SCENA II

Kleant, Doryna

KLEANT

O ja nie pójdę za nią, wolę tu pozostać,

Niż jeszcze reprymandę23 przy drzwiach od niej dostać,

A to sobie staruszka, co jeszcze wytrzyma...

DORYNA

Czemuż tego nie słyszy! Szkoda że jej nie ma!

Powiedziałaby panu z miną zagniewaną:

Jeszcze nie jestem w wieku, aby mnie tak zwano.

KLEANT

A to furia24! doprawdy, jakaś dziwna zmiana; —

Snać25 przez tego Tartuffe’a taka opętana.

DORYNA

Z tego niech pan pojęcie o synu wytworzy.

Jak go zobaczysz, powiesz: no tutaj to gorzéj!

W służbie królewskiej dawał dowody odwagi,

Był pełen poświęcenia i męskiej rozwagi;

Teraz ten człowiek chodzi jakby ogłupiały,

Tak tym nędznym Tartuffem zajęty jest cały.

Nazywa go swym bratem i kocha go więcéj

Stokroć niż żonę, dzieci. Od kilku miesięcy

Wszystkie swoje sekreta26 zwierza mu najszczerzéj;

Co on każe, to robi; jak w świętego wierzy;

Pieści go i całuje, że, sądząc najprościéj,

Dla kochanki nie można mieć większej miłości.

Przy stole pierwsze miejsce daje mu jak księciu

I cieszy się, gdy żarłok zjada za dziesięciu;

A gdy na odbijanie tamtemu się zbiera,

Ten woła w tejże chwili: niech cię Pan Bóg wspiera.

Prawie — szaleje za nim, w nim widzi świat cały,

Bez przestanku27 na ustach ma jego pochwały;

To jest jego bohater, jego serce, głowa,

Uwielbia go, powtarza tylko jego słowa;

Każdy wyraz wyrocznią, — tak z nim myśli zgodnie;

A cokolwiek on zrobi, to cud niezawodnie.

Tamten zna swą ofiarę, więc się też wysila,

Aby go pozorami omamiać co chwila,

Wyłudzając u niego pieniądze nieznacznie.

Cóż dopiero gdy na nas wszystkich zrzędzić zacznie,

Nie daruje nikomu. Lecz nie dosyć jeszcze;

Ten bałwan, jego lokaj, chwycił nas w swe kleszcze;

Prawi nam reprymandy śmiesznie niesłychanie.

I wyrzuca róż, muszki nasze i ubranie;

Hultaj ten tak się wczoraj już zapomniał przecie,

Że podarł chustkę, którą znalazł w Świętych Kwiecie,

Mówiąc, że to jest zbrodnia straszna, niesłychana,

Mieszać ze świętościami przybory szatana.