Rozdział VII. Rokk

Nie wiadomo ściśle czy dobre były lefortowskie weterynaryjne szczepionki, czy zdolne były ochronne oddziały samarskie, czy pomyślne ostre środki, przyjęte w stosunku do skupujących jaja w Kałudze i Woroneżu, czy z powodzeniem pracowała nadzwyczajna moskiewska komisja — lecz dobrze wiadomo, że w dwa tygodnie po ostatnim spotkaniu się Piersikowa z Alfredem w sensie kur w Związku Republik było zupełnie czysto. Gdzieniegdzie na podwórkach miasteczek powiatowych przewalały się kurze osierocone pióra, wywołując łzy w oczach, i w szpitalach przychodzili do zdrowia ostatni z chciwych, wykańczając biegunkę z wymiotami. Wypadków śmierci wśród ludzi, na szczęście, w całej republice było nie więcej nad tysiąc. Wielkie zaburzenia również nie nastąpiły. Objawił się, co prawda, w Wołokołamsku prorok, obwieszczający, że pomór kur wywołany został nie przez kogo innego, jak przez komisarzy, lecz szczególnego powodzenia nie miał. Na bazarze Wołokołamskim pobito kilku milicjantów, odbierających babom kury, i wybito szyby w miejscowym oddziale pocztowo-telegraficznym. Na szczęście roztropne władze wołokołamskie zarządziły natychmiast kroki, w wyniku których, po pierwsze, prorok przerwał swą działalność, a po drugie szyby w telegrafie wprawiono.

Doszedłszy na północ do Archangielska i Siumkina Wysiełka, dżuma zatrzymała się sama przez się z tego powodu, że dalej iść nie miała już gdzie, na Białym morzu, jak wiadomo, kury się nie hodują. Zatrzymała się i we Władywostoku, gdyż dalej był ocean. Na dalekim południu — przepadła i ucichła gdzieś w spalonych przestrzeniach Ordubatu, Dżulfy i Karakułaku, a na zachodzie w sposób zdumiewający zatrzymała się akurat na polskiej i rumuńskiej granicy. Klimat, czy co, były tam inne, czy też odegrały pewną rolę środki ochronno-kordonowe, przedsięwzięte przez sąsiednie rządy, lecz jest faktem, że dżuma dalej nie poszła. Prasa zagraniczna hałaśliwie, chciwie omawiała niesłychany w historii pomór, a rząd republik sowieckich, nie wszczynając żadnego hałasu, pracował nie opuszczając rąk. Komisja nadzwyczajna do walki z kurzą dżumą przemianowała się na komisję nadzwyczajną dla podniesienia i odrodzenia hodowli kur w republice, dopełniła się nową nadzwyczajną trójką, w składzie szesnastu towarzyszy. Został założony „Dobrokur”, do którego jako honorowi towarzysze przewodniczącego weszli Piersikow i Portugałow. W gazetach pod ich portretami ukazały się tytuły: „Masowy zakup jaj zagranicą” i „Pan Juz chce przerwać kampanię jajkową”. Stał się głośnym w całej Moskwie zjadliwy felieton dziennikarza Koleczkina, kończący się słowami: „Nie łakomcie się, panie Juz, na nasze jaja — u was są swoje!”

Profesor Piersikow zamęczył się zupełnie i zapracował w ciągu ostatnich trzech tygodni. Kurze wypadki wykoleiły go i zwaliły na niego podwójny ciężar. Całymi wieczorami zmuszony był pracować na posiedzeniach kurzych komisji i od czasu do czasu znosić długie rozmowy to z Alfredem Brońskim, to z mechanicznym grubasem. Trzeba było razem z profesorem Portugałowem i prywat-docentem Iwanowem i Bornhartem dokonywać sekcji i badać przez mikroskop kury w poszukiwaniu bakcyla65 dżumy, i nawet w przeciągu trzech wieczorów naprędce napisać broszurę: O zmianach w wątrobie u kur przy dżumie.

Pracował Piersikow bez szczególnego zapału w dziedzinie kurzej, co jest zupełnie zrozumiałe — cała głowa jego była zajęta czym innym — zasadniczym i ważnym — tym, od czego oderwała go kurza katastrofa, tj. czerwonym promieniem. Rozstrajając swoje i bez tego wątłe zdrowie, urywając godziny od snu i jedzenia, czasami nie wracając na Preczystienkę, a sypiając na ceratowej otomanie w gabinecie instytutu, Piersikow całymi nocami krzątał się przy kamerze i mikroskopie.

Pod koniec lipca gwałt cokolwiek ucichł. Sprawy przemianowanej komisji weszły na normalne tory i Piersikow powrócił do opuszczonej pracy. Mikroskopy były zawalone nowymi preparatami, w kamerze pod promieniem dojrzewała z bajeczną szybkością rybia i żabia ikra. Z Królewca aeroplanem dostarczono specjalnie zamówione szkła i w ostatnich dniach lipca, pod dozorem Iwanowa, mechanicy zbudowali dwie nowe wielkie kamery, w których promień osiągał przy podstawie szerokość pudełka od papierosów, a w końcu — całego metra. Piersikow radośnie zacierał ręce i począł szykować się do jakichciś tajemniczych i skomplikowanych doświadczeń. Przede wszystkim, przez telefon rozmówił się z komisarzem ludowym oświaty, i słuchawka nakwakała mu najuprzejmiejsze i wszelkiego rodzaju współdziałanie, a potem Piersikow przez telefon zawezwał towarzysza Ptach-Porosiuka, kierownika oddziału hodowli zwierząt przy komisji zwierzchniej. Ze strony Ptachy spotkał Piersikow jak najcieplejszą uwagę. Rzecz szła o wielkie zamówienie zagranicą dla profesora Piersikowa. Ptacha rzekł przez telefon, że natychmiast telegrafuje do Berilina i New Yorku. Potem informowano się z Kremla, jak idzie praca Piersikowa i uprzejmy głos spytał, czy nie potrzebuje Piersikow samochodu?

— Nie, dziękuję panu. Wolę jeździć tramwajem — odpowiedział Piersikow.

— Lecz dlaczego? — spytał tajemniczy głos i uśmiechnął się pobłażliwie.

Z Piersikowem w ogóle wszyscy rozmawiali albo z szacunkiem i strachem, albo też pobłażliwie się uśmiechając, jak z malutkiego, choć i wielkiego dziecka.

— Prędzej idzie — odrzekł Piersikow, po czym dźwięczny basek w telefonie odpowiedział:

— No, jak pan chce.

Minął jeszcze tydzień, przy czym Piersikow, wciąż coraz bardziej oddalając się od ucichających kwestii kurzych, w zupełności oddał się badaniu promienia. Głowa jego skutkiem nocy bezsennych i przemęczenia stała się jasna, jakby przezroczysta, i lekka. Czerwone obwódki nie schodziły teraz z oczu jego, i prawie każdą noc Piersikow nocował w instytucie. Jedyny raz porzucił schronisko zoologiczne, ażeby w olbrzymiej sali Cekubu na Preczysticnce wygłosić referat o swoim promieniu i o działaniu tegoż na komórki jaj. Była to olbrzymia praca zoologa dziwaka. W sali kolumnowej od klaskania rąk coś się sypało i waliło z sufitów i syczące łukowe lampki zalewały potokami światła czarne smokingi66 cekubistów i białe suknie kobiet. Na estradzie, obok katedry, siedziała na szklannym stole, ciężko dysząc i szarzejąc, na półmisku, wilgotna żaba wielkości kota. Na estradę rzucano kartki. W liczbie ich było siedem miłosnych, i Piersikow podarł je. Siłą wyciągał go na estradę przewodniczący Cekubu, ażeby się kłaniał. Piersikow rozdrażniony kłaniał się, ręce miał spocone, mokre i czarny krawat siedział nie pod podbródkiem, a za lewym uchem. Przed nim w oddechach i mgle były setki żółtych twarzy i męskich białych piersi, i naraz żółta kolba pistoletu mignęła i przepadła gdzieś za białą kolumną. Piersikow mętnie zauważył ją i zapomniał. Lecz wyjeżdżając po odczycie, schodząc po malinowym dywanie schodów, naraz poczuł, że jest mu niedobrze. Na moment zasłoniło czarnym jaskrawo płonący żyrandol w westybulu i Piersikowowi zrobiło się słabo, mdło... Poczuł jakby czad, wydało mu się, że płynie mu po szyi lepka i gorąca krew... I drżącą ręką schwytał profesor za poręcz.

— Panu niedobrze, Włodzimierzu Ipatiewiczu? — zarzuciły go naraz pytaniami zaniepokojone głosy.

— Nie, nie — odpowiedział Piersikow, przychodząc do siebie — po prostu przemęczyłem się... tak... Proszę, dajcie mi szklankę wody...

*

Był bardzo słoneczny dzień sierpniowy. Przeszkadzał profesorowi, dlatego też story były zapuszczone. Jeden giętki na nóżce reflektor rzucał pęk ostrego światła na szklanny stół, zawalony instrumentami i szkłami. Opuściwszy się na oparcie fotela na śrubie, Piersikow w znużeniu palił i przez smugi dymu patrzał martwymi ze zmęczenia, lecz zadowolonymi oczyma w uchylone drzwi kamery, gdzie, ledwie — ledwie ogrzewając i bez tego duszne i nieczyste powietrze w gabinecie, cicho leżał czerwony snop promienia.

Zastukano do drzwi.

— No? — spytał Piersikow.

Drzwi miękko zaskrzypiały i wszedł Pankrat. Wyprostował się na baczność i, blednąc ze strachu przed bóstwem, rzekł tak:

— Tam do pana, panie profesorze, Rokk przyszedł.

Coś na kształt uśmiechu ukazało się na twarzy uczonego. Przymrużył oczki i spytał:

— To ciekawe. Tylko że jestem zajęty.

— Oni mówią, że z urzędowym papierem z Kremla.

— Rokk67 z papierem? Rzadkie połączenie — wyrzekł Piersikow i dodał: No więc dawaj go tutaj!

— Słucham — odpowiedział Pankrat i jak wąż znikł za drzwiami.

Po chwili skrzypnęły drzwi i zjawił się na progu człowiek. Piersikow zaskrzypiał śrubą i spojrzał na przybyłego sponad okularów przez ramię. Piersikow był zbyt daleki od życia — nie interesował się nim zupełnie, lecz tu nawet Piersikowowi rzucił się w oczy zasadniczy i główny rys wchodzącego człowieka. Był dziwnie staromodny. W 1919 roku ten człowiek byłby zupełnie na miejscu na ulicach stolicy, byłby nawet znośny w 1924 r., w początku jego, lecz w 1928 roku byłby już dziwny. W tym czasie, kiedy najbardziej nawet zacofana część proletariatu — piekarze — chodzili w marynarkach, kiedy w Moskwie rzadkością był french — staromodny kostium, porzucony ostatecznie w końcu 1924 r. — na przybyszu była skórzana kurtka z dwoma wyłogami, zielone spodnie, na nogach owijacze i sztyblety68, a przy boku olbrzymi starej konstrukcji pistolet mauser w żółtej skórzanej pochwie. Twarz przybysza wywarła na Piersikowie to samo wrażenie, co i na wszystkich — nader nieprzyjemne wrażenie. Malutkie oczki patrzyły na cały świat ze zdumieniem, i jednocześnie z pewnością siebie, coś pewnego siebie było w krótkich nogach z płaskimi stopami. Twarz sina — wygolona. Piersikow od razu nachmurzył się. Bezlitośnie zaskrzypiał gwintem i, patrząc na wchodzącego już nie sponad okularów, a przez nie, mówił:

— Pan z papierem? Gdzież jest?

Przybysz widocznie był oszołomiony tym, co zobaczył. W ogóle mało był zdolny zmieszać się, lecz tu zmieszał się. Sądząc z oczek, zdumiała go przede wszystkim szafa o 12 półkach, dochodząca do sufitu i szczelnie zapchana książkami. Potem, rozumie się, kamery, w których, jak w piekle, błyszczał malinowy, rozrosły w szkłach, promień. I sam Piersikow w półmroku przy ostrej igle promienia, wypadającego z reflektora, był dostatecznie dawny i wspaniały na fotelu śrubowym. Przybysz wlepił w niego spojrzenie, w którym wyraźnie przez pewność siebie drgały iskry szacunku, żadnego papieru nie podał, a rzekł:

— Jestem Aleksander Siemienowicz Rokk!

— No? Więc co?

— Mianowany jestem zarządzającym wzorowego sowchozu „Czerwony Promień” — objaśnił przybysz.

— No więc?

— I oto do was, towarzyszu, z sekretnym poleceniem.

— Ciekawe by było dowiedzieć się. Krócej, jeżeli można.

Przybysz rozpiął wyłogi kurtki i wysunął rozkaz, wydrukowany na wspaniałym mocnym papierze. Wręczył go Piersikowowi. A potem bez zaproszenia usiadł na śrubowym taborecie.

— Nie pchnijcie stołu — z nienawiścią rzekł Piersikow.

Przybysz z przestrachem spojrzał na stół, na odległym brzegu którego w wilgotnym ciemnym otworze połyskiwały martwo, jak szmaragdy, czyjeś oczy. Powiało zimnem na niego od nich.

Ledwie tylko Piersikow przeczytał papier, zerwał się z taboretu i podbiegł do telefonu. Po kilku sekundach już mówił spiesznie i w najwyższym stopniu rozdrażnienia:

— Darujcie... Nie mogę zrozumieć... Jakżeż tak? Ja... bez mojej zgody, rady... Toż, przecież, on diabli wiedzą, co narobi!!

Tu nieznajomy odwrócił się w ostatecznym oburzeniu na taborecie.

— Przepraszam — zaczął: jam zarzą...

Lecz Piersikow machnął na niego haczykiem i ciągnął dalej:

— Przepraszam, nie mogę zrozumieć... Ja, w końcu, kategorycznie protestuję. Nie dam swojej sankcji69 na próby z jajami... Dopóki sam nie wypróbuję ich...

Coś kwakało i stukało w słuchawce, i nawet z odległości było zrozumiałe, że głos w słuchawce, pobłażliwy, mówi z małym dzieckiem. Skończyło się na tym, że czerwony Piersikow z hasłem zawiesił słuchawkę i obok niej rzekł do ściany:

— Umywam ręce.

Wrócił do stołu, wziął z niego papier, przeczytał go raz jeszcze od góry do dołu przez okulary, i naraz zawył:

— Pankrat!

Pankrat zjawił się w drzwiach, jakby podniósł się dźwigiem w operze. Piersikow spojrzał na niego i warknął:

— Wyjdź precz, Pankrat!

I Pankrat, nie wyrażając na twarzy najmniejszego zdziwienia, znikł.

Potem Piersikow zwrócił się do przybysza i przemówił:

— Pozwoli pan!... Jestem posłuszny. Nie moja rzecz. I mnie to nie interesuje.

Przybysza profesor nie tyle obraził, ile zdumiał.

— Przepraszam — zaczął: wy przecież, towarzyszu?

— Co pan wciąż towarzysz i towarzysz... — chmurnie przebąknął Piersikow i umilkł.

„Jednakże” — wypisało się na twarzy Rokka.

— Prze...

— Tak więc, proszę bardzo — przerwał Piersikow: oto kula łukowa. Od niej pan otrzymuje drogą przesunięcia okularu — Piersikow szczęknął pokrywką kamery, podobną do aparatu fotograficznego: — wiązkę, którą może pan zebrać drogą przesunięcia obiektywów, oto Nr. 1. i lustro Nr. 2 — Piersikow zgasił promień, znów zapalił go na podłodze azbestowej kamery: a na podłodze w promieniu możecie rozłożyć wszystko, co się wam spodoba, i robić próby. Nadzwyczaj proste, nieprawdaż?

Piersikow chciał wyrazić ironię i pogardę, lecz przybysz nie zauważył ich, uważnie błyszczącymi oczkami wpatrując się w kamerę.

— Tylko uprzedzam — ciągnął dalej Piersikow: rąk nie należy wsuwać w promień, gdyż zgodnie z moimi obserwacjami wywołuje on przerost epitelium70... a czy złośliwy, on jest czy nie, ja, ku wielkiemu ubolewaniu, nie mogłem jeszcze ustalić.

Tu przybysz zręcznie schował ręce swe za plecy, upuszczając skórzaną czapkę i popatrzał na ręce profesora. Były one na wskroś przepalone jodem, a prawa przy dłoni była obandażowana.

— A jakżeż pan, profesorze?

— Możecie kupić gumowe rękawiczki u Szwabe na Kuznieckim — w rozdrażnieniu odrzekł profesor. — Nie jestem obowiązany troszczyć się o to.

Tu Piersikow popatrzał na przybysza zupełnie jak przez lupę:

— Skąd się pan wziął? W ogóle... dlaczego pan?...

Rokk, wreszcie, obraził się mocno.

— Przepr...

— Wszak, trzeba przecież wiedzieć, o co idzie sprawa!... Dlaczego pan się przyczepił do tego promienia?...

— Dlatego, że to olbrzymiej wagi sprawa...

— Aha. Olbrzymiej?... Zatem... Pankrat!

I kiedy Pankrat ukazał się:

— Poczekaj, pomyślę.

I Pankrat pokornie czekał.

— Ja — mówił Piersikow — nie mogę zrozumieć oto czego: dlaczego potrzebny jest taki pośpiech i sekret?

— Pan, profesorze, zbił mnie już z pantałyku — odpowiedział Rokk: pan nie wie, że kury wszystkie zdechły co do jednej.

— No więc cóż z tego? — zawołał Piersikow: cóż to wy chcecie wskrzeszać je momentalnie, czy co? I dlaczego przy pomocy jeszcze niezbadanego promienia?

— Towarzyszu profesorze — odpowiedział Rokk: pan mi, słowo honoru, przerywa. Mówię panu, że nam koniecznie potrzeba wznowić u siebie hodowlę kur, dlatego że za granicą piszą o nas wszelakie obrzydliwości. Tak.

— I niech sobie piszą...

— No, wie pan — zagadkowo odpowiedział Rokk i pokręcił głową.

— Komu, pragnął bym wiedzieć, przyszła do głowy myśl hodować kury z jajek...

— Mnie — odpowiedział Rokk.

— Uhu... Tek-s... A dlaczego, pozwoli pan się dowiedzieć? Skąd pan się dowiedział o właściwościach promienia?

— Byłem, profesorze, na pańskim odczycie.

— Ja z jajami jeszcze nic nie robiłem!... Dopiero zamierzam!

— Jak Boga kocham, uda się — naraz z przekonaniem i szczerze rzekł Rokk — promień pański jest tak znakomity, że choćby słonie można hodować, nie tylko kurczęta.

— Wie pan co — mówił Piersikow: pan nie jest zoologiem? nie?... szkoda... z pana byłby bardzo śmiały eksperymentator... Tak... tylko pan ryzykuje... zyskać niepowodzenie... i tylko mnie zabiera pan czas...

— My panu zwrócimy kamerę. Co znaczy?

— Kiedy?...

— A ot, kiedy wywiodę pierwszą partię.

— Z jaką pewnością pan to mówi! Dobrze. Pankrat!...

— Mam z sobą ludzi — rzekł Rokk — i ochronę...

Do wieczora gabinet Piersikowa osierociał... Opustoszały stoły. Ludzie Rokka wywieźli trzy wielkie kamery, pozostawiając profesorowi tylko pierwszą, malutką, z którą rozpoczynał doświadczenia.

Nadchodził zmierzch lipcowy, szarzyzna ogarnęła instytut, popłynęła przez korytarze. W gabinecie słychać było monotonne kroki — to Piersikow, nie zapalając światła, mierzył wielki pokój od okna do drzwi... Dziwna rzecz: tego wieczoru trudno do objaśnienia tęskny nastrój ogarnął ludzi, zamieszkujących instytut i zwierzęta. Żaby nie wiadomo dlaczego wszczęły tęskny koncert i rechotały złowieszczo i ostrzegająco. Pankrat musiał łapać węża, który uciekł ze swojej klatki, i kiedy go złapał, mina węża była taka zupełnie, jakby ten zamierzał uciekać gdzie oczy poniosą, byle tylko uciec.

O późnym zmierzchu zadźwięczał dzwonek z gabinetu Piersikowa. Pankrat ukazał się na progu. I zobaczył dziwny obraz. Uczony stał samotnie pośrodku gabinetu i patrzał na stoły. Pankrat zakasłał i stał nieruchomo.

— Oto, Pankrat — rzekł Piersikow i wskazał na opustoszały stół.

Pankrat przestraszył się. Wydało mu się, że oczy profesora w mroku były zapłakane. Było to tak niezwykłe, tak straszne.

— Tak jest — płaczliwie odpowiedział Pankrat i pomyślał: „Lepiej byś ty już nawrzeszczał na mnie!”

— Ot — powtórzył Piersikow i usta jego drgnęły, zupełnie jak dziecku, któremu zabrano bez żadnego powodu ulubioną zabawkę.

— Ty wiesz, Pankrat — ciągnął dalej Piersikow, odwracając się do okna — żona moja, która wyjechała przed piętnastu laty, do operetki wstąpiła, a teraz, jak się okazuje, umarła... Oto historia, drogi Pankrat... List mi przysłali...

Żaby krzyczały żałośliwie i zmierzch otulał profesora, oto ona... noc... Moskwa... gdzieś jakieś białe kule za oknami zapłonęły... Pankrat, straciwszy głowę, smucił się, stał ze strachu na baczność!...

— Idź, Pankrat — ciężko wyrzekł profesor i skinął ręką — kładź się spać, drogi, gołąbku, Pankrat.

I zapadła noc. Pankrat wybiegł z gabinetu dlaczegoś na palcach, przybiegł do swojej komórki, rozrzucił gałgany w kącie, wyciągnął spod nich napoczętą butelkę ruskiej gorzkiej i od razu wychylił prawie pełną szklankę od herbaty. Zakąsił chlebem z solą, i oczy jego cokolwiek poweselały.

Późnym wieczorem, już prawie pod północ, Pankrat, siedząc na ławce w skąpo oświetlonym westybulu, mówił do nieśpiącego melonika, drapiąc się w pierś pod perkalową koszulą.

— Lepiej by zabił, jak Bo...

— Czyżbyż płakał? — z ciekawością dopytywał się melonik.

— Jak... Bo... — zapewniał Pankrat.

— Wielki uczony — zgodził się melonik — wiadomo, żabą żony nie zastąpi.

— W żaden sposób — zgodził się Pankrat.

Pomyślał potem i dodał:

— Ja swoją babę myślę sprowadzić tutaj... Po co ma, w samej rzeczy, na wsi siedzieć... Tylko że ona w żaden sposób tych gadów znieść nie może...

— Co tam mówić, obrzydliwość straszliwa — zgodził się melonik.

Z gabinetu uczonego nie było słychać ani dźwięku. I światła w nim nie było. Nie było smużki pod drzwiami.

Rozdział VIII. Historia w sowchozie71

Stanowczo nie ma piękniejszego czasu, niż dojrzewający sierpień chociażby w smoleńskiej guberni. Lato 1928 roku było, jak wiadomo, wspaniałe, z deszczami na wiosnę w porę, z pełnym upalnym słońcem, z wspaniałym urodzajem.. Jabłka w byłych dobrach Szeremietiewych dojrzewały... lasy zieleniały, żółtymi kwadratami słały się pola... Człowiek lepszym się staje na łonie natury. I nie tak już nieprzyjemnym wydałby się Aleksander Siemienowicz, jak w mieście. I kurtki wstrętnej nie miał na sobie. Twarz jego była opalona na miedziano, perkalowa rozpięta koszula ukazywała pierś, porosłą najgęściejszymi czarnymi włosami, na nogach miał płócienne spodnie. I oczy jego uspokoiły się i stały się dobrymi.

Aleksander Siemienowicz z ożywieniem zbiegł z ganku z kolumnami, nad którym przybity był szyld pod gwiazdą:

Sowchoz „Czerwony Promień”.

i prosto do samochodu półciężarowego, który przywiózł pod ochroną trzy czarne kamery.

Cały dzień Aleksander Siemienowicz krzątał się ze swoimi pomocnikami, ustawiając kamery w byłym ogrodzie zimowym — oranżerii Szeremietiewych... Do wieczora wszystko było gotowe. Pod szklannym sufitem zapłonęła biała matowa kula, na cegłach ustawiano kamery, i mechanik, który przyjechał z kamerami, postukawszy i pokręciwszy błyszczące gwinty, zapalił na azbestowej podłodze w czarnych skrzynkach czerwony tajemniczy promień.

Aleksander Siemienowicz krzątał się, sam wchodził na drabiny, sprawdzając przewodniki.

Następnego dnia powrócił ze stacji ten sam samochód półciężarowy i wypluł trzy skrzynki, z wspaniałych gładkich dykt, wokoło oklejone etykietami i białymi na czarnym tle napisami:

Vorsicht: Eier72 !!

— Ostrożnie: jajka!

— Cóż tak mało przysłali? — zdziwił się Aleksander Siemienowicz, jednakże natychmiast zakrzątał się i zaczął rozpakowywać jajka. Rozpakowywanie odbywało się wciąż w tej samej oranżerii i brali w nim udział: sam Aleksander Siemienowicz, jego niezwykłej grubości żona, Mania, kulawy były ogrodnik byłych Szeremietiewych, a obecnie służący w sowchozie na uniwersalnym stanowisku stróża, dozorca, skazany na mieszkanie w sowchozie, i pokojówka Dunia. To nie Moskwa, i wszystko tu nosiło bardziej prosty, rodzinny i przyjacielski charakter. Aleksander Siemienowicz wydawał polecenia, z miłością spoglądał na skrzynki, wyglądające jak jakiś solidny, poważny prezent, pod delikatnym światłem zachodu, wpadającym przez górne szyby oranżerii. Wartownik, karabin którego spokojnie drzemał przy drzwiach, obcęgami wyłamywał wzmocnienia i metalowe obicia. Panował trzask... Sypał się kurz. Aleksander Siemienowicz, człapiąc sandałami, krzątał się około skrzynek.

— Wy ostrożnie, proszę bardzo — mówił wartownikowi: ostrożniej. Cóż to, nie widzicie — jajka?

— Niczego. — chrypiał rycerz powiatowy, wiercąc dziurę: zaraz...

— Pr-r-r... i sypał się pył.

Jajka okazały się zapakowanymi znakomicie: pod pokrywą drewnianą była warstwa parafinowego papieru, potem bibuły, potem następowała ścisła warstwa wiórków, potem trociny i w nich błyszczały białe główki jajek.

— Zagraniczne opakowanie — miłośnie mówił Aleksander Siemienowicz, ryjąc się w trocinach: to nie tak, jak u nas. — Mania, ostrożnie, ty je potłuczesz...

— Tyś, Aleksandrze Siemienowiczu, zgłupiał — odpowiedziała żona: jakie złoto, pomyślisz. Cóż to, ja nigdy jajek nie widziałam?... Oj!... jakie wielkie!

— Zagranica — mówił Aleksander Siemienowicz, wykładając jajka na stół drewniany: czyż to nasze chłopskie jajka... Wszystkie prawdopodobnie bramaputry73, niech diabli je wezmą! niemieckie!...

— Wiadoma rzecz — potwierdzał wartownik, z zachwytem patrząc na jajka.

— Tylko nie rozumiem, dlaczego są brudne — mówił w zamyśleniu Aleksander Siemienowicz: Mania, ty dopilnuj. Niechaj dalej wyładowują, a ja idę do telefonu.

I Aleksander Siemienowicz udał się do telefonu do kantoru sowchozu przez podwórze.

Wieczorem w gabinecie instytutu zoologicznego zatrzeszczał telefon. Profesor Piersikow nastroszył włosy i podszedł do aparatu.

— No? — spytał.

— Z wami zaraz mówić będzie prowincja — cicho z syczeniem odezwała się słuchawka niewieścim głosem.

— No, słucham — z wstrętem spytał Piersikow czarnej paszczy telefonu... W tym coś zatrzeszczało, a potem daleki głos męski rzekł do ucha niespokojnie:

— Czy myć jajka, profesorze?...

— Co takiego? Co? O co pan pyta? — rozdrażniał się Piersikow: skąd mówią?...

— Z Nikolskiego, smoleńskiej guberni — odpowiedziała słuchawka.

— Nic nie rozumiem. Żadnego Nikolskiego nie znam. Kto tam?...

— Rokk — surowo rzekła słuchawka.

— Jaki Rokk? — Ach, tak... to pan... więc o co pan pyta?

— Czy myć je?... Przysłali mi z zagranicy partię kurzych jajek...

— No?...

—...A one są jakoś zabłocone...

— Co pan plącze... Jakżeż one mogą być „zabłocone”, jak się pan wyraża? No, rozumie się, być może trochę... pomiot74 przysechł... lub cośkolwiek jeszcze...

— Więc nie myć?...

— Rozumie się, nie potrzeba... Pan co, chce już ładować kamery jajkami?...

— Ładuję. Tak — odpowiedziała słuchawka.

— Hm — mruknął Piersikow.

— Tymczasem — jęknęła słuchawka i umilkła. — „Tymczasem” — z nienawiścią powtórzył Piersikow prywat-docentowi Iwanowowi: jak się panu podoba ten typ, Piotrze Stiepanowiczu?

Iwanow roześmiał się.

— To on? Wyobrażam sobie, co on tam napiecze z tych jajek.

— T... t... t... — przemówił Piersikow nienawistnie: niech pan wyobrazi sobie, Piotrze Stiepanowiczu... no, pięknie... bardzo możebne, że na deuteroplazmę jajek kurzych promień okaże takie same działanie, jak i na plazmę gołych. Bardzo możebne, że kury wyklują się u niego. Lecz przecież ani pan, ani ja, nie możemy powiedzieć, jakie te kury będą... być może te kury diabła będą warte. Być może zdechną po dwóch dniach. Być może jeść ich nie będzie można!... A czyż ja mogę ręczyć, że stać będą na nogach? Być może kości ich będą kruche. — Piersikow zahazardował się i machał dłonią i wyginał palce.

— Zupełna prawda — zgodził się Iwanow.

— Czy pan może zaręczyć, Piotrze Stiepanowiczu, że one dadzą pokolenie?... Być może ten typ wywiedzie specjalne kury. Doprowadzi je do wielkości psa, a potomstwa od nich czekaj aż do końca świata.

— Nie można ręczyć — zgodził się Iwanow.

— I jaka bezceremonialność — podniecał coraz bardziej sam siebie Piersikow: i szybkość jaka!... I, przecież niech pan zauważy, że polecono mi udzielić mu instrukcji. — Piersikow wskazał na papier, dostarczony przez Rokka (przewracał się na stole eksperymentalnym), a jakżeż ja będę udzielać temu nieukowi instrukcji, kiedy sam w tej kwestii nic powiedzieć nie mogę.

— A odmówić nie było można? — spytał Iwanow.

Piersikow zarumienił się, wziął papier i pokazał go Iwanowowi. Ten przeczytał go i ironicznie uśmiechnął się.

— No tak — rzekł wieloznacząco75.

— I, przecież, niech pan zauważy... Ja na swoje zamówienie czekam dwa miesiące, i ani słuchu, ani duchu. A temu momentalnie i jajka przysłali i w ogóle wszelkimi sposobami pomagają.

— Ani diabeł z tego u niego nie wyjdzie, Włodzimierzu Ipatiewiczu. I po prostu skończy się tym, że zwrócą nam nasze kamery.

— I żeby jak najprędzej, a to przecież one moje doświadczenia wstrzymują.

— Tak, to źle. Ja mam wszystko gotowe.

— Skafandry pan otrzymał?

Piersikow cokolwiek uspokoił się i ożywił.

— Uhu... myślę, że tak zrobimy. Drzwi do sali doświadczeń na noc zamknąć, a okno otworzymy...

— Rozumie się — zgodził się Iwanow.

— Trzy hełmy?

— Trzy. Tak.

— No, więc... Pan, znaczy się, ja i jeszcze któregokolwiek ze studentów można zawezwać. Damy mu trzeci hełm.

— Grünmutha można.

— To ten, który obecnie u nas nad salamandrami pracuje?... hm... on niczego... choć, pozwoli pan, wiosną nie mógł powiedzieć, jak urządzony jest pęcherzyk pływacki u gołozębych — złośliwie dodał profesor.

— Nie, on niczego... Dobry student — stanął w obronie tegoż Iwanow.

— Trzeba będzie już nie spać jedną noc — ciągnął dalej Piersikow: tylko oto co, Piotrze Stiepanowiczu, niech pan sprawdzi gaz, a to diabli ich wiedzą, te ich dobrochimy. Przyślą jakąś tam obrzydliwość.

— Nie, nie — i Iwanow zaczął machać rękoma — wczoraj już wypróbowałem. Trzeba oddać im sprawiedliwość, Włodzimierzu Ipatiewiczu, znakomity gaz.

— Pan na kim próbował?

— Na zwykłych żabach. Puścisz strumyczek — momentalnie zdychają. Tak, Włodzimierzu Ipatiewiczu, my jeszcze tak zrobimy. Napisze pan wniosek do Gepeu, ażeby nam przysłali rewolwer elektryczny.

— Lecz ja nie umiem z nim się obchodzić.

— Biorę to na siebie — odpowiedział Iwanow: my na Klaźmie z niego strzelaliśmy, dla żartów... tam jeden gepeur obok mnie mieszkał... Ciekawa bardzo sztuka. I po prostu nadzwyczajnie... Bije bez hałasu, na sto kroków i na miejscu. Myśmy do wron strzelali... Według mnie nawet i gazu nie potrzeba...

— Hm... — to dowcipny pomysł... Bardzo — Piersikow poszedł do kąta, wziął słuchawkę i zakwakał:

— Proszę mnie połączyć z tą, jak ją... Łubianką...

*

Nastały dnie upalne nie do wytrzymania. Nad polami widać było wyraźnie, jak włóczył się nad nimi przezroczysty, potężny upał. A noce cudne, wabiące, zielone. Księżyc świecił i takim czarem piękności otoczył byłe dobra Szeremetiewych, że trudno to wyrazić słowami. Pałac-sowchoz, zupełnie jak z cukru, błyszczał, w parku drżały cienie, a stawy stały się dwubarwnymi do połowy — ukosem słup księżycowy, a połowa bezdenny mrok. W plamach księżyca można było zupełnie swobodnie czytać „Izwiestia”, z wyjątkiem działu szachowego, złożonego drobnym nonparelem76. Lecz w takie noce nikt „Izwiestii”, rzecz zrozumiała, nie czytał... Dunia pokojówka znalazła się w gaju za sowchozem i tamże znalazł się, zupełnie wypadkowo77, rudowąsy szofer zrujnowanej półciężarówki sowchozu. Co oni tam robili — nie wiadomo. Przytulili się w nietrwałym cieniu wiązu, wprost na rozesłanym palcie szofera. W kuchni płonęła lampeczka, tam jedli kolację dwaj ogrodnicy, a madame Rokk w białym szlafroku siedziała na kolumnowej werandzie i marzyła, patrząc na przecudny księżyc.

O godz. 10 wieczorem, kiedy umilkły odgłosy we wsi Koncewkie, położonej za sowchozem, idylliczny pejzaż rozbrzmiał cudownymi czułymi dźwiękami fletu. Niepodobna wyrazić, do jakiego stopnia były one na miejscu nad gajami i byłymi kolumnami pałacu Szeremietiewych. Wątła Liza z Damy Pikowej78 połączyła w duecie głos swój z głosem namiętnej Poliny, i wzniosła się na wyżyny księżycowe, jak widziadło starego i mimo to bezgranicznie miłego, do łez czarującego régime’u79 .

Gasną... Gasną...

gwizdał, sypiąc trele i wzdychając, flet.

Zamarły gaje i Dunia, gibka, jak rusałka leśna, słuchała, przyłożywszy policzek do szorstkiego, rudego i męskiego policzka szofera.

— A dobrze dudli80, suczy syn — rzekł szofer, obejmując Dunię w pasie męską ręką.

Grał na flecie sam zarządzający sowchozu Aleksander Siemienowicz Rokk, i grał, należy oddać mu sprawiedliwość, znakomicie. Rzecz w tym, że niegdyś flet był specjalnością Aleksandra Siemienowicza. Wręcz do r. 1917 pracował on w znanym zespole koncertowym maestro Pietuchowa, co wieczór zapełniającym cudownymi dźwiękami foyer81 przytulnego kinematografu „Czarodziejskie marzenia” w mieście Ekateririodarze. Lecz wielki 1917 rok82, który złamał karierę wielu ludzi, i Aleksandra Siemienowicza poprowadził nowymi drogami. Porzucił „Czarodziejskie marzenia” i zapyloną gwieździstą satynę w foyer i rzucił się w otwarte morze wojny i rewolucji, zamieniwszy flet na zabójczy mauzer. Długo rzucało go po falach, niejednokrotnie wyrzucając to na Krymie, to w Moskwie, to w Turkestanie, to nawet we Władywostoku. Potrzebna była właśnie rewolucja, ażeby w zupełności ujawnić Aleksandra Siemienowicza. Wyjaśniło się, że ten człowiek stanowczo jest wielki, i, rozumie się, nie jest dla niego miejscem odpowiednim foyer „Marzeń”. Nie wdając się w długie szczegóły, powiemy, że koniec 1927 i początek 1928 r. zastały Aleksandra Siemienowicza w Turkiestanie, gdzie on, po pierwsze, redagował olbrzymią gazetę, a potem, jako miejscowy członek wyższej komisji gospodarczej, zasłynął swoimi zdumiewającymi pracami przy nawodnieniu kraju turkiestańskiego. W r. 1928 Rokk przybył do Moskwy i otrzymał w zupełności zasłużony odpoczynek. Wyższa komisja tej organizacji, której bilet z honorem nosił w kieszeni człowiek prowincjonalnie staromodny, oceniła go i mianowała na stanowisko spokojne i zaszczytne. Och! Och! Na nieszczęście republiki wrzący mózg Aleksandra Siemienowicza nie ugasł, w Moskwie Rokk zetknął się z wynalazkiem Piersikowa i w zajeździe na Twerskiej „Czerwony Paryż” narodziła się u Aleksandra Siemienowicza idea, jak przy pomocy promienia Piersikowa odrodzić w przeciągu miesiąca kury w republice. Wysłuchano Rokka w komisji hodowli zwierząt, zgodzono się z nim i Rokk przyszedł z masywnym papierem do dziwaka zoologa.

Koncert nad szklannymi wodami i gajami i parkiem zbliżał się już ku końcowi, gdy naraz zaszło coś, co przerwało go znacznie wcześniej. Właśnie w Koncowkie psy, którym zgodnie z czasem należało już spać, wszczęły naraz trudne do zniesienia ujadanie, które stopniowo przeszło w ogólne męczące wycie. Wycie, potęgując się, poleciało przez pola i wyciu naraz odpowiedział potężny milionogłosy koncert żab w stawach. Wszystko to było tak przykre, że wydało się na chwilę, jakby zmierzchła tajemnicza czarodziejska noc.

Aleksander Siemienowicz przestał grać na flecie i wyszedł na werandę.

— Mania. Słyszysz? Ot, przeklęte psy... Czego one, jak myślisz, się wściekają?

— Skąd ja mam wiedzieć? — odrzekła Mania, patrząc na księżyc.

— Wiesz, Manieczka, pójdziemy, popatrzymy na jajeczka — zaproponował Aleksander Siemienowicz.

— Jak Boga kocham, Aleksander Siemienowicz, tyś zupełnie obłędu dostał ze swoimi jajeczkami i kurami. Odpocznij cokolwiek!

— Nie, Manieczka, pójdziemy.

W oranżerii płonęła jaskrawa kula. Przyszła i Dunia z płonącą twarzą i błyszczącymi oczyma. Aleksander Siemienowicz delikatnie otworzył szkła kontrolujące i wszyscy zaczęli zaglądać wewnątrz kamer. Na białej azbestowej podłodze leżały prawidłowymi szeregami poznaczone plamami jaskrawoczerwone jajka, w kamerach było głucho... a kula w górze o 15.000 świec cicho syczała...

— Eh, wywiodę ja kurczęta! — z entuzjazmem mówił Aleksander Siemienowicz, zaglądając to z boku przez otwory kontrolujące, to z góry, przez szerokie otwory wentylacyjne: — oto zobaczcie... Co? Nie wywiodę?...

— A wy wiecie, Aleksander Siemienowicz — rzekła Dunia z uśmiechem: chłopi w Koncowkie mówili, że wy jesteście antychrystem. Mówią, że wasze jaja diabelskie. Grzech maszyną wywodzić. Zabić was chcieli.

Aleksander Siemienowicz drgnął i odwrócił się ku żonie. Twarz jego pożółkła.

— No, co wy powiecie? Oto naród! No, co wy zrobicie z takim narodem? Co? Manieczka, trzeba będzie zebranie im urządzić... Zawezwę jutro z powiatu robotników. Sam do nich wygłoszę mowę. Trzeba będzie w ogóle tu popracować... A to ci jakiś niedźwiedzi zakątek...

— Ciemnota — mówił wartownik, rozciągając się na swoim szynelu83 przy drzwiach oranżerii.

Następny dzień zaznaczył się najdziwniejszymi i wprost nieobjaśnionymi wypadkami. Rano, przy pierwszym blasku słońca, gaje, które witały zazwyczaj światłość dzienną niemilknącym i potężnym szczebiotaniem ptaków, powitały ją zupełnym milczeniem. Było to zauważone stanowczo przez wszystkich. Zupełnie jak przed burzą. Żadnej jednak burzy nawet i widać nie było. Rozmowy w sowchozie przybrały dziwny i dwuznaczny dla Aleksandra Siemienowicza odcień i w szczególności dlatego, że według słów diadi, przezwiskiem Kozi Gardziel, znanego plotkarza i mędrca z Koncowki, stało się wiadomym, że jakoby wszystkie ptaki zebrały się na łąkach i o świcie uciekły gdzieś z Szeremietiewa precz, na północ, co było po prostu głupie. Aleksander Siemienowicz zdenerwował się bardzo i cały dzień stracił na to, ażeby porozumieć się telefonicznie z miastem Greczewką. Stamtąd obiecali Aleksandrowi Siemienowiczowi przysłać za dwa dni mówców na dwa tematy: sytuacja międzynarodowa i kwestia Dobrokura.

Wieczór również nie był bez niespodzianek. Jeżeli rankiem zamilkły gaje, wykazując zupełnie wyraźnie, jak podejrzanie — nieprzyjemną jest cisza wśród drzew, jeżeli w południe uciekły gdzieś wróble z podwórza sowchozu, to pod wieczór umilkł staw w Szeremietiewkie. Było to w istocie zdumiewające, gdyż wszystkim w okolicy na czterdzieści wiorst84 było świetnie znane znakomite rechotanie żab szeremietiewskich. A teraz zupełnie jakby wymarły. Od stawu nie dobiegał ani jeden głos i bezdźwięcznie stała osoba. Należy przyznać, że Aleksander Siemienowicz ostatecznie się zdenerwował. O tych zajściach zaczęli rozprawiać, i to w sposób najbardziej nieprzyjemny, to jest za plecami Aleksandra Siemienowicza.

— Rzeczywiście, to dziwne — rzekł przy obiedzie Aleksander Siemienowicz do żony — nie mogę zrozumieć, dlaczego tym ptakom spodobało się ulecieć?

— A skądże ja mam wiedzieć? — odpowiedziała Mania: być może przed twoim promieniem?

— No, z ciebie, Mania, najzwyklejszy głuptas — odpowiedział Aleksander Siemienowicz, rzucając łyżkę — tyś — jak chłopi. Co ma z tym wspólnego promień?

— A ja nie wiem. Daj mi święty spokój.

Wieczorem zaszła trzecia niespodzianka — znów zaczęły wyć psy w Koncowkie i jeszcze jak! Nad zalanymi światłem księżyca polami panował nieprzerywny jęk, złowieszcze tęskne jęczenia.

Wynagrodził sobie cokolwiek Aleksander Siemienowicz jeszcze niespodzianką, lecz już przyjemną, a mianowicie w oranżerii. W kamerach dało się słyszeć nieustanne stukanie w czerwonych jajach. Toki... toki... toki... toki.. stukało to w jednym, to w drugim, to w trzecim jajku.

Stuk w jajkach był stukiem tryumfalnym dla Aleksandra Siemienowicza. Natychmiast zostały zapomniane dziwne wypadki w gaju i na stawie. Zeszli się wszyscy w oranżerii: i Mania, i Dunia, i stróż, i wartownik, który zostawił karabin przy drzwiach.

— No, co? Co wy powiecie? — zwycięsko dopytywał się Aleksander Siemienowicz. Wszyscy z ciekawością przykładali uszy do drzwiczek pierwszej kamery: to one dziobami stukają, kurczęta — ciągnął dalej, promieniejąc, Aleksander Siemienowicz: nie wywiodę kurczątek, powiecie? Nie, drodzy moi. — I z nadmiaru wrażeń poklepał wartownika po ramieniu. — Wywiodę takie, że aż krzykniecie. Teraz tylko bacznie pilnować trzeba — dodał surowo: — ledwie tylko zaczną się wykluwać, zaraz mi dacie znać.

— Dobrze — odrzekli chórem stróż, Dunia i wartownik.

Toki.. toki... toki... kipiało to w jednym, to w drugim jajku pierwszej kamery. Rzeczywiście, obraz w oczach prawie rodzącego się nowego życia w cienkiej przeświecającej skorupce był o tyle ciekawy, że całe towarzystwo jeszcze długo przesiedziało na przewróconych pustych skrzyniach, patrząc, jak w zagadkowym zmierzchającym się świetle dojrzewały malinowe jaja. Rozeszli się na spoczynek dość późno, kiedy nad sowchozem i okolicami roztaczała się zielonkawa noc. Była ona zagadkową i nawet, można powiedzieć, straszną, prawdopodobnie dlatego, że naruszało zupełne jej milczenie zaczynające się bez najmniejszego powodu najżałośliwsze i przejmujące wycie psów w Koncowkie. Dlaczego się wściekały przeklęte psy — zupełnie nie wiadomo.

Rankiem oczekiwała Aleksandra Siemienowicza nieprzyjemność. Wartownik był krańcowo skonfundowany85, ręce przykładał do serca, zaklinał się i przysięgał, że nie spał, że nic nie zauważył.

— Niezrozumiała sprawa — zapewnił wartownik — jam tu nic nie winien, towarzysz Rokk86.

— Dziękuję wam, i z całej duszy wdzięczny jestem — wymyślał mu Aleksander Siemienowicz: cóż wy, towarzyszu, myślicie? Na co was tu postawili? Patrzeć. Więc wy mi powiedzcie, gdzie się one podziały? Wszak wykluły się one? Znaczy się, uciekły. Znaczy się, pozostawiliście drzwi otwarte i sami poszliście sobie. Ażeby były mi kurczęta.

— Nie mam gdzie chodzić. Cóż to, ja swoich obowiązków nie znam — obraził się wreszcie rycerz: cóż wy mi wymawiacie bez powodu, towarzyszu Rokk!

— Gdzie się więc one podziały?

— A i skąd mam wiedzieć — wściekł się w końcu rycerz — cóż ja je dopilnuję? Na co jestem postawiony. Patrzeć, ażeby kamery kto nie ukradł, ja też i wypełniam swój obowiązek. Oto macie kamery. A łapać wasze kurczęta nie jestem obowiązany według prawa. Kto tam wie, jakie to kurczęta u was się wyklują, być może na rowerze ich nie dopędzisz!

Aleksander Siemienowicz cokolwiek zaciął się, pomruczał jeszcze coś i wpadł w stan zdumienia. Sprawa cała w samej rzeczy była dziwna. W pierwszej kamerze, którą naładowano wcześniej od innych, dwa jajka, umieszczone u samej podstawy promienia, okazały się rozbitymi. I jedno z nich nawet odtoczyło się na bok. Skorupka przewracała się na azbestowej podłodze w promieniu.

— Diabli ich wiedzą — mruczał Aleksander Siemienowicz — i okna zamknięte, nie przez dach przecież uleciały!

Zadarł głowę do góry i popatrzał tam, gdzie w szklannej oprawie dachu było kilka szerokich dziur.

— Co wy, Aleksander Siemienowiczu — zdumiała się wielce Dunia — będą tam wam kurczęta latać. One tu są gdziekolwiek... cip... cip... cip... cip... — zaczęła wołać i zaglądać do kątów oranżerii, gdzie stały zakurzone wazony od kwiatów, jakieś deski i rupiecie. Lecz żadne kurczęta znikąd się nie odezwały.

Cały skład służby przez dwie godziny biegał po podwórzu sochwozu, poszukując zmyślnych kurcząt, i nigdzie nic nie znalazł. Dzień minął w ostatecznym podnieceniu. Warta przy kamerach została powiększona jeszcze przez stróża i temu wydane zostało najsurowsze polecenie co kwadrans zaglądać przez okna kamer i, byle co, wołać Aleksandra Siemienowicza. Wartownik siedział nachmurzony przy drzwiach, trzymając karabin między kolanami. Aleksander Siemienowicz tak był pochłonięty kłopotami, że dopiero o godz. drugiej jadł obiad. Po obiedzie przespał się godzinkę w chłodnym cieniu na byłej otomance Szeremietiewa, napił się sowchozowego kwasu cukrowego, poszedł do oranżerii i przekonał się, że teraz tam wszystko jest w zupełnym porządku. Starzec — stróż leżał brzuchem na rogoży87 i mrugając patrzał przez szkło kontrolujące pierwszej kamery. Wartownik czuwał, nie odchodząc od drzwi.

Lecz były i nowości: jajka w trzeciej kamerze, naładowane później od innych, zaczęły jakoś cmoktać i cokać, jakby wewnątrz nich ktoś tkał.

— Uch, dojrzewają — rzekł Aleksander Siemienowicz — ot to dojrzewają, teraz widzę. Widziałeś? — zwrócił się do stróża.

— Tak, rzecz godna uwagi — odpowiedział ten, kiwając głową i zupełnie dwuznacznym tonem.

Aleksander Siemienowicz posiedział trochę przy kamerach, lecz przy nim nic się nie wykluło, wstał z kucek, wyprostował się i oznajmił, że z folwarku nigdzie nie odchodzi, a tylko przejdzie do stawu wykąpać się i żeby go, w razie czegoś, natychmiast zawezwano. Pobiegł do pałacu do sypialni, gdzie stały dwa wąskie łóżka sprężynowe ze zmiętoszoną pościelą, i na podłodze nawalone były stosy zielonych jabłek i góry prosa, przygotowanego na pokarm dla przyszłych kurcząt, uzbroił się w prześcieradło włochate, i, po krótkim namyśle, zabrał z sobą i flet na to, ażeby korzystając z wolnego czasu pograć nad zwierciadlaną wodą. Rześko wybiegł z pałacu, przeciął podwórze sochwozu i przez aleję wierzbową skierował się do stawu. Rześko szedł Rokk, wymachując prześcieradłem i trzymając flet pod pachą. Niebo paliło upałem przez wierzby i ciało tęskniło i prosiło się do wody. Po prawej ręce Rokka zaczęła się gęstwina łopuchów, w którą on, przechodząc, splunął. I natychmiast w głębinach rozłożystej plątaniny ich dał się słyszeć szmer, jakby ktoś wlókł belkę. Poczuwszy mimowolne ssanie w sercu, Aleksander Siemienowicz odwrócił głowę w stronę zarośli i popatrzał ze zdumieniem. Staw już od dwóch dni nie odzywał się żadnymi dźwiękami. Szmer ucichł, przez powierzchnię łopuchów błysnęła nęcąco zwierciadło stawu i szary dach łazienki. Kilka łątek88 mignęło przed Aleksandrem Siemienowiczem. Chciał już zawrócić do drewnianych mostków, gdy naraz szelest w zieleni powtórzył się i przyłączyło się do niego krótkie syczenie, jakby wyciekała oliwa i para z parowozu. Aleksander Siemienowicz zaczął nasłuchiwać bacznie i począł wpatrywać się w głuchą ścianę zaśmieconych zarośli.

— Aleksandrze Siemienowiczu — rozległ się w tejże chwili głos żony Rokka, i biały jej kaftanik mignął, skrył się, lecz znów — mignął w malinach: poczekaj, pójdę też do kąpieli.

Żona podążała do stawu, lecz Aleksander Siemienowicz nic jej nie odpowiedział, cały przykuty do łopuchów. Szarawa i oliwkowa belka zaczęła podnosić się z ich gęstwiny, rosnąc w oczach. Jakieś mokre żółtawe plamy, jak się wydało Aleksandrowi Siemienowiczowi, pstrzyły belkę. Zaczęła wyciągać się, wyginając i poruszając się, i wyciągnęła się tak wysoko, że przewyższyła niziutką pokręconą wierzbę... Potem szczyt belki załamał się, cokolwiek pochylił i nad Aleksandrem Siemienowiczem okazało się coś przypominającego wysokością moskiewski słup elektryczny. Lecz tylko to coś było trzykrotnie grubsze od słupa, i znacznie piękniejsze od niego, dzięki tatuowanej łusce. Nic jeszcze nie rozumiejąc, lecz już drętwiejąc, Aleksander Siemienowicz spojrzał na górę straszliwego słupa i serce jego zatrzymało na kilka sekund swoje bicie. Wydało mu się, że mróz zapanował nagle w dzień sierpniowy, a przed oczami zapanował taki zmierzch, zupełnie jakby patrzał na słońce przez letnie spodnie.

Na górnym końcu belki okazała się głowa. Była spłaszczona, zaostrzona i ozdobiona żółtą okrągłą plamą na tle oliwkowym. Pozbawione powiek, rozwarte, lodowate i wąskie oczy siedziały na szczycie głowy i w oczach tych błyszczała nigdy niewidziana nienawiść. Głowa zrobiła taki ruch, zupełnie jakby chwytała powietrze, cały słup wciągnął się między łopuchy, i tylko jedne oczy pozostały i, bez zmrużenia, patrzały na Aleksandra Siemienowicza. Ten, okryty lepkim potem, wygłosił cztery słowa, zupełnie nieprawdopodobne i wywołane doprowadzającym do szału przerażeniem. Na tyle już cudne były te oczy między liśćmi.

— Co to za żarty...

Przypomniało mu się potem, że fakirzy89... tak... tak... Indie... pleciony koszyk i obrazek... Zaklinają...

Głowa znów się wzniosła i zaczął wychodzić i tułów. Aleksander Siemienowicz podniósł flet do ust, ochryple pisnął i zagrał, co chwila się dławiąc, walca z Eugeniusza Onegina90 . Oczy w zieleni natychmiast zapłonęły nieubłaganą nienawiścią dla tej opery.

— Coś ty oszalał, że grasz na upale? — dał się słyszeć wesoły głos Mani, i gdzieś brzeżkiem oka z prawej strony schwytał Aleksander Siemienowicz białą plamę.

Potem przeraźliwy pisk przeniknął cały sowchoz, rozrósł się i wzniósł, a walc zaskakał, jak ze złamaną nogą. Głowa z zieleni szarpnęła się naprzód, oczy jej porzuciły Aleksandra Siemienowicza, zwalniając duszę jego na pokutę. Żmija przypuszczalnie długości piętnastu arszynów91 i grubości człowieka, jak sprężyna, wyskoczyła z łopuchów. Tuman kurzu trysnął z drogi i walc się skończył.Żmija machnęła obok zarządzającego sowchozem wprost tam, gdzie był biały kaftanik, na drodze Rokk widział zupełnie wyraźnie: Mania zrobiła się żółto-biała i jej długie włosy, jakby druciane, podniosły się na pół arszyna nad głową. Żmija w oczach Rokka, rozwarłszy na mgnienie paszczę, z której wynurzyło się coś podobnego do wideł, schwytała zębami Manię, upadającą w pył, za ramię, tak że podniosła ją na arszyn nad ziemię. Wtedy Mania powtórzyła ostry przedśmiertny krzyk. Żmija wykręciła się jak pięciosążniowa śruba, ogon jej wzniósł wir powietrzny, i zaczęła dusić Manię. Ta nie wydała już ani jednego dźwięku i tylko Rokk słyszał, jak pękały jej kości. Wysoko nad ziemią zakołysała się głowa Mani, czule przytulona do policzka żmii. Z ust Mani trysnęła krew, wyskoczyła złamana ręka i spod paznokci trysnęły strumyczki krwi. Potem żmija, rozwarłszy szczęki, rozdziawiła paszczę i od razu nadziała swą głowę na głowę Mani i zaczęła wsuwać ją na nią, jak rękawiczkę na palec.Od żmii na wszystkie strony bił taki gorący oddech, że dotknął się on i twarzy Rokka, a ogon omal że nie zmiótł go z drogi w żrący kurz. Oto tu właśnie Rokk i posiwiał. Z początku lewa, a potem i prawa połowa jego czarnej jak but głowy okryła się srebrem. W śmiertelnych mdłościach oderwał się wreszcie od drogi, i nic i nikogo nie widząc, ogłuszając okolice dzikim wyciem, począł uciekać...