1. Żywe utopie
Nadszedł czas, gdy nasz nowy wspólny umysł osiągnął tak wysoki poziom świadomości, że był w stanie utrzymywać kontakt nawet ze światami, które wykroczyły daleko poza mentalność ziemskich ludzi. O tych podniosłych doświadczeniach po powrocie do stanu bycia jedynie pojedynczą istotą ludzką mam jedynie bardzo chaotyczne wspomnienia. Jestem jak ktoś, kto w stanie zupełnego wycieńczenia umysłowego stara się przypomnieć sobie najbardziej wnikliwe intuicyjne spostrzeżenia, które przyszły mu do głowy w stanie utraconej obecnie świeżości myślenia. Może przywołać jedynie blade echo i przytłumiony blask. Nawet jednak te fragmentaryczne wspomnienia kosmicznych odczuć, których doświadczyłem w tym stanie wyjątkowej przytomności zasługują na opisanie.
Ciąg wydarzeń w rodzącym się świecie wyglądał zwykle mniej więcej następująco. Punktem początkowym, co warto zauważyć, była sytuacja, w jakiej obecnie znajduje się nasza Ziemia. Dialektyka historii świata postawiła zamieszkującą go rasę przed problemem, z którym tradycyjna mentalność nie byłaby w stanie sobie nigdy poradzić. Sytuacja stała się zbyt złożona dla przyziemnych intelektów i wymagała takiego poziomu prawości u przywódców i u podążających za nimi mas, jaki możliwy był jedynie dla nielicznych umysłów. Świadomość przebudziła się już gwałtownie z pierwotnego transu i wpadła w stan rozpaczliwego indywidualizmu i wzniosłej, lecz żałośnie ograniczonej samoświadomości. A indywidualizm w połączeniu z tradycyjnym, plemiennym myśleniem groził teraz zrujnowaniem świata. Tylko po długich męczarniach związanych z kryzysami gospodarczymi i maniakalnymi wojnami, dzięki coraz jaśniejszym wizjom szczęśliwszego świata, osiągnąć można drugi etap przebudzenia. W większości przypadków się to nie udało. „Natura ludzka”, czy też jej odpowiednik na wielu światach, nie była zdolna do przemiany, a środowisko nie mogło jej przekształcić.
Ale na garstce spośród światów reakcją ducha na ten rozpaczliwy los był cud. Czy też, jeśli tak woli czytelnik, środowisko w cudowny sposób przeobraziło ducha. Dochodziło do powszechnego i niemal natychmiastowego przebudzenia do nowej, przytomniejszej świadomości i nowej prawości ducha. Nazwanie tej przemiany cudem oznacza jedynie uznanie faktu, że nie było możliwe przewidzenie jej z pomocą nauki nawet przy najpełniejszej wiedzy o „ludzkiej naturze”, w formie, w jakiej manifestowała się w poprzedniej epoce. Dla późniejszych pokoleń nie był to jednak cud, ale spóźnione przebudzenie z niezwykłego otępienia do zwykłej przytomności.
Ten bezprecedensowy poziom świadomości początkowo przyjmował formę powszechnej chęci zaprowadzenia nowego porządku społecznego, który byłby sprawiedliwy i obejmowałby całą planetę. Tego rodzaju ferwor społeczny nie był oczywiście niczym nowym. Niewielka mniejszość od dawna wyobrażała sobie lepszą przyszłość i z pewnym wahaniem próbowała poświęcić się jej zrealizowaniu. Ale teraz w końcu, dzięki zbiegowi okoliczności i potencjałowi samego ducha, ta wola społeczna ogarniała cały świat. I choć nadal była pełna pasji, a przebudzone istoty nadal zdolne były do bohaterskich czynów, cała struktura społeczna świata ulegała reorganizacji i w ciągu pokolenia lub dwóch każda rozumna istota na planecie mogła liczyć na środki życiowe i szanse na spełnienie swojego potencjału dla własnego szczęścia i w służbie światowej społeczności. Możliwe teraz było wychowanie nowych pokoleń w poczuciu, że porządek świata stanowił już nie obcą tyranię, ale wyrażenie woli ogółu i że ich szlachetne dziedzictwo było czymś, dla czego warto żyć, za co warto cierpieć i umierać. Dla czytelników tej książki taka zmiana może wydawać się cudowna, a taki stan utopijny.
Ci z nas, który pochodzili z mniej szczęśliwych planet uznali jednocześnie za podnoszące na duchu, jak i gorzkie spoglądanie na kolejne światy, które pomyślnie wyszły z niedoli, która zdawała się nieunikniona, patrzenie na to, jak populacja sfrustrowanych, zatrutych nienawiścią stworzeń ustępuje takiej, w której każda istota traktowana jest hojnie i mądrze i dzięki temu nie grozi jej nieuświadomiona zazdrość i nienawiść. Wkrótce, choć nie doszło do żadnych zmian na poziomie biologicznym, nowy porządek społeczny wytwarzał populację świata, która równie dobrze mogłaby należeć do innego gatunku. Pod względem możliwości fizycznych, inteligencji, niezależności umysłowej i odpowiedzialności społecznej nowe osobniki znacznie przewyższały stare, podobnie jak pod względem zdrowia psychicznego i siły woli. I choć czasami obawiano się, że usunięcie wszelkich źródeł konfliktu społecznego może pozbawić umysł bodźców dla pracy twórczej i doprowadzić do powstania populacji przeciętniaków, wkrótce okazało się, że zamiast ulegać stagnacji, duch takiej rasy odkrywał teraz nowe pola walki i triumfu. „Arystokraci”, którzy po wielkiej zmianie stanowili całą, prosperującą ludność, spoglądali na poprzednią epokę z ciekawością oraz niedowierzaniem i z wielkim trudem przychodziło im wyobrażanie sobie poplątanych, niecnych i w większości nieświadomych motywacji napędzających działania nawet najszczęśliwszych z ich przodków. Uznawano, że cała przedrewolucyjna ludność cierpiała na poważne choroby umysłowe, powszechne zarazy urojeń i obsesji z uwagi na niedożywienie i zatrucie umysłów. W miarę postępów badań nad psychiką dawna psychologia budziła zainteresowanie podobne jak to, jakie wśród współczesnych Europejczyków budzą starożytne mapy zniekształcające kształt świata niemal nie do poznania.
Skłanialiśmy się ku postrzeganiu kryzysu psychologicznego budzących się światów jako trudnego przejścia od młodości do dojrzałości. Sprowadzał się bowiem do wyrośnięcia z młodzieńczych zainteresowań, odrzucenia zabawek i dziecięcych zabaw i odkrycia pasji dorosłego życia. Prestiż plemienny, indywidualna dominacja, chwała wojenna, triumfy przemysłowe traciły swój powab i zamiast tego szczęśliwe stworzenia cieszyły się cywilizowanymi relacjami społecznymi, biorąc udział w działaniach kulturowych i we wspólnym przedsięwzięciu budowy świata.
Podczas fazy historii, która następowała po samym przezwyciężeniu kryzysu duchowego w budzącym się świecie dana rasa nadal skupiała oczywiście uwagę na odbudowie społecznej. Należało podjąć się wielu bohaterskich zadań. Potrzebny był nie tylko nowy system gospodarczy, ale nowe systemy organizacji politycznej, prawa i oświaty. W wielu przypadkach ten okres rekonstrukcji pod przewodnictwem nowej mentalności sam stanowił czas poważnych konfliktów. Bowiem nawet istoty, które szczerze zgadzają się co do celu aktywności społecznej mogą ostro nie zgadzać się co do środków. Jednakowoż konflikty te, choć pełne emocji, znacznie różniły się od wcześniejszych konfliktów wynikających z obsesyjnego indywidualizmu i nienawiści wobec grup społecznych.
Zauważyliśmy, że nowe porządki świata były bardzo różnorodne. Można się tego było oczywiście spodziewać, jako że światy te różniły się biologicznie, psychologicznie, kulturowo. Doskonały ustrój dla rasy szkarłupni musiał oczywiście być inny niż dla symbiotycznych ichtioidów i arachnoidów, a ten od ustroju łodzikowców i tak dalej. Zauważyliśmy jednak na wszystkich tych zwycięskich światach niezwykłe podobieństwo. Na przykład, w najswobodniejszym tego słowa znaczeniu, wszystkie były komunistyczne, jako że na wszystkich z nich środki produkcji stanowiły własność wspólną i żadna jednostka nie mogła wykorzystywać pracy innych dla prywatnego zysku. Znów jednak, w pewnym sensie wszystkie te ustroje były demokratyczne, jako że ostatecznie politykę kształtowała światowa opinia publiczna. Ale w wielu przypadkach nie istniała machina demokratyczna, nie było kanałów prawnych dla wyrażenia światowej opinii. Zamiast tego wysoce wyspecjalizowana biurokracja, a nawet światowy dyktator, mógł zajmować się organizacją działalności świata, posiadając pod względem prawnym absolutną władzę, ale wciąż podlegając nadzorowi woli ludu wyrażanej poprzez radio. Zdumiało nas to, że na rzeczywiście przebudzonym świecie nawet dyktatura potrafiła być w zasadzie demokratyczna. Byliśmy świadkami niewiarygodnych sytuacji, w których „absolutne” rządy światowe, w obliczu wyjątkowo ważnej i pełnej wątpliwości decyzji politycznej, apelowały o formalną decyzję demokratyczną, by ze wszystkich regionów otrzymać odpowiedź: „Nie możemy nic doradzić. Musicie zadecydować tak, jak podpowiada wam doświadczenie zawodowe. Podporządkujemy się waszej decyzji”.
Prawo na tych światach opierało się na zadziwiającym rodzaju reguł, które nie mogłyby sprawdzić się na Ziemi. Nie istniały żadne próby egzekwowania prawa z użyciem przemocy, nie licząc niebezpiecznych szaleńców, stanowiących czasami relikt poprzedniej ery. Na niektórych planetach istniały złożone systemy „praw” dotyczących życia gospodarczego i społecznego pewnych grup czy nawet prywatnych spraw jednostek. Z początku wydawało nam się, że na tych światach zaniknęła wolność. Później odkryliśmy jednak, że cały ten misterny system traktowano tak, jak my traktujemy zasady gry czy kanony sztuki, czy też niezliczone pozaprawne zwyczaje istniejące w każdym społeczeństwie. Ogólnie rzecz biorąc, wszyscy trzymali się prawa, ponieważ wierzyli w jego wartość społeczną jako wskazówek właściwego postępowania. Ale w przypadku, gdy prawo wydawało się nieodpowiednie łamali je bez wahania. Zachowanie takie mogło spowodować oburzenie, niedogodności czy nawet poważne problemy dla innych, którzy zapewne stanowczo by zaprotestowali. Ale nie istniała kwestia przymusu. Jeśli bezpośrednio zainteresowanym nie udawało się przekonać sprawcy, że jego zachowanie jest szkodliwe społecznie, sprawa ta mogła trafić do pewnego rodzaju sądu arbitrażowego, opierającego się na prestiżu światowego rządu. Jeśli decyzja podjęta była na niekorzyść pozwanego, który mimo to kontynuowałby swoje nielegalne zachowania, nikt by go nie powstrzymał. Mimo wszystko jednak siła publicznego potępienia i ostracyzmu społecznego była tak wielka, że bardzo rzadko lekceważono wyroki sądów. Straszliwe poczucie odosobnienia działało na łamiącego prawo niczym męka. Jeśli jego motywacje były nikczemne, prędzej czy później ulegał. Ale jeśli jedynie źle oceniono jego sprawę lub jego zachowanie wynikało z oceny sytuacji lepszej niż u jego bliźnich, mógł obstawać przy swoim, aż zjednał sobie opinię publiczną.
Wspominam o tych ciekawostkach społecznych głównie po to, by nakreślić głęboką różnicę między duchem tych utopijnych światów a duchem znanym czytelnikom tej książki. Łatwo można sobie wyobrazić, że w naszych podróżach natknęliśmy się na cudowną różnorodność zwyczajów i instytucji, ale nie mogę poświęcić więcej czasu na opisanie nawet najniezwyklejszych z nich. Muszę zadowolić się opowiedzeniem z grubsza o życiu na typowych spośród budzących się światów, aby być w stanie opowiedzieć o historii nie tylko poszczególnych planet, ale naszej galaktyki jako całości.
Gdy budzący się świat przeszedł już przez fazę radykalnej przebudowy społecznej i uzyskał nową równowagę, rozpoczynał się okres ciągłego rozwoju gospodarczego i kulturowego. Mechanizm, dawniej tyran rządzący ciałem i umysłem, ale teraz będący wiernym sługą, zapewniał każdej jednostce pełnię i różnorodność życia znacznie wykraczającą poza to, co znamy na Ziemi. Komunikacja radiowa i podróże rakietowe dawały każdemu bliską wiedzę o wszystkich zamieszkujących jego świat ludach. Maszyneria wyręczająca robotników w pracy łagodziła wysiłki potrzebne do utrzymania cywilizacji; znikała wszelka wyniszczająca harówka i energia każdego z obywateli świata mogła skupiać się na służbie społecznej godnej rozumnej istoty. A „służbę społeczną” interpretowano bardzo szeroko. Wydawała się pozwalać na to, by wielu mieszkańców świata oddawało się w pełni dziwacznej i nieodpowiedzialnej autoekspresji. Społeczność mogła pozwolić sobie na mnóstwo tego rodzaju zmarnowanej energii dla tych paru bezcennych klejnotów oryginalności, które czasami się z niej rodziły.
Ta stabilna i pełna sukcesów faza budzących się światów, którą nazwaliśmy fazą utopijną, zapewne stanowiła najszczęśliwszą z er w życiu każdej z planet.Nadal zdarzały się różnego rodzaju tragedie, lecz nie były one powszechne, nigdzie nie panowała niekończąca się udręka. Zauważyliśmy też, że podczas gdy w poprzednich erach tragedią bywały zwykle ból fizyczny i przedwczesna śmierć, teraz myślano o niej raczej jako o skutku sporów, wzajemnej tęsknoty i niekompatybilności różnego rodzaju osobowości. Tak rzadkie stały się dawniejsze dramaty i jednocześnie tak subtelne i wrażliwe stały się kontakty międzyludzkie. Powszechna fizyczna tragedia, cierpienie i zagłada całych populacji, czego doświadczamy podczas wojny i zarazy, były czymś praktycznie nieznanym, nie licząc tych rzadkich przypadków, gdy całą rasę niszczył wypadek w skali astronomicznej, czy to utrata atmosfery, czy też rozpad planety albo wejście układu słonecznego w jakąś chmurę gazu lub pyłu.
W tej szczęśliwej fazie, która mogła trwać przez kilka stuleci lub przez tysiące lat, cała energia poświęcana była udoskonalaniu światowej społeczności i ulepszaniu rasy za pomocą środków kulturowych i eugenicznych.
O przedsięwzięciach eugenicznych tych światów opowiem niewiele, ponieważ większość z tego byłaby nieczytelna bez dokładnej wiedzy o biologicznej i biochemicznej naturze każdej z tych nieludzkich populacji. Wystarczy wspomnieć, że pierwszym zadaniem eugeników było zapobieżenie dalszemu przekazywaniu chorób dziedzicznych i deformacji ciała i umysłu. W czasach poprzedzających wielką zmianę psychologiczną nawet ta skromna praca często prowadziła do poważnych nadużyć. Rządy próbowały wyeliminować takie cechy, jak niezależne myślenie. Entuzjastyczni ignoranci nawoływali do bezlitosnego i nierozważnego wpływu na dobór partnerów. Ale w owej bardziej oświeconej epoce niebezpieczeństwa były znane i skutecznie ich unikano. Mimo to działania eugeniczne często prowadziły do katastrofy. Widzieliśmy, jak pewna wspaniała rasa inteligentnych ptaków spadła do podludzkiego poziomu w wyniku próby wyeliminowania podatności na zaraźliwą chorobę umysłową. Okazało się, że podatność ta pośrednio połączona była genetycznie z możliwością prawidłowego rozwoju mózgu u piątego z kolei pokolenia.
Jeśli chodzi o pozytywne przedsięwzięcia eugeniczne, wspomnę tylko o usprawnieniach czułości zmysłów (zwłaszcza wzroku i dotyku), wynalezieniu nowych zmysłów, polepszeniu pamięci, ogólnej inteligencji, poczucia czasu. Rasy te były w stanie świadomie postrzegać coraz to krótsze okresy czasu, jednocześnie poszerzając zakres percepcji temporalnej tak, aby coraz dłuższe okresy rozumieć jako „teraz”.
Wiele ze światów początkowo poświęcało sporo energii tego rodzaju pracy eugenicznej, ale później postanawiało, że choć mogło to zapewnić im nieco bogatsze doświadczenia, należy odroczyć tego rodzaju interwencje na rzecz zajęcia się ważniejszymi sprawami. Na przykład, przy rosnącej złożoności życia, wkrótce konieczne się stało opóźnienie dojrzewania poszczególnych umysłów, aby były w stanie lepiej wchłaniać doznania wczesnego wieku. „Zanim zacznie się życie”, mówiono „powinno się mieć całe życie dzieciństwa”. Jednocześnie poczyniono wysiłki, aby przedłużyć życie dojrzałych istot trzy- czy czterokrotnie i ograniczyć procesy starzenia. Na każdym świecie, który osiągnął pełną moc eugeniczną prędzej czy później pojawiała się ostra debata publiczna w kwestii odpowiedniej długości życia jednostki. Wszyscy zgadzali się, że życie należy przedłużyć, ale podczas gdy jedni chcieli uczynić je tylko trzy czy cztery razy dłuższym, inni uważali, że tylko stukrotna długość zwykłego życia pozwoli rasie na ciągłość i głębię pożądanych doświadczeń.Jeszcze inni opowiadali się nawet za tym, by ich gatunek stał się nieśmiertelny, jako rasa nigdy niestarzejących się, wiecznych istot. Twierdzono, że oczywistych zagrożeń sztywności umysłowej i zaprzestania wszelkiego postępu można uniknąć, sprawiając, że permanentnym stanem fizjologicznym nieśmiertelnej populacji powinna być wczesna dojrzałość.
Różne światy znajdowały różne sposoby na rozwiązanie tego problemu. Niektóre rasy przydzielały jednostkom okres nie więcej niż trzystu naszych lat. Inne pozwalały na pięćdziesiąt tysięcy. Jedna rasa szkarłupni zdecydowała się na potencjalną nieśmiertelność, ale wyposażyła się w przemyślny mechanizm psychologiczny, dzięki któremu, jeśli stara istota przestawała nadążać za zmieniającymi się warunkami, nie mogła nie zauważyć tego faktu i domagała się wtedy eutanazji, chętnie ustępując miejsca bardziej nowoczesnym następcom.
Na różnych światach zaobserwowaliśmy wiele innych triumfów eksperymentów eugenicznych. Ogólny poziom inteligencji jednostek podniesiono, oczywiście znacznie ponad możliwości umysłowe Homo sapiens. Ta superinteligencja, którą może osiągnąć jedynie zjednoczona psychicznie społeczność rozwinięta była także na najwyższej dostępnej płaszczyźnie, czyli poziomie świadomej indywidualności całego świata. Nie było to oczywiście możliwe do czasu, aż spójność społeczna poszczególnych istot w światowym społeczeństwie nie stała się tak znaczna, jak integracja elementów układu nerwowego. Wymagało to również znacznego rozwoju telepatii. Poza tym nie było to możliwe do czasu, aż większość istot uzyskała szeroki zakres wiedzy nieznanej na Ziemi.
Ostatnią i najtrudniejszą mocą, jaką osiągały te światy w trakcie fazy utopijnej była psychiczna swoboda poruszania się w czasie i przestrzeni, ograniczona moc bezpośredniego przyglądania się wydarzeniom odległym od czasoprzestrzennego położenia obserwatora, a nawet wpływania na nie. Przez cały czas naszej eksploracji zdumiewał nas wciąż fakt, że nam, istotom w większości dość skromnego rzędu, udało się osiągnąć tę swobodę, która, jak odkryliśmy, była tak trudna do opanowania dla tak wysoce rozwiniętych światów. Teraz uzyskaliśmy wyjaśnienie. Przedsięwzięcie takie jak nasze nie mogło rozpocząć się bez niczyjej pomocy. Podczas naszych przygód znajdowaliśmy się nieświadomie pod wpływem sieci światów, które uzyskały tę moc dopiero po eonach badań. Nie moglibyśmy poruszyć się choć o krok bez ciągłego wsparcia tych genialnych, symbiotycznych ichtioidów i arachnoidów, które odgrywały wiodącą rolę w historii naszej galaktyki. To one kontrolowały naszą całą przygodę, abyśmy mogli podzielić się doświadczeniami z resztą naszych prymitywnych ojczystych światów.
Swobodny ruch w czasie i przestrzeni, moc kosmicznej eksploracji i wpływu za pomocą kontaktu telepatycznego stanowiły jednocześnie najpotężniejszą, jak i najbardziej niebezpieczną umiejętność dostępną w pełni przebudzonym, utopijnym światom. Poprzez nierozważne korzystanie z tych środków wiele wspaniałych, zjednoczonych ras spotkała katastrofa. Czasami podróżujący w ten sposób światoumysł nie był w stanie zachować przytomności ducha w obliczu ogromu nędzy i rozpaczy, jaki zalewał go telepatycznie ze wszystkich stron galaktyki. Czasami sama trudność zrozumienia niuansów tego, co zostało mu objawione wprawiała go w załamanie psychiczne, z którego nie było wyjścia. Czasami stawał się tak zauroczony telepatycznymi przygodami, że tracił zainteresowanie życiem na własnej planecie i światowa społeczność, pozbawiona przewodnictwa wspólnego umysłu, popadała w chaos i rozkład, a sam eksplorujący wszechświat umysł umierał.