Rozdział XV
Poznawszy iakokolwiek161 nauki Sielan, ciekawy byłem oglądać ich pisma, o których mi wspominał kilka razy Satumo, iż ie staraniem swoim ułożył. Gdym go prosił o to, wprowadził mię do iednego domu, w którym obaczyłem xiążki tak mocno zbutwiałe, iż pleśń i zaduch tamowały we mnie odetchnienie.
Ciekawość mię wzięła obaczyć, co to były za pisma. Naypierwsza xięga, która mi w padła w ręce, była in folio. Autor (iak mogłem poznać naprędce) zbiiał zdania innych, którzy początek Sielan wyprowadzali od Siegalnow, twierdząc, iż pochodzą od Pilawów, ponieważ pi kładzie się czasem za sie, a odmieniaiąc wie za nie, wypada: Sielanie. Rzuciłem in folio i przystąpiwszy do innego stosu, spytałem się Satuma, iakie by w nim były xiążki? „Są to — rzecze — poetowie, których, iak widzisz, iest naywięcey, bo chuć rymowania iest na kształt choroby w ludziach, którey ciężko pozbyć. Butwieią tu za to, że nas nudzili. To — skazuiąc w inną stronę — są formularze listów i komplementów. To: proiekta bez skutku. To: słowniki różnego rodzaiu, seryarze, zbiory. To: krytyki tych, którzy sami nic nie pisali162. To: kopie tego, o czym iuż insi pisali”.
Prowadząc mię daley, Satumo wszedł do szczupłey izdebki, w którey trzy tylko były szafy i w nich porządnie xiążki ułożone. „Otoż — rzecze — światła nasze, które przez wdzięczność chowamy w wielkim poszanowaniu. Cokolwiek tam widziałeś pism butwieiących, nic nie znaydziesz takiego, czego by tu nie było. Ci autorowie, których tam widziałeś, nim ieszcze prawodawstwo nasze przepisało nam, aby przestawać na samey potrzebie, idąc za błędnym śladem przewodników swoich, stali się nieużytecznemi i pisma ich butwieią. Same tylko wielkie dowcipy163, nie daiąc się powodować iak bydło przewodnikowi, toruią sobie drogę do nieśmiertelności. A że są rzadkim płodem natury, dlatego widzisz tyle próżnego mieysca, które zostawuiemy164 szczęśliwszym po nas wiekom”.
Przypatruiąc się tym pismom, które tak bardzo poważał sobie sędziwy starzec: „O! iak bym był szczęśliwy — rzekłem do niego — gdybym ie mógł wszystkie przeczytać!”. Rozśmiał się Satumo i wychodząc ztamtąd165: „powiadałeś mi — rzecze — iż macie takie domy, gdzie lekarstwa dla chorych tak są porządnie zastawione iak podczas uczty stół dla zbytkuiących w potrawach. Gdyby który niepotrzebuiący tych lekarstw, obaczywszy ie, zawołał: »O! iak bym był zdrów, gdybym ziadł to wszystko!«, nie poczytałżebyś166 go za człowieka śmiesznego zdania? Z tym wszystkim, chęć życia wrodzona ludziom czyniłaby go w oczach moich mniey śmiesznym iak ty iesteś, chcąc to wszystko umieć, nad czym tylu ludzi tak długo pracowało”.
„Nie dziwuię się — rzekł daley — iż przy wielkiey wiadomości, którą w tobie uważam, tak mały masz rozsądek. Wielość wyobrażeń, obciążaiąc pamięć, osłabia mózg i przytępia rozum, tak iak wzrok sili się natężonym patrzaniem. Człowiek, maiąc tak doskonałą xięgę, iak iest świat ręką Naywyższey Mądrości stworzony, nie potrzebuie wielu wykładań, które by to dzieło ciemnieyszym ieszcze czyniły. Wszyscy, których pisma mamy w uszanowaniu, z tey xięgi czerpali swą umieiętność. Patrzałbyś z śmiechem na spragnionego, który maiąc przed sobą źrzodło, biegłby szukać strumyków, które dla płytkości swoiey ugasić w nim nie mogą pragnienia. Ale cóż masz z czytania bez braku xiążek, któremi się bawisz iak dziecię, przekładaiąc swe cacka. Uciecha ta odwołuie cię częstokroć od powinności człowieka i obywatela”.
Rozciągaiąc się daley nad skutkami, które czynią xiążki psuiące obyczaie, mieszaiące spokoyność, sprzeciwiaiące się ustawom religii i prawodawstwa, przydał na koniec, iż od tego czasu, iak prawodawca wyznaczył im granice, z których ciekawości nie wolno iest wyboczyć167, szczerość, ludzkość, obywatelstwo, praca i dobre obyczaie różnić ich poczęły od innych narodów.
W samey rzeczy przyznać to potrzeba, iż Sielanie są ludem nierównie szczęśliwszym iak polerowne168 narody. Nie znaiąc tey sztuki, która wykształca nasz sposob myślenia i uczy namiętności nasze używać słów zmyślonych, prawda, iż obyczaie ich są proste, ale naturalne i w samym obcowaniu postrzegać w nich zaraz można ten charakter duszy, z którym się taić iest u nas naywiększą umieiętnością.
Żyć w takim narodzie, miałbym się był169 za nayszczęśliwszego w świecie, gdyby miłość oyczyzny nie mieszała była spokoyności moiey. Ale często zastanawiaiąc się nad tym, iż powrót do niey nie był niepodobny, czyniłem sobie zawsze nadzieię, iż oglądać ieszcze kiedyżkolwiek mogę. Gdy mię coraz większa chęć do tego brała, umyśliłem na koniec wynurzyć myśli moie przed Satumem, który się często dał słyszeć z temi słowy: iż obierałby raczey śmierć dla siebie aniżeli utratę oyczyzny.
Upatrzywszy dla tego czas sposobny, odkryłem mu chęci moie. Starzec przez litość nade mną westchnął, widząc niepodobieństwo, abym to przywiódł do skutku. Ale gdym mu powiedział, iż dla miłości oyczyzny gotów byłem podać się na wszelkie niebezpieczeństwa, pozwolił mi na koniec, abym pracował około powrotu i przyobiecał pomoc swoią, bylebym w sekrecie czynił do tego przygotowania.
Zacząłem robić około balonu w ukrytym mieyscu, które mi wyznaczył Satumo. A że Sielanie nie znaią ani pasztetów, ani drugiego i trzeciego dania, ani konsomow, ani bulionów twardych, nie mógłbym był nigdy tyle nazbierać błonek z kiszek bydlęcych, ile potrzeba było na zrobienie balonu. Szczęściem osobliwszym znalazłem w tym kraiu pewny rodzay drzewa, którego łyczka lekkie i nieprzepuszczaiące przez siebie powietrza, były tak dobre iak błonki, z których robią balony. Mieszkańcy używaią tych łyczek zamiast tafel do okien, a napuszczone sokiem z innego drzewa tracą przezroczystość i służą za papier równie dobry iak nasz, który robiemy z płótna. Z tych łyczek w krótkim czasie zrobiwszy móy balon, zacząłem pracować około przysposobienia gazu.
Maiąc wszystko gotowe, prosiłem Satuma, aby mi pozwolił wziąć tyle złota i drogich kamieni, których kray ten miał wiele w sobie170, ile balon móy mógłby ze mną unieść, a gdy mi pozwolił z wielką łatwością, opatrzony w żywność pożegnałem starca, oświadczaiąc mu, iż ieżeli mię zachowa Opatrzność i doprowadzi szczęśliwie do oyczyzny, wielbić zawsze będę pamięć iego, używaiąc spokoynie daru, który z rąk iego odbierałem.
Satumo nie był nawet ciekawy patrzyć na móy odiazd, owszem prosił mię, abym taki czas obrał sobie, kiedy wszyscy Sielanie udadzą się na spoczynek. Uczyniłem zadosyć rozkazowi iego i o drugiey po północy puściłem się szczęśliwie w przedsięwziętą podróż.