Rozdział VI
Powieść o natrętnym ciekawcu.
W bogatym i rozkosznym mieście Florencji, w państwie Toskańskim, żyło dwóch znakomitych kawalerów, Anzelm i Lotariusz, tak ścisłym węzłem przyjaźni połączonych, że ich dwoma przyjaciółmi pospolicie nazywano, w kwiecie młodości, byli równi prawie wiekiem i skłonnościami. Anzelm był więcej zalotny, Lotariusz lubił bardziej polowanie, kochając się jednak nade wszystko, byli w stanie zrobić sobie wzajem ofiarę ze swoich namiętności. Anzelm zakochał się szalenie w młodej, niezmiernie pięknej osobie, mieszkającej w tymże mieście. Była to osoba tak znakomita rodem i dostatkami, że Anzelm postanowił zawrzeć z nią związek małżeński, z przyzwoleniem swego przyjaciela, bez którego porady nic stanowczego nigdy nie przedsiębrał. Sam Lotariusz zażądał ręki Kamilli dla swego przyjaciela i usunąwszy w krótkim czasie trudności, oddał mu ten skarb, odbierając od obu małżonków tkliwe zapewnienia dozgonnej dla siebie wdzięczności. Dopóki trwały gody weselne, Lotariusz codziennie uczęszczał do Anzelma, był mu pomocą w przyjmowaniu gości i niecił wesołość na familijnych festynach. Gdy te się skończyły, gdy młoda para odebrała odwiedziny wszystkich znajomych i przyjaciół, sądził, że powinien zaprzestać ciągłego u nich przebywania w chwili, kiedy zażyłość i przyjaźń traci w części swoje prawa. Mimo całej miłości Anzelma dla swojej towarzyszki życia, spostrzegł on, że dawny przyjaciel nieco go zaniedbał; zarzucił go wymówkami z tego powodu i oświadczył, że nie ożeniłby się nigdy, gdyby był przewidział tę jego odmianę, że żona, którą pojął, wchodząc jako trzecia do dawnego związku, nie powinna osłabiać jego trwałości, że przezorność niestosowna nie powinna ich pozbawiać zarobionego i miłego im przydomku dwóch nierozłącznych przyjaciół, że Kamilla także jest zmartwiona jego oziębłością i zawsze z największym uradowaniem ogląda tego, co związek ich skojarzył. Na koniec Anzelm nie zaniedbał wszelkimi środkami naglić Lotariusza do odwiedzania go równie często, jak poprzednio, bez czego, jak utrzymywał, nie mógł być szczęśliwy.
Lotariusz odpowiedział z całą skromnością i rozsądkiem, które przekonały Anzelma o jego wysokiej delikatności i godząc przyjaźń z przyzwoitością, postanowili, że Lotariusz trzy lub cztery razy na tydzień będzie siadał do stołu Anzelma; Lotariusz przyrzekł dla zadowolenia swego przyjaciela i spełnił przyrzeczenie z całą oszczędnością jego dobrej sławy, która mu była równie droga, jak własna. Mawiał mu często, że najpewniejszym będąc cnoty swej małżonki, nie może zanadto nad nią czuwać, bo świat skłonny jest najprostszy i najniewinniejszy postępek każdej młodej i pięknej kobiety podać w podejrzenie, dla zabawienia się kosztem cudzej sławy. Podobnymi radami i zdaniami przekonał Anzelma o potrzebie nie tak ścisłej, jak poprzednio, zażyłości i rzeczywiście widywali się bardzo rzadko.
Mało zapewne znajdzie się przykładów podobnej przyjaźni i nie wiem, czy ktokolwiek czuwałby z większym staraniem nad honorem swego przyjaciela i umyślnie rzadziej go widywał z obawy, aby jego odwiedziny na złe nie tłumaczono i to w wieku młodym, kiedy nie zwykło się robić uwag, kiedy pomija się wszystkie względy dla rozkoszy i zabawy. Mimo to, przy żadnym widzeniu się dwóch przyjaciół nie obeszło się bez wymówek, z których Lotariusz, trafnie się tłumacząc, umiał zawsze usprawiedliwić swoje odosobnienie i ułagodzić Anzelma.
Gdy pewnego dnia przechadzali się razem za miastem, Anzelm, biorąc za rękę przyjaciela, rzekł do niego:
— Czy wierzysz, Lotariuszu, że przy obfitych darach nieba, znakomitości rodu, dostatkach, a nade wszystko miłości Kamilli i twojej przyjaźni, nie jestem szczęśliwy. Jestem pod wpływem dziwnego i niewytłumaczonego uczucia i niespokojności bez żadnego powodu, której pozbyć się nie umiem. Wyznaję ze wstydem, że to jest jakieś przywidzenie szalone; w każdej chwili je sobie wyrzucam, ale ono opanowało cały mój umysł i całą duszę. Nie mogąc mu stawić oporu, szukać chce rady u tego, który przekonał mnie, że czuwa nieustannie nad moją sławą i spokojem. Po tym wyznaniu nie szydź ze mnie Lotariuszu, raczej mnie żałuj; daj lekarstwo i wróć swoim staraniem to wesele myśli, które utraciłem.
Lotariusz, zadziwiony mową Anzelma, ani jej celu nie mogąc przewidzieć, na próżno starał się wytłumaczyć sobie to dziwaczne uczucie, prześladujące przyjaciela, a nie chcąc wyjść z przykrego położenia odrzekł, że robi krzywdę przyjaźni, używając wybiegu dla otworzenia mu swego serca, i zapewniał go, że jeżeli złe jest bez lekarstwa, pomoże mu przynajmniej znieść je i osłodzić.
— Kochany przyjacielu — odpowiedział Anzelm — wstyd mi doprawdy, żem się wahał, lecz nie mogę bez zarumienienia się odkryć ci myśli swoich nierozsądnych.
Dowiedz się więc o moim szaleństwie, ponieważ chcesz, i daj mi pomoc, której od ciebie tylko spodziewać się mogę.
Chciałbym wiedzieć, czy Kamilla jest mi wierna sercem tak, jak sądziłem dotąd. Nie mogę się o tym przekonać, jak poddając ją ostatecznej próbie, bo wyobrażam sobie, że to, co nazywają cnotą kobiety, jest podobne do fałszywej monety, która ma blask złota lub srebra, lecz w tyglu z dymem idzie wniwecz. Wyraz cnota jest zwodniczy, jest to piękny pozór, który ukrywa wielkie wady i sądzę, że cnotliwymi nazywać można tylko te kobiety, których uwieść nie są w stanie ani obietnice, ani dary, ani łzy i wytrwałość kochanków. Nie jest cudem kobieta rozsądna, której mąż nie daje powodu być inną, gdy nie ma dosyć wolności, gdy nikt o jej względy się nie ubiega. Widzisz więc, Lotariuszu, że niewiele szacuję cnotę z obawy lub braku sposobności, tę tylko cenię, która nie da się niczym oślepić i oprze się wszelkim zasadzkom. Czy taka jest cnota Kamilli, sprawdźmy wszystkimi możliwymi sposobami. Wiem, że doświadczenie będzie niebezpieczne, ale nieprzekonany nie zakosztowałbym nigdy szczęścia. Jeżeli Kamilla wytrwa, będę najszczęśliwszym z ludzi, jeżeli upadnie, odniosę przynajmniej tę smutną korzyść, że nie będę igraszką dotychczasowego mniemania i ufności w kobietę, jak wielu innych.
Nie staraj się odwrócić mnie od zamiaru, który wydawać ci się może śmiesznym, twoje usiłowania byłyby próżne, raczej chciej mi być powolny. Staraj się przekonać Kamillę, że ją kochasz, otocz ją wszelkimi staraniami, nie szczędź darów, ani obietnic. Bądź przekonany, że to będzie najwymowniejszy dowód twojej dla mnie przyjaźni i dziś jeszcze zacznij działać.
Gdy Anzelm przestał mówić, Lotariusz wpatrywał się z zadziwieniem w swego przyjaciela.
— Czy mam uważać twoje słowa za żart — zapytał — i czy sądzisz, żem je inaczej uważał, nie przerywając ci od początku? Zdaje mi się, że nie znasz mnie, ani siebie. Gdybyś był cokolwiek rozważniejszy, nie chciałbyś mnie obciążać podobnym zleceniem; można posługiwać się przyjaźnią do pewnego kresu, bez jej pokrzywdzenia; a kiedy się ma zamiar użyć przyjaciela, to zapewne nie w sprawach przeciwnych zdrowemu rozsądkowi, z których żadna korzyść wyniknąć nie może. Chcesz, abym żonę twoją uwiódł darami, abym się starał być od niej kochanym, lecz, jeżeli pewnym jesteś jej cnoty, czegóż nad to pragniesz? czyż moje zabiegi zwiększą jej zasługę? W samej rzeczy sam nie wiesz, czego się domagasz. Jeżeli powątpiewasz o rozsądku Kamilli, pozostań w niepewności, która przy twoim złem o kobietach mniemaniu nie będzie na teraz niekorzystna, pamiętaj, drogi Anzelmie, że honor kobiety zawisł od sławy, jakiej używa w świecie; poprzestań w tym razie na zdaniu innych, a znając ułomność kobiet, nie stawiaj im zasadzek przez próżną ciekawość i chęć doświadczenia, czy ich uniknąć potrafią; bo kobieta jest to lśniące zwierciadło, które oddech kazi, kwiat, który więdnie za dotknięciem. Przypominam sobie z tej okoliczności kilka wierszy z komedii, które chętnie powtórzę:
Dobry starzec, radząc ojcu pilnować córkę i nie polegać na nikim, między innymi powiada:
Kobieta jak szkło jest krucha,
Więc próbować, chowaj Boże!
Bo rzucona stłuc się może.
Za przyczyną złego ducha.
Więc tylko szał może sprawić
By rzecz, która raz stłuczona
Nie może już być spojona,
Na niepewną próbę stawić!
To zdanie nabawia dreszczu,
A jednak słuszne jest przecie,
Bo choć są Danae w świecie,
Nie brak i złotego deszczu.
— Mówiliśmy dotąd w twoim interesie — rzecze dalej Lotariusz — pozwolisz, że powiem kilka słów w swoim. Uważasz mnie jako dobrego przyjaciela, a przecież chcesz pozbawić mnie honoru i chcesz, abym ci odmówił szacunku, jaki miałem dotąd dla ciebie. Jeżeli zrobię wyznanie miłości Kamilli, sprawiedliwie uważać mnie będzie jako zdrajcę, który nie lękał się zdeptać świętych praw przyjaźni i który poświęcił występnej namiętności dobrą sławę przyjaciela. Czymże usprawiedliwię śmiałość, do której mnie nie upoważniła cieniem występku? gdyby się okazała uległą, Anzelmie, mamże ją zdradzić? gdy tego nie uczynię, uznam sprawiedliwą jej nienawiść i zemstę dla człowieka, który wydarł jej dobre imię i zyskane wyznania miłości zaprawił wzgardą, a łatwowierność okrył śmiesznością? Jeżeli postępek mój usprawiedliwić zechcę twoją namową, cóż pomyśli o tym, który podjął się tak nikczemnej roli, o tym, który ją zlecił? przez niewczesną uczynność wniósłszy niepokój w łono familii, cóż powiem ludziom, którzy mi słusznie wyrzucać będą mój haniebny postępek? nie staniemyż się obaj pośmiewiskiem świata, mając dotąd jego szacunek? Wierzaj mi, Anzelmie, i pozostań w mniemaniu, które ci zapewnia pokój, rozważ, że w swoim szalonym zamiarze stawiasz na kartę wszystko przeciw niczemu, bo wreszcie, gdyby nawet próba dowiodła niewinności twojej żony, byłbyś nadto boleśnie zranionym i skazałbyś się sam na wleczenie uciążliwego życia, a przyjaciela na mękę tego smutnego widoku. Jednym słowem, zrzecz się wszelkiej nadziei odwiedzenia mnie, odmawiam żądaniu, które mnie obraziło najmocniej, po tysiąc razy odmawiam, chociażby to odmówienie kosztowało mnie twoją przyjaźń, której utratę uczułbym mocno.
Mowa Lotariusza przeraziła jego przyjaciela, który po pewnym czasie przyszedłszy do siebie, mówił:
— Mój dobry Lotariuszu, słuchałem cię z uwagą i pociechą, w odmówieniu twoim widzę dowód rozsądku i przyjaźni, wyznaję, że żądanie moje było niesprawiedliwe, że jego spełnienie może mieć najgorsze skutki, że spełniając zamiar, powzięty z zaślepieniem, rzucam się w przepaść, ale wyznać ci muszę, że jestem dotknięty chorobą, zastraszająco rosnącą i domagającą się śpiesznego ratunku. Następstwa mojego szalonego przedsięwzięcia tak dobrze zabić mnie mogą, jak uzdrowić, ale bez próby bezwarunkowo umieram. Ukrywałem długo cierpienia swoje w nadziei, że je zwalczę, walki nie wytrzymałem i dlatego o ratunek cię wzywam. Nie opuszczaj człowieka, który utracił rozum, uważaj mnie jak chorego, który nie wie, czego żąda. Doświadcz Kamilli łagodnymi i umiejętnymi sposobami, ona nie jest tak słaba, aby ci się oddała za pierwszym natarciem, a wtedy po części zwyciężonego już zdrowymi twoimi radami ten dowód przekona i uzdrowi. Inaczej, Lotariuszu, zmusisz mnie do zwrócenia się do kogo innego, który może zdradzi moje zaufanie, kiedy ty tak mało potrzebujesz uczynić, aby mi wrócić szczęście, aby zapewnić trojgu spokój na zawsze. Na koniec zaufaj mojej zręczności, jeżeli wyznać przyjdzie Kamilli nasz podstęp, osłonię go pozorem niewinnego żartu, który nie może jej obrazić.
Lotariusz, widząc upór przyjaciela i niebezpieczeństwo odmówienia, przyjął zobowiązanie, przyrzekając sobie prowadzić rzecz tak zręcznie, aby bez urażenia żony zadowolić męża.
— Nie masz potrzeby zwierzać się nikomu — rzecze Lotariusz — przyjaźń każe mi nie odmawiać dziwacznej posługi, której żądasz.
Anzelm uściskał przyjaciela, jak gdyby mu powrócił życie i po tysiącu podziękowań skłonił do niezwłocznego działania, obiecując ułatwić sam na sam z Kamillą.
Przepędził noc na rozmyślaniu, a nazajutrz poszedł na obiad do Anzelma. Kamilla przyjęła go jak zwykle z uradowanym obliczem, z chęci zadowolenia małżonka, wreszcie z własnego usposobienia. Po obiedzie oświadczył, że dla załatwienia pewnej ważnej sprawy przymuszony jest wydalić się na kilka godzin, że po powrocie będzie miał do pomówienia z Lotariuszem, dlatego prosi go, aby chciał przez ten czas pozostać z Kamillą, która dorzuciła kilka słów zobowiązujących, aby go zatrzymać. Lotariusz, znajdując się w najniebezpieczniejszym położeniu, udał znużenie, potrzebę naglącą snu, czym się tłumacząc, usiadł w krześle i zasnął, a przynajmniej udawał śpiącego. Anzelm, powróciwszy, zastał Kamillę w tym samym pokoju i śpiącego Lotariusza. Czekał jego przebudzenia się, aby powziąć wiadomość o tym, co zaszło. Lotariusz oświadczył, że nagłym wyznaniem miłości bojąc się rozgniewać Kamillę, ograniczył się na pierwszy raz pochwałą jej wdzięków i oświadczeniem, że głos powszechny zazdrości i pochwala wybór Anzelma, przez co zdaje mu się, że usposobił Kamillę do łatwiejszego przyjęcia wyznań, które ma jej zrobić później.
To zaczęcie zadowolniło Anzelma, który obiecał przyjacielowi ułatwić codzienne sam na sam z Kamillą, nie uciekając się, jak dzisiaj, do potrzeby wydalania się z domu, co mogłoby obudzić podejrzenie małżonki.
Tak minęło dni kilka. Lotariusz nic nie powiedział Kamilli, upewniając jej męża, że mówił i że nie ma żadnej nadziei być wysłuchanym łaskawie, że przeciwnie, zagroziła mu oskarżeniem przed mężem i zerwaniem wszelkich stosunków, gdyby się poważył wznowić te niebezpieczne mowy. Anzelm nie poprzestał na tym; zresztą przeznaczenie jego nie pozwalało mu poprzestać.
— Kamilla — rzecze — oparła się słowom; zobaczymy, Lotariuszu, czy będzie miała moc oprzeć się czynom, wręczę ci jutro dwa tysiące czerwonych złotych i drugie tyle na zakupienie klejnotów! Kobiety nade wszystko przekładają strój, najrozsądniejsze ulegają tej nierozważnej ponęcie. Jeżeli Kamilla wyjdzie zwycięsko z tej próby, nie będę cię więcej trudził.
— Dokończę dzieło rozpoczęte — rzekł Lotariusz — ale uprzedzić cię mogę, że usiłowania będą bezskuteczne.
Nazajutrz punktualny Anzelm wręczył Lotariuszowi cztery tysiące dukatów, pogarszając tym przykre jego położenie.
Lotariusz odważył się raz jeszcze powiedzieć, że Kamilla była niezwyciężoną, że dary nie zrobiły więcej niż słowo i że dalsze usiłowania ściągną jej nienawiść, jako całą korzyść przedsięwzięcia. To upewnienie wystarczyłoby zupełnie dla kogo innego, ale Anazelm nie był już panem obłąkanego umysłu, nie dającego się ukoić.
Pewnego dnia, zostawiwszy sam na sam Kamillę i Lotariusza, ukrył się w przyległym pokoju. Lotariusz przez całą godzinę nie otworzył ust, co go przekonało, że cała powieść Lotariusza o wymówkach Kamilli była zmyśleniem. Aby się lepiej upewnić, wszedł do pokoju i wziąwszy na bok przyjaciela, zapytał, w jakim dziś jest usposobieniu Kamilla?
— W najgorszym — odpowiedział Lotariusz — zarzuciła mnie wymówkami pełnymi goryczy i nienawiści i odjęła mi śmiałość działania.
— Ach! tak to spełniłeś, coś mi przyrzekł? zawiodłem się na twojej przyjaźni; wiedziałem, żeś nie mówił z Kamillą i nie wątpię, że jestem twoją igraszką. Dlaczego wzbraniasz się uciec do cudzego współdziałania, kiedy odmawiasz mi sam przysługi?
Lotariusz, przekonany o kłamstwie, starał się ułagodzić Anzelma i zobowiązał się przysięgą, że się wywiąże z danego przyrzeczenia. Anzelm, aby mu zostawić więcej wolności, udał się na osiem dni na wieś, na prośby jednego ze swych przyjaciół, które były dostateczne do usprawiedliwienia go w oczach Kamilli.
Anzelm, wyjeżdżając, oświadczył Kamilli, że oddaje ją pod opiekę Lotariusza, który codziennie przychodzić będzie do niej na obiad, i domagał się dla niego względów takich, jak dla siebie samego. Rozkaz Anzelma sprawił pewną przykrość Kamilli; dała mu ją poznać z umiarkowaniem.
— Nie znajduję przyzwoitym — mówiła — przyjmować Lotariusza w czasie twojej nieobecności, ale jeżeli mnie sądzisz niezdolną do załatwiania spraw domowych, pozwól na teraz zrobić próbę, abym cię mogła przekonać inaczej.
Anzelm oświadczył, że postanowił nie odstępować od swego żądania i wyjechał.
Lotariusz poszedł nazajutrz odwiedzić Kamillę, która go przyjęła z uprzejmością i godnością. Ale, pozostając zawsze w towarzystwie osób domowych, a najczęściej Leonelli, młodej dziewczyny, z którą się razem wykarmiła i którą czule kochała, nie dawała naumyślnie sposobności Lotariuszowi pozostawania z nią sam na sam. Przez trzy dni pierwsze Lotariusz nie zrobił żadnego kroku, chociaż mógłby znaleźć sposobność, podczas gdy domownicy obiadowali. Przezorna Kamilla kazała Leonelli wprawdzie pierwej obiadować, aby jej nigdy nie zostawiała samą, ale młoda dziewczyna, która zapewne o czym innym myślała, mało się troszcząc o rozkazy pani, narażała ją często na pozostawanie sam na sam z Lotariuszem. Lotariusz nie korzystał z chwili, czy to przez chęć oszukania raz jeszcze przyjaciela, czy z obawy dopuszczenia się niegodnego żartu z Kamilli, która ze słodyczą i pięknością łączyła tyle skromności i nakazującej poszanowanie godności. Ale ta względność Lotariusza, to milczenie uporczywe, dały, niestety, inny kierunek jego myślom, a wdzięki Kamilli zaczęły wywierać wrażenie, którego nie chciał dopuścić. Zachowując ciągle milczenie, podziwiał jej piękność i zaledwie zwracał oczy na nią, gdy tego wymagała przyzwoitość; z czasem pilnie zaczął się wpatrywać w tę piękną twarz, w czym znalazł tyle rozkoszy, że już nie mógł sobie odmówić ciągłego jej używania. Na koniec miłość wznieciła się w jego sercu i urosła zanim się o jej przeświadczył bytności. Wtedy ileż zniósł mąk i jak straszną przebył walkę rodzącej się miłości z obowiązkami przyjaźni dla Anzelma. Po tysiąc razy wyrzucał sobie uległość dla nierozważnego przyjaciela. Chciał uciekać, ale rozkosz widzenia Kamilli zawsze go wstrzymywała, zwyciężyły go piękność, słodycz, przymioty tej kobiety, a może przeznaczenie, które chciało ukarać nierozwagę Anzelma. Mniemał, że trzydniowe samotne walki uwalniały go od obowiązków przyjaźni, a mając tylko na względzie miłość, przy której giną wszystkie inne względy, nagle dał poznać Kamilli gwałtowność swoich uczuć.
Kamilla, zdziwiona wyznaniem niespodziewanym, nie wyrzekłszy słowa, powstała z miejsca i odeszła do drugiego pokoju. To wzgardliwe odepchnięcie nie zraniło natenczas Lotariusza, dodało Kamilli w jego oczach więcej szacunku i zwiększyło miłość. Postanowił kończyć zaczęte dzieło, nie tracąc nadziei.
Tymczasem Kamilla, namyśliwszy się nad środkami, jakie wypadało jej przedsięwziąć, uważała za najpewniejsze odmówić Lotariuszowi widywania jej i posłała natychmiast przez służącego następujący list do Anzelma:
„Dałeś mi dowód wysokiego zaufania, zostawiając mnie samą, jestem ci za to wdzięczną. Ale zdaje mi się, że przez to naraziłeś mnie na przykrość, nie będąc zazdrosnym o mnie, która mam twój szacunek. Kochając cię czule, nie mogę dłużej znieść twojej nieobecności, która mnie stawia w położeniu tak przykrym i delikatnym, że zmuszona będę uciec się do mego ojca, jeżeli nie przybędziesz natychmiast. Zdaje mi się, że ten, któremu zaleciłeś opiekę domu, ma więcej swoje niż twoje sprawy na widoku. Jesteś przezorny i roztropny, nic ci więcej nie powiem”.