Rozdział X. Skarbiec królów francuskich
Odchyliła się zasłona.
— Dzień dobry, drogi panie Beautrelet, trochę się pan spóźnił. Obiad był ustalony na dwunastą. No, ale ostatecznie, kilka minut... Cóż to? Nie poznaje mnie pan? Więc tak się zmieniłem?
W trakcie walki z Lupinem Izydor spotkał się z wieloma niespodziankami i spodziewał, że w decydującej godzinie dozna jeszcze wielu różnych wrażeń, ale tym razem został całkowicie zaskoczony. To nie było już zdziwienie, lecz osłupienie i strach.
Człowiek, który stał naprzeciw niego, którego brutalna siła wypadków kazała mu uważać za Arsène’a Lupin, ten człowiek to był Valméras. Valméras, właściciel zamku Iglicy! Valméras, ten sam, u którego szukał pomocy przeciw Arsène’owi Lupin! Valméras, towarzysz jego wyprawy do Crozant! Valméras, ten śmiały przyjaciel, który umożliwił wyzwolenie Rajmundy, natarłszy, albo udając, że naciera, na jednego z wspólników Lupina!
— Pan... pan... Więc to pan! — wyjąkał Beautrelet.
— Czemużby nie? — zawołał Lupin. — Więc sądził pan, że mnie pan zna definitywnie, ponieważ mnie pan widział jako pastora i jako Massibana? Niestety! Skoro się obrało pozycję społeczną, którą zajmuję, trzeba korzystać ze swych drobnych zdolności. Gdyby Lupin nie mógł w miarę potrzeby być pastorem i członkiem Akademii Inskrypcji i Literatury Pięknej, ciężko byłoby być Lupinem. Otóż prawdziwy Lupin jest tu, panie Beautrelet! Niech mu się pan dobrze przypatrzy.
— A w takim razie... jeśli to pan... to... panna...
— Ależ zaraz, Beautrelet...
Odchylił znowu zasłonę, dał znak ręką i oznajmił:
— Pani Arsène’owa Lupin.
— Ach! — szepnął młodzieniec, zakłopotany. — Panna de Saint-Véran!
— Nie, nie — zaprzeczył Lupin — pani Arsène’owa Lupin! Albo jeśli pan woli: pani Ludwikowa Valméras, moja prawowita małżonka, zaślubiona mi wedle wszelkich formalności prawnych. I to dzięki panu, panie Beautrelet.
Wyciągnął do niego rękę.
— Serdecznie panu dziękuję... i sądzę, że się pan na mnie nie gniewa.
Co dziwne, Beautrelet nie odczuwał żadnego gniewu, upokorzenia ani goryczy. Całkowicie uznał ogromną wyższość swego przeciwnika i nie wstydził się, że został zwyciężony.
Uścisnął podaną prawicę.
— Proszę pani, podano do stołu.
Służący postawił na stole tacę pełną dań.
— Proszę nam wybaczyć, panie Beautrelet, nasz kucharz odszedł i będziemy musieli ograniczyć się do zimnych potraw.
Beautrelet zupełnie nie miał ochoty na jedzenie. Usiadł jednak, niezmiernie zainteresowany zachowaniem Lupina. Ile dokładnie wiedział? Czy zdawał sobie sprawę z grożącego mu niebezpieczeństwa? Czy nie wiedział o obecności Ganimarda i jego ludzi?
A Lupin mówił dalej:
— Tak, dzięki panu, drogi przyjacielu. Oczywiście, Rajmunda i ja pokochaliśmy się od pierwszego dnia. Tak, mój drogi... Porwanie Rajmundy, uwięzienie, wszystko to były sztuczki: myśmy się kochali.. Lecz ani ona, ani ja, chociaż mogliśmy swobodnie kochać się, nie mogliśmy pozwolić na to, żeby się między nami nawiązał jeden z tych przelotnych stosunków, które są na łasce losu. Zatem sytuacja była dla Lupina niemożliwa do rozwiązania. Na szczęście rzecz miałaby się inaczej, gdyby znowu został Valmérasem, którym nie przestałem być od dzieciństwa. Otóż wówczas przyszło mi na myśl, ponieważ pan nie dał za wygraną i odnalazł zamek Iglicy, przyszło mi na myśl skorzystać z pańskiego uporu.
— I z mojej naiwności.
— Ba, cały świat dał się nabrać.
— Zatem udało się panu pod moją osłoną, przy mojej pomocy?
— Oczywiście! Jakżeby ktoś mógł podejrzewać Valmérasa, że to Lupin, skoro Valméras był przyjacielem Beautreleta, skoro wydarł Lupinowi tę, którą kochał? To było cudowne. Och, piękne wspomnienia. Wyprawa do Crozant! Znalezione bukiety kwiatów! Mój niby list miłosny do Rajmundy! A później te środki ostrożności, które ja, Valméras, musiałem przedsiębrać przed sobą, Lupinem, zanim nastąpił ślub! I ten sławny wieczór z bankietem na pańską cześć, kiedy pan zemdlał w mych ramionach! O, piękne wspomnienia!...
Nastało milczenie. Beautrelet obserwował Rajmundę. Słuchała Lupina, nie mówiąc ani słowa, patrzyła na niego oczyma, w których widniała miłość i namiętność, i coś jeszcze, czego młodzieniec nie umiał nazwać, jakby rodzaj zakłopotania i nieokreślonego smutku.
Lecz Lupin spojrzał na nią i uśmiechnęła się do niego czule. Ich ręce spotkały się nad stołem.
— Cóż powiesz o tym, jak to tutaj urządziłem, Beautrelet? — zawołał Lupin. — Ujdzie, prawda? Nie twierdzę bynajmniej, żeby to był najwyższy komfort... A jednak niektórzy byli z niego zadowoleni, i to nie byle jacy... Zobacz no listę kilku osobistości, które były właścicielami Iglicy i uważały za godne siebie zostawić tu ślad swego pobytu.
Na ścianach, jedno pod drugim, wyryto nazwiska.
Cezar. Karol I. Roll. Wilhelm Zdobywca. Ryszard, król angielski. Ludwik XI. Franciszek, Henryk IV. Ludwik XIV. Arsène Lupin.
— Któż się teraz będzie wpisywał? — mówił dalej. — Niestety, lista jest zamknięta. Od Cezara do Lupina... i koniec. Niebawem bezimienny tłum przyjdzie oglądać osobliwą cytadelę. I pomyśleć, że bez Lupina wszystko to pozostałoby na zawsze nieznane. Ach, Beautrelet, ów dzień, w którym stanąłem w tym opustoszałym zakątku! Jakież to było uczucie dumy! Odnaleźć zagubioną tajemnicę, stać się jej jedynym panem! Dziedzicem takiego spadku. Po tylu królach zamieszkać w Iglicy...
Przerwał mu gest jego żony. Wyglądała na bardzo zaniepokojoną.
— Jakiś hałas — rzekła. — Jakiś hałas pod nami... Słyszysz?...
— To plusk wody — odparł Lupin.
— Ależ nie... nie... Znam szmer fal... to coś innego.
— A cóż by to mogło być, moja droga? — powiedział, śmiejąc się Lupin. — Zaprosiłem na śniadanie tylko Beautreleta.
I zwrócił się do służącego:
— Charolais, czy zamknąłeś drzwi na schodach za panem?
— Tak, i założyłem rygle.
Lupin wstał.
— No, Rajmundo, nie drżyj tak... Ależ ty całkiem pobladłaś!
Wyszeptał do niej kilka słów, potem do służącego, podniósł kotarę i kazał obojgu wyjść.
Hałas na dole stawał się coraz wyraźniejszy. Były to głuche uderzenia, które powtarzały się w równych odstępach. Beautrelet pomyślał:
„Ganimard stracił cierpliwość i wyważa drzwi”.
Zupełnie spokojnie i jakby nic nie słyszał, Lupin mówił dalej:
— Na przykład, jak okropnie była uszkodzona Iglica, kiedy udało mi się ją odkryć! Widać było, że nikt nie znał tajemnicy od ponad stulecia, od Ludwika Szesnastego i Rewolucji. Tunelowi groziła ruina. Schody się pozapadały. Woda wdzierała się do środka. Musiałem naprawiać, wzmacniać, odbudowywać.
Beautrelet nie mógł się powstrzymać i zapytał:
— Czy kiedy przybył pan tutaj, była pusta?
— Prawie. Królowie nie musieli używać Iglicy tak jak ja, jako składu...
— Więc jako kryjówki?
— Tak, bez wątpienia, w czasach najazdów, także w czasach wojen domowych. Lecz prawdziwym jej przeznaczeniem było służyć za... jakby to powiedzieć?... skarbiec królów francuskich.
Ciosy podwoiły się, coraz wyraźniejsze. Ganimard musiał wyłamać pierwsze drzwi i atakował drugie. Cisza, potem znowu uderzenia, jeszcze bliższe. To były trzecie drzwi. Zostało jeszcze dwoje.
Przez jedno z okien Beautrelet zobaczył barki otaczające Iglicę, a niedaleko, niczym wielka, czarna ryba, pływał torpedowiec.
— Cóż za hałas? — zawołał Lupin. — Człowiek już sam siebie nie słyszy. Chodźmy na górę, dobrze? Może cię zainteresuje zwiedzenie Iglicy.
Weszli na następne piętro, którego broniły, jak wszystkich innych, drzwi. Lupin zamknął je za sobą.
— Moja galeria obrazów — powiedział.
Ściany były pokryte płótnami, pod którymi Beautrelet od razu odczytał najświetniejsze nazwiska. Była tam Dziewica z Barankiem Bożym Rafaela, Portret Lukrecji Fede Andrei del Sarto, Salome Tycjana, Dziewica z aniołami Botticellego, dzieła Tintoretta, Carpaccia, Rembrandta, Velasqueza...
— Piękne kopie — przyznał Beautrelet.
Lupin spojrzał na niego zdumiony.
— Co? Kopie! Czyś oszalał! Ależ kopie są w Madrycie, kochany, we Florencji, w Wenecji, w Monachium, w Amsterdamie.
— Więc to?...
— Oryginały, zebrane z cierpliwością ze wszystkich muzeów Europy, gdzie je łaskawie zastąpiłem doskonałymi kopiami.
— Ale kiedyś...
— Kiedyś oszustwo wyjdzie na jaw. Dobrze. Znajdą wówczas mój podpis na każdym obrazie — z tyłu — i będą wiedzieli, że to ja darowałem swemu krajowi tyle oryginalnych arcydzieł. Zresztą nie zrobiłem nic innego, niż Napoleon we Włoszech... Ach, widzisz, Beautrelet, oto cztery Rubensy pana Gesvres.
Uderzenia nie ustawały.
— Ach, to staje się już nieznośne! — rzekł Lupin. — Idźmy na górę.
Nowe schody. Nowe drzwi.
— Sala gobelinów — oznajmił Lupin.
Nie były one rozwieszone, tylko zwinięte, związane, opatrzone etykietami, zmieszane zresztą z pakietami starych tkanin, które Lupin rozkładał. Były tam cudowne brokaty, przedziwne aksamity, subtelne jedwabie o przybladłych tonach, ornaty tkane złotem i srebrem.
Weszli jeszcze wyżej i Beautrelet zobaczył salę zegarów, salę książek (och, te wspaniałe oprawy i cenne tomy, białe kruki, unikatowe egzemplarze, skradzione z wielkich bibliotek), salę koronek, salę bibelotów.
A za każdym razem średnica sali się zmniejszała. I za każdym razem hałas ciosów oddalał się. Ganimard tracił pozycję.
— Ostatnia sala — rzekł Lupin. — Skarbiec.
Ta była zupełnie odmienna. Również okrągła, lecz bardzo wysoka, stożkowata, zajmowała szczyt budynku, a jej podstawa musiała znajdować się o piętnaście czy dwadzieścia metrów od ostrza Iglicy.
Od strony wybrzeża nie było żadnego okienka, Ale od strony morza, skąd nie trzeba się było obawiać żadnych spojrzeń, znajdowały się dwa oszklone otwory, wpuszczające dostateczną ilość światła.
Posadzkę pokryto rzadkim drewnem, ułożonym w koncentryczny wzór.
Na ścianach kilka obrazów.
— Perły mojej kolekcji — powiedział Lupin. — To wszystko, co widziałeś dotąd, jest na sprzedaż. Rzeczy przychodzą i odchodzą. To interesy. Tu, w tym sanktuarium, wszystko jest święte. Sam wybór, najlepsze z najlepszych, rzeczy bezcenne. Popatrz, Beautrelet, na te klejnoty, na te chaldejskie amulety, egipskie naszyjniki, celtyckie bransolety, arabskie łańcuszki... Patrz, Beautrelet, na te posążki, na tę grecką Wenerę62, na tego korynckiego Apollina63... Patrz na te figurki z Tanagry64... Wszystkie prawdziwe Tanagry są tutaj. Poza tą gablotką nie ma w świecie żadnej autentycznej Tanagry. Jakaż to rozkosz, móc sobie to powiedzieć! Beautrelet, czy przypominasz sobie rabusiów kościołów na Południu, Thomasa i jego bandę, moich agentów, nawiasem mówiąc? Oto prawdziwy relikwiarz z Ambazac. Mój Beautrelet, czy przypominasz sobie skandal z Luwru, tiarę uznaną za fałszywą, wymyśloną i sfabrykowaną przez współczesnego artystę?... Oto prawdziwa tiara Sajtafernesa65, Beautrelet!... Patrz, patrz dobrze, Beautrelet, oto cud cudów, oto najwyższe arcydzieło, oto myśl Boga, Mona Lisa Leonarda, prawdziwa. Na kolana, Beautrelet, masz przed sobą objawienie kobiety!
Nastąpiło długie milczenie. Na dole uderzenia zbliżały się. Od Ganimarda oddzielało ich co najwyżej dwoje, troje drzwi. Na pełnym morzu widać było czarny grzbiet torpedowca i pływające barki.
Młodzieniec zapytał:
— A skarb?
— Ach, kochany, to to cię najwięcej interesuje? Wszystkie te arcydzieła sztuki ludzkiej uważasz za niegodne ciekawości w porównaniu ze skarbem... A cały tłum będzie taki sam jak ty!... Dalejże, niech ci się stanie zadość.
Tupnął gwałtownie nogą, przechylając w ten sposób jeden z krążków tworzących parkiet. Podniósł go niczym wieko pudełka i odsłonił rodzaj okrągłej kadzi wydrążonej w litej skale. Była pusta.
Trochę dalej powtórzył tę samą czynność. Ukazała się druga kadź, również pusta.
Jeszcze trzy razy uczynił to samo. Trzy dalsze kadzie były puste.
— Hę! — kpił Lupin. — Jaki zawód! Za Ludwika Jedenastego66, za Henryka Czwartego, za Richelieu67 tych pięć kadzi musiało być pełnych. Ale pomyśl o Ludwiku Czternastym, o szaleństwach Wersalu, o wojnach, o wielkich nieszczęściach królestwa! I pomyśl o Ludwiku Piętnastym, królu utracjuszu, o pani Pompadour68, o du Barry69! Ile w tamtych czasach musieli stąd czerpać! Jak musieli tu drzeć pazurami! I widzisz, pustka...
Zatrzymał się.
— Tak, Beautrelet, jest jeszcze coś... szósty schowek! Nietknięty... Nikt z nich nie śmiał stąd nic ruszyć. Był to ostatni ratunek... resztki skarbu na czarną godzinę. Patrz, Beautrelet.
Nachylił się i podniósł pokrywę. W kadzi znajdował się żelazny kuferek. Lupin wyjął z kieszeni jakiś skomplikowany kluczyk i otworzył.
Olśnienie! Wszystkie drogocenne kamienie zajaśniały, rozgorzały wszelkie barwy, lazury szafirów, ognie rubinów, zieleń szmaragdów, słońca topazów.
— Patrz, no patrz, mały. Pochłonęli wszystkie pieniądze ze złota, wszystkie pieniądze ze srebra, wszystkie talary, wszystkie dukaty i dublony, lecz kuferek z klejnotami został nietknięty. Oglądnij oprawy. Są ze wszystkich epok, wszystkich wieków i wszystkich krajów. Są tu posągi królowych. Każda wniosła swą część, Małgorzata Szkocka i Karolina Sabaudzka, Maria Angielska i Katarzyna Medycejska, i wszystkie arcyksiężniczki austriackie, Eleonora, Elżbieta, Maria Teresa, Maria Antonina... Spójrz na te perły, Beautrelet, i na te diamenty! Te ogromne diamenty! Każdy z nich godzien królowej! Regent70 francuski nie jest piękniejszy!
Wstał i podniósł rękę jak do przysięgi:
— Beautrelet, powiesz całemu światu, że Lupin nie wziął ani jednego kamienia z królewskiego kuferka, ani jednego, przysięgam na honor! Nie miałem do tego prawa. To był majątek Francji.
Na dole Ganimard przyspieszał. Z odgłosu uderzeń łatwo można było wywnioskować, że wyważono przedostatnie drzwi, te, które prowadziły do sali bibelotów.
— Zostawmy ten kuferek otwarty — rzekł Lupin — i wszystkie te puste kadzie, wszystkie te małe, puste groby...
Obszedł całą salkę, obejrzał niektóre gablotki, przystanął przed niektórymi obrazami i przechadzając się, powiedział w zamyśleniu:
— Jak smutno opuszczać to wszystko! Jakże to rozdziera serce! Spędziłem tu swoje najpiękniejsze godziny, sam, przed tymi przedmiotami, które kocham... Moje oczy już ich nigdy nie zobaczą, nie dotkną ich nigdy moje ręce.
Na jego ściągniętej twarzy malowała się taka boleść, że Beautrelet poczuł litość. Ból musiał u tego człowieka przybierać większe rozmiary niż u innych, tak samo jak radość, duma lub upokorzenie.
Stanąwszy blisko okna, wyciągnął palec w stronę horyzontu i rzekł:
— A co jeszcze smutniejsze, to to, że muszę to wszystko porzucić. Czy to nie piękne? Bezmiar morza... niebo... na prawo i na lewo wybrzeża Etretat z trzema bramami, bramą Amont, bramą Aval, Manneporte... tyloma łukami tryumfalnymi dla władcy... A władcą byłem ja. Król awantury. Król Wydrążonej Iglicy. Królestwo osobliwe i nadprzyrodzone. Od Cezara do Lupina... Cóż za przeznaczenie.
Wybuchnął śmiechem.
— Król wróżek, czemu nie? Powiedzmy to od razu, król Yvelot. Cóż za blaga. Król świata, tak to prawda. Z tego cypla Iglicy panowałem nad całym światem. Trzymałem go w szponach jak swój łup. Podnieś tiarę Sajtafernesa, Beautrelet... Widzisz ten podwójny aparat telefoniczny... Na prawo to połączenie z Paryżem, linia specjalna. Na lewo to połączenie z Londynem, linia specjalna. Przez Londyn mam Amerykę, Azję, Australię! We wszystkich tych częściach świata mam biura, agentów, pośredników, to przemysł międzynarodowy. To jest wielki handel sztuką i starożytnościami, jarmark świata. Ach, Beautrelet, bywają chwile, w których moja potęga wywołuje zawrót w mojej głowie. Bywam pijany siłą i władzą...
Dolne drzwi ustąpiły. Słychać było, jak Ganimard i jego ludzie biegają i szukają...
Po chwili Lupin zaczął mówić dalej przyciszonym głosem:
— I oto wszystko się skończyło... Przyszła pewna dziewczynka, która ma jasne włosy, piękne, smutne oczy i szlachetną duszę, tak, szlachetną duszę... I oto koniec... ja sam burzę ten ogromny gmach... Wszystko wydaje mi się głupie i dziecinne... jedynie jej włosy coś warte... jej smutne oczy... i jej szlachetna duszyczka...
Ludzie Ganimarda weszli na schody. Rozległ się cios w ostatnie drzwi...
Lupin ścisnął gwałtownie ramię Beautreleta.
— Rozumiesz teraz, czemu cię zawsze wypuszczałem wolno, chociaż od tylu tygodni mogłem cię zgnieść? Rozumiesz, jakim cudem udało ci się dotrzeć aż tutaj? Czy rozumiesz, że oddałem każdemu ze swych ludzi jego część łupu i że wszystkich ich spotkałeś w nocy na wybrzeżu? Rozumiesz to? Wydrążona Iglica to Awantura. Dopóki jest moja, jestem Awanturnikiem. Iglica odebrana to przeszłość, która ode mnie odpada, to zaczynająca się przyszłość, przyszłość spokojna i szczęśliwa, w której nie będę się rumienił pod spojrzeniami Rajmundy... przyszłość...
Odwrócił się wściekły do drzwi:
— Ucisz się, Ganimard, nie skończyłem jeszcze swojej przemowy!
Ciosy padały niczym uderzenia taranu we drzwi.
Beautrelet, stojący naprzeciw Lupina, z ciekawością czekał rozwoju wypadków, nie rozumiejąc zachowania Lupina. Oddał Iglicę, no dobrze, ale czemuż wydaje siebie? Jaki był jego plan? Czy spodziewał się wymknąć Ganimardowi? A z drugiej strony, gdzie znajdowała się Rajmunda?
A Lupin tym czasem rozmyślał, mrucząc:
— Szlachetny... Arsène Lupin szlachetny... już żadnych kradzieży... żyć jak wszyscy inni... A czemużby nie? Czemużby i mnie nie miało się udać... No, dajże mi spokój, Ganimard! Nie wiesz, po trzykroć idioto, że właśnie wygłaszam historyczne słowa i że Beautrelet notuje je dla potomności!
Zaczął się śmiać:
— Tracę nadaremnie czas. Ganimard nigdy nie pojmie wartości mych historycznych słów.
Wziął kawałek czerwonej kredy, przystawił do ściany stołek i napisał wielkimi literami:
Arsène Lupin zapisuje Francji wszystkie skarby Wydrążonej Iglicy, pod tym jednym warunkiem, że te skarby zostaną umieszczone w Muzeum Luwru, w salach nazwanych „Salami Arsène’a Lupin”.
— Teraz — powiedział — moje sumienie jest spokojne. Francja i ja jesteśmy kwita.
Napastnicy walili z furią. Jedna z desek została wybita. Wsunęła się jakaś ręka, szukająca zamka.
— Do kroćset — rzekł Lupin — ten głupiec Ganimard gotów nareszcie dotrzeć do celu.
Skoczył do zamka i wyciągnął klucz.
— Wal teraz, staruszku, te drzwi są mocne... Mam jeszcze czas... Beautrelet, żegnam cię... I dziękuję... bo mogłeś mi naprawdę skomplikować atak... lecz jesteś delikatny!
Skierował się ku wielkiemu tryptykowi Van der Weidena, przedstawiającemu Trzech Królów. Odchylił jego prawe skrzydło, odsłonił w ten sposób małe drzwi, po czym chwycił za klamkę.
— Szczęśliwego polowania, Ganimard, i powodzenia.
Rozległ się strzał. Lupin odskoczył.
— A, kanalio! W samo serce! Więc brałeś lekcje? Król mag ubity! W samo serce! Strzaskany jak fajka na jarmarku...
— Poddaj się, Lupin! — ryczał Ganimard, którego rewolwer wysunął się przez otwór w drzwiach i którego świecące oczy już było widać. — Poddaj się, Lupin!
— A twoja straż, czy ona się podda?
— Nie ruszaj się, bo strzelę.
— Ejże, tu mnie nie trafisz!
Istotnie, Lupin cofnął się i Ganimard wprawdzie mógł przez wyłamany otwór strzelić na wprost, ale nie był w stanie strzelić, a tym bardziej wymierzyć w bok, tam, gdzie stał Lupin.
Mimo to sytuacja Lupina była straszna, gdyż wyjście, na które liczył, małe drzwi za tryptykiem, znajdowały się wprost naprzeciw Ganimarda. Próbować uciec oznaczało wystawić się na ogień policjanta, a on miał jeszcze pięć kul w rewolwerze.
— Do diabła — rzekł, śmiejąc się — moje akcje spadły. Dobrze ci, mój stary Lupin, chciałeś doznać ostatecznego wrażenia i przeciągnąłeś strunę. Nie trzeba było tyle gawędzić.
Przylgnął do ściany. Pod wysiłkiem ludzi Ganimarda ustąpiła jeszcze jedna deska i Ganimard zyskał na swobodzie ruchów.
Nie więcej niż trzy metry oddzielały przeciwników. Lecz gablotka z pozłacanego drzewa zasłaniała Lupina.
— Pomagaj, Beautrelet! — wrzasnął stary policjant, zgrzytając z wściekłości zębami. — Strzel do niego zamiast się bawić w ceregiele.
Izydor rzeczywiście nie poruszył się, pozostał zaciekawionym widzem, dotąd niezdecydowanym. Z całej ochoty wmieszałby się do walki i pomógł pokonać przeciwnika, którego miał w swych rękach, ale wstrzymywało go jakieś nieokreślone uczucie.
Wezwanie Ganimarda wstrząsnęło nim. Zacisnął dłoń na rękojeści rewolweru.
„Jeśli wezmę udział — pomyślał — Lupin przepadł. A mam do tego prawo... i to moja powinność...”
Ich oczy spotkały się. Oczy Lupina były spokojne, uważne, prawie ciekawe, jak gdyby w tym strasznym niebezpieczeństwie, które mu groziło, interesował go tylko problem moralny, rozgrywający się w młodym człowieku. Czy Izydor zdecyduje się strzelić do zwyciężonego przeciwnika?
Całe drzwi zatrzeszczały.
— Pomóżże, Beautrelet, przecież go mamy! — krzyczał Ganimard.
Izydor podniósł rewolwer.
To, co się stało, odbyło się tak szybko, że dopiero później zdołał sobie zdać sprawę. Zobaczył, jak Lupin się schylił, pobiegł wzdłuż ściany, przemknął przed drzwiami, zaraz pod bronią, którą Ganimard wymachiwał na próżno, i nagle poczuł, jak on, Beautrelet, zostaje rzucony na ziemię i natychmiast poderwany w górę, podniesiony przez nieprzemożoną siłę.
Lupin trzymał go w powietrzu niby żywą tarczę, za którą mógł się skryć.
— Dziesięć do jednego, Ganimard, że się wymknę! Lupin, widzisz, zawsze znajdzie wybieg...
Cofnął się szybko do tryptyku. Trzymając jedną ręką Beautreleta przy piersi, drugą otworzył drzwiczki. Był ocalony.
Natychmiast ukazały się przed nimi schody, opadające ostro w dół.
— Dalej — rzekł Lupin, pchając przed sobą Beautreleta — armia lądowa pokonana... zajmijmy się teraz francuską flotą... Po Waterloo — Trafalgar71... Ubawisz się mały, co?... Ach, jakie to śmieszne, oni tam teraz walą w tryptyk... Za późno, moje dzieci... Ale pospiesz się, Beautrelet...
Schody, wykute w ścianie Iglicy, w samej jej skorupie, biegły wkoło piramidy spiralnymi zwojami.
Napierając jeden na drugiego, pędzili, przeskakując po dwa, po trzy stopnie naraz. Od czasu do czasu przez szczelinę wpadał błysk światła i Beautrelet widział przelotnie barki rybackie, krążące o kilkadziesiąt sążni, i czarny torpedowiec...
Schodzili i schodzili, Izydor milczący, a Lupin wciąż rozgadany.
— Chciałbym wiedzieć, co też tam robi Ganimard? Czy schodzi innymi schodami, żeby mi zamknąć wejście do tunelu? Nie, on nie jest taki głupi... Musiał tam zostawić ze czterech ludzi... i czterech ludzi wystarczy...
Przystanął.
— Słuchaj... Krzyczą tam na górze... Tak, musieli otworzyć okno i wołają na swoją flotę. Patrz, widzisz, poruszenie na barkach... Dają sobie znaki... Torpedowiec rusza. Dzielny torpedowcu! Poznaję cię, przybywasz z Hawru... Kanonierzy, na swoje miejsca!... Do licha, sam komendant... Dzień dobry, Duguay-Trouin.
Wysunął rękę i pomachał chusteczką. Potem ruszył dalej.
— Flota nieprzyjacielska wytęża wszystkie siły — rzekł. — Niebawem wylądują. Boże, jak mnie to bawi!
Usłyszeli jakieś głosy pod sobą. W tej chwili zeszli do poziomu morza i dostali się prawie zaraz do wielkiej groty, gdzie wśród mroków poruszały się to tu, to tam dwie latarnie.
Pojawił się jakiś cień i oto jakaś kobieta rzuciła się na szyję Lupinowi.
— Prędko! Prędko! Byłam taka niespokojna... Co tam robiłeś?... Ale nie jesteś sam?...
Lupin uspokoił ją.
— To nasz przyjaciel, Beautrelet... Wyobraź sobie, że nasz przyjaciel Beautrelet był na tyle delikatny... Ale opowiem ci to później... teraz nie mamy czasu... Charolais, jesteś tu?... Ach, dobrze... A łódka?
Charolais odpowiedział:
— Łódka gotowa.
— Zapal — rozkazał Lupin.
Po chwili dał się słyszeć hałas motoru, a Beautrelet, który powoli przywyknął do ciemności, spostrzegł, że stoją na czymś w rodzaju nabrzeża, na brzegu wody, a przed nimi unosi się łódź.
— Łódź motorowa — rzekł Lupin, uzupełniając obserwacje Beautreleta. — Hę, jesteś zdumiony, Beautrelet... Nie rozumiesz?... Ponieważ ta woda to nic innego, jak woda morska, która za każdym przypływem wpływa do tej groty, w rezultacie mam tu małą przystań, niewidzialną i bezpieczną.
— Ale zamkniętą — rzucił Beautrelet. — Nikt nie może tu wejść i stąd wyjść.
— Nikt prócz mnie — rzekł Lupin. — Zaraz ci dowiodę.
Najpierw wyprowadził Rajmundę, potem wrócił po Beautreleta, który się zawahał.
— Boisz się? — zapytał Lupin.
— Czego?
— Żeby cię torpedowiec nie wysłał na dno.
— Nie.
— Zatem zadajesz sobie pytanie, czy nie jest twoim obowiązkiem zostać po stronie Ganimarda, sprawiedliwości, społeczeństwa, moralności, zamiast iść na stronę Lupina, hańby, infamii72?
— Tak.
— Na nieszczęście, kochany, nie masz wyboru. Na razie muszą nas obu uważać za martwych... żeby mi dano spokój, który należy się przyszłemu porządnemu człowiekowi. Później, kiedy ci zwrócę wolność, będziesz mógł mówić, a ja nie będę już miał się czego obawiać.
Ze sposobu, w jaki Lupin ścisnął jego ramię, Beautrelet poznał, że wszelki opór byłby daremny. A zresztą, po cóż się opierać? Czyż nie odkrył i nie wydał Wydrążonej Iglicy? Czy nie miał prawa ulec sympatii, którą mimo wszystko wzbudzał w nim ten człowiek?
Uczucie to było w nim tak wyraźne, że miał ochotę powiedzieć mu: „Panie, grozi panu inne, poważniejsze niebezpieczeństwo: Herlock Sholmes jest na pańskim tropie...”
— Dalej, chodź — rzekł do niego Lupin, zanim się zdecydował to powiedzieć.
Posłuchał i pozwolił zaprowadzić się do łodzi, której wygląd wydał mu się osobliwy i zupełnie niezwykły.
Kiedy znaleźli się na pokładzie, zeszli po stopniach małych, stromych schodów, a raczej drabinki, przytwierdzonej do wieka, które zamknęło się nad nimi.
U dołu schodów znajdował się jasno oświetlony, bardzo ciasny zakątek, w którym było w sam raz tyle miejsca, że mogli wszyscy troje usiąść.
Lupin podniósł tubę głosową73 i rozkazał:
— Charolais, w drogę.
Izydor doznał niemiłego wrażenia, którego doznaje się, zjeżdżając windą, wrażenia usuwania się ziemi spod stóp, wrażenia pustki. Tym razem to woda ustępowała, a pustka otwierała się powoli...
— Co, toniemy? — zaśmiał się Lupin. — Uspokój się... Czas, żeby przemieścić się z górnej groty, w której się znajdujemy, do niewielkiej groty położonej na dole, wpół otwartej na morze, do której można się dostać przy niskim stanie wody... a którą znają wszyscy zbieracze małży... Ach, jeszcze dziesięć sekund... przepływamy... przejście jest wąskie, tylko na szerokość łodzi...
— Ale — zapytał Beautrelet — jak to możliwe, że rybacy wchodzący do dolnej groty nie wiedzą, że jest przebita u góry i łączy się z drugą, z której wychodzą schody przecinające Iglicę? Przecież prawda leży przed pierwszym przybyszem jak na dłoni.
— Mylisz się, Beautrelet! Sklepienie małej groty, znanej wszystkim, jest podczas odpływu zamknięte ruchomym sufitem koloru skały, który morze, gdy się podnosi, unosi do góry, a gdy opada, hermetycznie zamyka nad małą grotą. Dlatego w czasie przypływu mogę przepłynąć... Co, dobry pomysł?... Prawda, że ani Cezar, ani Ludwik Szesnasty, krótko mówiąc, żaden z mych poprzedników nie mógł wpaść na to, bo nie miał łodzi podwodnej... Zadowalali się schodami dochodzącymi do małej dolnej groty... Usunąłem ostatnie stopnie schodów i wymyśliłem sztuczkę z ruchomym sufitem... To prezent, który ofiarowuję Francji. Rajmundo, moja droga, zgaś lampę, która jest obok ciebie... już nam nie jest potrzebna... przeciwnie...
Rzeczywiście, kiedy opuszczali grotę, przywitało ich blade światło, barwy wody. Wnikało do kabiny przez dwa boczne iluminatory i przez wystającą z pokładu grubą szklaną pokrywę, która pozwalała widzieć górne warstwy morza.
Naraz przemknął ponad nimi jakiś cień.
— Zaczynają atak. Flota nieprzyjacielska otacza Iglicę... Lecz chociaż Iglica jest wydrążona, zastanawiam się, jakim cudem się do niej dostaną...
Ujął tubę głosową:
— Nie opuszczajmy dna, Charolais... Dokąd płyniemy? Ależ powiedziałem ci... Do Portu Lupina, i to całą naprzód, tak? Potrzebujemy wody do wylądowania... mamy ze sobą damę.
Przemykali tuż nad skalistym dnem. Podniesione wodorosty poruszały się niby ciężka, ciemna roślinność, a głębokie prądy wodne sprawiały, że falowały z wdziękiem, rozciągając się i zwijając jak bujne włosy.
Nowy cień, jeszcze dłuższy...
— To torpedowiec — rzekł Lupin. — Odezwie się głos armaty... Co zrobi Duguay-Trouin? Zbombarduje Iglicę? Pomyśl, Beautrelet, ile tracimy, nie widząc spotkania Duguay-Trouina i Ganimarda! Zjednoczenie sił lądowych i morskich!... Hej, Charolais, nie śpij, kochany...
Płynęli jednak bardzo szybko. Po skałach nastąpiły pola piasku, wkrótce potem zobaczyli nowe skały, wyznaczające prawy kraniec Etretat, bramę Amont.
Ryby uciekały na ich widok. Jedna z nich, śmielsza, przylgnęła do szklanej płyty i patrzyła na nich wielkimi, nieruchomymi oczami.
— No, ale jedziemy! — zawołał Lupin. — Cóż powiesz o mojej łupinie z orzecha, Beautrelet? Niezła, co?... Czy przypominasz sobie awanturę z Sept-de-coeur, marny koniec inżyniera Lacomba i jak po ukaraniu jego morderców ofiarowałem państwu jego dokumenty i plany konstrukcji nowego typu łodzi podwodnej: jeszcze jeden podarunek dla Francji. Otóż z tych planów zachowałem jeden dotyczący łódki podwodnej i dzięki temu masz zaszczyt pływania w moim towarzystwie...
Zawołał na Charolais:
— W górę, już nie ma niebezpieczeństwa...
Podnieśli się szybko w górę aż do powierzchni i szklany klosz wynurzył się.
Byli o milę od brzegu, poza zasięgiem wzroku, a Beautrelet zdał sobie teraz jaśniej sprawę z zawrotnej szybkości, z jaką posuwali się naprzód.
Najpierw minęli Fécamp, potem wszystkie plaże normandzkie: Saint-Pierre, Petites-Dalles, Veulettes, Saint-Valery, Veules, Quiberville.
Lupin wciąż żartował, a Izydor bez znużenia patrzył na niego i słuchał, zdziwiony werwą tego człowieka, jego wesołością, jego łobuzerstwem, jego ironiczną beztroską i radością życia.
Przypatrywał się także Rajmundzie. Młoda kobieta milczała, przytulona do tego, którego kochała. Wzięła jego dłonie w swoje i często podnosiła na niego oczy. Beautrelet zauważył kilkakrotnie, że jej dłonie lekko się zaciskały, a w jej oczach wzmógł się smutek. Za każdym razem była to jakby niema i bolesna odpowiedź na wybryki Lupina. Zdawałoby się, że ta lekkość jego słów, ten sarkastyczny pogląd na życie sprawiał jej ból.
— Cicho — szepnęła. — Śmiech wyzywa przeznaczenie... Jeszcze tyle może nas czekać nieszczęść!
Naprzeciw Dieppe musieli się zanurzyć, żeby uniknąć zauważenia przez łodzie rybackie. Po dwudziestu minutach skręcili w stronę brzegu i łódź wpłynęła do małego podmorskiego portu, utworzonego w nieregularnym wydrążeniu między skałami, podpłynęła bokiem do mola i podniosła się na powierzchnię.
— Port Lupina — oznajmił Lupin.
Miejsce to, położone o pięć mil od Dieppe i o trzy od Tréport, osłonięte z prawej i z lewej strony dwoma osuwiskami klifu, było zupełnie puste. Delikatny piasek pokrywał zaokrąglone zbocze malutkiej plaży.
— Na ląd, Beautrelet... Rajmundo, daj mi rękę... Ty, Charolais, wróć do Iglicy, zobacz, co się dzieje pomiędzy Ganimardem i Duguay-Trouin, i wróć pod koniec dnia, żeby mi o tym opowiedzieć. Ta sprawa strasznie mnie interesuje.
Beautrelet zastanawiał się z zaciekawieniem, jak wydostaną się z tej ciasnej zatoczki, nazywanej Port Lupin, gdy zauważył u stóp klifu poręcze żelaznej drabiny.
— Izydorze — rzekł Lupin — gdybyś znał geografię i historię swojego kraju, wiedziałbyś, że znajdujemy się w głębi wąwozu Parfonval, w gminie Biville. Przeszło sto lat temu, w nocy dwudziestego trzeciego sierpnia tysiąc osiemset trzeciego roku Georges Cadoucal i jego sześciu wspólników, którzy wylądowali we Francji z zamiarem porwania pierwszego konsula, Bonapartego, wdrapali się aż na samą górę drogą, którą ci pokażę. Potem droga ta uległa zniszczeniu, zawaliły ją osypiska. Ale Ludwik Valméras, bardziej znany jako Arsène Lupin, odnowił ją na własnym koszt i kupił dobra Neuvillette, w których spiskowcy spędzili swą pierwszą noc i gdzie, wycofawszy się ze spraw tego świata, zamierza żyć wraz z żoną i matką życiem szacownego posiadacza ziemskiego. Gentleman-włamywacz umarł, niech żyje gentleman-gospodarz.
Za drabiną następowała jakby gardziel, stromy wąwóz, wyrzeźbiony bez wątpienia przez ulewy, na dnie którego znajdowało się coś w rodzaju schodów zaopatrzonych w poręcz. Otóż, jak to wyjaśnił Lupin, poręcz została umieszczona zamiast długiej liny, przymocowanej do dwu pali, z której korzystali niegdyś wieśniacy przy schodzeniu na plażę.
Po półgodzinnym uciążliwym wchodzeniu znaleźli się na płaskowyżu, niedaleko jednej z tych wykopanych w ziemi budek, które służą za schronienie nadbrzeżnej straży celnej. I faktycznie po dwóch minutach zjawił się strażnik.
Wyprężył się na baczność i zasalutował.
Lupin zapytał go:
— Nic nowego, Gomel?
— Nic, panie.
— Nie spotkałeś nikogo podejrzanego?
— Nie, panie... ale...
— Co?
— Moja żona, która jest szwaczką w Neuvillette...
— Tak, wiem... Cezaryna... Moja matka mówiła mi o niej. No?
— Zdaje się, że jakiś marynarz plątał się dziś rano po wsi.
— Jak wyglądał ten marynarz?
— Jak nietutejszy... jak Anglik.
— Ach! — zawołał zaintrygowany Lupin. — I nakazałeś Cezarynie...
— Żeby uważała, tak, panie.
— To dobrze, uważaj na powrót Charolais’a za trzy godziny. Gdyby coś się wydarzyło, jestem w domu.
Powiedziawszy to, poszedł dalej ze swymi towarzyszami i zwrócił się do Beautreleta:
— To mnie niepokoi... Czy to Sholmes? Ach, jeśli to on, i w dodatku z pewnością rozwścieczony, to trzeba się lękać wszystkiego.
Zawahał się przez chwilę.
— Zastanawiam się, czy nie powinniśmy wrócić. Tak, mam złe przeczucia...
Jak okiem sięgnąć, rozciągały się przed nimi lekko pofałdowane równiny. Nieco na lewo piękna aleja drzew wiodła do dworu Neuvillette, którego budynki już było widać... Był to przygotowany przez niego zakątek, azyl, który przyrzekł Rajmundzie. Czyż miałby z powodu głupich przeczuć wyrzec się szczęścia w chwili, w której dobijał do brzegu?
Ujął Izydora za ramię i wskazał mu idącą przodem Rajmundę:
— Popatrz na nią. Kiedy idzie, jej postać kołysze się z lekka... nie mogę patrzeć na to bez drżenia... Ale w ogóle wszystko w niej daje mi ten dreszcz wzruszenia i miłości, jej ruchy i jej spoczynek, jej głos i jej milczenie. Słuchaj, samo podążanie śladami jej kroków sprawia mi prawdziwą rozkosz. Ach, Beautrelet, czy ona kiedyś zapomni, że byłem Lupinem? Czy zdołam wymazać z jej pamięci całą tę przeszłość, którą ona przeklina?
Opanował się i z upartą pewnością rzekł:
— Zapomni! Zapomni, gdyż dla niej poświęciłem wszystko. Poświęciłem niedostępną kryjówkę w Wydrążonej Iglicy, swoje skarby, swoją potęgę i dumę... Poświęciłem wszystko... Nie chcę już być niczym... niczym, tylko człowiekiem, który kocha... człowiekiem szlachetnym, gdyż ona może kochać tylko człowieka szlachetnego... Zresztą, cóż mi to być szlachetnym? To wcale nie hańbi bardziej od innych rzeczy...
Żart ten wymknął mu się, by tak rzec, mimowolnie. Jego głos był poważny i bez ironii. Mówił cicho, z powstrzymywaną gwałtownością:
— Ach, widzisz, Beautrelet, ze wszystkich szalonych radości, których doznałem w swym awanturniczym życiu, żadna nie jest warta radości, którą mi sprawia jej spojrzenie, kiedy jest ze mnie zadowolona... Czuję się wtedy słaby jak dziecko... i mam ochotę płakać...
Czyżby płakał? Beautreletowi zdawało się, że łzy napłynęły mu do oczu. Łzy w oczach Lupina! Łzy miłości!
Zbliżyli się do starej bramy wjazdowej.
Lupin przystanął na chwilę i wyjąkał:
— Czemuż ja się boję?... Coś mnie przygniata... Czy przygoda z Wydrążoną Iglicą jeszcze się nie skończyła? Czy los nie zgadza się na rozwiązanie, które wybrałem?
Rajmunda odwróciła się, mocno zaniepokojona.
— Cezaryna tu biegnie...
Żona strażnika rzeczywiście biegła bardzo prędko od dworu.
Lupin poskoczył do niej.
— Co? Co takiego? Mówcie?
Zdyszana Cezaryna wykrztusiła:
— Jakiś człowiek... Widziałam w salonie jakiegoś człowieka...
— Tego Anglika z rana?
— Tak, ale znowu przebranego...
— Widział was?
— Nie. Widział pańską matkę. Pani Valmérasowa zaskoczyła go, gdy wychodził.
— No i?
— Powiedział jej, że szuka Ludwika Valmérasa, że jest pańskim przyjacielem.
— Wtedy...
— Wtedy pani powiedziała mu, że jej syn wyjechał w podróż... na wiele lat...
— I odszedł?...
— Nie. Dawał przez okno wychodzące na równinę jakieś znaki... jak gdyby kogoś wołał.
Lupin jakby się wahał... Wtem straszny krzyk przeszył powietrze. Rajmunda jęknęła:
— To twoja matka... poznaję...
Rzucił się do niej i ciągnąc ją gwałtownie, wołał:
— Uciekajmy... Ty naprzód...
Lecz natychmiast zatrzymał się, zrozpaczony, zmieszany.
— Nie, nie mogę... To wstrętne... Przebacz mi, Rajmundo... ta biedna kobieta... Zostań tu... Beautrelet, nie opuszczaj jej.
Pobiegł wzdłuż skarpy okalającej gospodarstwo, skręcił i pędził dalej, aż dopadł bramy wychodzącej na równinę.
Rajmunda, której Beautrelet nie zdołał powstrzymać, dobiegła prawie równocześnie z nim. Beautrelet, ukryty za drzewami, spostrzegł w opuszczonej alei prowadzącej z dworu do bramy trzech ludzi, z których najwyższy szedł na czele, a dwaj inni prowadzili jakąś kobietę, usiłującą się opierać i wydającą bolesne jęki.
Dzień dobiegał końca. Jednak Beautrelet poznał Herlocka Sholmesa. Kobieta była w podeszłym wieku. Siwe włosy otaczały jej ołowianą twarz.
Zbliżali się wszyscy czworo.
Doszli do bramy. Sholmes otworzył jedno skrzydło.
Wówczas Lupin podszedł i stanął przed nim.
Zderzenie było tym straszniejsze, że milczące, prawie uroczyste.
Przeciwnicy długo mierzyli się wzrokiem. Jednakowa nienawiść wykrzywiła oblicza obu. Nie ruszyli się.
Lupin wygłosił ze straszliwym spokojem:
— Rozkaż swym ludziom puścić tę kobietę.
— Nie.
Zdawało się, że obaj wahają się rozpocząć ostateczną walkę, że obaj zbierają wszystkie swe siły. Tym razem nie było zbędnych słów ani obelg, ani szyderczych prowokacji. Milczenie, śmiertelne milczenie.
Rajmunda czekała w szalonej trwodze na wynik walki. Beautrelet chwycił ją za ramiona i unieruchomił.
Po chwili Lupin powtórzył:
— Rozkaż swym ludziom puścić tę kobietę.
— Nie.
Lupin rzekł:
— Słuchaj, Sholmes...
Lecz przerwał, rozumiejąc bezsens jakichkolwiek słów. Wobec tego olbrzyma pychy i woli, który nazywał się Sholmes, cóż znaczyły groźby!
Zdecydowany na wszystko, nagle podniósł rękę do kieszeni surduta. Anglik uprzedził jego ruch, skoczył do uwięzionej kobiety i przyłożył lufę rewolweru prawie do jej skroni.
— Nie ruszaj się, Lupin, bo strzelę!
W tej samej chwili dwaj towarzysze Sholmesa wydobyli rewolwery i wymierzyli w Lupina.
Lupin wyprostował się, pohamował wściekłość i chłodno, z rękami w kieszeniach, z piersią naprzeciw wroga, zaczął od nowa:
— Sholmes, po raz trzeci, zostaw tę kobietą w spokoju...
Anglik roześmiał się:
— Może nie mamy prawa jej tknąć? Ejże, ejże, dosyć tej blagi! Ty się nie nazywasz Valméras, tak samo jak nie nazywasz się Lupin, ukradłeś to nazwisko, tak jak ukradłeś nazwisko Charmerace. A ta, którą przedstawiasz jako swoją matkę, to Wiktoria, twoja stara wspólniczka, która cię wychowała.
Sholmes zrobił głupstwo. Uniesiony żądzą zemsty, spojrzał na Rajmundę, którą przeraziły te rewelacje. Lupin skorzystał z tej chwili i szybkim ruchem wystrzelił.
— Przekleństwo! — ryknął Sholmes, którego przestrzelone ramię opadło wzdłuż ciała.
I zawołał do swoich ludzi:
— Strzelajcie! Strzelajcie!
Ale Lupin rzucił się już na nich i nie upłynęły dwie sekundy, a ten po prawej leżał na ziemi z roztrzaskaną piersią, a drugi ze zdruzgotaną szczęką upadł na bramę.
— Pospiesz się, Wiktorio! Zwiąż ich... A teraz, Angliku, tylko ty i ja!
Schylił się, klnąc.
— Ach, łajdaku!...
Sholmes lewą ręką chwycił rewolwer i wymierzył.
Huk... okrzyk trwogi... Rajmunda rzuciła się między obu mężczyzn, twarzą do Anglika. Zachwiała się, podniosła rękę do szyi, wyprostowała się, obróciła i upadła u stóp Lupina.
— Rajmundo!... Rajmundo!
Rzucił się ku niej, wziął ją w ramiona i przycisnął do siebie.
— Nie żyje — powiedział.
Nastąpiła chwila oszołomienia. Sholmes wydawał się zmieszany z powodu swego czynu. Wiktoria bełkotała:
— Mój mały... mój mały...
Beautrelet postąpił naprzód i pochylił się nad młodą kobietą, chcąc ją zbadać. Lupin powtórzył:
— Nie żyje... nie żyje... — tonem głuchym, jak gdyby jeszcze nie rozumiał.
Lecz jego twarz nagle wykrzywiła się, zmieniona strasznym bólem. Potem ogarnął go rodzaj szaleństwa, wykonywał bezsensowne ruchy, zaciskał pięści, tupał nogami, jak dziecko, które zbyt wiele cierpi.
— Nędzniku! — krzyknął nagle w przystępie nienawiści.
I jednym strasznym rzutem przewrócił Sholmesa, chwycił go za gardło i wpił w nie paznokcie.
Anglik charczał, nie broniąc się nawet.
— Mój mały, mój mały — błagała Wiktoria.
Beautrelet podbiegł. Lecz Lupin już puścił i płakał obok swego przeciwnika, rozciągniętego na ziemi.
Żałosny widok! Beautrelet z pewnością nigdy nie zapomniał tej tragicznej chwili, on, który znał całą miłość Lupina do Rajmundy i to wszystko, czego się wyrzekł wielki awanturnik, żeby ożywić jednym uśmiechem oblicze swej ukochanej.
Noc zaczęła przykrywać pole walki osłoną mroku. Trzej Anglicy leżeli w wysokiej trawie związani i zakneblowani. Wtem ciszę w dolinie przerwały pieśni. To ludzie z Neuvillette wracali z pracy.
Lupin wyprostował się. Słuchał monotonnej pieśni. Potem patrzył na szczęśliwy dwór, w którym spodziewał się żyć szczęśliwie obok Rajmundy. Potem spojrzał na nią, biedną zakochaną, którą miłość zabiła, która spała, całkiem blada, snem wiecznym.
Ludzie tymczasem zbliżali się.
Wówczas Lupin pochylił się, wziął zmarłą w swe potężne ramiona, podniósł ją jednym wysiłkiem i zgięty we dwoje, ułożył na swych plecach.
— Chodźmy, Wiktorio.
— Chodźmy, mój mały.
— Żegnaj, Beautrelet — rzucił, odchodząc, Lupin.
I obarczony swym cennym i strasznym ciężarem, w towarzystwie swej starej służącej, cichej i groźnej, odszedł w stronę morza i zniknął w głębokim mroku...
Przypisy:
1. portyk — otwarta frontowa część budowli z rzędem kolumn wspierających dach, znajdująca się bezpośrednio przed głównym wejściem. [przypis edytorski]
2. kabriolet (daw.) — lekki jednokonny dwukołowy powóz ze składaną budą. [przypis edytorski]
3. kapitularz — pomieszczenie klasztorne przeznaczone na zebrania kapituły, czyli rady starszych duchownych. [przypis edytorski]
4. refektarz — jadalnia w klasztorze lub w innej instytucji kościelnej. [przypis edytorski]
5. Rubens, Peter Paul (1577–1640) — znakomity malarz flamandzki epoki baroku. [przypis edytorski]
6. grand — arystokratyczny tytuł hiszpański. [przypis edytorski]
7. pryncypał (daw.) — zwierzchnik, przełożony. [przypis edytorski]
8. oratorium — tu: sala przeznaczona do modlitwy; kaplica. [przypis edytorski]
9. mila — dawna miara odległości o różnej wartości, w Francji licząca ok. 4 km. [przypis edytorski]
10. a priori (łac.) — z góry, z założenia. [przypis edytorski]
11. bicykl — nazwa pierwszych rowerów. [przypis edytorski]
12. merostwo — we Francji: siedziba mera, odpowiednika wójta, burmistrza lub prezydenta miasta. [przypis edytorski]
13. stiuk — materiał zdobniczy z masy gipsowo-wapiennej zmieszanej z drobnym piaskiem lub ze sproszkowanym marmurem, używany do tworzenia dekoracji architektonicznych (sztukaterii). [przypis edytorski]
14. Lecocq — postać literacka, detektyw policyjny, bohater kilku powieści francuskiego pioniera literatury kryminalnej Émile’a Gaboriau, wydanych w latach 1867–1871. [przypis edytorski]
15. Edyp (mit. gr.) — rozwiązał zagadkę Sfinksa, skrzydlatego potwora o głowie kobiety i tułowiu lwa, który czatował na podróżnych zmierzających do Teb i zadawał im trudne pytanie-zagadkę, a gdy nie umieli odgadnąć odpowiedzi, pożerał ich. Edyp udzielił poprawnej odpowiedzi, a wtedy Sfinks rzucił się w przepaść. [przypis edytorski]
16. neofita — osoba, która niedawno przyjęła jakąś wiarę; przen.: osoba, która zmieniła poglądy i od niedawna stała się zwolennikiem czegoś. [przypis edytorski]
17. po drodze do Valognes? — po francusku: route de Valognes, stąd skrócenie: R. de Val. [przypis tłumacza]
18. ekwipaż (z fr.; przest.) — ogół rzeczy potrzebnych do wygodnej podróży, w szczególności zaprzęg, pojazd, wyposażenie, bagaż. [przypis edytorski]
19. Ludwik XIII (1601–1643) — król Francji (od 1610), syn Henryka IV z dynastii Burbonów; do czasu jego pełnoletności realne rządy sprawowała jego matka, Maria Medycejska, potem kardynał Richelieu, który stał się twórcą systemu rządów absolutnych. [przypis edytorski]
20. departament Wydrążona — po francusku Creuse. Podajemy tu nazwę departamentu w przekładzie, gdyż tego wymaga gra słów, na której powieść osnuto. [przypis tłumacza]
21. Ludwik XIII (1601–1643) — król Francji (od 1610); do czasu jego pełnoletności realne rządy sprawowała jego matka, Maria Medycejska, potem kardynał Richelieu, który stał się twórcą systemu rządów absolutnych. [przypis edytorski]
22. przypora — rozszerzający się ku dołowi mur odchodzący na zewnątrz od ściany budowli, mający za zadanie wzmacniać ścianę. [przypis edytorski]
23. terasa — płaski teren na zboczu doliny rzeki lub nad brzegiem morza. [przypis edytorski]
24. bilet — tu: bilet wizytowy, wizytówka. [przypis edytorski]
25. makiaweliczny — wyrachowany, cyniczny, bezwzględny; od nazwiska włoskiego historyka, dyplomaty i pisarza, Niccolo Machiavellego (1469–1527), autora traktatu o sprawowaniu władzy i cechach skutecznego politycznie władcy (Książę, 1513). [przypis edytorski]
26. quai des Orfèvres (fr.) — Nabrzeże Złotników; budynek w Paryżu przy quai des Orfèvres 36, na wyspie Cité na Sekwanie, mieści komendę kryminalną paryskiej prefektury policji. [przypis edytorski]
27. apoteoza (gr.) — ubóstwienie; w literaturze: przedstawienie idei, wydarzeń a. postaci jako godnych uwielbienia i czci, wyidealizowanie. [przypis edytorski]
28. Akademia Inskrypcji i Literatury Pięknej — francuskie towarzystwo naukowe zajmujące się naukami humanistycznymi, założone w 1663; jego pierwotnym zadaniem było układanie łacińskich napisów, które miały być umieszczane na budowlach, pomnikach i medalach upamiętniających ważne wydarzenia za panowania Ludwika XIV; później zakres działalności poszerzono o badania historyczne, archeologiczne i lingwistyczne; od 1795 Akademia Inskrypcji i Literatury Pięknej stanowi jedną z pięciu placówek Instytutu Francji. [przypis edytorski]
29. Człowiek w Żelaznej Masce (zm. 1703) — tajemniczy więzień z czasów króla Ludwika XIV, przetrzymywany aż do śmierci w różnych więzieniach Francji, łącznie z Bastylią, zawsze pod nadzorem tego samego strażnika; nikt nie widział jego twarzy, gdyż więzień miał założoną na twarz maskę; wg Woltera (Questions sur l’Encyclopédie, 1771) maska była z żelaza, zaś więźniem był nieślubny starszy brat Ludwika XIV. [przypis edytorski]
30. Henryk IV Lancaster (1367–1413) — król Anglii (od 1399); objął tron w wyniku udanego buntu przeciwko swojemu poprzednikowi; w drugiej połowie swojego panowania cierpiał na nierozpoznaną ciężką chorobę. [przypis edytorski]
31. Karol VII Walezjusz (1403–1461) — król Francji od 1422; na mocy traktatu w Troyes (1420) pozbawiony praw do tronu na rzecz króla Anglii Henryka V; po udanej misji Joanny d’Arc i odparciu Anglików spod Orleanu koronował się w Reims (1429), uwolnił terytorium całego kraju i pomyślnie zakończył wojnę stuletnią; reorganizował finanse i armię. [przypis edytorski]
32. Joanna d’Arc (1412–1431) — bohaterka narodowa Francji; podczas wojny stuletniej poprowadziła armię francuską do kilku ważnych zwycięstw (m.in. oswobodziła oblegany przez wojska angielskie Orlean), twierdząc, że działa kierowana przez Boga; została schwytana przez Burgundczyków, przekazana Anglikom, osądzona przez sąd kościelny za herezję i spalona na stosie. [przypis edytorski]
33. Ludwik XVI (1754–1793) — król Francji (od 1774) z dynastii Burbonów, ścięty w okresie Rewolucji Francuskiej. [przypis edytorski]
34. Temple — średniowieczna forteca zakonu templariuszy, położona w centrum Paryża; po rozwiązaniu zakonu stała się jedną z rezydencji królewskich, podczas rewolucji francuskiej została przekształcona w więzienie polityczne. [przypis edytorski]
35. Maria Antonina (1755–1793) — żona Ludwika XVI, córka Marii Teresy, cesarzowej austriackiej; ścięta w czasie Rewolucji Francuskiej. [przypis edytorski]
36. O wojnie galijskiej (łac. Commentarii de bello Gallico) — napisana w trzeciej osobie relacja Juliusza Cezara o prowadzonych przez niego wojnach galijskich (58–50 p.n.e.), które zakończyły się podbojem Galii (ob. Francja i Belgia) i włączeniem jej do państwa rzymskiego. [przypis edytorski]
37. traktat z Saint-Clair-sur-Epte — zawarty w 911 pomiędzy zachodniofrankijskim królem Karolem III Prostakiem z dynastii Karolingów francuskich a wodzem Normanów (wikingów) Haraldem Rollonem; nadawał Rollonowi opanowane przez niego ziemie w północnej części królestwa (zwane Normandią) w zmian za przyjęcie chrześcijaństwa i uznanie Karola III swoim seniorem. [przypis edytorski]
38. Kronika saksońska (łac. Chronicon Saxonicum) — tytuł opublikowanego w 1692 przez Edwarda Gibsona wydania Kroniki anglosaskiej, zbioru roczników przedstawiających dzieje anglosaskiej Brytanii, skompilowanego pod koniec IX w., kontynuowanego aż do roku 1154. [przypis edytorski]
39. Wilhelm Zdobywca (ok. 1028–1087) — władca francuskiej Normandii, który w 1066 najechał Anglię, zwyciężył w bitwie pod Hastings i zdobył tron angielski. [przypis edytorski]
40. Franciszek I Walezjusz (1494–1547) — z gałęzi orleańskiej Walezjuszów, król Francji od 1515. [przypis edytorski]
41. notabl — powszechnie znany i szanowany obywatel jakiegoś miasta; w przedrewolucyjnej Francji: członek rady królewskiej, złożonej z przedstawicieli szlachty, duchowieństwa i mieszczan. [przypis edytorski]
42. bitwa pod Waterloo (18 czerwca 1815) — stoczona na terenie Belgii ostatnia bitwa cesarza Napoleona Bonapartego, w której armia francuska została zniszczona przez koalicyjne wojska angielskie Wellingtona i wojska pruskie Blüchera; w wyniku klęski Napoleon abdykował, co zakończyło okres rewolucji francuskiej i wojen napoleońskich. [przypis edytorski]
43. Wydrążonej — rzeki Creuse. [przypis tłumacza]
44. Ludwik XIV (1638–1715) — król Francji (od 1643), zwany „Królem Słońce”, panujący w okresie szczytowego rozwoju francuskiej monarchii absolutnej. [przypis edytorski]
45. Ludwik XV (1710–1774) — król Francji (od 1715) z dynastii Burbonów, prawnuk i następca Ludwika XIV; pod jego rządami podupadła gospodarka i finanse państwa. [przypis edytorski]
46. erudyta — człowiek mający rozległe, wszechstronne wykształcenie, wiedzę książkową. [przypis edytorski]
47. Voltaire, pol. Wolter, właśc. François-Marie Arouet (1694–1778) — filozof, publicysta i wolnomyśliciel francuski epoki oświecenia. [przypis edytorski]
48. Ludwik Filip (1773–1850) — ostatni król Francji z dynastii Burbonów, panował w latach 1830–1848. [przypis edytorski]
49. safian — zabarwiona kozia skóra. [przypis edytorski]
50. Mattioli, Ercole Antonio (1640–1694) — włoski polityk, minister księcia Ferdynanda Karola Gonzagi z Mantui; porwany i uwięziony przez króla Francji Ludwika XIV, utożsamiany tajemniczym więźniem zwanym Człowiekiem w Żelaznej Masce. [przypis edytorski]
51. ad patres (łac.) — do ojców. [przypis edytorski]
52. sto koni — tj. sto koni mechanicznych; koń mechaniczny (KM) to jednostka używana do określenia mocy silników spalinowych, wymyślona w XIX w. w celu porównania mocy maszyn parowych z koniem. [przypis edytorski]
53. sous — dawna drobna moneta francuska o wartości 1/20 liwra (funta), bita do 1795; później pot. nazwa monety o wartości 5 centymów, tj. 1/20 franka. [przypis edytorski]
54. Seneka Młodszy, właśc. Lucius Annaeus Seneca (Minor) (ok. 4 p.n.e.–65 n.e.) — rzymski filozof stoicki i dramaturg, autor m.in. zbioru ponad stu Listów moralnych do Lucyliusza. [przypis edytorski]
55. kraina Caux — Pays de Caux, kraina we wsch. części historycznej Normandii, zajmująca płaskowyż nad kanałem La Manche, na płn. od ujścia Sekwany. [przypis edytorski]
56. bitwa pod Arques (15–29 września 1589) — stoczona pomiędzy wojskami króla Francji Henryka IV, usiłującymi utrzymać strategiczny port w Dieppe, a oddziałami katolickiej Świętej Ligi pod dowództwem księcia Karola de Mayenne, mająca miejsce podczas ósmej i ostatniej francuskiej wojny religijnej (1585–1598); zakończona taktycznym zwycięstwem Henryka IV. [przypis edytorski]
57. stopa — dawna jednostka długości równa ok. 30 cm. [przypis edytorski]
58. sążeń — dawna jednostka długości, równa szerokości rozpostartych ramion dorosłego mężczyzny; tu: sążeń francuski wynoszący ok. 1,95 m. [przypis edytorski]
59. Cochet, Jean Benoît Désiré (1812–1875) — francuski archeolog, ksiądz katolicki; jeden z założycieli archeologii jako dyscypliny naukowej we Francji, pierwszy kurator Muzeum Starożytności w Rouen, autor ponad 150 książek i artykułów. [przypis edytorski]
60. Pałac Elizejski — oficjalna siedziba prezydenta Francji, służąca również jako miejsce posiedzeń Rady Ministrów zbierającej się pod przewodnictwem prezydenta. [przypis edytorski]
61. magna porta (łac.) — wielka brama. [przypis edytorski]
62. Wenera a. Wenus (mit. rzym.) — bogini miłości i piękna, odpowiednik greckiej Afrodyty. [przypis edytorski]
63. Apollo (mit. gr.) — bóg słońca i światła, klasyczny ideał męskiego piękna. [przypis edytorski]
64. figurki z Tanagry — określenie niewielkich figurek z terakoty przedstawiających dziewczęta i kobiety, wytwarzanych w okresie hellenistycznym, początkowo w Tanagrze w Grecji, później również w innych regionach; odznaczały się starannym modelunkiem i wdziękiem. [przypis edytorski]
65. tiara Sajtafernesa — złote nakrycie głowy należące rzekomo do scytyjskiego władcy Sajtafernesa (III w. p.n.e.), zakupione w 1896 przez muzeum w Luwrze; w rzeczywistości falsyfikat sporządzony na zlecenie dwójki handlarzy starożytnościami, na podstawie znanych z publikacji dzieł sztuki scytyjskiej. [przypis edytorski]
66. Ludwik XI (1423–1483) — król Francji (od 1461), złamał potęgę wielkich feudałów. [przypis edytorski]
67. Richelieu, Armand-Jean du Plessis de (1585–1642) — francuski książę, kardynał, od 1624 pierwszy minister Francji; faktycznie kierował polityką państwa. [przypis edytorski]
68. pani Pompadour, właśc. Jeanne Antoinette Poisson, markiza de Pompadour (1721–1764) — wpływowa kochanka króla Francji Ludwika XV, protektorka artystów i autorów Wielkiej Encyklopedii Francuskiej. [przypis edytorski]
69. pani du Barry, właśc. Jeanne Becu, hrabina du Barry (1743–1793) — francuska kurtyzana, metresa (oficjalna kochanka) króla Ludwika XV. [przypis edytorski]
70. Regent — tu: 140-karatowy diament, uważany za najczystszy i najpiękniejszy na świecie; kupiony za olbrzymią sumę w 1717 przez ówczesnego regenta Francji, księcia orleańskiego, zdobił obręcz korony królewskiej Ludwika XV; obecnie stanowi własność państwa francuskiego, jest przechowywany w Luwrze, w Paryżu. [przypis edytorski]
71. bitwa pod Trafalgarem (21 października 1805) — bitwa morska stoczona podczas wojen napoleońskich pomiędzy flotą brytyjską pod dowództwem admirała Horacego Nelsona a połączoną flotą francusko-hiszpańską; zakończona wielkim zwycięstwem floty brytyjskiej, stała się początkiem hegemonii Brytyjczyków na morzach świata, trwającej aż do II wojny światowej. [przypis edytorski]
72. infamia (daw., z łac.) — niesława, hańba; kara pozbawienia czci, zwykle związana z utratą praw obywatelskich. [przypis edytorski]
73. tuba głosowa — urządzenie złożone z dwóch stożków połączonych rurą powietrzną, przez które mowę można przenosić pomiędzy pomieszczeniami; w XIX w. używane do komunikacji wewnętrznej na statkach i w biurach; wyparte przez telefon. [przypis edytorski]