XLIV

5 września 1865, Zielona

Nie wiem, czy wróciłaś, Wando, ale wiem, że w każdym razie mój list by cię w Ludzimierzu nie zastał, więc go do Warszawy na powitanie wysyłam. Bodajbyś zapas siły i zdrowia przywiozła! Może w domu będzie trochę weselej, bo trochę spokojniej. Koło mnie nowy smutek — nowa strata. Nie uwierzysz, ile wspomnień, a jakich wspomnień z moją Stefanią133 do grobu poszło. Najpierwej o niej od mego brata słyszałam (kiedy mówię brata, nie wymieniając po imieniu, to się domyślasz, że najdroższego, umarłego, mam na myśli134). Brat nas zapoznał wzajemnie — przy nim już chorym, ale jeszcze wesołym i rozmownym, kilka wieczorów spędziłyśmy razem, na takich zajmujących, swobodnych gawędkach, na takich świetnych do koła projektach! Były to jedyne pełne same w sobie chwile mej przeszłości: może miałam później wznioślejsze lub ważniejsze, ale równie ufnych, równie wystarczających potrzebom duszy mojej — nigdy. Zataczałam pod górę kamień syzyfowy, nie przypuszczając, że się znowu osunie i na kark mi spadnie. Od tego czasu raz po raz przyszło znowu wziąć się do tej pracy — brałam się bardzo ochoczo nawet, bardzo cierpliwie — tylko wiedziałam ciągle, że praca „może się nie udać”, że kamień stoczyć się może. Kiedym kochała, to miałam pojęcie, jak to bywa, gdy ukochanych się traci; kiedym wierzyła, to już w zdolnościach moich tkwiła zdolność na poniesienie zawodu. Nie było to zaiste grzesznym jeszcze usposobieniem, lecz nie było też ową rajską duszy nieumiejącej wątpić potęgą. Zaczynałam właśnie pierwsze moje szpargały głównie dla zabawy brata drukować; niewiele ich miałam, bo jak i teraz potrzebowałam cichości, a rzadko kiedy mogłam jej choć godzinkę zawarować sobie. Nie pamiętam jednak, bym później kiedykolwiek ja sama tak prawdziwą „rozrywkę” miała w pisaniu, bym tak swobodnie dobierać mogła sobie pomysłów i tak stanowczo je wypowiadać. Maina była na fantazją. Wyjątki z podróży135 na wyznanie zasad — najzupełniejsza nieodpowiedzialność i najhardziejsze afirmatywy. I pan Guizot, który w swoich pamiętnikach tak często się na wolę Pana Boga powołuje, gdy mu przychodzi jaką chropowatość swego zarządu usprawiedliwić — i pan Guizot, i pani Eleonora, i wszyscy Honoraci, co się być zdają przynajmniej radcami tajnymi w Ministerium Niebieskim, z większą pewnością — nie o prawach mówię — lecz o wyrokach i zamiarach Pana Boga wiedzieć nie mogą, jak ja wiedziałam wówczas — a wówczas znałam Stefanię. Potem przeszły ciężkie próby, i znów trochę światła zamajaczało. Znał rozum, że to półblaski, ale w uczuciu było jeszcze rześkości na używanie jakby południowego słońca. W podróżach moich nieraz mi wypadło o dom rodzinny Stefanii się oprzeć. Z nią razem byłam w Krakowie, z nią razem znowu przeżyłam inne, drugie apoteozowe chwile pewnej epoki — z nią jeszcze kilka z pierwszych ciemniejących chwil 62-go roku — przed moją niefortunną do instytutu wyprawą — byłyśmy razem, choć nie w jedności, szczęśliwe — byłyśmy razem smutne — a nie mogłyśmy razem odejść sobie. Wiesz co, Wando — pomimo wszelkich niezbitych prawd geometrii, której się uczę, fizyki, o której czytam, chemii nawet, którą mi wasz Staś łaskawie pożyczył — pomimo dzieła „o objawach” Szokalskiego i kilku fizjologii, com je od pana Ignacego dostała, tak mię nagabują różne mistyczne przypuszczenia, że się z nich otrząsnąć nie mogę. Już kilka razy mi się zdarzyło, że autorskie moje najniewinniejsze, dozwolone przecież powieściowe zmyślenia, nagle zrzeczywistnieniem jakimś w biografię moją spadły i musiałam własnym sercem odczuć, we własnym losie przebyć to, co mi się najabstrakcyjniej w głowie uroiło — z artystycznej jedynie kombinacji napisało. Teraz, ciągle mię po mózgu dziobie wspomnienie Niklota. Figura bez talentu obmyślana, zdawało mi się, że mam nad nią zupełne prawo i obarczyłam ją przekleństwem długiego, dłuższego niż wszystkich ukochanych i znajomych życia. W promiennej nawet apoteozie młodości nie zdobyłam się na wyszukanie okropniejszej tortury. Czyżbym ją na samą siebie wywołała z nicości? — ależ mój fatalny Niklocik miał przynajmniej za co pokutować — wszak dałam to do zrozumienia — a moje zbrodnie gdzie? Komuż ja to skłamałam fałszywą obietnicą szczęścia? kogo ze śmierci ku życiu na płacz i żal wskrzesiłam? Ha! może ciebie, Wando? może wszystkich, którzy mi uwierzyli, że trzeba na Królestwo Boże pracować — że trzeba hydrę cierpienia dławić — że do Nieba dosięgną ku Niebu wyciągnięte ręce? Gotowa bym odwołać wszystko i całej sobie zaprzeczyć — byle tak nie zostawać, nie samotnieć — nie kamienieć nadgrobkowo.

Brzydko cię witam z nad Morskiego Oka wracającą — drugi list będzie lepszy. Zaczekaj tylko i sama prędko napisz — moja zbudzona Maino. Nie — nie ja nie zbudziłam — owszem zaskarżam, że ty mi usnąć nie dałaś — od dwóch lat bym już spała.