SCENA PIERWSZA

KAROLKA, PIETREK.

KAROLKA

Najświętsza Panienko, Piotrusiu, ależ przyniosło cię tam w samą porę!

PIETREK

Dalibóg, brakło tylko włoska, a byliby obaj potonęli.

KAROLKA

Więc to ten rańszy23 wicher wywrócił im łódkę?

PIETREK

Posłuchajże, Karolka, opowiem ci wiernie wszystko, jak się stało, bo przecież to ja pierwszy spostrzegłem ich z daleka, niby mówię że pierwszy ich spostrzegłem. Staliśmy więc na brzegu, niby gruby Łukasz i ja, i rzucaliśmy sobie, ot, tak, przez żarty, grudki ziemi na głowę; bo, jak ci przecież wiadomo, gruby Łukasz lubi czasem poswywolić, a i ja także lubię czasem. Więc owo, przy tych żarcikach, niby podczas tego żartowania, widzę z daleka coś, co się gmyrze w wodzie i przybliża się jak gdyby ku nam po troszeczku. Widzę to najoczywiściej, a potem nagle widzę, że już nic nie widzę. Ej, Łukaszu (tak niby powiadam), coś mi się widzi, że tam ludzie płyną. Idźże, idź (on mi tak na to powiada), uroiłeś sobie i coś ci się majaczy. Dalibóg (tak ja powiadam), wcale mi się nie majaczy, tylko to ludzie. Wcale nie (tak on powiada), w oczach ci się troi. Chcesz się założyć (tak ja powiadam), że mi się nic nie troi (powiadam), i że dwóch ludzi (powiadam), płynie prosto ku nam. Wciurności (tak on powiada), trzymam zakład, że wcale nie. Ano, dobrze (tak ja powiadam), chcesz się założyć o dziesięć groszy, że płyną? Juści, że chcę (tak on powiada), i, żeby ci pokazać, kładę tu pieniądze (powiada). Ja tam ani nie mam źle w głowie, ani mi klepek nie brakuje; więc jak nie cisnę ci na ziem cztery grosze pojedyncze a sześć dwojaczkami, psiakość, tak sobie, ot, jakbym łyknął miarkę wina; ja już taki setny chłop jestem: jak idę, to na całego. Ale ja wiedziałem dobrze, co robię. Oho! Ja nie głupi! Ano tedy, ledwieśmy się założyli, aż tu widzimy całkiem wyraźnie dwóch ludzi, którzy migają na nas, żeby do nich podjechać: a ja najpierw łap za nasze stawki. Chodźmy, Łukaszu (tak ja powiadam), widzisz przecie, że nas wołają; lećmy prędko na pomoc. Nie pójdę (on tak powiada), przez nich przegrałem. Dalejże znów ja, żeby z nim dojść do ładu, zacząłem mu w porządku głowę suszyć, ażeśmy wreszcie wtarabanili się do łodzi, i póty się z nimi parali, ażeśmy ich wyciągnęli z wody, a potem ich zaprowadziłem do nas do domu do ognia, a potem oni się rozdziali do naga, aby się wysuszyć, a potem jeszcze przyszło dwóch z tej samej bandy, co się wyratowali sami, i potem przyszła Małgośka, a jeden zaczął do niej robić słodkie oczy. Ano, więc już wiesz, Karolciu, jak się to wszystko odbyło.

KAROLKA

Prawda, mówiłeś, Piotrusiu, że jeden z nich daleko jakoś wspanialej wygląda niż tamci?

PIETREK

Tak, to niby ich pan. To musi być jakiś gruby, gruby pan, bo ma złota na ubraniu od góry aż do samiutkiego dołu; a ci, którzy mu służą, to także panowie całą gębą; a przecie, choć taki gruby pan, dalibóg, byłby utonął, gdyby mnie tam nie było.

KAROLKA

Patrzajcie no!

PIETREK

Oho, żeby nie my, to by z nim było krucho.

KAROLKA

I on jeszcze siedzi u ciebie cały nagi, Piotrusiu?

PIETREK

Ale gdzie, przecie ubrali go tamci przy nas wszystkich. Panie Boże, jeszcze nie widziałem nigdy takiego ubierania. Co to za historyje i za figielasy wieszają na siebie ci panowie ze dworu! Ja bym się tam pogubił w tym wszystkim, i całkiem zgłupiałem, kiedym na to patrzył. Słysz, Karolka, mają ci włosy, co nie wyrastają na głowie, i nasadzają je sobie tylko na łeb, niby czapę. Mają koszule, a przy nich takie rękawy, żebyśmy oboje wleźli do nich z nogami, niby ty i ja. Zamiast portek noszą ci fartuchy, takie szerokie jak od dziś do Wielkiejnocy; miast kubraka kamizolę, co im nawet pępka nie przykrywa; a zamiast kołnierza na szyi wielką chustę całą dziurkowaną, a przy niej cztery wielkie chwasty, co im dyndają aż kasik24 na brzuchu. Mają też kołnierzyczki naokoło rękawów, i wielkie leje też całe w takie dziureczki u portek, a na tym wszystkim tyle wstążek, tyle wstążek, że aż obrzydliwość. Nawet trzewiki całe są napakowane wstążkami od góry do dołu; a takie są przy tym, że, gdybym w nie wlazł, to bym na pewno kark skręcił.

KAROLKA

Rany boskie, Piotrusiu, ja to muszę koniecznie zobaczyć.

PIETREK

Ooo! Posłuchaj no wprzódy, Karolka. Muszę ci przedtem co insze powiedzieć.

KAROLKA

No, gadaj; niby o co?

PIETREK

Ano, widzisz, Karolka, trzeba, jak to mówią, żebym ci wypaproszył swoje serce. Ja cię kocham, wiesz o tym, i niby mamy się pobrać niedługo, a z tym wszystkim, dalibóg, mnie się to jakoś nie widzi w porządku.

KAROLKA

Niby względem czego? O cóż tobie chodzi?

PIETREK

O to chodzi, że się czegoś przez ciebie markocę.

KAROLKA

Że co?

PIETREK

Do paralusza25! Że ty mnie nie kochasz.

KAROLKA

Haha! Tylko tyle?

PIETREK

Tylko tyle, ale to i dosyć.

KAROLKA

Mój Boże, Piotrusiu, ty mi zawsze gadasz jedno i to samo.

PIETREK

Gadam ci zawsze jedno i to samo, bo też i jest zawsze jedno i to samo; gdyby nie było zawsze jedno i to samo, nie gadałbym ci zawsze jedno i to samo.

KAROLKA

Ale o co ci chodzi? Czego ty chcesz?

PIETREK

Chcę, do choroby, żebyś mnie kochała.

KAROLKA

Alboż ja ciebie nie kocham?

PIETREK

Nie, ty mnie nie kochasz, choć ja robię, co tylko mogę, żebyś mnie kochała. Kupuję ci, nie wymawiając, wstążki u wszystkich kramarzy, którzy do nas zachodzą; mało karku nie skręcę, żeby ci szpaczki wybierać z gniazdek; płacę kobziarzy, żeby ci wygrywali, kiedy przyjdą twoje imieniny; a to wszystko tak jakby łbem tłuc o ścianę. Widzisz, Karolka, to nieładnie ani uczciwie nie kochać kogoś, kiedy ciebie ktoś kocha.

KAROLKA

Mój dobry Boże, kiedy ja ciebie też kocham.

PIETREK

Phi! Ładne mi kochanie!

KAROLKA

A cóż ty chcesz, żebym robiła?

PIETREK

Chcę, żebyś robiła tak, jak się robi, kiedy się kogo kocha jak należy.

KAROLKA

A czy ja cię nie kocham jak należy?

PIETREK

O, nie; to, to zaraz widać. Jak się kogoś kocha, tak z całego serca, to się z nim ciągle wydziwia to i owo. Popatrz na grubą Kasię, co to się durzy w młodym Kasperku; ciągle jej pełno koło niego, zawsze się z nim droczy, chwili spokoju mu nie da. To mu coś spsoci, to mu wpakuje, przechodząc, szturchańca; ot, kiedyś, siedział na zydelku, a ona, jak go nie wyrwie spod niego, aż rymnął jak długi na ziemię. Ot, widzisz, tak się poznaje, że się ludzie ze sobą kochają; ale ty, ty nigdy do mnie i słówka nie zagadasz, jesteś jak ten kołek z drewna; mógłbym przejść koło ciebie i dwadzieścia razy, a ty byś się nie ruszyła, żeby mi bodaj jednego kuksa wsunąć pod ziobro, albo zagadać do mnie. Do ciężkiej choroby! To niedobrze tak; jakoś niby serdeczniej trzeba sobie z ludźmi poczynać.

KAROLKA

Cóż ja pocznę? Takam już widać na świat przyszła, a na nowo się nie urodzę.

PIETREK

Nikt się taki nie urodził. Jak kto kogo lubi, to zawsze mu to jakoś pokaże.

KAROLKA

No to kocham cię tak, jak umiem, a kiedym ci nie do smaku, wolna droga; możesz sobie kochać inną.

PIETREK

Ot i masz, jakaś ty dla mnie! Czy gdybyś mnie kochała, mówiłabyś tak do mnie?

KAROLKA

To po co mi głowę wciąż kotłujesz?

PIETREK

Do diaska, a cóż ja ci złego robię? Chcę tylko, żebyś mnie trochę lubiła.

KAROLKA

No to mnie zostaw i nie napieraj tak mnie. Może to jakoś przyjdzie później.

PIETREK

No to daj łapę, Karolka.

KAROLKA

dając mu rękę:

No więc masz.

PIETREK

Przyrzeknij mi, że będziesz się starać, żeby mnie więcej lubić.

KAROLKA

Zrobię, co będę mogła, ale to musi przyjść tak samo z siebie. Piotruś, czy to ten pan?

PIETREK

Tak, to on.

KAROLKA

Ach, ty mój Boże, jaki on śliczny! Co by to za szkoda była, gdyby się utopił.

PIETREK

Ja zaraz tu wrócę; pójdę wypić półkwaterek, żeby się skrzepić po rannej mordędze.