XCII
[Pszczonów] 2 lipca 1867, wtorek
Wczoraj twój list odebrałam, spadł na mnie jak grad na Ludzimierz! Wiedziałam, że masz wyjechać, ale nie spodziewałam się, by tak prędko — to jest spodziewałam się, że po św. Janie, że w pierwszych dniach lipca, ale mi jedno z drugim za prędko wypadło. Wstydź się, Wando, żeby mię tak rozbałamucić; jak sobie pomyślę, co ja tu będę przez ten czas robiła?... No, jeśli mi przynajmniej za moje tęschnoty i głody, i niedostatki wszelkie zdrowszą nie wrócisz, to pamiętaj, że ci tego nigdy nie daruję. Albo ja chciałam mieć w życiu taki interes, żeby mię na ekspensa tęschnoty i oczekiwań, zmartwień, choćby też radości wyciągnął? wcale tego nie chciałam; były uzasadnione całą przeszłością powody, a ty nic o nie nie dbając, jakeś mię zaczęła kusić, kusić, Kusić, takeś mię wyciągnęła z żółwiej skorupy. Bądźże więc zdrową teraz, nie zabieraj mi tam w dalekie góry całej dzisiejszości, a przynajmniej nie na długo zabieraj. Wątpię, żebyśmy się w przejeździe pożegnać mogły; uwiadomienie może za późno przyjdzie; kiedy list twój z 27 czerwca 1-go lipca wieczorem doszedł mię zaledwie, to na żadne stanowcze umowy ostatniej chwili nie można rachować. Perswaduję sobie, że tak lepiej będzie; że krótkie spotkanie na kilka minut dobre przy powitaniu, ale przy pożegnaniu nic niewarte; żal mi jednak tym bardziej, że jadę dziś właśnie w ten sposób się żegnać; mamy wprawdzie kilka godzin razem spędzić w Skierniewicach, tylko ani mnie, ani żegnanej na nic się to nie zda, kiedy mnie i tobie zdało by się na bardzo wiele. Ufając logice twego serca, jestem pewna, że się zadziwisz, tak, powinnaś się zadziwić, jeśli nie zgorszyć, dlaczego jadę, by się żegnać z osobą, której się to na nic nie przyda? — Czy z konwenansu? Za to przynajmniej Panu Bogu dzięki, że ze wszystkich konwenansów do żywego mięsa każdy stosunek mój oskrobałam. Jadę, sama nie wiem dlaczego; — trochę może przez ciekawość, trochę przez obowiązek, najwięcej dlatego, że mię proszono. Jest to dawna moja lubelska uczennica, Sylcia; zdaje mi się, że ci kiedyś wspominałam o niej. Doskonały specymen natury bez egoizmu — taką znałam ją niegdyś — zupełnie brak jej było władz ducha na poczucie jakiejś swojej krzywdy lub szkody — na utworzenie jakiegoś wymagania. Urodzona dobrą, wielką była moją pociechą w Lublinie; zapisałam ją między kompensatami tych ciężkich lat po-kozowych227... Otóż, moja kompensata jedyna, — bo mogę powiedzieć, że z całych tych czterech lat ciężkiej pracy i gorzkich zmartwień ona mi jedynie na regestrze się została — więc tedy jedyna owa lubelska pamiąteczka dziś... wstępuje do klasztoru i pędząc za granicę, prosi, byśmy się w Skierniewicach pożegnać mogły. Jestem tedy ciekawa, jak ona skombinowała poczciwe skłonności swoje z nabytym odurzeniem; jak to sobie samej nazywa, czy wyrzeczeniem się świata? czy ofiarą? czy prostszym jakim słowem? Studium. — Nie byłabym jej zaczepiała, gdy jednak ona zgłosiła się do mnie, czuję się trochę w konieczności złożenia pewnego świadectwa mojemu przekonaniu; to jest powód niby obowiązkowy — a zresztą żal mi jej — więc jadę. List ten biorę z sobą na pocztę, żeby cię prędzej doszedł. Nie obiecuję w żadne palenia się wdawać, moja pani kochana — papiery twoje zostaną u mnie, obcemu oku nieprzystępne, lecz ich w ogień nie rzucę, tylko tobie kiedyś sama do Warszawy odwiozę, a co do listów, to nie masz prawa dysponować. Dość mi listów ludzie i zwierzęta naniszczyły; póki ja żyć będę, póty już sama przynajmniej żadnego dobrowolnie nie zniszczę, a do tego z twoich listów, Wando! Czy chcesz, żebym zatraciła jaką chwilę wspólną naszą? Ja żadnej nie chcę spalić — ani jednej nawet z tych, w których się czułam upokorzoną twoimi hiperbolami — bezsilną wobec twoich oczekiwań. Nawet wczoraj, gdy czytałam, jakeście to ze Stasiem i Sewerynem rozmawiali o mnie i gdy mię taki wstyd ogarnął, że się ledwie pocieszyłam Kazimiery gadką — „abo to prawda”! Nie zarzucam jedynej mojej dziewczynie fałszu literalnego; napisała, jak słyszała — lecz czy słyszała prawdziwie? — to jedna pociecha — może się poczciwe serca tak grubo na mnie nie zawodzą — przypuściwszy jednak, że się zawodzą — abo to prawda, że ja temu co winna? — druga pociecha. Bądź co bądź, wstyd, upokorzenie czy niecierpliwość nawet, chowam wszystko do szufladki i nie rozstaję się z tym, póki mogę — póki nadzwyczajny lub zwyczajny wypadek mię nie rozłączy — nieszczęście lub śmierć nawet. Wiesz, co ci powiem? — którejś niedzieli tutaj zaczęłam papiery wszystkie moje pamiątkowe przeglądać i rozmyślać nad tym, jak to ja będę już musiała wiedzieć o sobie, że nie mam na jutro nadziei, aby się z nimi rozstać. Gdy mi się nawet i wówczas żal zrobiło, powiedziałam sobie, że jeśli mię przeżyjesz, to wszystko tobie oddać każę, a jeśli nie, no to już nie mam nikogo, komu bym oddać chciała i dla kogo zachować by warto — wtedy dopiero spalę. Lecz te wszystkie certaty sensu nie mają; lepiej mi napisz, czy tylko osiem tomów Plutarcha? powinno być siedem, brakuje ci jednego; czy go pominęłaś w bibliotece? A co z sobą weźmiesz do czytania na drogę? czy możesz czytać w drodze? jaki rozkład wojażu? jak długo w Krakowie? kiedy zobaczysz Annę swoją? Teraz się częściej o nią będę pytała, bo mię zadrażniłaś swoim własnym zapytaniem. Dla Julci powieziesz uścisk na drugą chwilę powitania, siostrom rozdasz moje pocałowania w przedostatniej przy pożegnaniu. Wracaj mi tylko zdrowa; wracaj i pisz co prędzej, jak zajechałaś, a jeśli nie możesz na kolei czytać, to pamiętaj, nie męcz się żadną rozmową, lepiej zamknij oczy i myśl sobie. Ot, zadam ci wypracowanie, szukaj składowego wyrazu, sumy ogólnej tych rzeczy, np. że cię bardzo potrzebuję, że dla ciebie myślę tylko, że chciałabym ciągle być z tobą. Resztę regestru do Galicji poślę, dziś już muszę się śpieszyć. Ale nie mogę skończyć, póki do serca nie przycisnę, moja, moja dziewczyno, moja, moja jedyna.
Chciałabym mieć lat dwadzieścia pięć i tak cię kochać, jak wtenczas kochać umiałam.
Tegoż samego dnia wieczorem.
Otóż to ludzkie projekta! Rano, pisząc do ciebie, wybierałam się w drogę; tymczasem, jak się nagromadziło trudności, tak i furman się rozchorował, i bryczka zepsuła, i drugiej dostać prędko nie mogli, aż w końcu przekonałam się, że już zbyt późno i jechać nie warto. Sylcia niech to Panu Bogu ofiaruje. Mnie najgorzej, bo ani ogona od sukni, ani najmniejszej przykrości nie mam komu ofiarować. Korzystając z odwłoki, tylko muszę jeszcze z tobą o Dunkerze pomówić. Najpierwej co do wydawcy, to rzecz zwyczajna, że nie znajduje się go na pogotowiu. Trzeba by raczej zastrzec jedynie u księgarzy lub przez pisma i nie w tym jednym razie, ale i co do wszelkich tłumaczeń, szczególniej poważniejszych, zdaje mi się, iż sprawiedliwą byłoby rzeczą ostrzec i samemu się z góry wywiedzieć, czy dubeltowej nie odrabiamy pracy. Potem jeszcze bym ci nasunęła maleńkie przypuszczenie, gdybyś mnie tytułowo przyjęła za współpracowniczkę, czy na mój rachunek nie poszłyby procesje i tajemnice pogańskie — jakie być by mogły i były. Nie ma w tym wiele sensu, żebyś ty tłumaczyła, a ja sygnowała do współki, lecz idzie mi najwięcej o to, że przede wszystkim chcę czytać Dunkera; jeśli nie w twoim rękopisie, to się do tego nie przybiorę. Potem chcę, żeby inni czytali także, żeby istotnie pożyteczna książka przybyła. Medytowałam nad tym całe poobiedzie, a musi mi wiele zależeć na przeprowadzeniu tego planu, kiedy zrezygnowałam się, pomimo smutnego doświadczenia, takim arabeskiem lub raczej groteskiem go dopełnić, — wbrew arcysmutnemu doświadczeniu. Przecież mię raz wcale niepięknie posądzono, gdy się z czymś podobnym odezwałam. Szło o wydrukowanie jakiejś powieści, za którą wzięte pieniądze autorka na potrzeby więźniów ofiarować przyrzekła. Uwidziało mi się, że głównie o to chodzi, by pieniędzy było jak najwięcej i by je prędko dostać; a że miałam wtedy kolumny felietonów otwarte, proponowałam adoptację. No, miałam się z pyszna za swoje! A jednak znowu się narażam i widzę, że mam niepoprawną w ufności naturę; tyle razy już się pokłułam i poparzyłam, nic nie pomaga, zawsze znajdzie się ktoś taki na świecie, komu wierzę aż do zuchwalstwa. Mogłabym wziąć na uwagę różne komentarze, które czasem do słów moich dorabiasz (choć ja się modlę, żebyś je w najściślejszym wypisanym znaczeniu brała — jeśli mi się pióro „w styl” ośliźnie, to cię uprzedzę o tym); ale już widać takie fatum padło, że uszy zatykam, właściwiej mówiąc, oczy na komentarze zamykam i twoich słów niedomówionych zapominam i twojej ceremonialności, twoich retycjencyj nie przypominam sobie, tylko widzę przed sobą twoje oczy poczciwe i piękne, prawdziwe i kochające, tylko pamiętam, że mi się darowałaś — że, choć się czasem o to rozdąsasz, niemniej jednak ty moją dzieciną, moją dziewczyną, jedyną moją — więc mi wolno do współki z tobą w wielu rzeczach stawać. Miałam też na czubku pióra — zamiast w wielu, we wszystkim — ale sobie przypomniałam Stasia — jakkolwiek i co do Stasia nie dam się wyłączyć zupełnie. Kiedy, którego dnia, o której godzinie będziesz przejeżdżała? Nie tworzę już żadnych z tego kombinacyj, bo mogłoby się znowu wszystko rozbić, lecz właśnie ponieważ dziś się rozbiło, może by dało się kiedyś lepiej skleić. Byle ten list za późno nie przyszedł! Pozdrów raz jeszcze siostry i ojca ode mnie, i Seweryna także, a najserdeczniej za to, że dobrze wygląda. Mam artystyczne gusta i chcę koniecznie, żeby moi bliscy dobrze wyglądali.