Idę...
Świat zamarł w wyczekującym walki bezruchu
jak krokodyl grzejący się nad Nilem
i tylko nieba brzuchem
poruszają chmury kolorowe, potwornie leniwe.
A ja idę...
Wiatr zawiał z zachodu
i płaszcz mój nadął jak parasol.
Nie szkodzi!
Czasem i wiatry są życia okrasą,
czasem bogactwem jest bieda.
Noc mnie kocha;
Wiem na pewno,
że dla mnie jest wicher, co szlocha,
co panem jest nocy jesiennej,
bo ja idę
na spotkania z wichrem i nocą
wtedy gdym bogaty i wtedy gdy znoszę biedę,
wtedy gdym syty i wtedy gdym bosy.
Skarży mi się wicher, że ktoś skrzydła mu łamie,
że ktoś nie pozwala mu latać
i noc się skarży, że ktoś jej kradnie
bardzo dużo godzin gorącego lata.
A ja słucham i potakuję,
i stale idę i idę
naprzeciw wichrom i psom, co poszczekują.
I stale idę i idę,
i choć sam bity, pocieszam innych,
tych jak ja pogardzanych i jak ja niewinnych.
Idę w noc i zimę,
idę w ciemną zawieruchę,
idę,
bo iść muszę,
bo schadzki muszę mieć z wichrem i nocą,
wtedy gdym syty i wtedy gdym bosy.
Idę,
bo iść muszę.
Idę,
bo jestem Żydem.