LXXVIII

[Pszczonów] 21 lutego 1867, czwartek

Najpierwej pytam, jak się ojciec miewa? bo to mi wiedzieć najpilniej — potem na twoje odpowiadam pytanie, bo zgaduję, że takie chciałabyś się prędko dowiedzieć: „Co o tobie myślę? czym więcej zdziwiona, czy więcej gniewna, czy więcej zniecierpliwiona, czy apatyczniejsza?”. O tobie myślę zupełnie to samo, co myślałam pierwej i co nie raz już „wyznałam” ci żywym słowem, szczególniej w czasie mego ostatniego pobytu w Warszawie. Zdziwiona tedy nie jestem; gniewna ani odrobiny; zniecierpliwiona ani krzty; — apatyczniejsza — ha! podobno że tak. Byłam już w przygotowawczym usposobieniu do apatii — najpierwej, są to miesiące, w których zawsze najsłabszą się czuję; fizyczna ociężałość wpływa na moralne, uczuciowe struny ducha naszego, a cóż dopiero o mózgowych wspominać. Gdyby po prawej stronie mojej stanął anioł z nieba, a po lewej prezes komisji śledczej, to bym nie zdobyła się na napisanie porządne kwitku do sklepu lub obwieszczenia do „Kuriera”. Autorskie plany! właśnie też o nich myśleć! Zapomniałam całego rozkładu autobiografii; gdybyś mię była nagle o jaki szczegół zagadnęła, to bym ci to samo o nim powiedzieć mogła, co o żelaznym wilku — a nawet pewnie o żelaznym daleko więcej — gdyż mogłam się Gedyminem i Antonim Czajkowskim179 dosztukować — w biografii zaś deficyt kompletny — czy kto żył? czy ja żyłam kiedy? a jak? a czym? a z czego? a po co? — zapomniałam — na takie drewniane zapomnienie padł twój list, Wando, z renonsem180 od powieści181. Sama najlepiej zmiarkować możesz, że mnie ani zdziwił, ani rozgniewał, ani zniecierpliwił. Według obowiązku starszeństwa, powinnam cię była może wyłajać, zachęcić — pater noster182 wyrecytować — ale według prawdziwości (uważaj, że cię prawdą nie częstuję, zbyt absolutne wyrażenie), według prawdziwości zatem, wolałam szczerze się wyspowiadać i przyznać, że mam siedemdziesiąt siedem powodów usprawiedliwiających mi twoje zwątpienia, a półtora zaledwie utrzymującego w pierwiastkowym pokuszeniu. Kto inny na moim miejscu wiele sentymentalnych zrobiłby ci zarzutów. „Po co mię łudziłaś nadzieją użyteczności... czyż dla mnie nawet, z moją pomocą nawet, nic nie zrobisz — więc ja żadnego ożywczego wpływu nie wywieram na ciebie” itp., a biedne moje kochające dziecko zamartwiałoby się i wymyślałoby sobie samej, zamiast rozsądnie i logicznie mi odpowiedzieć: — „Tak, mościa dobrodziko, nie wywierasz na mnie ożywiającego wpływu, nie masz zdolności podbudzającej, nie masz władzy sakramentalnej, a że jej nie masz, ja właśnie skarżę się na ciebie, bo spodziewałam się znaleźć ją w duszy twojej i kupić od ciebie za drogą cenę młodej wiary mojej, ukochania mojego... rafaelowskich i jutrzenkowych farb mojej wyobraźni” — a ja bym ci przerwała może: — „Wstydź się, mościa panno być taką... przekupną symoniaczką... sama się oszukałaś — alboż ja to obiecywałam ci kiedy” — i dialog, jakkolwiek lubisz moje dialogi, mógłby się przeciągnąć w gorsze jeszcze i nieprzyjemniejsze zwroty. Lecz dzisiaj żadne niebezpieczeństwo nie grozi. Mam taką wyrozumiałość na twoje trudności z ich genezyjną mnożnością, że się aż boję pisać dalej, by znów sobie później nie wyrzucać współ-grzechu — gorzej nawet — całego własnego grzechu — tego, co to w potocznej mowie nazywają „podbijaniem bębenka”. Jednak bądź pewna, że nikt lepiej ode mnie nie rozumie owego wyrażenia rozpaczy: „nie mogę”. „Lasciate ogni speranza” Dantego183 nigdy mię równym piekłem nie ogarniało. Speranza? — ileż razy, na dłużej czy na krócej, rozstawać się z nią musiałam: dzisiaj rozstałam już zupełnie! Mam nadzieję, że dziś zjem obiad, a jeszcze pierwej herbatę na śniadanie wypiję (bo trzeba ci wiedzieć, moja Wando, w tej chwili dopiero świecę zgasiłam, wstaję dość rano, budzę się jeszcze raniej, czego ci wcale nie życzę). Mam „nadzieję”, że jeśli nie skira — to kiedyś przed śmiercią — może za lat dwadzieścia lub trzydzieści, wodnej puchliny dostanę, a może będę żyła tak długo, długo, długo, jak fizjologiczne osobliwości, stracę pamięć, zdziecinnieję, będę się trzęsła jak galareta i cisnęła instynktowo do słońca jak jaszczurka — a który z antropologów (antropologia kwitnąć wtedy będzie przynajmniej) odkryje mię w jakim zakącie szpitalnym, czy u jakiej z ciotecznych ciotecznej prawnuczki i opisze w dziennikach. Mam inne prócz tego nadzieje — że nigdy nie zobaczę się z bratem moim Erazmem — że w szkołach i po pensjach wszystkich rosyjski język zaprowadzą, że się prawosławie rozszerzy, że obywatelstwo nasze do reszty wybiednieje, a dzieci jego do reszty pogłupieją — ogólnie mówiąc, mam nadzieję ujrzeć się kiedyś bez rodziny, rodu i narodu — innej żadnej na osobistość moją chronologicznie określoną do roku † nie mam wcale — na nie-osobistość poza rokiem † — to bez nadziei żadnej, naukowo, prawie matematycznie mogłabym powiedzieć, gdybym się znała z panią Matematyką — ale przynajmniej powiem rachunkowo, z pewnością jak o iloczynach z tabliczki Pitagorasa; wiem mnóstwo lepszych, jaśniejszych rzeczy — tylko chciałam ci wytłumaczyć, jak się bez nadziei obywam — w zwyczaj mi przeszło. Dante nie dość mi się groźnym wydaje — ale są pieczątki apokaliptyczne z godłami daleko straszniejszymi dla mnie. „Nie mogę”! — Słowacki jeszcze pierwej to sam powiedział w Kordianie: „Pomyśleć tak i nie móc o! hańbo! o! wstydzie! Nie móc, to piekło!” z tą różnicą, że on chciał „stanąć na myśli ludzkich piramidzie — i być najwyższą myślą wcieloną”, a ja chciałam... no, pominąwszy różne rzeczy, których dawniej chciałam — teraz mi tylko chodziło o zajęcie dla ciebie i dla siebie — jeśli wyraz zajęcie zbyt jeszcze intelektualny — więc po prostu o robotę. Nie możemy — cóż począć, moja Wandeczko? Świat się obejdzie i my obejść musimy. Nie pierwsze i nie ostatnie w bok się stoczymy z literackiego gościńca i w trawie przylegniemy. Z tym wszystkim, chociaż „pasuję” zupełnie (jeśli podsłuchiwałaś kiedy grających w preferansa, powinnaś wiedzieć co to „pas” znaczy), ja więc na autobiografię „pas” powiadam, lecz swoją drogą chociaż się wypraszasz, zabezpieczasz błagalnie przeciw mojej ciekawości, nie mogę się jej wyrzec. Czytaj wyraźnie i z zastanowieniem: nie mogę. Bez pretensyj, bez drukowanego widma na mózgu, bez żadnego dalszego zastosowania przed oczyma — daj mi to, co napisałaś — jeszcze raz proszę, daj mi, Wando! Powinnaś przecież rozumieć, że jesteś moim prowiantskim komisarzem; nie odwołuję się do obowiązków sumienia, bo nie ma dość silnych przyczyn. Jeśli z twojej duszy pożywię się czym i ożywię, na nic dobrego nie zda się to nikomu — wszystko we mnie się kończy wrażeniem — kamień w wodę rzucony — ale mnie się chce kamieni — mnie się bardzo chce...

Druga prośba — daruję ci do powieści imię Narcyzy albo Gabrielli, jak chcesz, — ale nie bierz mi imienia Janka. Wszakże nie wzięłabyś nazwiska Jurgensa — otóż to imię porównać — nie, nie porównać — to imię przeciwstawić mogę z tym nazwiskiem tylko. Czy wiesz, że w pewnych chwilach ultra-stoicyzmu lub samozwrotnego sarkazmu, chciałam się otrząsnąć z tej foremki żalu i uświęcenia — próbowałam sama używać dla obcych tak spieszczonego zakończenia — nigdy mi to bezkarnie nie uszło. Jak czasem Stefania184 swego siostrzeńca Jankiem nazwała, zdawało mi się że mnie przedrzeźnia; a jednak wiedziałam, że ma więcej prawa ode mnie mieć swego Janka do ukochania, bo lepiej, czynniej, kochać potrafiła. W powieści — a zwłaszcza tej najbliższej twojej powieści — byłoby mi jeszcze smutniej z owym imieniem się spotkać. Weź Jasia — Jania — Jaśka zresztą, co być może dość nawet odpowiednim — koloryt historyczno-ludowy — Jaśko z Tenczyna185 — Jaśko z chałupy — Jaśkiem mógł go przezwać ojciec wojskowy z napoleońskich czasów — tylko Janka186 zostaw mi jedynego na zupełną, na wyłączną prawdę mego życia. Istotnie, dla niego zaczęłam pisać — z jego rad, wspomnień i podarunków napisałam prawie wszystko, co jest rozumniejsze i poczciwsze w czterech tomach Gabrielli — nie zapieram się tego — mogę ci nawet popodkreślać miejsca i palcem wskazać całe wyrażenia — od Burzy, która jest szczerą esencją tylko, a raczej szkielecikiem tego, co raz o śmierci mówił ze mną — do listu Hieronima187, którego bym nie była nigdy oparła na dość jasnej recenzji Białej Róży — gdybym nie miała w żywej pamięci jego trafnej, ostrej, a zawsze jednak nie ujemnej, lecz dodatniej krytyki. Przyznaję więc, że literacko wyzyskiwałam pamięć mego brata — musiałam wyzyskiwać, o ile chciałam rzetelnie coś uczciwego napisać — ale jego imienia — jego osobistości... Nie — chyba danym by mi było rzeczywiste, własnym imieniem i własną odpowiedzialnością podpisane „pamiętniki” układać. Chyba w takim dziele, w którym wszystkimi literami wypisałabym nazwisko rodowe mojej matki — i stryjenki, która mię wychowała — i sióstr, i Erazma, i twoje, i Kazimiery, i Jurgensa. Osobno nie dam mu odejść od siebie — to jest najsłuszniejsza słuszność moja.

A gdybym ci w sekrecie powiedziała najniesłuszniejsze głupstwo moje? — Zdziwiłabyś się — oczy twoje rozwarłyby się szerzej niż kiedykolwiek w życiu. Nie posądzałabyś mię o mistycyzmy żadne — a tymczasem, jak mam znamię na twarzy, tak mam jeden chorobliwy mistycyzm w moim usposobieniu. Przykro by mi było, gdybyś imienia Janka nie otoczyła miłością, nie oprzędła w takie szczegóły, w jakie tylko ukochanych naszych oprząść możemy. A gdybyś otoczyła miłością — oprzędła ukochaniem — wzżywiła duszę swoją — to by mi także przykro było. Jeśli trafisz z tym do ładu, będziesz mądrzejsza od Salomona może, a ode mnie z pewnością.

Dajmy już temu pokój — tym bardziej, że słychać zewsząd ruch domowy. Kasia już w piecu pali. Siostra obok przyszła się ubierać — już wpół do dziewiątej — nadzieja śniadania wołać ze schodów głosem Antosi będzie: — „Już herbata przeciąga”. Więc słowo tylko o krytyce, do której mię zapędzasz. Śmieję się z mojej dzieciny — tobie się zdaje, że potrafiłabym cokolwiek skrytykować! Miej to sobie raz na zawsze powiedziane — że prócz Ciebie i Siebie ani źdźbła, ani pani Orzeszko, ani pani Morzk[owskiej], ani żadnej innej, jaka ona ma być może. Chciej rozumieć i komentarzami dopełnić — tylko Ciebie i Siebie — tylko dla Ciebie i dla Siebie.

Zgorszyłam się bardzo sceną przez Lewestama188 wywołaną. On sam, spekulant na cudze kieszenie, pewnie sobie życzył skandalu, bo to więcej pomoże do rozprzedawania biletów; ale że w publiczności znalazły się głosy — „precz z towianistami” wołające, kiedy zapłacili, aby przyjść Lewestama słuchać, to mię bardzo za nas upokarza. Czyż religijni ludzie nie zdobędą się na chrześcijańskie uczucie, a naukowi na rozumne ocenienie zbawczego wpływu, jaki każda nowo tworząca się sekta na ludzką rodowość wywiera — choćby mormoni, to by powinni dać do myślenia. O, czemu ty nie możesz napisać tego, cośmy raz o sektach mówiły — ten amerykański idealik przydałby się wśród takiej aktualności — właśnie bieżąca chwila spotkałaby go i uwydatniła — Hélas!

Miałam w przeszłym tygodniu list od Mani M. i od Stasia. Gdybym tak się przyzwyczaiła do rozmowy ze Stasiem jak z tobą, to bym mu wiele, wiele rzeczy chciała odpisać pomimo złego usposobienia — ale że brak wprawy, więc czekam lepszej chwili. Od Seweryna były dość smutne wiadomości — a tak koniecznie dobrych potrzebowałam — to nie nadzieja, to była szczera, prosta potrzeba.

Nota. Pamiętaj co do książek, że ile razy będziesz jakie miała do dyspozycji, nie czekając na nic, odeślij do Polci — a ja swoją drogą odsyłam — czasem okazje jadące stąd i wracające nie mają czasu do ciebie się zgłaszać — a tak zabiorą, co już będzie złożone. W poniedziałek zwrócę ostatnie dwa dziełka angielskie — trochę przesłodzone biblijnością i morałami — wystarajcie się o mniej pobożne.

Jeszcze zapomniałam o służących189 dać odpowiedź. Mam pewną słabość do mistyfikacyj, więc pozwoliłabym dać do druku, ale pod tymi nieuchylonymi warunkami:

1-o190. Żeby nikt a nikt nie wiedział o pseudon[imie] czyli niby-autorce — bo rzeczywiście myśli twoje są.

2-o. Żebyś dała raczej siebie niż mnie o to posądzić. Nie wymagam adopcji zupełnej — tylko dyskretnego milczenia, czy przed siostrami, czy przed Edwardem, czy przed kim bądź.

3-o. Żebyś posłała Ilnickiej191 jako próbę twojej znajomej — która chce wiedzieć, czy się to przyda redakcji i czy się to przyda autorce, która chce pisać dla zarobku, ale potrzebuje mieć też jakąś pewność, że dostarcza dobrej roboty.

Z dopełnienia tych trzech kondycyj obiecuję sobie: uniknąć dziwacznego wyrwania się jak Filip z konopi po dziesięciu latach milczenia na drugie lat dziesięć; uniknąć przed własną wyobraźnią wielu niemiłych rzeczy; nabyć chwilkę pustoty i widzieć, jak się zadziwisz, kiedy Ilnicka odpisze ci, że to nic nie warto. Mieć czym podrażnić się kiedyś z Kazimierą, która nie chce mi wierzyć, że co piszę, to się tylko przyjaciółkom i znajomym moim podoba. Juścić wiem, że wzięto by i zapłacono, gdybym się podpisała, lecz w tym szyk, żeby bez podpisu na niewiadome kompetentny interesant osądził. (Jeśli ci o signum idzie, to możesz gawędę wyprawić z imieniem Filipim).