CXLIII
[Dębowa Góra] 28 listopada 1869
Kilka ustępów z ostatniego twego listu, żywcem przepisawszy, posłałam Sewerynowi — wszak ci to przykrym nie będzie? Seweryn wprawdzie sam już czytywać nie może, ale widziałam, że chętnie słucha, gdy mu Staś lub Mania czytają. List od Juleczki dołączyłam także. Późniejszych już od tego wiadomości nie miałam. Powinna bym nie oglądać się tak często za nimi. Wiem, że jest ciągle źle, ciągle gorzej zapewne — inaczej być nie może — a jednak z tęschnotą jakby nadziei wyczekuję każdego słówka, chciwa jestem współudziału w każdej chwili, którą jeszcze z rzeźwiejszym usposobieniem Seweryn przepędzić może. On też poczciwy odgaduje to prawdziwie somnambulicznym jasnowidztwem niby i tak Mania, jak i pani Markiewicz obie mi wspominają, że się o wysłanie do mnie wiadomości raz po raz dopomina. Co też wam o nim powiedzą ci panowie, którzy teraz do Soczewki pojechali? Bardzo chciałabym wiedzieć. To, co wam ciocia napisała, jest równie słuszne, jak to, co Staś doniósł. Seweryn jest w głębi duszy swojej zupełnie spokojny; ale właśnie dlatego że ma całą przytomność umysłu, więcej mu żal życia, bo wie, jak użyteczną pracą by je zapełnił. Choroba i osłabienie drugostronnie zdenerwowały go bardzo; lecz i to nawet w sposób zupełnie jemu tylko właściwy. Cała jego drażliwość jest spotęgowaną jedynie serdecznością. Widać, że siła woli, przez którą zamurował się w pewnym rozsądkowym stoicyzmie, opuściła go wraz ze wszystkimi sztucznymi przedsięwziętymi obronami od ludzi; prawdziwa jego natura bierze dziś górę nad wszystkim i ukazuje się z owym niewyczerpanym zasobem dziecięcego ukochania, kobiecej pieszczotliwości. Jednak to zawsze ten sam wyższy gatunkiem swego człowieczeństwa Seweryn. Prawda, że łzami mnie powitał, ale bez łez żegnał dobrym słowem i jakim dobrym, Wando moja! Nie na przyszłość już tylko, bo co to za przyszłość moja? ale na całą przeszłość, za długie lata i wiele gorzkich zawodów wystarczy mi jego datek, co go nigdy nie stracę, co mi go nikt i nic nie odbierze. Więcej niż miłości i szczęścia w życiu pragnęłam ciągle takiego stosunku, wzajemnej męskiej przyjaźni, zupełnego zaufania, wspólnej wiary i, pomimo różnic koniecznych, doskonałej zgodności. Później sama siebie wstydzić się zaczęłam, że takich niepodobieństw po świecie szukam. Było za mną usprawiedliwiające brata Janka wspomnienie, ale od smutnych doświadczeń i na to światełko cień padł głęboki. Często bardzo przypuszczałam, że mię perspektywa oddalenia łudziła, że kiedy mieć już nie mogłam, to może nigdy nie miałam; a to wielkim było grzechem — i on umierający, nawet by nie zrozumiał, jakie mi wyświadczył dobrodziejstwo. Jemu tak dziwnym prawie, tak niezasłużonym zdawało się moje uczucie; szukał różnych objaśnień, dobierał mu tłumaczeń najrozmaitszych, gdy najprostszą przyczyną było to właśnie, że on sam mógł się do mnie tak szczerze przywiązać, tak szczerze, by mnie aż zapotrzebować kiedyś. Czemu ja tego pierwej pewną być nie mogłam! Trudna bo sprawa z nawyknieniami. Wiem, że mam dosyć serc życzliwych dla siebie; są tacy, którzy mię bardzo lubią; tylko nikogo pewną nie jestem na ważną chwilę — i to nie w moim, ale w jego losie. W moim, przy każdej sposobności znalazłabym jeszcze pomoc, dobrą radę i współczucie; wcale też niewdzięcznością za to nie odpłacam; tylko przyzwyczaiłam się już uważać siebie za jakieś niedołężne, niebyłe stworzenie, które w żaden osobisty rachunek własną swoją i konieczną cyfrą nie jest zapisane. Niechaj na kogo spadnie jakie nieszczęście, trudność do przełamania, kto się za mną obejrzy? Edward mój poczciwy — jeśli by sobie przypomniał, to na to chyba, by mi zmartwienia lub kłopotu oszczędzić. I trzeba też sobie gorzką prawdę powiedzieć, że jestem zupełnie wobec wszelkiej potrzeby określonej bezsilna — nieradna, odurzała — a jednak mam to przekonanie, że Sewerynowi istotnie potrzebną byłam. Widzisz, Wando, nie skarżę się nawet, że na tak krótko. Umiem cenić wartość — bez miary — czasem wracają mi własne słowa w młodości jak niebaczne proroctwo rzucone: „kto obojętny, to cię zasmuci, — kto ukochany, to cię porzuci — a kto cię kocha, to legnie w grobie”. Kiedy wracają, otrząsam się z nich co prędzej i zagłuszam innym, potężniejszym archimedesowym wyrazem „eureka”. Tak jest, znalazłam — na dawniej i na teraz.
A czy sądzisz, Wando, że nie wierzyłam w twoje ukochanie? Mylisz się bardzo — nigdy na chwilę nie wątpiłam teraźniejszości, brakło mi tylko jutra. Między mną a Sewerynem żadne jutro innym być nie może. Im więcej nawet rozpamiętywam sobie każdy szczegół naszego pożegnania, tym silniej wstępuje we mnie to uczucie, że innym być by nie mogło. Nie na ideały i doskonałości, owszem, na wszystkie wzajemne błędy i pomyłki — toć my i teraz posprzeczali się parę razy — choć właśnie owe sprzeczki najlepiej mi przypomniały dawne z bratem rozmowy, kiedy to nam obojgu tak szczerze o to chodziło, by się wzajemnie porozumieć, by razem prawdy się dobadać. Mówiłam ci przecież, że potem z nikim nie rozmawiałam w takim równym dostrojeniu: zawsze albo mnie miał ktoś co więcej do powiedzenia, albo ja komuś — albo szło o to, żeśmy się z jednakową siłą przekonać chcieli jedno drugie. Była nauka, propaganda, dyskusja — nie było tej wspólnej, zupełnie łącznej zamiany i pomocy na osiągnięcie zupełnie wspólnego celu. Przy Sewerynie wróciło mi to w kilku drobnych okolicznościach — byłabym mogła się posądzić, że w nim tylko mojego Janka kocham, gdybym właśnie tego nie czuła, że mi prawdziwe Janka ukochanie przez Seweryna tylko w sercu zmartwychwstało. Seweryn wie też dobrze, jak ja umiem żyć z umarłymi — ostatniego dnia jeszcze z uśmiechem mnie zapytał, czy ja naprawdę wierzę temu, że jeszcze stu lat doczekam? — bo istotnie kilka razy pisałam do niego o tej mojej niczym niespożytej trwałości. Więc i wtedy przyświadczyłam znowu, a on na to: „Widzicie, to i mnie jeszcze kopa lat się sądzi, bo póki was, póty mnie; wy mnie nigdy nie zapomnicie i zawsze z wami zostanę”. Ale zostaniecie z bardzo smutną i na śmierć zanudzoną duszą — wolałabym, żebyście za mną tęschnili, tęschnili tak bardzo, bym aż prędzej pójść musiała i bylibyśmy wszyscy razem — moi dwaj bracia — Jurgens — wy i ja. — A to by śliczna była kolonijka — śliczna, śliczna! — i po chwili: — Co to za szczęście, że nic o tym wszystkim z pewnością wiedzieć nie możemy!
Wczoraj do Stasia pisząc, te ostatnie, lecz tylko te ostatnie słowa przytoczyłam, żeby mu wiele innych wytłumaczyć. W czasie mojej bytności, nigdy wolnej chwili na dłuższą rozmowę nie było. Staś ciągle zajęty, musi często pomimo słoty wyjeżdżać; noce przy Sewerynie spędza, wnoszą mu tylko materac i leży na ziemi — mówię leży, bo śpi niewiele. Choć się chwalił, że rozbudzony z łatwością zasypia, ale przy mnie dwa razy mu okropna newralgia dokuczała, toteż nic dziwnego, że bardzo mizernie wygląda. Jak to on umie Seweryna pielęgnować, jak umie dogodzić, złagodzić cierpienie, rozerwać go wspomnieniem jakim dziecinnym, rozweselić jaką opowieścią — a Seweryn tak się śmieje wtedy. Staś jednak ciągle z pewną nieufnością względem mnie się zachowywał — na słowa tego nie opowiedzieć — ale odczuć było łatwo. Sama wiesz najlepiej, czy miał słuszność. No, dajmy pokój tej kwestii, której mi wzbroniłaś tyle razy. Może kiedyś między sobą dla siebie ją do ostaniej sylaby roztrząśniemy, lecz nie w tej chwili.
W tej chwili i o przysłanych mi papierach nic ci jeszcze napisać nie mogę. W ogóle tylko list do Kajetana z największą werwą zdawał mi się napisany; on jeden mię przynajmniej o tyle wyrwał z mojego zaabsorbowania, że czytając go, myśl za myślą snułam w odpowiedzi. Klara312 nie zmusiła mię do takiej osobistej pracy, która bądź co bądź zdaje mi się najlepszą miarą rzeczywistej każdego utworu wartości. Co piszący myśli, jest mniejszą połową; co czytający myśleć muszą, co z nich wywołane, jest drugą, większą daleko. Ma się rozumieć, nic, co myślą o autorze lub o dziele czytanym, bo to rzecz odrębna, to krytyka; ale co muszą myśleć o pewnych zagadnieniach życia, o pewnych prawdach lub fałszach społeczeństwa, to rezultat rzeczywisty — suma. Zresztą autobiografię i inne ustępy na później do rozważenia zostawiam.
Na tłumaczenie jednak polecam ci Maxwell Drewitt: może będą trudności z cenzurą, ale ja myślę, że gdy jej kawałkami zaczną przedstawiać, nie obejmie całości i co najważniejsze prześlepi. Cenzura zresztą nie może w Maxwellu tego czuć co ja. Gdybyś nie miała odwagi, weź Castel Richmond Trollopa; jest tam opis głodu w Irlandii — komitetów wsparcia — wszystko pouczające. W każdym razie weź teraz jaką powieść przez mężczyznę napisaną, żeby ci nie narzucili wyłączności bazarowej na same kobiece roboty. Swoją drogą, dobrze byłoby, gdyby bazar stanął i Matylda po swojemu go urządziła.
Czy ja co napiszę? Jeśli mi na to pytanie odpowiesz, to ci będę arcy-wdzięczną. Chciałabym — ale próby niefortunnie wypadają. Zbieram tylko spostrzeżenia nad procesem rozkładu chemicznego władz umysłowych; uczę się pojmować ruinę, co nie jest najprzyjemniejszym studium. Wolałabym daleko zasnąć na nieobudzenie, a tu jak na złość co dzień — co dzień się budzę — i co dzień myślę o tym, że masz chrypkę, wychodzić nie możesz — gorączkujesz się zbytkiem życia, kiedy ja bym tak właśnie dużo czasu miała, żeby za ciebie chorować.