CXXXI
[Dębowa Góra] 25 marca, czwartek
Przed godziną twój list odebrałam, a zdarza się pewna do Warszawy okazja, więc nie chcę z odesłaniem Herty marudzić i odsyłam ją, bez przerobienia wierszy, które tutaj w mieszanym swoim rytmie są bardzo na swoim miejscu. Nie wiem, kiedy by mi się znowu udało zwrócić ci twoją własność. Strach mię popędza — koniecznie bym chciała, żebyś już skończyła — pamiętaj, że też niecierpliwie sama dla siebie dalszego ciągu czekam. Myślałam tu różne rzeczy o drugim twoim projekcie, a raczej abrysie — z trzema epilogami. Doskonale tę epilogowość ujęłaś — ale jakbyś ją przeprowadziła? — z tego kłębka wełny jaki wzorek wyszyła? Rozmaitość deseni już sama oceniłaś — lecz dla mnie zagadką ich rozmaitość w tobie samej; czy tylko zadość byś uczyniła potrzebie wypowiedzenia pragnień swoich, cierpień, ideałów, czy też wzięłabyś się do metody indukcyjnej — spostrzeżenia statystyczne — wiadome dane — nie na cegiełki budowy ma się rozumieć — broń Boże — o sztukowanie się znajomymi i przyjaciółkami, jak to Kraszew[ski] np. robi, wcale cię nie posądzam, nawet przypuszczam, ale rzeczywiste fakta wziąć za materiał cegiełkowy. Obliczyć i wystudiować w owym procesie rozwoju życiowego wszystkie, które widziałaś — pary i syngieltony — bilans ułożyć — wnioski wysnuć lub nie wysnuć. Ach! Moja Wando — naszkicuj mi choćby treść — sylwetkę jakiego z zamierzonych epilogów. Tymczasem, na zadatek, z góry ci płacę — bo kiedy powiedziałaś, że ci się wiersze Heinego podobają, to ci z dawnych papierów dwa jeszcze kawałki przekoślawiłam. Jeden, wbrew wszelkim zasadom, z rymami najuboższymi, a drugi jaki się dał. Możesz je komu chcesz przeczytać — bo wiem, że nie przeczytasz nikomu, co bym go się bała. Nawet przyznam ci się, że jeśli Edward będzie się bardzo jakim kawałkiem lubował, to niech go pośle Kleczyńskiemu286, żeby muzykę dorobił. Wszak widzisz, że się spieszę — muszę się spieszyć — a jak pomyślę, że mi potem tyle czasu zostanie, który się niczym dobrym nie zapełni, to mię wstyd, żem głupia — z przeproszeniem — bo tobie się zdaje, że ja mądra — no, mądra, ale nie bardzo. Ucałuj ode mnie wszystkich i wszystkim winszuj, że Alleluja doczekali.
Uściskaj Julutę, Kazię — Siostry, przez Ludkę Edwarda — i panią Matyldę. Mój Boże, strasznie mię zasmuciło to, co mi o Cz. napisałaś; widać, że się nie uratuje, nie uchroni od tej strasznej choroby, co mu grozi. Jego monomanią jest pewne stowarzyszenie białe, ten kolor mu różne rzeczy reprezentuje — i o każdym, o kim tylko pochwałę jaką usłyszy, wyobraża sobie, że do tego stowarzyszenia należy — że może go wtajemniczyć — bo to zresztą coś jeszcze ważniejszego niż stowarzyszenie. Matylda bardzo zmartwiona, gdyż istotnie był nadzwyczaj pracowitym i sumiennym nauczycielem; ale właśnie mi pisała, że mają się rozstać. Bądź co bądź, nie wspominaj o tym jeszcze, póki można. Kto wie, przy spoczynku, przy lepszej higienie — jeszcze się odratuje.