SCENA PIERWSZA

ARNOLF sam.

W istocie, że mi trudno dzisiaj zagrzać kąta:

Umysł mój się tysiącem trosk ciągle zaprząta,

Jak w mym domu przywrócić spokój raz zmącony

I znaleźć przed tym drabem środki do obrony.

Z jakiem czołem przyjęła mnie znów ta zdrajczyni!

Gdybyż bodaj cień żalu na to, co mi czyni:

Nie! choć w me życie godzi jej zamach zbrodniczy,

Widząc ją, rzekłby człowiek, że to trzech nie zliczy!

Im bardziej ona zda się spokojna, pogodna,

Tem okropniej się we mnie żółć porusza do dna;

Cóż, gdy gniewu zapędy, od których drżę cały,

Zwiększają jeszcze moje miłosne zapały.

Byłem zły, zrozpaczony, wściekły na tę zdradną,

A jednak nigdy mi się nie zdała tak ładną,

Nigdy nie lśniły oczy jej równie błyszczące,

Nigdy mnie tak nie parły pokusy palące;

I czuję, że mi chyba przyjdzie zdechnąć marnie,

Gdyby los na zawodu skarał mnie męczarnie.

Jak to! miałżebym czuwać nad jej wychowaniem,

Z czułością tak gorliwą, z tak szczerem oddaniem,

Miałbym ją w domu swoim chować od maleństwa,

Nadziei tyle wiązać do tego małżeństwa,

Budzące się jej wdzięki śledzić tkliwym wzrokiem,

I lat trzynaście chować ją tutaj pod bokiem,

By młody błazen, co jej dziś przypadł do smaku,

W mych oczach obrabował mnie z tego przysmaku!

I to dzisiaj, gdy jest mi przez pół zaślubioną!

Nie, tam do licha! jeszcze tego nie sądzono;

Próżno się kręcisz, bratku; albo ja kark skręcę,

Albo potrafię złamać te fochy dziewczęce,

I odejdzie ci jeszcze ochota do śmiechu.