1. Różnorodność światów
Planeta, ku której skierowaliśmy się po naszym długim locie pośród gwiazd była pierwszą z wielu, jakie odwiedziliśmy. Na niektórych pozostawaliśmy, zgodnie z miejscowym kalendarzem, tylko przez kilka tygodni, na innych przez kilka lat, zamieszkując wspólnie umysł jakiegoś tubylca. Często gdy nadchodził czas, by wyruszyć w dalszą drogę, nasz gospodarz towarzyszył nam w kolejnych przygodach. Gdy podróżowaliśmy od świata do świata, gromadząc doświadczenia jak warstwy geologiczne, zdawało się, że ta dziwna wyprawa trwa przez wiele żywotów. Myśli o naszych ojczystych planetach wciąż nas jednak nie opuszczały. W moim przypadku dopiero na tym wygnaniu zdałem sobie w pełni sprawę z tego, jak cenna była dla mnie Ziemia. Musiałem zrozumieć każdy świat w miarę swych możliwości, porównując go z odległą planetą, gdzie przeżyłem własne życie i przede wszystkim z tym probierzem wspólnego życia, jakie ona i ja wspólnie dla siebie stworzyliśmy.
Zanim spróbuję opisać, a raczej zasugerować ogromną różnorodność światów, jakie zwiedziłem, muszę powiedzieć kilka słów o samej podróży. Po doświadczeniach, które dopiero opisałem, jasne było, że metoda bezcielesnego lotu nie zdawała się na wiele. Owszem, dawała nam niezwykle żywą percepcję widzialnych cech naszej galaktyki i często z jej pomocą orientowaliśmy się, gdy dokonaliśmy jakiegoś nowego odkrycia z użyciem metody przyciągania psychicznego. Ale jako że dawała nam swobodę ruchu jedynie w przestrzeni, a nie w czasie i jako że układy planetarne były tak rzadkie, metoda przypadkowego fizycznego lotu niemal nie miała szans na sukces. Tymczasem przyciąganie psychiczne, gdy już je opanowaliśmy, okazało się wyjątkowo skuteczne. Metoda ta zależała od zasięgu wyobraźni naszych umysłów. Z początku, gdy ograniczało ją jedynie doświadczenie naszych własnych światów, byliśmy w stanie nawiązać kontakt tylko z planetami do nich podobnymi. Poza tym, w tej początkowej fazie pracy, natykaliśmy się wciąż na światy, które przechodziły przez ten sam duchowy kryzys, który dotyka dziś Homo sapiens. Wyglądało na to, że abyśmy mogli wkroczyć do danego świata, musiało istnieć jakieś podobieństwo między nami a naszymi gospodarzami.
W miarę jak odwiedzaliśmy kolejne światy, znacznie wzrosło nasze zrozumienie zasad tej metody podróży i naszych możliwości. Poza tym na każdej z planet szukaliśmy nowego współpracownika, który mógł zapewnić nam wgląd w swój świat i rozszerzyć zasięg naszej wyobraźni, pozwalając nam na dalszą eksplorację galaktyki. Ta metoda kuli śnieżnej, dzięki której mieliśmy kolejnych towarzyszy podróży, była bardzo ważna. W ostatnich etapach eksploracji dokonaliśmy odkryć, które można uznać za nieskończenie wykraczające poza możliwości pojedynczego ludzkiego umysłu.
Z początku Bvalltu i ja założyliśmy, że wybieramy się na czysto prywatną wyprawę; później zaś, gdy zabieraliśmy ze sobą kolejnych współpracowników, nadal wierzyliśmy, że jako jedyni zainicjowaliśmy eksplorację kosmosu. Po jakimś czasie nawiązaliśmy jednak kontakt psychiczny z inną grupą kosmicznych odkrywców, pochodzących z nieznanych nam wciąż światów. Po trudnych i często niepokojących eksperymentach połączyliśmy z nimi siły, najpierw nawiązując intymną więź, a następnie to dziwne zlanie jaźni, którego doświadczyliśmy wcześniej w pewnym stopniu ja i Bvalltu podczas naszej pierwszej międzygwiezdnej podróży.
Gdy napotkaliśmy coraz więcej takich grup, zdaliśmy sobie sprawę, że choć każda taka ekspedycja rozpoczęła się samotnie, wszystkim przeznaczone było prędzej czy później nawiązać ze sobą kontakt. Albowiem, niezależnie od tego, jak obce sobie były początkowo, każda zyskiwała z czasem tak wielki zasięg wyobraźni, że ostatecznie okazało się to nieuniknione.
Z czasem stało się jasne, że my, poszczególni mieszkańcy rzeszy światów, odgrywaliśmy niewielką rolę w wielkich ruchach, za pomocą których kosmos szukał poznania samego siebie i czegoś jeszcze dalej.
Mówiąc to, nie twierdzę ani przez chwilę, że, ponieważ wziąłem udział w tym ogromnym procesie kosmicznego samoodkrywania, historia, którą opowiem jest prawdziwa w dosłownym sensie. Oczywiście nie zasługuje na to, aby brać ą za absolutną, obiektywną prawdę o kosmosie. Ja, jednostka ludzka, mogę tylko w bardzo powierzchowny i nie dość dokładny sposób wziąć udział w nadludzkim doświadczeniu tego wspólnego „ja”, na które składali się nieprzeliczeni odkrywcy. Książka ta z konieczności stanowić musi absurdalnie fałszywą karykaturę naszej rzeczywistej przygody. Poza tym jednak, choć byliśmy i jesteśmy rzeszą pochodzącą z mnogości sfer, przedstawiamy tylko drobną cząstkę różnorodności całego kosmosu. Dlatego też nawet najwyższa chwila naszej egzystencji, gdy zdawało nam się, że przeniknęliśmy do samego serca rzeczywistości, w istocie obdarzyła nas jedynie paroma strzępkami prawdy, nie dosłownymi, ale symbolicznymi.
Mój opis tej części wyprawy, która sprowadziła mnie na światy mniej więcej ziemskiego typu można uznać za względnie rzetelny, ale to, co dotyczy bardziej obcych sfer istnienia, musi być dalsze od prawdy. Inną Ziemię opisałem zapewne nie fałszywiej niż nasi historycy opowiadają o dawnych dziejach Homo sapiens. Ale o mniej ludzkich światach, o wielu fantastycznych rodzajach istot, na które natknąłem się w galaktyce i całym kosmosie, a nawet dalej, z musu będę mówić na sposób, który brany dosłownie musi być niemal całkowicie nieprawdziwy. Mogę jedynie żywić nadzieję, że tkwi w nich ten rodzaj prawdy, jaki czasami znajdujemy w mitach.
Uwolnieni od przestrzeni z jednaką łatwością wyruszaliśmy ku pobliskim, jak i ku dalekim rejonom galaktyki. To, że nie nawiązywaliśmy wtedy jeszcze kontaktu z umysłami z innych galaktyk nie wynikało z żadnych ograniczeń narzucanych przez przestrzeń, ale z dziwacznych ograniczeń naszych zainteresowań, które przez dłuższy czas nie dopuszczały do siebie wpływu światów leżących poza rubieżami Drogi Mlecznej. Więcej o tym ciekawym ograniczeniu powiem, gdy opiszę, jak w końcu je przezwyciężyliśmy.
Poza swobodą podróży w przestrzeni dysponowaliśmy też swobodą podróży w czasie. Niektóre ze światów, które odkrywaliśmy w tej wczesnej fazie naszych przygód, przestały istnieć na długo przed powstaniem mojej ojczystej planety; inne były jej współczesne, a jeszcze inne narodziły się dopiero u zmierzchu galaktyki, gdy Ziemia uległa już zniszczeniu i wiele gwiazd zdążyło zagasnąć.
Gdy prowadziliśmy poszukiwania pośród czasu i przestrzeni, odkrywając coraz więcej rzadkich ziarenek zwanych planetami, przyglądając się coraz to kolejnym rasom z wysiłkiem osiągającym świadomość, by upaść w wyniku zewnętrznego wypadku lub, jeszcze częściej, przez jakiś błąd w swojej naturze, coraz bardziej ciążyło nam poczucie bezsensu, braku celu w kosmosie. Kilka światów rzeczywiście osiągnęło poziom świadomości wykraczający poza nasze pojęcie. Ale najwybitniejsze z nich uczyniły to w najwcześniejszej epoce historii galaktyki i nic, co odkryliśmy w późniejszych fazach rozwoju kosmosu nie sugerowało, że jakakolwiek galaktyka, czy też cały kosmos, był pod wpływem przebudzonego ducha w większym stopniu niż w tej pradawnej erze. Dopiero dużo później udało nam się odkryć wspaniały, ale ironiczny i łamiący serce punkt kulminacyjny, dla którego wcześniejsze światy stanowiły jedynie prolog.
W pierwszej fazie przygody, gdy, jak już wspomniałem, nasze moce telepatycznej eksploracji były wciąż niekompletne, każdy świat, w jaki wkraczaliśmy, okazywał się podlegać temu samemu kryzysowi duchowemu, jaki znaliśmy z ojczystych planet. Kryzys ten, jak stwierdziłem, miał dwa aspekty. Stanowił on chwilę walki ducha o to, by stać się zdolnym do prawdziwej wspólnoty na globalną skalę i jednocześnie etap wielowiekowych starań o osiągnięcie odpowiedniego, duchowego nastawienia względem wszechświata.
Na każdym z tych „larwalnych” światów zjawiały się miliardy istot, jedna po drugiej, dryfując po omacku przez kilka chwil w kosmicznej skali zanim w końcu gasły. Większość była zdolna, przynajmniej w skromnym stopniu, do intymnej wspólnoty osobistej czułości, ale dla niemal wszystkich z nich obca osoba była kimś, kogo należało bać się i nienawidzić. I nawet ich intymna miłość była niestała i brakowało jej pełnego zrozumienia. Mieszkańcy tych światów niemal zawsze szukali jedynie odpoczynku od zmęczenia i nudy, strachu i głodu. Jak moja własna rasa, nigdy w pełni nie przebudzili się z pierwotnego, podludzkiego snu.Jedynie garstkę z nich, od czasu do czasu, koiły, napędzały czy dręczyły chwile prawdziwego przebudzenia. Jeszcze mniej osiągnęło jasny, stały wgląd choćby w ułamek prawdy i brało swoje półprawdy za prawdę absolutną. Głosząc swoje częściowe prawdy, dezorientowali i zwodzili resztę śmiertelników w takim samym stopniu, jak im pomagali.
Każda z tych dusz, na każdym ze światów, w jakimś momencie życia osiągała niski punkt kulminacyjny świadomości i spójności duchowej, aby potem powoli lub katastrofalnie szybko znów osunąć się w pustkę. Jak na moim własnym świecie, tak i na pozostałych, spędzano żywoty na pogoni za cieniami czekającymi zawsze tuż za rogiem. Przeżywano długie okresy nudy i frustracji, przerywane rzadkimi chwilami radości. Doświadczano ekstazy osobistych triumfów, miłości czy przebłysków intelektu albo twórczości artystycznej. Istniały także ekstazy religijne, ale, jak wszystko inne na tych światach, zaciemniały je fałszywe interpretacje. Były też szalone ekstazy nienawiści i okrucieństwa wobec jednostek i grup. Czasami w tej wczesnej fazie podróży tak bolał nas ogrom cierpienia i okrucieństwa, że zawodziła nas odwaga, nasze moce telepatyczne ogarniał chaos i staczaliśmy się ku szaleństwu.
Ale większość światów nie była tak naprawdę gorsza niż nasz. Jak my, ich mieszkańcy osiągnęli etap, w którym duch, na poły przebudzony z bestialstwa i daleki od dojrzałości, potrafi najtragiczniej cierpieć i zachowywać się najokrutniej. I jak nas, te tragiczne, lecz pełne życia światy, odwiedzane przez nas na tym wczesnym etapie, ogarniała rozpacz wynikająca z niezdolności ich umysłów do nadążenia za zmieniającymi się okolicznościami. Zawsze pozostawały z tyłu, zawsze niepotrzebnie stosowały dawne koncepcje i idee do nowych sytuacji. Jak nas, zawsze dręczył ich głód wspólnoty, której wciąż pożądali, ale której ich biedne, tchórzliwe, samolubne dusze nie były w stanie osiągnąć. Byli do tego zdolni w parach i małych kręgach przyjaciół, tylko tam czuli wzajemny szacunek, miłość i potrafili zrozumieć się nawzajem. Ale w plemionach i narodach zbyt łatwo podporządkowywali się fałszywej stadnej wspólnocie, wyjąc jednym głosem strachu i nienawiści.
Zwłaszcza w jednej kwestii rasy te przypominały naszą. Każda wyrosła z dziwnej mieszanki przemocy i łagodności. Apostołowie wojny i pokojowej łagodności ciągnęli ich w tę czy inną stronę. W czasie naszej wizyty wiele z tych światów znajdowało się w wynikającym z tego konfliktu kryzysie. W niedalekiej przeszłości wiele mówiono o łagodności, tolerancji i wolności, ale bezskutecznie, bo nie było w tym szczerości, przekonania, prawdziwego doświadczenia szacunku dla poszczególnych osób. Kwitła wszelkiego rodzaju samolubność i mściwość, z początku w ukryciu, a następnie otwarcie, w formie bezwstydnego indywidualizmu. Aż w końcu ludzie gniewnie odwracali się od indywidualizmu i pogrążali się w kulcie stada. Jednocześnie, oburzeni porażką łagodności, zaczynali otwarcie chwalić przemoc i bezlitosność przysłanego przez bogów bohatera i zbrojnego plemienia. Ci, którzy myśleli, że wierzą w łagodność zbroili się przeciw obcym plemionom, które oskarżali o wiarę w przemoc. Wysoce rozwinięta technika przemocy groziła zniszczeniem cywilizacji; z roku na rok łagodność marniała. Niewielu rozumiało, że ich świat potrzebuje ratunku nie poprzez zastosowanie krótkotrwałej przemocy, ale poprzez długotrwałe oddziaływanie łagodności. A jeszcze mniej z nich widziało, że aby jej działanie było skuteczne, łagodność musi stanowić religię; i że trwały pokój nie nastanie,póki większość nie przebudzi w sobie świadomości, którą na każdym z tych światów osiągało niewielu.
Gdybym miał opisać w szczegółach każdy ze światów, jaki odwiedziliśmy, książka ta stałaby się całym światem bibliotek. Mogę poświęcić jednie kilka stron różnym rodzajom napotkanych na tym wczesnym etapie światów, wzdłuż, wszerz i przez cały czas istnienia naszej galaktyki. Niektóre z tych typów występowały tylko kilkakrotnie, zaś innych były dziesiątki lub setki.
Najliczniejsze ze wszystkich klas inteligentnych światów są te, do których zalicza się planeta znana czytelnikom tej książki. Homo sapiens od niedawna pochlebia sobie i boi się tego, że choć być może nie stanowi jedynej inteligencji w kosmosie to przynajmniej jest wyjątkowy, że światy nadające się dla inteligentnego życia muszą być niezwykle rzadkie. Pogląd ten okazuje się absurdalnie fałszywy. W porównaniu z niewyobrażalną liczbą gwiazd inteligentne światy rzeczywiście są rzadkie, ale odkryliśmy tysiące podobnych do Ziemi, zamieszkanych przez istoty będące w zasadzie ludźmi, nawet jeśli powierzchownie nie zawsze ich przypominały. Inni ludzie należeli do tych najbardziej zbliżonych do ludzi, ale w dalszych etapach podróży, gdy nasze badania nie ograniczały się już do światów, które osiągnęły znajomy etap kryzysu duchowego, natknęliśmy się na kilka planet zamieszkanych przez rasy niemal identyczne z Homo sapiens, a raczej ze stworzeniami, jakimi Homo sapiens byli u początków swego istnienia. Nie napotkaliśmy tych najbardziej ludzkich ze światów wcześniej,ponieważ w wyniku takiego czy innego wypadku uległy zniszczeniu, zanim uzyskały podobny do naszego poziom umysłowy.
Przez długi czas, choć już udało nam się poszerzyć zakres naszych badań od równych nam światów do światów stojących niżej w rozwoju, nadal nie byliśmy w stanie nawiązać kontaktu z istotami, których osiągnięcia wykraczały poza te uzyskane przez Homo sapiens. I choć przyglądaliśmy się historii wielu światów poprzez różne epoki i widzieliśmy, jak wiele z nich spotyka katastrofalny koniec lub dopada stagnacja i rozkład, istniało kilka, z którymi traciliśmy połączenie w chwili, gdy zdawały się gotowe na skok naprzód, ku jakiejś bardziej rozwiniętej mentalności. Dopiero dużo później, gdy nasza istota wzbogaciła się o wiele wyższych duchowo jednostek, udało nam się przyjrzeć dalszej części ich biografii.