CIV
Trzech Króli, Dębowa Góra 1868
Moja księżniczko Wando, posyłam ci list nie list, kartkę nie kartkę, bilet nie bilet; ot, po prostu kilka słów, które Sewerynowi w dzień jego imienin oddasz. Miałam ochotę dłuższą odpowiedzią wywdzięczyć mu się za prawdziwą kolędę, którą mię przy nowym roku udarował, ale niepodobnym mi było. Święta, jakkolwiek smutne, lecz gwarne; zaledwie sobie chwilkę spokojniejszą znalazłam, toteż do ciebie nawet nie zaczynam pisać, polecenie tylko i uścisk, prócz tego dwie książki angielskie i piętnaście złotych, na które weksel wystawiłam. A prócz tego jeszcze wiele, wiele innych rzeczy. Gdybyś też na przykład odzwyczaiła się od tej myśli i od tego frazesu, że: za często pisujesz, za długo mię trudzisz, nudzisz, a ja ci powiem chyba do rymu łudzisz, bo gdybyś mię nie łudziła lub samej siebie nie łudziła, to musiałabyś wiedzieć przecież, że czym wasystasik w zamkniętym pokoju, czym dziurka od klucza w kozie, czym stawy w ogrodzie pszczonowskim, tym listy twoje w moim życiu. Na piętnaście sposobów wytłumaczyłaś sobie moje „Szkoda!” wykrzyknikiem rzucone; to może trochę zanadto, ale że ja sama z połsiódma znaczenia przynajmniej skupiłam w te sześć liter, to prawda i między innymi był żal do rymu także. Szkoda, że ja stara, a ona młoda, co się wykłada; szkoda, że sobie wyobrazić nie może, czym jest dla mnie i musi nieraz sama przed sobą chociaż poskarżyć się o to, czym ja dla niej nie jestem. Tylko przypominam, że mówię o części, nie o całości.
Teraz, kiedy już święta skończone, mogę je podsumować i podpisać: smutne, czcze. Gdyby tylko smutne, byłyby lepsze daleko. Ze smutku, żałoby zwłaszcza, można niejedną kosztowność wykształtować jak arcydzieło z gliny, byle mniej więcej artyzmu, byle serca mniej więcej. Lecz koło nas okoliczności tak się złożyły, że nie mogłyśmy ani gliny lepić, ani smutku używać, wszystko poszło w rozproszenie, godzina po godzinie, dzień po dniu, rozwłóczyło się na drobiazgi, na coś takiego czego się nie pamięta. Trudno by mi było powiedzieć, co robiłam w samo Boże Narodzenie, co w ostatni dzień roku, co w pierwszy, zapomniałam wszystkiego. Wiem tylko, czego nie robiłam. Nie czytałam Biblii na wróżbę, nie siedziałam do północy, nie pisałam długich listów, nie rozmawiałam długą, prawdziwą rozmową. Ot, tak, żadnego dnia, żadnego poniedziałku, wtorku, środy, itp. nie mogę sobie zdarzeniem żadnym wyróżnić, tylko jak w czarną poduszeczkę powpinam szpilki z diamentowymi łebkami. Są chwile, chwile-listy — powinna byś łatwiej zrozumieć, jak mi się w takim układzie niektóre twoje frazesy wydały. Oj, Wando, Wando!
Nie miałam dziś intencji zaczepiać tego przedmiotu, ale że mi niby oliwa na wierzch mózgu się wydostaje (może niby pozłota), więc już sobie ulżę choćby pobieżnym zapytaniem.
Czemu ty, u licha, tak się pracy dopominasz? Nie dbaj o nią, to ci sama w ręce wlezie i będziesz jej miała więcej niż przerobić podołasz. Pracy! Gdybym miała na moje zawołanie tyle powieści angielskich do czytania, to bym — słowo honoru daję — ani pomyślała o żadnej pracy. Seweryn tłumaczył mi się w ostatnim liście z mniemanej swojej „niekonsekwencji”; otóż mogłabyś mu przytoczyć jedną, na której bardzo dobrze wychodzę i która mnie zawsze kusi do bronienia sprawy niekonsekwentności. Gdybyś była konsekwentna ze swoim entuzjazmem do pracy, to byś musiała być oburzona ciągłym moim próżniactwem, a ty mię kochasz i nie uznajesz tego, że próżnuję, święta Niekonsekwencjo! Wando...
Pisano mi, że Deotyma bardzo chora; czy nic o tym nie słyszałaś?
Może Stasiowi uda się na imieniny Seweryna przyjechać. W takim razie nie spodziewam się listu; ale ufam, że go ode mnie serdecznie pozdrowisz.