Rozdział dziewiąty. Jak zasługi przodków obróciły się na korzyść naszych bohaterów
Tylko stękać i wzdychać, gdy czyta się życiorysy sławnych myślicieli i wynalazców. Ilu krzywd doznali od świata, któremu poświęcili całe swoje życie. I za co? Za to, że zapełnili go wieloma przepięknymi rzeczami, stanowiącymi owoc ich wytężonej pracy. Świat jest niczym dziecko, które uparcie trzyma się spódnicy matki. Trzyma spódnicę i boi się odstąpić choćby na krok. Przepada za naiwnymi bajkami, które powtarzają mu w kółko niańki i babcie. Dziecko, które uważa, że nie ma na tym świecie nic lepszego od jego zabawek, że w tych zabawkach mieści się cała mądrość ludzka. A gdy do takiego dziecka przychodzi pomocnik mełameda75, aby je zaprowadzić do chederu76, to podnosi krzyk i rwetes, jakby je krzywdzono lub wręcz zarzynano. Świat chce żyć po staremu, zgodnie ze swoimi nawykami.
Każda nowość razi go swoją dziwacznością. Jest mu obca. Buntuje się przeciw niej, nie skąpi jej szyderstw, autora wynalazku zaś miesza z błotem. Później dopiero, gdy nowość staje się już faktem, zyskuje prawo obywatelstwa, gdy ponad wszelką wątpliwość jest użyteczna, ludzie garną się do niej, zaczynają z niej korzystać, mają nawet przy tym satysfakcję. Zapominają jednak o tym, który w trudzie i znoju kosztem wielu wyrzeczeń dokonał wynalazku lub odkrycia. Szczęście, że świat, a należy to zapisać na jego plus, przypomina sobie czasami, że wypada odmówić na cześć wynalazcy requiem i wystawić mu po śmierci pomnik.
Wielu ludzi zażywa dziś szczęścia i wolności w Ameryce, nie zdając sobie wcale sprawy, że odkrywca tego kontynentu, Krzysztof Kolumb, gdy zaczął głosić swoje idee, uważany był przez cały współczesny mu świat za szaleńca. Stał się po prostu przedmiotem drwin.
Tak się miała rzecz z naszym Beniaminem z Tuniejadówki. Ludzie, ledwo rzuciwszy na niego okiem, uznali go za pomyleńca. Kiedy natomiast wysłuchali jego opowieści o zamierzonej podróży, śmiali się do rozpuku. Naigrywali się z niego, docinali mu i zaczepiali na każdym kroku. Wykpiwano go. Szczęście, że Beniamin nie był zbyt domyślny ani przeczulony. Rozchorowałby się ze zmartwienia i mógłby, nie daj Boże, zrezygnować i plunąć na tę swoją podróż. Pomińmy milczeniem wiele tak zwanych „pomysłów”, które dotyczyły Beniamina. Nie chcemy bowiem, aby na nas wszystkich padł jakikolwiek cień winy. Nie chcemy, aby została na nas najmniejsza choćby plamka, abyśmy z tego powodu mieli się wstydzić przed potomnością. Udajmy lepiej, że nic nie wiemy. A więc sza. Cicho, pst, mogiła. A teraz wracajmy do naszej opowieści.
— W Teterywce — powiada Beniamin — jest wielka gmina żydowska. Mieszka tam wielu Żydów, oby się mnożyli. Kim są, jakiego pokroju, jakiego rodu i skąd się wywodzą, sami nie wiedzą. Nie wyznają tego nawet pod przysięgą. Z przekazów swoich ojców, dziadów i pradziadów wiedzą tylko tyle, że pochodzą od Żydów. Jeśli wziąć pod uwagę ich ubiór, obyczaje, język, zamiłowanie do handlu, i tak dalej, to rzeczywiście powinni być Żydami. Stanowią jednak jakiś zlepek różnych szczepów. Nie ma między nimi solidarności. Jeśli ktoś z nich upadnie, nikt mu nawet nie poda ręki. Nikt go nie podniesie. Nawet, gdyby człowiek miał wyzionąć ducha.
Są wśród nich tacy, którzy doskonale znają język złodziejski — żargon, zwany tu językiem mani forgissimus. Mani znaczy język, zaś forgissimus — cygański. Żydzi maniforgiści znają się na chiromancji. Potrafią dobrze wróżyć z ręki. Żyją z tego i można powiedzieć, że nie najgorzej. Poza tym opanowali wiele innych profesji. Wyrabiają na przykład lampki. Przede wszystkim zasłynęli jednak w świecie jako niezrównani tokarze. Zaiste, należy podziwiać perfekcję, z jaką wyrabiają różne przedmioty. Jakie wspaniałe potrafią wytoczyć dzieła, wzbudzające podziw oryginalnymi kształtami. W darze od Najwyższego otrzymali też talent do mijania się z prawdą. Korzystają też nieraz z tej umiejętności. A kłamią ci w żywe oczy głosem tak spokojnym, rzewnym, popartym ruchami rąk i innymi gestami, że człowiek szlocha i gotów stracić ochotę do życia. Twierdzą, że wywodzą się od jakichś tam ludów, które przyłączyły się do Żydów w czasie, gdy ci wyszli z niewoli egipskiej.
— W istocie — powiada Beniamin — są to porządni ludzie. Zawsze przyjmowali mnie z uśmiechem. Widać było, że znajdują wprost niewysłowioną przyjemność w obcowaniu ze mną. O tym, że są ze mnie zadowoleni, mogłem nieraz przekonać się naocznie. Życzę im też z całego serca, aby Pan Bóg oraz wszyscy przyzwoici ludzie byli z nich tak samo zadowoleni, jak oni ze mnie. Amen.
W dalszej części przytacza Beniamin zdumiewającą wprost historię. Otóż w Teterywce można niekiedy natrafić na typy w pewnej mierze świniopodobne. Łatwo je rozpoznać od pierwszego wejrzenia. Niektórzy twierdzą, że to taka rasa. Inni dla odmiany utrzymują, że decydujący wpływ na ich wygląd wywiera środowisko, czyli teren, który zasiedlają. Beniamin nie podejmował się sam rozstrzygnąć tej kwestii. Uważał, że jest to sprawa uczonych. Oni powinni problem zbadać dokładnie i nam przekazać wnioski.
— Tak czy owak — powiada Beniamin — zjawisko w samej rzeczy nie należy do nadzwyczajnych i niespotykanych na tym świecie.
Jeszcze stary Matitjahu Delekarti, dawno, bardzo dawno temu pisał w książce Cień światła: „W Brytanii żyją ludzie, którzy z tyłu mają ogony jak u zwierząt. Są tam również kobiety wysokiego wzrostu, potężnie zbudowane. Olbrzymki obrośnięte gęstą szczeciną niczym świnie. We Francji pojawili się ludzie z rogami na czole. W górach zaś żyją kobiety pokraczne. Im bardziej pokraczna, tym bardziej uchodzi za piękną”. Można powiedzieć, że zupełnie tak, jak u nas. Mamy dziś u nas wiele kobiet pokracznych, którym — wybaczcie te słowa — dynda z tyłu długi do samej ziemi ogon.77 „Cóż jest, co było? — powiada Pismo — to, co potem będzie. Nic nowego nie masz pod słońcem”.
— Teterywka — powiada Beniamin — to duże miasto. Miasto o pięknych kamienicach i długich ulicach. Na pierwszy rzut oka wydaje się niezwykle żywe, życie wre tam nieustannie, kipi. Ale po dłuższym pobycie, gdy się oswoisz trochę z tym wszystkim, dochodzisz do wniosku, że w istocie rzeczy to tylko swego rodzaju Tuniejadówka. Tuniejadówka w powiększeniu. Mieszkańcy spożywają tam swoje posiłki, kładą się spać i wstają codziennie dokładnie o tej samej porze. Czas mierzy się tam według posiłków. Od śniadania na przykład do obiadu i od obiadu do kolacji. Śniadanie bowiem, obiad i kolacja odgrywają w ich życiu rolę trzech zajazdów, do których człowiek ma ochotę dowlec się na popas. Nie tylko zresztą na popas. Zwłaszcza po dniu spędzonym w suchym stepie. Utarła się opinia, że powietrze Teterywki rozleniwia. Pozbawia człowieka energii, usypia. Jeśli do miasta przybędzie człowiek pełen animuszu, pragnący czegoś dokonać, to po już stosunkowo krótkim pobycie traci zarówno animusz, jak i pragnienie czynu. Pozostaje mu tylko ochota do jedzenia, do spania. Jeśli ma jeszcze ochotę do wstawania, to tylko po to, aby znów wrócić do jedzenia i do spania.
Beniamin widział tam stancje, w których zatrzymywali się małomiasteczkowi poborcy podatków oraz pokątni adwokaci. Gdy opuszczali swoje domostwa, aby udać się do Teterywki, tryskali jeszcze werwą. Przepełniała ich jeszcze moc ponad zwykłą miarę. Trzeba jechać, wołali, i starali się wszystkich o tym przekonać. Trzeba koniecznie pojechać. Wykazać inicjatywę, pracować, tyrać, ściągnąć pieniądze. Te zaś są potrzebne na określone cele społeczne, na ważne potrzeby miasta. Ich praca jednak, ich starania nikomu nie są przydatne. Jak piąte koło u wozu. Od wszystkiego jest przecież budżet. Wszystko odbędzie się bez ich pomocy i ich udziału. Ale oni zdążyli już nabrać ochoty. Jakoś dziwnie w tym zasmakowali. Ściągać mieli od ludzi pieniądze dla siebie, dla swoich żon i swoich dzieci. Czym prędzej ruszyli w drogę. Jak to się mówi: „W dobry czas na szczęście”.
Po przybyciu do Teterywki, natychmiast, jakby za sprawą szatana, tracili ochotę i zapał. Nie wiadomo, jak, kiedy i gdzie podziało się całe ich junactwo. Na stancji ogarnęło ich lenistwo, osobliwa bezradność. Zachowywali ochotę tylko do jedzenia, picia i snu. Jakby ich ktoś zaczarował. W takim stanie spędzają nieboracy dni i lata. Na ich prośbę ludzie przysyłają im pieniądze i jeszcze raz pieniądze, a oni wciąż przebywają na stancji. Ziewają, jedzą i piją. Zaczarowani książęta. Po prostu nie da się ich stamtąd wyciągnąć. Nie pomoże tu żaden cudotwórca. Nie da rady nawet znachor.
Beniamina opanowała przemożna chęć poznania kogoś ze znanych miejscowych uczonych lub pisarzy. W pewnej mierze sam był przecież uczonym. Był badaczem, nieraz zaglądającym do poważnych dzieł naukowych. Wiedział, co to jest żydowska księga filozoficzna, z której czerpali swoją mądrość i wiedzę w zakresie siedmiu dziedzin nauki owi uczeni ludzie z Teterywki. Jakże więc? Być w Teterywce i nie spotkać się z mężami o podobnych poglądach? Ponadto chciał omówić z nimi plan swojej podróży. Tacy ludzie jak oni potrafią to właściwie ocenić. Miał nadzieję, że otrzyma od nich listy polecające, że w listach wysoko go ocenią. Wiedział, że ludzie ci lubią wystawiać listy polecające nawet w drobnych sprawach, w zupełnie drobnych głupstwach. Cóż dopiero w jego sprawie, tym doprawdy wielkim przedsięwzięciu. Tu ich pióro puści się w galop. Niczym rączy rumak. Do kogo by jednak Beniamin nie przyszedł, zastawał go śpiącego. Raz udało mu się dopaść jednego. Był to strasznie wielki pisarz. Niezmiernie sławny, figura. Siedział rozparty na tapczanie w bocznym pokoju.
— Dzień dobry!
— Dzień dobry! Czego sobie Żyd życzy?
— Nic szczególnego. Chciałbym tylko porozmawiać.
Mówi i mówi, nie zapowiada się dobrze. Sławny pisarz jakby naraz oklapł. Ledwo porusza ustami. Wydaje się, że za chwilę jego dusza opuści ciało. Oczy mu się kleją. Beniamin zaczyna go pobudzać. Przemawia do niego. Stara się, jak tylko może. Daremny trud. Zimny głaz. Upłynęło trochę czasu, nim się nieco rozbudził. Ziewnął potężnie, poczochrał się i zawołał żonę.
— Kiedy wreszcie zasiądziemy do stołu? — z trudem wydobył z siebie pytanie. Rozprostował z ociąganiem kości i znowu ziewnął. — A podaliby coś do jedzenia. Mam ochotę troszkę się zdrzemnąć.
Zatem Teterywka to jedna wielka sypialnia. Wszystko, co w niej się mieści, śni sobie spokojnie. Nauka, handel, banki, sądy, przedsiębiorstwa, zakłady i urzędy. Nikogo i niczego nie można się tam dobudzić. Gdy kilku ludzi naraz zbiera się gdzieś, natychmiast tracą mowę. Jakby zapominają języka w gębie. Siedzą, ziewają i patrzą po sobie. Zupełnie jakby byli golemami z gliny. Wnet też całe to towarzystwo zapada w sen. Dopiero wieczorem, gdy podają kolację, zaczyna się w nich coś ruszać. Ożywają. Z apetytem zabierają się do jedzenia. Zjedli, to do widzenia. Idą do domu spać.
Beniamin odczuł to później na własnej skórze. Nic nie robił w Teterywce, tylko jadł i spał. Odeszła mu jakoś ochota do podróżowania. Zawisło nad nim prawdziwe niebezpieczeństwo. Mógł utknąć jak żaglowiec, który wpłynął na nieruchome wody spokojnego morza. Mógł tam przespać całe życie. Mógł, gdyby na jego szczęście, a co za tym idzie — na szczęście całej ludzkości — nie zdarzyło się coś takiego, co niby sztorm albo burza popchnęło go w dalszą podróż. Nienawiść Icka Prostaka do Beniamina rosła z każdym dniem. Ostatnio przyczepił się do niego jak rzep psiego ogona. Śmiał się i drwił z jego wyprawy. Starał się go zniechęcić przez wyolbrzymianie piętrzących się przeszkód.
— Prędzej włosy mi na dłoni urosną, aniżeli ty dotrzesz do Sambationu. Prędzej zobaczysz swoje własne uszy, nim ujrzysz Czerwonych Żydów.
Beniamin nie dał sobie jednak w kaszę dmuchać. Dowodził, że na świecie jest Bóg. Bóg nie opuszcza tych, co mu ufają. To nic, że czekają go przeszkody. Jeśli Bóg pozwoli, to przy jego wsparciu dotrze na miejsce we właściwym czasie, na złość wrogom. A gdy Beniamin w ferworze dyskusji rozkręcał się i zapalał, zaczynał równocześnie podniesionym głosem wtrącać takie oto słowa: smok, potwór, osioł, muł i wiele podobnych. W przybliżeniu oznaczało to: „Szczekajcie sobie na zdrowie. Ja w tym czasie jestem już daleko, daleko stąd. Otom już na pustyni, maszeruję, idę, kroczę”. W tej sytuacji Icek mógł tylko trzy razy splunąć. — On zwariował — krzyczał. — Trzeba go zaprowadzić do znachora.
Doszło wreszcie do tego, że ledwie Beniamin pokazał się na ulicy, łobuziacy i chuligani uganiali się za nim jak za pomyleńcem. Obrzucali go kamieniami i wołali: — Smok, potwór!
Pewnego razu wieczorem Beniamin i Senderl przechadzali się ulicą, gdy nagle opadła ich banda łobuzów i zaczęła niemiłosiernie im dokuczać. Chyłkiem wycofali się w boczną uliczkę. Zaułek przecinała rzeka. Nad nią przerzucono wąską kładkę. Wbiegli na pomost i natrafili na samym środku na idącego z przeciwnej strony człowieka. Mowy nie było o wyminięciu go. Chyba, że skoczyć w dół i rozbić sobie głowę. W najlepszym wypadku można było złamać nogę. I głowa, i noga były jednak bardzo potrzebne. Bez głowy lub bez nóg nie mogło być mowy o dalszej podróży. Zatrzymali się więc i oto stoją obaj z nosami spuszczonymi na kwintę.
— Szolem Alejchem78! Witaj, Beniaminie — odezwał się idący z przeciwka człowiek. W jego głosie gniew przeplatał się ze śmiechem. — Co za cudowne spotkanie. Lepszego nie mógłbym sobie wymarzyć.
— Szolem Alejchem! Alejchem Szolem, reb Ajzyk Dawid! — Beniamin wypowiedział pozdrowienie całkiem nieswoim głosem. Był wyraźnie zmieszany. Stał przecież przed nim Ajzyk Dawid, syn reb Arona Josla i Sary Zlaty, mędrzec z Tuniejadówki.
— Ładnie postępujecie, moi panowie — powiedział reb Ajzyk Dawid z wyrzutem. — Wykradacie się z domu jak złodzieje. Potajemnie, chyłkiem. Puszczacie się w daleki świat. A ja pytam was, dlaczego? Po co? W jakim celu? Dalibóg nie wiem. Każdy postępek musi mieć przecież swoje uzasadnienie. Wszystko, co się dzieje, powinno mieścić się w jakichś ramach. Co to ma znaczyć? Zostawić, ot tak sobie, żony i nic? Czy mają nieszczęsne uschnąć we wdowieństwie? Dalibóg, nie wiem. Odkładam teraz na bok wszystkie inne kwestie i po raz wtóry pytam: dlaczego? Albo inaczej. Powiedzcie mi, co wy tu robicie? I ciebie, Senderl, mam na myśli. Twoja połowica, Senderl, da ci za swoje. Poczęstuje, uhonoruje jak się należy. A wściekła jest jak osa. Gotowa cię rozedrzeć na kawałki. Serce jej nie oszukało. Serce jej mówiło, że powinniście tu właśnie być. Chciała od razu tu przybyć. Twoja kobieta zamierzała przyjechać tu razem ze mną.
— Aha, jest gagatek! — okrzyk ten wydała niewiasta, ukryta za plecami reb Ajzyka Dawida.
Senderl rozpoznał swoja połowicę. Zbladł jak ściana. Ze strachu omal nie wyzionął ducha. Oburącz chwycił Beniamina za poły. Zakręciło mu się w głowie. Spadłby niechybnie z kładki do wody. Wydawało mu się, że żona już go dopada, a jej ciosy sypią się właśnie na jego głowę.
— Popatrzcie tylko na te cudne stworzenia, na te piękne istoty. Oby jeden grom ich obu naraz spalił. A gdzie to mój wyrodek? Dajcie mi tylko na chwilę dojść do niego. Już ja mu pokażę. Przekona się, jakiego to Boga mamy! — tak oto jednym tchem wykrzyczała żona Senderla. Popychała przy tym reb Ajzyka Dawida.
— Tylko bez krzyku, tylko bez hałasu — prosił ją reb Ajzyk Dawid. — Trochę cierpliwości. Czekaliście tak długo, to możecie jeszcze trochę poczekać. Dzięki Bogu, słomiane wdowieństwo już wam nie grozi. A dalej, jakby to powiedzieć, stara prawda. Kobieta mimo wszystko pozostaje kobietą. A zdawało się, że mądra. Rozważmy rzecz z innej strony. Po co ten gwałt? Po co się gniewać? On odszedł, ale dlaczego odszedł? Musi przecież być przyczyna. Każdy postępek ma swoje znaczenie. Mieści się w ramach jakiejś reguły, jakiejś normy. Czy mnie rozumiecie? A jeśli już jest tak, to znaczy, że jest tak. A skoro nie jest inaczej, to rodzi się pytanie: po co ten krzyk? A wytłumaczenie jest tylko jedno. Bardzo was przy tym przepraszam. Tak, jak własną matkę przeprosiłbym. Kobieta, za przeproszeniem, zawsze pozostaje kobietą. — Reb Ajzyk Dawid akurat rozochocił się na całego i chciał zgodnie ze swoim zwyczajem rozpatrzeć sprawę z jeszcze innej strony i pod zgoła innym kątem. Zamierzał dodać do tych rozważań trochę pieprzu i soli, ale po obu stronach kładki zgromadziło się tymczasem sporo ludzi. Złościli się, że nasi bohaterowie stoją wciąż na kładce i dyskutują. Debatują tak zażarcie, jakby cały świat ich nie obchodził. Pieklono się, że nie dadzą nikomu przejść. Kładka zaś była tak wąska, iż dwoje ludzi nie mogło się zmieścić. Ci z jednej strony musieli czekać na przejście tych z drugiej strony. W tej sytuacji żona Senderla i reb Ajzyk Dawid musieli cofnąć się na brzeg. To samo zrobili z przeciwnej strony Beniamin i Senderl. Dopiero wtedy zebrani poczęli pojedynczo przechodzić przez kładkę.
— Senderl, dlaczego tak stoimy i czekamy? — odezwał się Beniamin. Jak widać, oprzytomniał pierwszy. — Stoimy, jak ten chłopiec, którego przywiązano jednym końcem nitki za głowę, a drugim do nogi ławki. Teraz mamy okazję uratować skórę.
— Masz rację, jakem Żyd — Senderl wypowiedział to z radością. Niczym człowiek właśnie oswobodzony spod jarzma. — Prędzej, szybciej Beniaminie, jeśli nie chcesz, abym wpadł w jej ręce. To nie jest zwykła kładka. To zasługi naszych praojców ułożyły kładkę pod nami.
Nasi bohaterowie wzięli nogi za pas i wkrótce byli już daleko, na przeciwnym krańcu miasta. Długo nie zwlekali. Zabrali swoje tłumoki i prędko wynieśli się z Teterywki.