II

W dworku szlacheckim z drzewa, lecz podmurowanym,

W ciemnej wieży Aldony, w cichej więźnia celi,

Gdzie czart kusił i słodko śpiewali anieli,

Lub nad brzegiem Świtezi modro malowanym...

W karczmie Rzym, gdzie Twardowski wychylał kielichy,

Na Krymie, kędy błyska lampa Akermanu,

Nad przestworem suchego płynąc oceanu,

Byłem z Tobą, ogromny i ogromnie cichy!

W dzieciństwie jeszcze, pomnę, nad brzegiem ruczaju,

I w śródmieściu krzykliwem, zmęczony i blady,

Powtarzałem oddawna tłumione ballady

O Maryli, o zbójcach, liljach i Tukaju.

Na rozmowy wieczorne, gdy ptak nocny sfrunie,

Wypływałem z najgłębszej głębi mego ducha.

Bóg pogardził mędrcami, a słów prostych słucha,

Taki sam w nocy cichej, jak w groźnym piorunie.

Młodość górną i chmurną Twoja pieśń okrutna

Przepaliła mi ogniem piekącym do głębi, —

Żeglarzu, ciągnij rudel! już nic nas nie gnębi,

Już się z pogodnych niebios oćma zdarła smutna!

Poezjo! twoja wieczna zabija udręka

I słowa nieśmiertelne ludzką krwią nasyca.

Nad brzegami Świtezi... przy świetle księżyca...

Ktoś chodzi... ktoś wspomina... ktoś tęskni... i klęka...