telefon milczy albo kłamie

one of these nights — mam w buzi żwir, który nie

chce dać się przełknąć. myję zęby, ze szczoteczki

zostaje wiór, no trudno.

na pożegnanie nie powiedziano sobie nic specjalnie

odkrywczego, to było jedno ze zwykłych pożegnań,

z kimś, kto wróci, zanim zdążysz przytyć i wyłysieć.

mimo wszystko niepokój wlókł się jak autobus i ten

żal, że się nie posiada automatycznej sekretarki,

a przecież nie każdy listonosz dzwoni drugi raz

(znowu nie ma mnie w domu. nie mam mnie w domu

stanowczo zbyt często i chyba przez to tracę

coś więcej niż ciepłe posiłki).

tym razem nie zostawiono żadnych wiadomości, mimo

że obiecywano zawsze dawać cynk. jasne, że nic

i tak by z tego nie wyszło, więc pewnie lepiej, że

posiada się przynajmniej kolorowy telewizor

(mężczyzna, którego kroki zrównały się z moimi przy

jakiejś ciemnej bramie nawet na mnie nie spojrzał,

ja też starałam się nie patrzeć).

odjeżdżającym przydałoby się parę ciepłych jak

posiłki słów, kilka machnięć, dziecięce „pa, pa”

i cmoknięcie w czoło. pozostającym nie pozostaje

nic innego, jak tylko zadowolić się szybko,

byle czym.