SCENA CZWARTA

PAN NIEDZIELA, SGANAREL.

SGANAREL

Trzeba przyznać, że pan masz w moim panu szczerego przyjaciela.

PAN NIEDZIELA

To prawda. Tak jest na mnie łaskaw, taki uprzejmy, że nigdy bym się nie ośmielił upomnieć o pieniądze.

SGANAREL

Upewniam pana, że cały nasz dom dałby się zabić za pana. Chciałbym doprawdy, aby cię nawiedziło jakie nieszczęście, aby się ktoś ośmielił, na przykład, przetrzepać cię kijem, przekonałbyś się wówczas czy...

PAN NIEDZIELA

Wierzę bardzo; ale, mój Sganarelu, proszę cię, chciej mu szepnąć słówko o mojej należności.

SGANAREL

Och, niech się pan o to nie kłopocze, zapłaci panu wszystko do szeląga.

PAN NIEDZIELA

Ale i ty, Sganarelu, jesteś mi coś winien na własny rachuneczek.

SGANAREL

Fe, nie mów mi pan o tym.

PAN NIEDZIELA

Jak to, ja...

SGANAREL

Czyż ja sam nie wiem, że panu jestem dłużny?

PAN NIEDZIELA

Tak, ale...

SGANAREL

Proszę, panie Niedziela, poświecę panu.

PAN NIEDZIELA

Ale moje pieniądze?

SGANAREL

biorąc go za ramię:

Czy pan żartuje?

PAN NIEDZIELA

Chciałbym...

SGANAREL

ciągnąc go:

Ech!

PAN NIEDZIELA

Zdaje mi się...

SGANAREL

popychając go ku drzwiom.

Głupstwo!

PAN NIEDZIELA

Ależ...

SGANAREL

popychając go jeszcze.

Fe!

PAN NIEDZIELA

Ja...

SGANAREL

wypychając go zupełnie za drzwi;

Fe! Fe! powiadam panu.