SCENA SZÓSTA
ARNOLF, ANUSIA.
ARNOLF
Dzień mamy niczego.
ANUSIA
Bardzo ładny.
ARNOLF
Pogoda!
ANUSIA
Śliczna.
ARNOLF
Cóż nowego?
ANUSIA
Kotek zdechł nam.
ARNOLF
Fakt smutny, ale nienajrzadszy;
Wszyscyśmy wszak śmiertelni; każdy siebie patrzy.
Cóż, kiedy byłem na wsi, deszcz tu padał dłużej?
ANUSIA
Nie.
ARNOLF
Czyś się nie nudziła w czasie mej podróży?
ANUSIA
Ja się nigdy nie nudzę.
ARNOLF
A jakże z robotą?
ANUSIA
Mam sześć koszul, a tutaj szósty czepek oto.
ARNOLF
po chwili zamyślenia:
W świecie, droga Anusiu, to jest rzecz szczególna,
Jak chętka do obmowy wszystkim jest dziś wspólna:
Mówili mi sąsiedzi, że tu, po kryjomu,
Obcy człowiek u ciebie jakiś bywał w domu,
Żeś cierpiała obecność jego i rozmowę;
Lecz ja nie mogłem wierzyć w oszczerstwa takowe,
I chciałem się założyć, że to ludzką złością...
ANUSIA
Niech się pan nie zakłada; przegra pan z pewnością.
ARNOLF
Co! w istocie, mężczyzna...
ANUSIA
Tak, niech mi pan wierzy;
Prawie że się nie ruszył stąd, mówię najszczerzej.
ARNOLF
po cichu na stronie:
Otwartość, z jaką czyni takowe wyznanie,
Za niewinności zakład przynajmniej mi stanie.
Głośno:
Lecz zda mi się, Anusiu, jeśli dobrze pomnę,
Żem ci w tej mierze wydał zakazy niezłomne.
ANUSIA
Tak; lecz czemu tak było, zaraz pan zobaczy:
I sam by pan nie umiał postąpić inaczej.
ARNOLF
Być może. Słucham zatem owego zdarzenia.
ANUSIA
Dziwna historia, trudna wprost do uwierzenia.
Przy szyciu ot, siedziałam sobie na balkonie,
Gdym spostrzegła, że idzie, o, tam, po tej stronie,
Jakiś pan, bardzo piękny, który, z moim wzrokiem
Spotkawszy się, ukłonem wita mnie głębokim:
Ja, chcąc dowieść, że znane mi świata zwyczaje,
Równie uprzejmy ukłon nawzajem oddaję.
Wtem, widzę, że on z nowym się kwapi ukłonem:
Natychmiast i ja spieszę z równie uniżonym;
A gdy on po raz trzeci kłania się na nowo,
I ja mu po raz trzeci wraz skinęłam głową.
On idzie, mija, wraca, to znowu przystaje,
I raz po razu ukłon mi nowy oddaje;
Ja zaś, ócz23 nie spuszczając zeń ani na chwilę,
Ani z jednym ukłonem nie zostałam w tyle:
Tak, że, gdyby nie ciemność, co z nocą nadała,
Byłabym chyba wiecznie tak na ganku stała,
Nie chcąc pierwsza ustąpić i dopuścić tego,
Bym się miała mniej grzeczną okazać od niego.
ARNOLF
Ślicznie.
ANUSIA
Nazajutrz rano, znów jakaś starucha
Zdybała mnie na progu, tak szepcąc do ucha:
„Moje dziecko, niech Bóg ci zawsze błogosławi,
Niech cię długo w twych wdziękach chowa najłaskawiej!
Lecz nie na to przystroił cię w tak wiele czarów,
Abyś na złe używać miała jego darów;
I wiedz, że się na los swój żali dzisiaj smutnie,
Serce, co jest przez ciebie zranione okrutnie”.
ARNOLF
na stronie:
A to pomiot szatański! Belzebuba żona!
ANUSIA
Ja miałam zranić kogoś? pytam się zdziwiona.
„Tak, zraniłaś, na dobre zraniłaś, kochanku,
Tego pana, co wczoraj go widziałaś z ganku”.
Ach, pytam, cóż być mogło przyczyną tej doli?
Czym może upuściła coś nań mimo woli?
„Nie, oczy twe sprawiły, rzekła, te cierpienia,
I zło całe pochodzi od twego spojrzenia”.
O Boże! wykrzyknęłam, przejmujesz mnie trwogą:
Czy mam co złego w oczach, że tak szkodzić mogą?
„Tak, rzekła, oczy twoje, moje biedne dziecko,
Choć sama nie wiesz, sączą truciznę zdradziecką;
Słowem, ten biedak ginie, ugodzon do żywa24,
I jeśli, rzekła dalej staruszka poczciwa,
Twe serce w okrucieństwie swem go nie ocali,
Człowiek ten zamrze nędznie, za dwa dni najdalej”.
Mój Boże, mówię, strasznym przejmujesz mnie smutkiem,
Lecz cóż czynić, by pomoc nieść mu z dobrym skutkiem?
„On prosi tylko, dziecko, abyś, w tej potrzebie,
Dała mu mówić z sobą i patrzeć na siebie;
Twe oczy tylko mogą zbawić od mogiły,
I zdrowie wrócić temu, którego zraniły”.
Najchętniej, rzekłam na to; gdy tak stoją rzeczy,
Może przychodzić póty, aż się nie wyleczy.
ARNOLF
na stronie:
Ha, ty wiedźmo przeklęta, ty nasienie wraże,
Niechaj za twe szelmostwo piekło cię pokarze!
ANUSIA
Oto więc, jak mnie poznał i odzyskał zdrowie.
Czym nie dobrze zrobiła, niechże pan sam powie?
I czy mogłam pozwolić, byłoż to w mej mocy,
By miał zginąć tak nędznie dla25 braku pomocy?
Ja, co z każdem cierpieniem ludzkiem tak współczuję,
I płaczę, gdy Agatka kurczęta morduje?
ARNOLF
po cichu na stronie:
Wszystko to zdradza czystą i niewinną duszę;
I tylko nierozsądek własny winić muszę,
Żem bez obrony wydał tę świętą prostotę
Na szczwanych zwodzicieli zuchwałą niecnotę.
Boję się, znając tego draba chęci płoche,
Czy nie pomknął igraszki za daleko trochę.
ANUSIA
Co panu? Pan się gniewa na mnie? I dlaczego?
Czy w tem, com tu mówiła, widzi pan co złego?
ARNOLF
Nie. Lecz powiedz mi teraz, co potem się działo,
I jak ów młodzian spędzał swoją bytność całą?
ANUSIA
Ach, gdyby pan mógł widzieć, jaki był szczęśliwy!
Jak wnet widok mój zbawił go męki straszliwej,
Jaką szkatułkę dał mi, tak piękną jak rzadko,
Jak wspaniale postąpił z Grzesiem i Agatką,
Pokochałbyś go pewnie i rzekłbyś, wraz z nami...
ARNOLF
Wierzę. Lecz cóż on robił, gdyście byli sami?
ANUSIA
Przysięgał, że serdeczną miłość dla mnie żywi,
Przemawiał nieustannie jak można najtkliwiej,
Słowami, których w świecie słyszeć się nie zdarza
I od których, ilekroć on mi je powtarza,
Tak mnie w piersiach łaskoce, jakby tam, do środka,
Do serca mi wchodziła jakaś lubość słodka.
ARNOLF
po cichu na stronie:
O nieszczęsne badanie, o żądzy zaciekła,
Co z ust jej każesz znosić wszystkie męki piekła!
Głośno:
Prócz tego, że przemawiał tak czułemi słowy,
Czy nie świadczył ci jeszcze pieszczoty jakowej?
ANUSIA
O, ile! Wciąż za ręce mnie brał, za ramiona,
I całował, całował, myślałam, że skona!
ARNOLF
A czy więcej, Anusiu, nie wziął ci niczego?
Widząc jej zmięszanie26, na stronie:
Uff!
ANUSIA
Właśnie...
ARNOLF
Co?...
ANUSIA
Że wziął mi...
ARNOLF
Hę?
ANUSIA
Coś...27
ARNOLF
Cóż?
ANUSIA
Nie, tego
Nie śmiem już. Znów by się pan rozzłościł na nowo.
ARNOLF
Nie.
ANUSIA
Owszem.
ARNOLF
Ech, nie, Boże!
ANUSIA
Niech mi pan da słowo.
ARNOLF
Niech będzie.
ANUSIA
Wziął mi... nie śmiem... pan się będzie gniewać.
ARNOLF
Nie.
ANUSIA
Tak.
ARNOLF
Nie, nie, nie. Diabli! Czegóż się spodziewać?
Cóż ci wziął?
ANUSIA
Wziął mi...
ARNOLF
na stronie:
Co za męka niesłychana!
ANUSIA
Wziął mi wstążeczkę, którą dostałam od pana.
Nie mogłam mu odmówić, wyznam panu szczerze.
ARNOLF
odzyskawszy oddech:
Mniejsza już o wstążeczkę, ale czy w tej mierze
Nic już nie było więcej, nad całusy owe?
ANUSIA
Jak to? można coś więcej?
ARNOLF
Nie, nie. Tracę głowę.
Lecz, aby się uleczyć w tak ciężkiej potrzebie,
Czy innego lekarstwa nie żądał od ciebie?
ANUSIA
Nie. Wszak, by mu dopomóc, wszyściutko z ochotą
Byłabym mu oddała, gdyby prosił o to.
ARNOLF
po cichu na stronie:
Dzięki niebu, zbyt wielkiej szkody nie poniosłem:
Jeśli wpadnę raz drugi, niech mnie nazwą osłem.
Lecz sza.
Głośno:
Twa nieświadomość w tem przyczyną całą.
Przebaczam ci. To, co się stało, już się stało.
Wiem, że ten frant przymilny myśli tylko o tem,
By nadużyć twej wiary i wyśmiać się potem.
ANUSIA
O, nie! sam mi powiadał ze dwadzieścia razy.
ARNOLF
Ech, ty nie wiesz, co warte są takie wyrazy.
Usłysz więc, że przyjmować szkatułki, prezenty,
Wymuskanych gładyszów cierpieć komplementy,
Pozwalać czułe słówka im w ucho mamrotać,
Całować się po rękach i w serce łaskotać,
To grzech śmiertelny, cięższy nad wszelkie przewiny.
ANUSIA
Grzech, pan mówi? Mój Boże, i z jakiej przyczyny?
ARNOLF
Z jakiej? Wiedz więc i niech cię na przyszłość wyleczy,
To, że niebo się strasznie gniewa o te rzeczy.
ANUSIA
Gniewa się? Ale w czemżem ja je obraziła?
Ach, Boże! to rzecz taka słodka, taka miła!
Pojąć trudno, rozkoszy ile się w tem kryje,
I nie znałam wszystkiego tego, póki żyję.
ARNOLF
Tak, to wielka przyjemność te wszystkie pieszczotki,
Te cackania przymilne i szczebiot ów słodki,
Lecz trzeba ich zażywać w uczciwym zamiarze,
I wtedy, gdy małżeństwo grzech z nich wszelki zmaże.
ANUSIA
Więc dopiero małżeństwo grzech w dobre odmieni?
ARNOLF
Tak.
ANUSIA
Więc proszę, niechże mnie pan prędko ożeni.
ARNOLF
Bądź pewna, że na równi z tobą marzę o tem,
I właśnie w tym zamiarze widzisz mnie z powrotem.
ANUSIA
Czy być może?
ARNOLF
Z pewnością.
ANUSIA
Och, co pan powiada!
ARNOLF
Nie wątpię, że małżeństwu szczerze będziesz rada.
ANUSIA
Pan chce, byśmy oboje...
ARNOLF
Możesz liczyć na to.
ANUSIA
O, jakżebym też pana upieściła za to!
ARNOLF
Bądź pewna, że i ja ci oddam to wzajemnie.
ANUSIA
Ja nie lubię, jak sobie kto żartuje ze mnie.
Czy pan mówi na serio?
ARNOLF
Dowody ci złożę.
ANUSIA
Pobierzem się?
ARNOLF
Tak.
ANUSIA
Kiedy?
ARNOLF
Dziś wieczorem może.
ANUSIA
śmiejąc się:
Dziś wieczór?
ARNOLF
Tak, dziś wieczór. Cóż, rozchmurzasz czoło?
ANUSIA
O, tak.
ARNOLF
Pragnąłbym zawsze widzieć cię wesołą.
ANUSIA
Nie ma od pana w świecie lepszego człowieka.
Boże, ileż radości mnie z nim razem czeka.
ARNOLF
Z kimże to?
ANUSIA
No... no... z tamtym...
ARNOLF
Nie o niego chodzi.
W wyborze niechaj panna nieco się ochłodzi.
Kto inny przeznaczony jest dla twojej ręki.
A co do tego pana, to proszę panienki,
Choćby nawet do grobu, o którym ci prawi,
Miało go to zapędzić, proszę najłaskawiej,
By, skoro znów tu przyjdzie wzruszać cię swym losem,
Abyś mu zatrzasnęła pięknie drzwi przed nosem,
A gdyby pukał, kamień wzięła dobrej miary
I wybiła mu z głowy miłosne zamiary.
Rozumie mnie Anusia? Ja, skryty w tym domu,
Postępki wasze będę śledził po kryjomu.
ANUSIA
Kiedy on taki śliczny! To...
ARNOLF
Szkoda gadania.
ANUSIA
Nie będę miała serca.
ARNOLF
Proszę bez szemrania.
Idź na górę.
ANUSIA
Czyż mogę... ja...
ARNOLF
Sprawa ubita.
Ja tu panem, ja każę: masz słuchać i kwita.