XXIV

[Olszowa] 31 maja 1864, wtorek

Rozdrażniłaś mię swoimi planami, Wando! Już się wyrzekłam wszelkich niespodzianek w życiu — przygotowałam się do racjonalnych skutków różnych złego nagromadzonych przyczyn, a ty mi ciskasz w duszę jakąś nadzieję waszego przyjazdu. Rzecz wprawdzie bardzo możliwa, granic praktyczności nie przesypująca, ani w czasie, ani w przestrzeni — jednak lękam się dowierzać. Jeśli to rzeczywiście pani Bolesława twoje życzenia kształtem jakiegoś już projektu odkreśliła, to jej wdzięczność za wdzięcznością — i prośba w dołączonym tu liście zawarta — a na ciebie, Wando, włożony obowiązek poparcia jej wszystkimi siłami. Niech ci to będzie pierwszą wprawą do uskuteczniania tego, co zapragniesz. Razem całą dobę przepędzić! — tylko nie w Rokicinach, gdzie wojska pełno i dom zajezdny najniegodziwszy. Olszowa przecież bardzo blisko! Siostry, jak tylko się dowiedziały o danej mi pół-obietnicy, najpierw same ucieszyły się na przybycie „panny Wandy”, a młodsza pani tj. Witka, starsza pani tj. Wikcia, i Kornelia tj. matka Witki, ze wzruszeniem prawdziwym przyjęły tę wiadomość, że może się zobaczą z ową panią, która im w cytadeli taką serdeczną okazała życzliwość. Zaraz jednak wszystkie pojęły, że nam razem na osobności lepiej być może i do mego wyboru oddały różne dla przyjęcia was pokoje — nb. już wybrałam jeden, na piętrze, tuż ponad moim — łączący w sobie wszystkie do swobodnego rozgospodarowania się warunki. „Przecież wam nie będziemy przeszkadzały”, mówią siostry z siostrzenicą, „a zawsze spokojniej i wygodniej niż w Rokicinach”. Więc niech tylko się dowiem, którego dnia? Czy Pelcia i Zosia przybędą także z mamą? Czy ciebie kto z twoich nie odprowadzi? to są szczegóły potrzebne, dla mnie osobiście, żeby stosownie do nich albo samej naprzeciwko wyjechać — albo wolne miejsce przyjeżdżającym zostawić. Wszystko, wszystko się składa, moja Wando, byle los się złożył!

A teraz co do pism Zosi110. Nie wiem, ile i jakich się zebrało; według tego jednak, co mi wyliczyłaś i co ja sama przeczuwam, te pisma są najważniejsze jako świadectwo jej życia całego, jako praca więcej jeszcze ducha niż talentu. Przeważać w nich musi spostrzeżenie nad ustrojem, aforyzm nad inwencją, prawda przekonania nad pomysłem artystycznym; tak jak w Zosi przeważała kobieta, istota ludzka nad autorką. Dlatego mnie się zdaje, że nie literatura, nie piśmiennictwo jej papierowym dziedzictwem, ale wspomnienia czasu bieżącego jej całym życiem, jej osobistością zbogacić trzeba. Pisma stanęłyby tylko jako cząstka dodatkowa, objaśniająca i tłumacząca jej indywidualność, jej wyrabianie się w sobie — krótko mówiąc, jako nitka w wątku biograficznym. Bardzo mało mamy takich czystych i poczciwych biografii — zmarnowały się najlepsze może w zapomnieniu — zastąpiono je kilkoma sztucznie uprawnymi — bo już taka widać dola czy nieudolność nasza, że tracimy najnieuważniej rzeczywiste zasługi nasze, a koronujemy się aktorską pstrocizną. Niechże Zosia nie zginie nam znowu! Ty, Wando, właśnie dlatego, że z jej życia i śmierci najwięcej korzystałaś, powinna byś to uznać obowiązkiem swoim. Z pomocą Edwarda ułóż o niej pamiętnik zupełny, od jej dzieciństwa, od wyjątków z listów, które ojciec o niej pisywał, aż do chwili pożegnania, w której się na połączenie z nim cieszyła. Pomyśl tylko, jaki to będzie piękny, dobry, poczciwy obraz rodziny, jakie niektóre jasne do zatrzymania chwile, jakie kosztowne do przechowania szczegóły — imion kilka — i pomyśl, że to ma przetrwać, pozostać. Tak jest, Wando — głównie o to mi chodzi, żeby pozostało. Nie radzę ci też zaraz twą pracę ludziom oddawać, chociaż radzę co prędzej ją rozpocząć, póki jesteś w najżywszej prawdzie wrażenia — w najbliższym do umarłej stosunku. Dziś, jutro, wydrukowana podobna biografia, by też najautentyczniejsza, mimowolnie nekrologowe nasuwa porównanie. Dziennikarstwo i reklamy tak nadużyły nekrologu, że w każdej szlachetniejszej naturze wstręt wyraźny budzi; nic a nic się nie dziwię, że Zosia w ostatnich chwilach jeszcze wypraszała się od tej smutnej konieczności. Mnie się widzi nawet, że nekrolog istotnie pamięć historyczną zabija. Wiem, że wkrótce po moim przyjeździe do Warszawy z Lublina gazety przepełnione były nekrologami jakiegoś młodego człowieka, który miał istotnie wyższe zapowiadać zdolności — pisał o nim Jul. Bartosze[wicz], Julka Janiszew[ska] — pani Pruszak111 — parę anonimów, a wszystko sążniste kolumny — kto to był, czy wiesz teraz w lat kilka zaledwie? — spytaj Edwarda, czy sobie przypomni od razu? — ja, pokornie się przyznaję, że nazwiska zapomniałam. Otóż pewna jestem, że gdyby zamiast owych spiesznych panegiryków, dzisiaj choć w „Bibliotece Warszawskiej” — parę kartek poświęcił ktoś temu wspomnieniu, gdyby je wskrzesił z gorącym jak w pierwszej chwili sercem, a zimną jak po latach ubiegłych rozwagą, to by niezawodnie głębsze wywarło wrażenie — na dłuższy czas by się przechowała ta postać, ten niejako specymen gatunkowości tamtejszego czasu. Albo i Alojzy Zagórski — co to było szumu przy jego śmierci — a jak słabe dziś echa. Wierz mi, Wando, czas jedynie uświęca i utrwala; im prędzej rzucisz imię ludzkie na ogólnej własności pole, tym prędzej przeminie; im później, tym dłużej się utrzyma. Już nieraz myślałam sobie, że gdyby pamiętniki Paska były zaraz w jego wieku ogłoszone, to by o nich zaledwo może kilku erudytów Bartoszewiczów wiedziało; ale że się ukazały wtenczas, gdy cała niejako osada, oprawa jego osobistości w najdalszych promieniach się skończyła, dlatego rozpowszechniły się i podniosły w wartości najdrobniejszych drobiazgów swoich. Nie idzie zatem, żeby do drugiej Paskowej epoki biografię Zosi odkładać — to tylko przez porównanie nadmieniłam — myślę jednak, że warto by przeczekać jakąś miarę czasu, aż pewna wibracja żywej osobistości, tak tej, co odeszła, jak tych, co pozostali, przymilknie. Kiedy mi wolno było samej dla siebie układać jakieś pośmiertne plany, wiem, że ten był najulubieńszy. Ani jednego wiersza z listów moich nie byłabym oddała „publiczności” popogrzebowej; nieraz jednak pragnęłam, aby nawet myśli moje niedopowiedziane „później, och! później żyjących” doszły. Dzisiaj i tego wcale już sobie nie życzę, lecz sądzę, że będzie najlepszym, gdy względem kogoś innego się urzeczywistni. Prócz tego, moja Wando, coraz a coraz więcej ufam powolnemu działaniu; coraz bardziej mię to zastanawia, że w geologii więcej dowodów na milionowych lat wpływy, niż śladów kataklizmowych. Nie rozdawajcie więc Zosi niebacznie, prędko — zbierajcie ją wszędzie po przeszłości waszej, po jej pamiątkach, aż zebraną, upodobnioną, zachowacie dla pewnej, przez was najwłaściwszą uznanej przyszłości. Wyobrażam sobie, jakby to mogło boleść samej matki spożytkować i koić — znalazłaby nowy cel życia, nowy interes, nowy obowiązek i pociechę nową. Te dnie, w których byś przyszła do niej i powiedziała: „Ciociu, a co by ciocia chciała jeszcze o Zosi mieć napisane”, to byłyby dni jej powtórzonego szczęścia. Nie zabrakłoby ci szczegółów, a z takiej miłości zaczerpnięte! Wszakże nietrudne przeznaczam ci zadanie. Żegnaj — zaczynam mówić — do widzenia.

Zosi przypisek roztęschnił mnie — egoistycznie, nade mną samą — ale to nie powinno by się wyznawać — szczególniej piśmiennie.