina, po sobie samej, przed kolejną tak

samo przeżytą.

Gościem jest każdy, kto wkrótce wyjedzie.

Gdzieś i po coś, lub z kimś. Widok zza szyby

to też jest dobry powód.

Poznać, zaaprobować — to ma sens. Tego w

niektórych więcej jest, w innych mniej. Ale

poziom się wyrównuje — na wysoki.