2. Istoty złożone

Czasami w toku naszej przygody spotykaliśmy światy zamieszkane przez inteligentne istoty, których osobowość nie stanowiła ekspresji pojedynczego organizmu, ale grupy organizmów. W większości przypadków stan ten był skutkiem potrzeby połączenia inteligencji z lekkością pojedynczego ciała. Na dużych planetach, dość bliskich słońca lub posiadających dużego satelitę, występowały ogromne pływy morskie. Znaczne obszary ich powierzchni były okresowo zalewane, po czym wyłaniały się spod wody. Na takim świecie cenna była możliwość lotu, ale z uwagi na siłę grawitacji tylko niewielkie stworzenie, o względnie małej masie, było w stanie latać. Mózg dość duży dla złożonych „ludzkich” zadań nie mógłby unieść się w powietrze.

Na takich światach organiczną podstawą dla inteligencji był często rój istot nie większych od wróbli. Grupa osobnych ciał składała się na jeden umysł ludzkiego poziomu. Mimo wielości ciał, zamieszkująca je świadomość składała się na jedną osobę ludzkiego poziomu. Tak jak stada bekasów unoszą się nad rzekami, tak nad zalewanymi wciąż regionami tych światów manewrowały chmury ptakopodobnych istot, a każda chmura stanowiła jedno centrum świadomości. Co jakiś czas, podobnie jak nasze ptaki brodzące, skrzydlate istoty osiadały na ziemi i wielka chmura stawała się ledwie widocznym osadem na brzegu odpływu.

Rytmem życia na tych światach kierowały pływy. Podczas nocnych pływów ptasie chmury spały na falach. Podczas dziennych zajmowały się sportami powietrznymi i rytuałami religijnymi. Ale dwa razy dziennie, gdy ląd stawał się suchy, kultywowały wilgotny szlam lub wykonywały w swoich miastach z betonowych bloków wszystkie działania przemysłowe i kulturowe. Ciekawie było obserwować, jak sprytnie, zanim wracały fale, wszystkie instrumenty cywilizacji zabezpieczano przed żywiołem.

Z początku zakładaliśmy, że umysłowa jedność tych małych ptaków jest telepatyczna, ale w rzeczywistości było inaczej. Opierała się na jedności złożonego pola elektromagnetycznego, na czymś w rodzaju fal radiowych przenikających całą grupę. Fale te, nadawane i wysyłane przez każdy indywidualny organizm, odpowiadały przepływowi sygnałów w neuronach, który utrzymuje jedność ludzkiego układu nerwowego. Każdy mózg rozbrzmiewał eterycznym rytmem otoczenia i każdy dodawał do tego złożonego wzoru swój własny wkład. Póki stado znajdowało się w zasięgu około jednej czwartej kilometra sześciennego, składające się na niego osobniki były zjednoczone umysłowo i każdy służył za wyspecjalizowany ośrodek wspólnego „mózgu”. Ale jeśli któryś oddzielił się od stada, jak zdarzało się przy burzliwej pogodzie, tracił kontakt umysłowy i stawał się osobnym umysłem niższego rzędu. Na ten czas stawał się zwierzęciem kierującym się tylko prostym instynktem nawiązania ponownego kontaktu ze stadem.

Można łatwo wyobrazić sobie, że życie umysłowe tych złożonych istot było zdecydowanie odmienne od wszystkiego, z czym spotkaliśmy się wcześniej. Inne, a jednocześnie takie samo. Tak jak człowiek, ptasia chmura zdolna była do gniewu i strachu, głodu i żądzy seksualnej, osobistej miłości i wszystkich pasji tłumu. Medium tych doświadczeń było jednak na tyle różne od wszystkiego, co znaliśmy do tej pory, że rozpoznawaliśmy je z wielkim trudem.

Na przykład seks wyjątkowo nas skonsternował. Każda chmura była obupłciowa i zawierała setki wyspecjalizowanych ptasich jednostek płci męskiej i żeńskiej, obojętnych na siebie nawzajem, ale bardzo żywo reagujących na obecność innych chmur. Jak się okazało, u tych dziwnych zbiorowych istot rozkosz i wstyd kontaktu cielesnego przejawiały się nie tylko przez samą kopulację poszczególnych organizmów, ale, z wyjątkową subtelnością, przez powietrzne zlanie się dwóch latających chmur podczas manewrów godowych.

Od powierzchownego podobieństwa znacznie ważniejsza była dla nas równorzędność umysłowa. Nie uzyskalibyśmy bowiem do nich dostępu, gdyby nie podobieństwo ich etapu ewolucyjnego do tego, co znaliśmy już z własnych światów. Każda z tych latających chmur małych ptaków była bowiem osobą mniej więcej przypominającą nas pod względem rozwoju duchowego, rozdartą między zwierzęciem a aniołem, zdolną do miłości i nienawiści wobec innych chmur, do mądrości i głupoty, do całej gamy ludzkich pasji od sprośności do ekstatycznej kontemplacji.

Mimo znacznego podobieństwa ducha, które dało nam dostęp do ptasich chmur, odkrycie, jak to jest widzieć milionem oczu naraz, jak to jest czuć teksturę atmosfery milionem skrzydeł wymagało bolesnego wysiłku. Nauczyliśmy się interpretować zbiorową percepcję pokrytych mułem równin, bagien i wielkich regionów rolniczych, dwa razy dziennie nawadnianych przez pływy. Podziwialiśmy wielkie, napędzane pływami turbiny i system elektrycznego transportu dóbr. Odkryliśmy, że lasy wielkich betonowych słupów czy minaretów i platform na palach, stojących w najpłytszych z regionów pływowych, były żłobkami, w których zajmowano się młodymi, zanim nauczyły się latać.

Krok po kroku nauczyliśmy się rozumieć nieco obce myśli tych dziwnych istot, które w szczegółach tak bardzo różniły się od naszych, a jednak w ogólnych wzorcach i znaczeniu tak bardzo były do naszych podobne. Goni mnie czas, więc nie będę nawet próbować naszkicować ogromu złożoności najbardziej rozwiniętych z tych światów. Tyle jeszcze zostało do opowiedzenia. Powiem tylko, że ze względu na większą jeszcze chwiejność niż u ludzi indywidualność tych ptasich chmur była też lepiej rozumiana i bardziej ceniona. Ciągłym niebezpieczeństwem grożącym ptasim chmurom była fizyczna i umysłowa dezintegracja. W efekcie ideał spójnej jaźni był bardzo ważny w każdej z ich kultur. Z drugiej strony niebezpieczeństwo, że umysł ptasiej chmury mógłby ulec psychicznej inwazji ze strony innych, na wzór tego, jak stacje radiowe mogą zakłócać się nawzajem, sprawiło, że istoty te lepiej niż my wystrzegały się pokus stadnego myślenia, rozmycia się w tłumie chmur. Znów jednak, ponieważ skutecznie strzeżono się przed tym niebezpieczeństwem, ideał światowej społeczności rozwinął się bez znanej nam aż za dobrze walki na śmierć i życie z mistycznym trybalizmem. Zamiast tego walka toczyła się po prostu między indywidualizmem a bliźniaczymi ideałami światowej społeczności i światowego umysłu.

W momencie naszej wizyty w każdym regionie planety rozpoczynał się już globalny konflikt między dwoma stronnictwami.Indywidualiści byli silniejsi na jednej z półkul i mordowali wszystkich zwolenników światowego umysłu, gromadząc siły by zaatakować drugą półkulę. Tam zaś dominowało stronnictwo światowego umysłu, nie dzięki broni, ale dzięki czystemu bombardowaniu radiowemu, że tak to ujmę. Wzorzec eterycznych fal pochodzących od stronnictwa narzucany był siłą wszystkim odszczepieńcom. Buntowników albo dezintegrowano mentalnie przez bombardowanie radiowe, albo wchłaniano ich do wspólnoty.

Wojna, która nastąpiła była dla nas zdumiewająca. Indywidualiści korzystali z artylerii i trujących gazów. Stronnictwo światowego umysłu korzystało z tego rodzaju broni znacznie rzadziej niż z radia, którego działanie było dla wrogów nie do odparcia. Ich system radiowy był na tyle wzmocniony, na tyle dostosowany do fizjologii ptasich jednostek, że zanim indywidualiści poczynili znaczące szkody, zalała ich porywająca fala stymulacji radiowej, sprawiająca, że stracili resztki indywidualności. Ptasie jednostki, które składały się na ich złożone ciała ulegały albo zniszczeniu (jeśli były wyspecjalizowane do wojny) albo reorganizacji w nowe chmury, lojalne wobec światowego umysłu.

Krótko po przegranej indywidualistów straciliśmy kontakt z tą rasą. Doświadczenie i problemy społeczne młodego światowego umysłu były dla nas niepojmowalne. Dopiero na znacznie dalszym etapie byliśmy w stanie nawiązać ponowny kontakt.

Inne ze światów zamieszkanych przez rasy ptasich chmur miały mniej szczęścia. Większość z tego czy innego powodu spotkała tragedia. Na wielu z nich siła indywidualizmu czy niepokoju społecznego przyniosła plagę szaleństwa, dezintegracji w rój kierujących się jedynie odruchami zwierząt. Te żałosne stworzenia, które nie były zdolne do niezależnych inteligentnych zachowań, poległy w starciu z siłami natury czy drapieżnikami, oczyszczając pole dla jakiegoś robaka czy ameby, które mogły kontynuować wielki marsz ewolucji biologicznej ku ludzkiemu poziomowi.

Podczas naszych podróży natknęliśmy się też na inne typy istot złożonych. Okazało się na przykład, że duże, suche planety czasami zamieszkują populacje owadokształtnych stworzeń, których roje czy gniazda stanowiły zbiorowe ciało jednego umysłu. Planety te były tak wielkie, że żaden lądowy organizm nie mógł być większy od żuka, a żaden powietrzny większy od mrówki. W inteligentnych rojach, które odgrywały na tych światach rolę ludzi, mikroskopijne mózgi owadzich jednostek specjalizowały się w drobnych funkcjach w ramach każdej z grup, podobnie jak różne rodzaje mrówek w mrowisku specjalizowały się w pracy, walce, reprodukcji i tak dalej. Wszystkie były ruchome, ale każda klasa jednostek wypełniała specjalną funkcję „neurologiczną” w życiu całości. Działały w zasadzie jak specjalne rodzaje komórek nerwowych.

Na tych światach, podobnie jak na światach ptasich chmur, musieliśmy przyzwyczaić się do zjednoczonej świadomości wielkiego roju jednostek. Niezliczonymi nogami pełzaliśmy przez lilipucie betonowe korytarze, z pomocą niezliczonych szczękoczułków braliśmy udział w dziwnych działaniach przemysłowych czy rolniczych, czy też w nawigacji w maleńkich stateczkach poprzez kanały i jeziora tych płaskich światów. Przez niezliczone złożone oczy przyglądaliśmy się równinom porośniętym czymś w rodzaju mchów i badaliśmy gwiazdy drobnymi teleskopami i spektroskopami.

Tak doskonale zorganizowane było życie umysłów roju, że wszelkie rutynowe działania rolnicze i przemysłowe stawały się nieświadome, jak trawienie w ludzkim żołądku. Poszczególne owady świadomie wykonywały te operacje, choć bez zrozumienia ich znaczenia, ale umysł roju stracił moc bezpośredniego nimi sterowania. Skupiał się niemal całkowicie na takich czynnościach, które wymagały świadomej kontroli, na różnego rodzaju praktycznych i teoretycznych wynalazkach i eksploracji fizycznej i umysłowej.

W czasie naszej wizyty na najciekawszym z tych owadzich światów jego populacja składała się z wielu narodów rojów. Każdy rój miał własne gniazdo, swoje lilipucie miasto, obszar wielkości około połowy hektara, na którym ziemia do półmetrowej głębokości wypełniona była siecią korytarzy i pomieszczeń. Okolica wokół przeznaczona była pod uprawę stanowiących pożywienie mchów. W miarę jak rój się rozrastał, mogły powstawać kolonie poza zasięgiem fizjologicznego układu radiowego roju-rodzica. W ten sposób powstawały nowe zbiorowe jednostki. Jednak ani w tej rasie, ani w rasie ptasich chmur nie istniało nic odpowiadającego kolejnym pokoleniom poszczególnych umysłów. W każdym roju pojedyncze owady wciąż obumierały i były zastępowane przez nowe, ale sam umysł był potencjalnie nieśmiertelny. Jednostki były zastępowalne, ale grupowa jaźń trwała i jej pamięć sięgała wstecz poprzez niezliczone pokolenia jednostek, aż w końcu słabła i zatracała się w tym archaicznym czasie, gdy „ludzki” umysł powstawał z „przedludzkiego”. Cywilizowane roje dysponowały więc mętnymi i fragmentarycznymi wspomnieniami każdego okresu historycznego.

Cywilizacja zmieniła dawne chaotyczne mrowiska w szczegółowo planowane podziemne miasta; dawne kanały irygacyjne stały się ogromną siecią arterii wodnych, którymi przewożono towary. Wprowadziła siłę mechaniczną, w oparciu o spalanie materii roślinnej, wytopiła metale ze skał, stworzyła niezwykle drobne, niemal mikroskopijne maszyny, które ogromnie polepszyły komfort i stan zdrowia w bardziej zaawansowanych regionach. Dzięki niej powstało też mnóstwo drobnych pojazdów odpowiadających naszym traktorom, pociągom, statkom. Wytworzyły się też różnice klasowe między tymi rojami, które nadal wiodły życie rolnicze, tymi, które zajmowały się przemysłem i tymi, które wyspecjalizowały się w inteligentnej koordynacji działań w danym kraju. Te ostatnie stały się z czasem biurokratycznymi tyranami.

Dzięki znacznym rozmiarom planety i trudnościom związanym z dalekimi podróżami dla stworzeń tak niewielkich, jak pojedyncze insekty, cywilizacje rozwinęły się niezależnie w dziesiątkach odizolowanych od siebie miejsc. A gdy w końcu nawiązały ze sobą kontakt, wiele z nich było już wysoce uprzemysłowionych i wyposażonych w „nowoczesną” broń. Czytelnik może łatwo wyobrazić sobie, co stało się, gdy rasy należące w większości przypadków do różnych gatunków i mające zupełnie obce dla siebie nawzajem zwyczaje, myśli i ideały, nagle zetknęły się ze sobą i rozgorzał między nimi konflikt. Nużące byłoby opisywanie szalonych wojen, które nastąpiły. Warto jednak zauważyć, że my, telepatyczni goście z miejsc odległych w czasie i przestrzeni, mogliśmy komunikować się z tymi walczącymi ze sobą rojami łatwiej niż one między sobą. I dzięki tej mocy byliśmy w stanie odegrać ważną rolę w historii tego świata. Zapewne właśnie dzięki naszej mediacji rasy te uniknęły wzajemnego zniszczenia. Zajmując pozycje w „kluczowych” dla każdej strony konfliktu miejscach, cierpliwie dawaliśmy naszym gospodarzom wgląd w mentalność wroga. A jako że każda z tych ras wykroczyła znacznie poza poziom rozwoju społecznego znany na Ziemi i umysł roju był zdolny do prawdziwej wspólnoty z istotami własnej rasy, uświadomienie sobie, że wróg nie jest potworem, ale istotą podobnie ludzkiego poziomu, wystarczyło, żeby zdusić ducha walki.

„Kluczowe” umysły po każdej ze stron, oświecone przez „boskich posłańców”, bohatersko nawoływały do pokoju. I choć wiele z nich poniosło męczeńską śmierć, ich sprawa zwyciężyła. Rasy zawarły pokój między sobą — wszystkie poza dwiema, walecznymi i dość zacofanymi kulturowo. Tych nie udało się nam przekonać, jako że wyspecjalizowały się w wojnie i stanowiły poważne zagrożenie. Uważały nowego ducha pokoju za słabość wroga, którą zamierzały ją wykorzystać, by podbić resztę świata.

Byliśmy teraz jednak świadkami dramatu, który dla ziemskich ludzi musiałby wydawać się niesamowity. Możliwy był na tym świecie jedynie dzięki wysokiemu poziomowi trzeźwości umysłu, który osiągnięto wewnątrz każdej z ras. Pokojowe rasy miały dość odwagi, by dokonać rozbrojenia. W spektakularny sposób zniszczyły broń i fabryki zbrojeniowe. Dopilnowały też, aby świadkami tego były wzięte do niewoli wrogie roje. Jeńców następnie uwolniono, nakazując im zdać raport dowódcom. W odpowiedzi wróg najechał na najbliższy z rozbrojonych krajów i zaczął bezlitośnie narzucać mu swoją militarystyczną kulturę za pomocą propagandy i prześladowań. Ale mimo masowych egzekucji i tortur skutek był nieoczekiwany. Chociaż rasy tyranów nie były szczególnie bardziej rozwinięte społecznie niż Homo sapiens, ich ofiary znacznie je przewyższały. Represje wzmocniły jedynie ducha biernego oporu. Krok po kroku tyrania zaczęła chwiać się w posadach i ostatecznie załamała się. Najeźdźcy wycofali się, zabierając ze sobą zaraźliwy pacyfizm. W zaskakująco krótkim czasie świat ten stał się federacją różnych gatunków.

Ze smutkiem zdałem sobie sprawę, że na Ziemi, choć wszystkie cywilizowane istoty należały do jednego biologicznego gatunku, tak szczęśliwe zakończenie konfliktów jest niemożliwe, jako że wpływ społeczności na poszczególne umysły jest nadal zbyt słaby. Zastanawiałem się też, czy rasy owadzich tyranów nie narzuciłyby skuteczniej swojej kulturze podbitym krajom, gdyby istniało osobne pokolenie młodych, podatnych na wpływy rojów, które mogliby odpowiednio wychować.

Gdy ten owadzi świat rozwiązał swój kryzys, zaczął czynić tak szybkie postępy w rozwoju struktury społecznej i poszczególnych umysłów, że z coraz większym trudem utrzymywaliśmy kontakt, aż w końcu go utraciliśmy. Później jednak, gdy sami osiągnęliśmy wyższy poziom, udało nam się odwiedzić ten świat ponownie.

O pozostałych owadzich światach nie powiem nic, ponieważ żaden z nich nie miał odegrać ważnej roli w historii galaktyki.

Aby dopełnić obrazu ras, w którym żaden umysł nie miał jednego, fizycznie ciągłego ciała, muszę wspomnieć o ich jeszcze dziwniejszym rodzaju. Wśród tych istot każde ciało stanowi chmurę ultramikroskopijnych elementów, zorganizowanych we wspólny układ radiowy. Do tego typu należy rasa zamieszkująca obecnie naszego sąsiada, Marsa. Jako że opisałem już te istoty i tragiczne relacje, jakie nawiążą z naszymi potomkami w odległej przyszłości w innej książce11, nie poświęcę im tu więcej uwagi. Wspomnę tylko, że nawiązaliśmy z nimi kontakt dopiero w znacznie późniejszej części naszej przygody, gdy udało nam się uzyskać zdolność do porozumienia z istotami obcymi nam pod względem stanu duchowego.

3. Ludzie-rośliny i inni

Zanim przejdę do opisu historii naszej galaktyki jako całości (na tyle, na ile udało mi się ją zrozumieć), muszę wspomnieć o jeszcze jednym, całkowicie odmiennym od naszego rodzaju świata. Znaleźliśmy niewiele planet tego typu i jeszcze mniej przetrwało do szczytu galaktycznego dramatu. Przynajmniej jeden wywarł jednak (czy też wywrze) znaczny wpływ na rozwój ducha w tej burzliwej erze.

Na pewnych niewielkich planetach, zalewanych światłem i ciepłem przez pobliskie lub ogromne słońce, ewolucja przebiegała zupełnie inaczej niż ta, którą znamy. Rośliny i zwierzęta nigdy nie podzieliły się na osobne typy organizmów, ale każdy gatunek posiadał cechy obu z nich.

Na tych światach wyższe organizmy były czymś w rodzaju ogromnych, ruchomych ziół, ale gwałtowna powódź promieniowania słonecznego sprawiała, że tempo ich życia było znacznie szybsze niż naszych roślin. Takie ich opisanie może być jednak nieco zwodnicze, jako że w równym stopniu przypominały zwierzęta. Miały stałą liczbę kończyn i formę ciała, ale ich skóra była zielona albo zielonkawa oraz tu i tam, zależnie od gatunku, wyrastały z nich masy liści. Zważywszy na niewielką siłę grawitacji tych małych planet, roślino-zwierzęta często podtrzymywały na smukłych pniach czy kończynach wielkie połacie listowia. Ogólnie rzecz biorąc, te z nich, które były ruchome, dysponowały mniejszą ilością liści niż te prowadzące osiadły tryb życia.

Na owych małych, gorących światach burzliwe krążenie wody i atmosfery powodowało z dnia na dzień gwałtowne zmiany w warunkach na powierzchni. Burze i powodzie sprawiały, że tamtejsze organizmy musiały przystosować się do przemieszczania z miejsca na miejsce. W wyniku tego wczesne rośliny, które dzięki bogactwu promieniowania słonecznego były w stanie utrzymać w sobie dość energii dla działalności mięśni przez całe życie, rozwinęły zdolności percepcji i poruszania. Roślinne oczy i uszy, roślinne organy smaku, zapachu i dotyku pojawiały się na ich łodygach i liściach. Jeśli chodzi o ruch, niektóre po prostu wyciągnęły prymitywne korzenie z ziemi i pełzały tu i tam na podobieństwo gąsienic. Inne rozkładały szeroko liście i unosiły się na wietrze. Z tych poprzez wieki powstały rośliny zdolne do prawdziwego lotu. Tymczasem lądowe gatunki przekształciły część korzeni w umięśnione nogi, cztery, sześć lub więcej. Pozostałe korzenie były zdolne do szybkiego wwiercania się w grunt w nowym miejscu. Jeszcze inna metoda łączenia ruchu i zakorzenienia była może jeszcze bardziej zdumiewająca.Rosnąca nad powierzchnią ziemi część organizmu odłączała się od korzeni i oddalała się lądem lub powietrzem, by zakorzenić się w dziewiczej glebie. Wyczerpawszy tamtejsze zasoby, stworzenie po prostu odchodziło, by znaleźć kolejne miejsce lub by wrócić do początkowego, które do tego czasu mogło znów stać się żyzne. Tam ponownie łączyło się z uśpionymi, ale wciąż sprawnymi korzeniami.

Wiele gatunków rozwinęło oczywiście drapieżczy styl życia i specjalne organy ofensywne, takie jak muskularne, ściskające ofiarę gałęzie silne jak pytony czy też szpony, rogi i ząbkowane szczypce. Te „mięsożerne” stworzenia miały skromniejsze listowie i u większości z nich pełniło ono jedynie funkcję ozdobną. Zaskoczyło nas to, że środowisko narzuciło tym obcym stworzeniom formy zbliżone do naszych tygrysów czy wilków. Ciekawe było też to, jak przesadna specjalizacja i dostosowanie do ataku lub obrony rujnowało gatunek za gatunkiem i to, że gdy pojawiła się „ludzka” inteligencja, osiągnęło ją niepozorne, bezbronne stworzenie, obdarzone jedynie intelektem i wrażliwością na świat materialny i swoich bliźnich.

Zanim opowiem o rozkwicie „ludzkości” na tego rodzaju świecie, muszę wspomnieć o jednym poważnym problemie, z którym mierzy się ewolucja życia na wszystkich małych planetach, często na wczesnym etapie. Na problem ten natknęliśmy się już na Innej Ziemi. Z uwagi na słabość grawitacji i palący żar słońca, cząsteczki atmosfery łatwo uciekały w przestrzeń kosmiczną. Większość małych światów oczywiście traciła powietrze i wodę długo zanim życie dotrzeć mogło do „ludzkiego” etapu, czasami nawet przed powstaniem samego życia. Inne, odrobinę większe, mogą na wczesnych etapach dysponować wystarczającą atmosferą, ale później, w wyniku powolnego, lecz stałego kurczenia się orbity, mogą nagrzać się na tyle, że nie są już w stanie utrzymać rozgrzanych cząsteczek gazów. Na niektórych z tych planet we wczesnych epokach rozwija się bujne życie, by z czasem upiec się i udusić. Ale w bardziej sprzyjających życiu przypadkach, jest ono w stanie dostosować się stopniowo do coraz trudniejszych warunków. Na niektórych światach pojawiał się na przykład mechanizm biologiczny, dzięki któremu resztki atmosfery więziło pole elektromagnetyczne wytwarzane przez zamieszkujące je organizmy. Na innych radzono sobie bez atmosfery; fotosynteza i cały metabolizm życia odbywały się wyłącznie z użyciem płynów. Ostatnie, rzednące gazy wychwytywane były w roztworach i przechowywane w długich pasmach gąbczastych narośli pośród plątaniny korzeni, pokrytych nieprzepuszczalną membraną.

Obie z tych naturalnych biologicznych metod pojawiły się na pewnych zwierzoroślinnych światach, które osiągnęły „ludzki” poziom. Mam tu dość miejsca tylko na to, by opisać najistotniejszy przykład jednego z tych niezwykłych światów. Był to jeden z tych, na których cała wolna atmosfera ulotniła się na długo przed pojawieniem się inteligencji.

Zjawienie się na tym świecie i doświadczenie go poprzez obce zmysły i uczucia jego rodzimych mieszkańców było przygodą w pewnym sensie bardziej zadziwiającą niż poprzednie. Z uwagi na zupełny brak atmosfery, niebo, nawet przy słońcu w zenicie, było czarne jak przestrzeń międzygwiezdna i widać było na nim żar gwiazd. Z uwagi na słabą grawitację i brak erozji w wyniku działania powietrza, wody i szronu na kurczącej się, pomarszczonej powierzchni planety, krajobraz stanowiła masa gór fałdowych, czynnych i wygasłych wulkanów, zastygniętych strumieni lawy i kraterów pozostawionych przez uderzenia wielkich meteorów. Ciągłe napięcia płaszcza planety roztrzaskały wiele z tych gór do postaci fantastycznych gór lodowych. Na naszej Ziemi, gdzie grawitacja, ten niestrudzony ogar, chwyta zwierzynę z ogromną siłą, te smukłe, przeciążone u góry granie i szczyty nie byłyby w stanie ustać. W wyniku braku atmosfery odsłonięte powierzchnie skał były oślepiająco rozświetlone, szczeliny i cienie zaś czarne jak noc.

Wiele z dolin zmieniono w rezerwuary, zdawałoby się mleka, bo powierzchnie tych jezior pokryte były grubą warstwą białej, kleistej substancji, aby zapobiec ich ulotnieniu się. Wokół nich kłębiły się korzenie dziwnych mieszkańców tego świata, jak pieńki drzew w miejscu wyciętego lasu. Każdy pieniek zasklepiony był tym samym białym klejem. Każda piędź ziemi była w użyciu i dowiedzieliśmy się, że choć część żyznej gleby powstała na skutek działania powietrza i wody w dawnych epokach, większość była sztuczna. Produkowano ją dzięki górnictwu i ścieraniu kopalin na proch. W czasach pierwotnych i przez cały czas „przedludzkiej” ewolucji walka o dostęp do rzadkiej na tym skalistym świecie gleby była jednym z impulsów dla powstania inteligencji.

Sami ruchomi ludzie-rośliny za dnia zbierali się w dolinach, rozpościerając ku słońcu listowie. Tylko w nocy widzieliśmy ich w działaniu, jak przenosili litą skałę lub obsługiwali maszyny i inne sztuczne obiekty, instrumenty ich cywilizacji. Nie było budynków, żadnych zadaszonych, wodoodpornych wnętrz, jako że nie było tam żadnej pogody. Skaliste płaskowyże i terasy pełne były jednak różnego rodzaju nierozpoznawalnych dla nas narzędzi.

Typowy człowiek-roślina miał wyprostowaną posturę, podobnie jak i my. Na głowie miał szeroką grzywę zielonych piór, które mógł albo zwijać do postaci wielkiej, ciasnej sałaty rzymskiej lub rozpościerać, by chwytać światło. Wyglądały spod nich trzy złożone oczy. Pod nimi mieściły się trzy kończyny chwytne, zielone i wijące się, rozwidlone na końcach. Smukły, giętki pień, mieszczący się w twardych pierścieniach nasuwających się na siebie w miarę ruchów ciała, rozdzielał się na trzy ruchome nogi. Dwie z trzech stóp były również otworami gębowymi, mogącymi albo spijać żywotne soki z korzeni, albo pochłaniać inne obiekty. Trzecia była organem wydalniczym. Cennych ekskrementów nigdy nie marnowano, ale przepuszczano je przez specjalny styk między trzecią stopą a korzeniem. Stopy zawierały organy smaku i uszy. Jako że nie było powietrza, dźwięki nie roznosiły się nad powierzchnią gruntu.

Za dnia te dziwne istoty prowadziły głównie roślinny tryb życia, a w nocy zwierzęcy. Każdego ranka, po długiej, zimnej nocy, cała populacja wracała do korzeni. Każdy osobnik szukał swojego korzenia, przyczepiał się do niego i stał tak przez cały skwarny dzień z rozpostartymi liśćmi. Spał tak do zachodu słońca w rodzaju transu, którego medytacyjna, mistyczna właściwość miała stać się w przyszłych epokach źródłem pokoju dla wielu światów. Podczas snu prądy soków płynęły w górę i w dół pnia, niosąc substancje chemiczne od korzeni do liści, zalewając go stężonym tlenem, usuwając produkty wcześniejszego katabolizmu. Gdy słońce znów znikało za graniami, na chwilę budził się, zwijał liście, zasklepiał korzenie i odłączał się, aby zająć się czynnościami cywilizowanego życia. Noc na tym świecie była jaśniejsza niż światło słoneczne na naszym, jako że gwiazdy nie były niczym przesłonięte i kilka wielkich gromad wisiało na nocnym niebie. Na potrzeby delikatnych operacji korzystano jednak z sztucznego słońca. Jego główną wadą było to, że usypiało robotników.

Nie będę nawet próbować naszkicować bogatego, obcego życia społecznego tych istot. Powiem tylko, że tutaj, podobnie jak gdzie indziej znaleźliśmy wszystkie motywy kulturowe znane na Ziemi, ale w tym świecie ruchomych roślin były one przekształcone według dziwnego klucza. Podobnie jak gdzie indziej znaleźliśmy tu populację osobników głęboko zaniepokojonych utrzymaniem przy życiu siebie i społeczeństwa. Znaleźliśmy samolubność, nienawiść, miłość, szał tłumu, ciekawość intelektualną i tak dalej. I tu, podobnie jak na wszystkich odwiedzonych do tej pory światach, znaleźliśmy rasę przechodzącą właśnie ten wielki kryzys duchowy, znany nam z własnych światów, a stanowiący kanał, dzięki któremu uzyskiwaliśmy dostęp telepatyczny do innych planet. Tu kryzys przybrał jednak formę inną niż dotychczas napotykane. Zaczęliśmy najwyraźniej poszerzać naszą moc eksploracji umysłowej.

Pomijając wszystko inne, muszę jednak spróbować opisać ten kryzys, ponieważ jest istotny dla zrozumienia kwestii wykraczających znacznie poza sprawy, którymi żyje nasz mały światek.

Nie zaczęliśmy rozumieć dramatu tej rasy, zanim nie nauczyliśmy się wczuwać w jej podwójną, zwierzęco-roślinną naturę. Krótko mówiąc, mentalność roślino-ludzi w każdej epoce wyrażała napięcie między tymi dwoma jej stronami, między aktywną, asertywną, obiektywnie ciekawą świata i moralnie pozytywną naturą zwierzęcia a pasywną, subiektywnie kontemplatywną i potulną naturą rośliny. Oczywiście to dzięki zwierzęcej zręczności i praktycznej ludzkiej inteligencji gatunek ten dawno temu zdominował swój świat. Przez cały ten czas jednak ową praktyczną wolę temperowało i ubogacało rzadkie wśród ludzi doświadczenie. Każdego dnia, poprzez wieki, istoty te porzucały swoją gorącą zwierzęcą naturę nie tylko na rzecz nieświadomego snu, znanego też nam, ale na rzecz wyjątkowego rodzaju świadomości, która, jak się okazało, przynależy roślinom. Rozpuszczając liście, pochłaniały bezpośrednio ten podstawowy eliksir życia, który zwierzęta otrzymują jedynie z drugiej ręki w poszarpanych zwłokach ofiary. W ten sposób mieszkańcy tego świata utrzymywali bezpośredni kontakt fizyczny ze źródłem wszelkiego kosmicznego istnienia. I stan ten, choć fizyczny, był też w pewnym sensie duchowy. Miał dalekosiężny wpływ na całe ich zachowanie. Jeśli miałbym pozwolić sobie na użycie języka teologii, można by to nazwać duchowym kontaktem z Bogiem. Podczas nocnej krzątaniny zajmowali się swoimi przyziemnymi sprawami jako odizolowane od siebie jednostki, nie doświadczając bezpośrednio jedności. Zawsze jednak przed najgorszymi ekscesami indywidualizmu powstrzymywała ich pamięć dziennego życia.

Długo nie mogliśmy zrozumieć, że ich szczególny dzienny stan nie polegał jedynie na zjednoczeniu w zbiorowym umyśle, czy to plemiennym czy rasowym. Nie był to już stan pojedynczych organizmów w ptasiej chmurze ani jeszcze poziom telepatycznych światoumysłów, które, jak później odkryliśmy, miały odegrać ważną rolę w historii galaktyki. Człowiek-roślina nie wchodził w dziennym życiu w posiadanie myśli i uczuć swoich współplemieńców, aby przebudzić w sobie pełniejsze zrozumienie środowiska i wielości ciał rasy. Przeciwnie, stawał się zupełnie obojętny na wszystkie obiektywne warunki oprócz światła słonecznego zalewającego jego liście. To doświadczenie powodowało ciągły stan ekstazy niemal seksualnego rodzaju, ekstazy, w której to, co wewnątrz i na zewnątrz zdawało się identyczne, ekstazy subiektywnego zjednoczenia z ukrytym źródłem wszelkiego stworzenia. Człowiek-roślina mógł w tym stanie medytować na temat swego aktywnego, nocnego życia i być świadom, bardziej niż za dnia, wszelkich niuansów własnych motywacji. W dziennym trybie nie wyrażał moralnych ocen siebie i innych, ale przyglądał się w myślach z odległą, kontemplacyjną radością wszelkim ludzkim zachowaniom jako czynnikom we wszechświecie. Gdy jednak znów nastawała noc, przywracając aktywny stan, ten spokojny, nocny wgląd w samego siebie i innych płonął ogniem moralnej pochwały i nagany.

Przez całą ścieżkę życia tej rasy istniały pewne napięcia między tymi dwoma podstawowymi impulsami jej natury. Wszystkie jej najwspanialsze osiągnięcia kulturowe powstawały w czasach, gdy oba były silne i żaden nie dominował. Ale, jak na wielu innych światach, rozwój nauk przyrodniczych i wytworzenie siły mechanicznej z tropikalnego światła słonecznego spowodowały poważną dezorientację umysłową. Stworzenie niezliczonych wygód i luksusów, pociągnięcie na cały świat kolei elektrycznej, rozwój komunikacji radiowej, badania nad astronomią i biochemią, nagłe dążenia do wojny i rewolucji społecznej, wszystkie te wpływy wzmacniały mentalność aktywną i osłabiały kontemplacyjną. Klimaks nadszedł, gdy udało się całkiem zlikwidować potrzebę dziennego snu. Produkty sztucznej fotosyntezy można było wtedy wstrzykiwać do żywego ciała co rano, dzięki czemu człowiek-roślina mógł utrzymać aktywność przez całą dobę. Wkrótce zaczęto wykopywać korzenie i korzystać z nich jako surowców przemysłowych. Ich naturalna funkcja nie była już potrzebna.

Nie mogę poświęcić czasu na szczegółowy opis straszliwego losu, jaki spotkał teraz ów świat. Choć sztuczna fotosynteza utrzymywała ciało w pełni sił, to nie dostarczała mu odpowiednich witamin ducha. Wśród ludności szerzyła się zaraza robotyzmu, całkowicie mechanicznego życia. Nastąpiła oczywiście gorączka aktywności przemysłowej. Ludzie-rośliny krążyli po planecie w różnego rodzaju mechanicznie napędzanych pojazdach, odziewali się w najnowsze produkty syntetyczne, czerpali energię z ciepła wulkanicznego, wykazali znaczną pomysłowość, jeśli chodzi o sposoby niszczenia się nawzajem i w tysiącach innych gorączkowych czynności podejmowanych w poszukiwaniu ciągle umykającej im błogości.

Po nieopisywalnych katastrofach zaczęli zdawać sobie sprawę, że cały ich styl życia był obcy ich zasadniczo roślinnej naturze. Przywódcy i prorocy zaczęli pomstować na mechanizację i intelektualistyczną, naukową kulturę oraz sprzeciwiać się sztucznej fotosyntezie. W owym czasie zniszczeniu uległy już niemal wszystkie korzenie rasy, ale nauki biologiczne skupiły się na wytworzeniu z pozostałych resztek nowych korzeni dla wszystkich. Krok po kroku cała populacja była w stanie powrócić do naturalnej fotosyntezy. Przemysłowe życie świata zniknęło jak mróz na słońcu. Powróciwszy do dawnego, na przemian zwierzęcego i roślinnego życia, ludzie-rośliny, znużeni i niezrównoważeni umysłowo w wyniku długiej gorączki industrializmu, znaleźli w spokojnym dziennym doświadczeniu wszechogarniającą radość. Żałość ich wcześniejszego życia zintensyfikowała przez kontrast ekstazę roślinnego doświadczenia. Przenikliwość umysłowa, którą ich najbystrzejsze umysły uzyskały w działalności naukowej, w połączeniu z wyjątkowością ich odzyskanego życia roślinnego nadały im nowej jasności myśli. W krótkim czasie osiągnęli poziom świadomości duchowej stanowiący przykład i skarb dla przyszłych eonów galaktyki.

Ale nawet najbardziej duchowe życie nie jest pozbawione pokus. Ekstrawagancka gorączka industrializmu i intelektualizmu subtelnie zatruła ludzi-rośliny na tyle, że gdy w końcu zbuntowali się przeciwko niej, wahadło odchyliło się zbyt daleko i popadli w tak jednostronnie roślinne życie, jak wcześniej w zwierzęce. Krok po kroku coraz mniej energii i czasu poświęcali „zwierzęcym” zajęciom, aż w końcu noce także spędzali jako drzewa, a aktywna, odkrywcza, ciekawa świata inteligencja zwierzęca umarła w nich na zawsze.

Przez jakiś czas rasa ta żyła wciąż w coraz bardziej niewyraźnej i dezorientującej ekstazie biernego zjednoczenia z uniwersalnym źródłem wszechrzeczy. Pradawny mechanizm biologiczny utrzymujący gazy w roztworze był na tyle silny i automatyczny, że funkcjonował przez długi czas bez świadomego nim sterowania. Przemysł zwiększył jednak populację świata poza granice, w jakich niewielkie zasoby wody i gazów mogły z łatwością spełniać swoją funkcję. Krążenie materii stało się niebezpiecznie szybkie. Z czasem mechanizm stał się przeciążony. Zaczęły pojawiać się wycieki i nie miał ich kto naprawiać. Kropla po kropli, woda i inne cenne substancje uciekały z planety. Rezerwuary stawały się puste, gąbczaste korzenie wysychały, liście więdły. Jeden po drugim, pogrążeni w błogości i nie będący już ludźmi mieszkańcy planety z ekstazy przechodzili w chorobę, przygnębienie, zdumienie niepojętym dla nich biegiem wydarzeń i w końcu śmierć.

Jednakże, jak jeszcze opowiem, ich osiągnięcia nie pozostały bez wpływu na życie naszej galaktyki.

„Roślinne ludzkości”, jeśli tak mogę je nazwać, okazały się być dość rzadkim zjawiskiem. Niektóre zamieszkiwały planety bardzo ciekawego rodzaju, o których jeszcze nie wspomniałem. Jak powszechnie wiadomo, niewielka planeta zbliżona do swojego słońca często, w wyniku oddziaływania grawitacji gwiazdy, przestaje się obracać. Dnie stają się coraz dłuższe, aż w końcu kieruje ku źródłu światła tylko jedną stronę. Pewna liczba tego rodzaju planet w galaktyce była zamieszkana, z czego kilka właśnie przez tego rodzaju istoty.

Wszystkie te pozbawione cyklu dobowego światy były bardzo nieprzyjazne dla życia, jako że jedna półkula zawsze była wyjątkowo gorąca, a druga wyjątkowo zimna. Na oświetlonej stronie temperatura dochodziła do poziomu topnienia ołowiu, a po ciemnej stronie żadna substancja nie była w stanie utrzymać ciekłej formy, jako że temperatura pozostawała jedynie na poziomie stopnia lub dwóch powyżej zera absolutnego. Między półkulami mieścił się wąski pas, a raczej ledwie wstążka, którą nazwać można umiarkowaną. Tam wielkie, płomienne słońce zawsze pozostawało częściowo ukryte za horyzontem. Wzdłuż chłodniejszej strony tej wstęgi, skrytej przed morderczymi promieniami dysku słonecznego, ale oświetlonej przez jego koronę i ocieplanej przez przepływ ciepła z nasłonecznionej strony, życie bywało możliwe.

Zamieszkałe światy tego typu zawsze osiągały dość wysoki poziom ewolucji biologicznej, na długo zanim utraciły obrót wokół własnej osi. W miarę jak dnie wydłużały się, życie musiało dostosowywać się do coraz bardziej ekstremalnych nocnych i dziennych temperatur. Bieguny planety, jeśli nie były zbyt przechylone względem ekliptyki, utrzymywały dość stałą temperaturę i stawały się cytadelami, skąd formy życia wyprawiały się do mniej gościnnych regionów. Wielu gatunkom udawało się rozprzestrzenić się ku równikowi za pomocą prostej metody zakopywania się i „hibernacji” za dnia i w nocy oraz wyłaniania się tylko o świcie i zachodzie słońca, by prowadzić pospieszne aktywne życie. W miarę jak dni wydłużały się w miesiące, niektóre gatunki, dostosowane do szybkiego ruchu, po prostu przemieszczały się wokół planety, goniąc za zachodem słońca i świtem. Dziwnie było spoglądać na równik i widzieć najzwinniejsze z tych gatunków pędzące po równinach w jednostajnym świetle. Ich nogi były często tak wysokie i smukłe jak maszty okrętowe. Od czasu do czasu zbaczały z kursu, wyciągając długie szyje, by pochwycić jakieś uciekające stworzenie lub zerwać kępkę liści. Takie stałe i nagłe migracje byłyby niemożliwe w światach mniej bogatych w energię słoneczną.

Ludzka inteligencja nigdy nie pojawiała się na żadnym z tych światów, o ile nie osiągnięto jej, na długo zanim noce i dnie stały się tak długie, a różnice ich temperatur tak wielkie. Na planetach, gdzie ludzie-rośliny i inne stworzenia zbudowały cywilizację i odkryły naukę przed spowolnieniem obrotu, czyniono wielkie starania, aby poradzić sobie z coraz mniej przyjaznym środowiskiem. Czasami cywilizacja wycofywała się na bieguny, porzucając resztę planety. Czasami w innych regionach powstawały podziemne osady, których mieszkańcy wychodzili z nich jedynie o świcie i zachodzie słońca, by uprawiać ziemię. Czasem sieć kolejowa idąca wzdłuż równoleżników przewoziła migrującą populację z jednego centrum rolnego ku kolejnemu, podążając za półmrokiem.

W końcu jednak, gdy planeta całkowicie przestała się obracać, osiadła cywilizacja stłoczona była na całej długości stacjonarnej granicy między nocą a dniem. Do tego czasu, jeśli nie wcześniej, ulecieć musiała też atmosfera. Można sobie wyobrazić, że rasa walcząca o przetrwanie w tych warunkach nie byłaby w stanie zachować bogatego życia umysłowego.

VIII. O odkrywcach

Bvalltu i ja, w towarzystwie rosnącej kompanii innych odkrywców, odwiedziliśmy wiele światów wielu dziwacznych rodzajów. Na niektórych spędziliśmy tylko kilka tygodni miejscowego czasu, a na innych pozostawaliśmy przez stulecia lub skakaliśmy z jednego punktu w ich historii w inny. Zjawialiśmy się nad nowym światem jak chmara szarańczy i każdy z nas wybierał sobie odpowiedniego gospodarza. Po okresie obserwacji, dłuższym lub krótszym, znów wyruszaliśmy, być może ponownie na ten sam świat w innej z jego epok, lub rozpraszaliśmy naszą kompanię na wiele światów, odległych od siebie w czasie i przestrzeni.

To dziwne życie zmieniło mnie w istotę znacząco różniącą się od tego Anglika, który w pewnym momencie ludzkiej historii wyszedł nocą na wzgórze. Nie dość, że moje bezpośrednie doświadczenia wykraczały daleko poza ludzkie pojmowanie, ale, dzięki szczególnie intymnej więzi z towarzyszami, zostałem, że tak powiem, powielony. Bo w pewnym sensie tak samo byłem teraz Bvalltu i każdym z naszych kompanów, jak tamtym Anglikiem.

Ta zmiana, która nas dotknęła, zasługuje na dokładne opisanie, nie tylko ze względu na to, że sama w sobie jest interesująca, ale także dlatego, że dała nam klucz dla zrozumienia wielu kosmicznych istot, których natura w przeciwnym wypadku pozostawałaby dla nas zagadką.

W tym nowym stanie naszej społeczności wszelkie doświadczenia każdego z nas dostępne były dla wszystkich. Dlatego ja, nowy ja, brałem udział w przygodach tego Anglika, Bvalltu i całej reszty z jednakową łatwością. I posiadałem wszystkie ich wspomnienia z dawnej, osobnej egzystencji na ich ojczystych światach.

Niektórzy czytelnicy z filozoficznym zacięciem mogą spytać: „Czy to znaczy, że wiele osobnych, doświadczających świata istot stało się jedną, z jednym strumieniem doświadczeń? Czy też pozostało wiele indywidualnych istot o osobnych, lecz identycznych doświadczeniach?” Odpowiedź jest taka, że nie wiem. Wiem jednak to, że ja, Anglik i podobnie każdy z moich kolegów, stopniowo budziliśmy w sobie posiadanie doświadczeń pozostałych i bardziej świadomą egzystencję. Czy jako doświadczające różnych przeżyć istoty pozostawaliśmy wielością, czy też stawaliśmy się jednością, nie wiem. Podejrzewam jednak, że pytanie należy do tych, na które nie sposób w pełni odpowiedzieć, ponieważ ostatecznie nie ma to znaczenia.

W miarę tych wspólnych obserwacji wielu światów oraz w miarę wglądu w moje własne, wspólne procesy myślowe, raz jeden, raz inny z poszczególnych odkrywców, a czasem cała ich grupa stawała się głównym instrumentem uwagi, przydając nam poprzez swoją szczególną naturę i doświadczenia materiału do kontemplacji przez wszystkich. Czasami, gdy byliśmy wyjątkowo czujni i rozpaleni entuzjazmem, budziła się percepcja, myśl i wyobraźnia każdego z nas bardziej świadoma niż jakiekolwiek doświadczenie znane nam jako jednostkom. Choć więc każdy z nas stał się w pewnym sensie identyczny jak jego przyjaciele, był też w pewnym sensie umysłem wyższego rzędu niż którykolwiek nas z osobna. W tym „przebudzeniu” nie zdawało się jednak być nic bardziej tajemniczego niż w tych wielu chwilach normalnego życia, gdy umysł z rozkoszą łączy ze sobą dotąd odizolowane od siebie doświadczenia lub odkrywa w chaosie wzór o niedostrzeganym do tej pory znaczeniu.

Nie należy jednak sądzić, że ta dziwna wspólnota umysłowa wymazywała osobowości poszczególnych odkrywców. Ludzka mowa nie zawiera odpowiednich pojęć, by opisać naszą szczególną relację. Równie nieprawdziwe byłoby stwierdzenie, że zatraciliśmy naszą indywidualność czy że rozpłynęliśmy się w indywidualności wspólnoty, jak i stwierdzenie, że wszyscy byliśmy przez ten czas osobnymi istotami. Choć zaimek „ja” odnosił się do nas wszystkich łącznie, to samo powiedzieć można o zaimku „my”. W jednej kwestii, czyli jedności świadomości, rzeczywiście stanowiliśmy jedną doświadczającą świata istotę, ale w tym samym czasie pod ważnym i zachwycającym względem byliśmy też odrębni. Choć istniało tylko jedno, wspólne „ja”, istniało także, że tak powiem, wielorakie, różnorodne „my”, zbiór wielu różnych od siebie osobowości, z których każda w kreatywny sposób wyrażała własny, wyjątkowy wkład w całe przedsięwzięcie eksploracji kosmosu, podczas gdy wszystkich nas łączył splot subtelnych osobistych relacji.

Jestem świadom, że ten opis musi wydawać się moim czytelnikom wewnętrznie sprzeczny, bo i mnie się takim zdaje. Nie potrafię jednak znaleźć innego sposobu na wyrażenie żywo pamiętanego faktu, że byłem kiedyś pojedynczym członkiem społeczności i jednocześnie fragmentem wspólnego doświadczenia tej społeczności.

Ujmując tę kwestię inaczej, choć pod względem tożsamości i świadomości stanowiliśmy jedną istotę, to pod względem naszych różnorodnych, twórczych cech szczególnych byliśmy osobnymi osobami dostrzegalnymi przez wspólne „ja”. Każdy z nas, jako wspólne „ja”, postrzegał całą kompanię jednostek, łącznie z sobą samym, jako grupę osób różniących się temperamentem i prywatnymi doświadczeniami. Każdy z nas doświadczał tego wszystkiego jako prawdziwej społeczności, złączonej takimi relacjami wzajemnych uczuć i krytyki, jak choćby między Bvalltu a mną. A jednak na innej płaszczyźnie, na poziomie twórczej myśli i wyobraźni, pojedyncza, wspólna uwaga mogła wycofać się z tego splotu relacji osobistych. Zamiast tego skupiała się w pełni na eksploracji kosmosu. Częściowo prawdziwe będzie stwierdzenie, że jeśli pod względem miłości byliśmy osobni, to pod względem wiedzy, mądrości i okazywanej czci byliśmy identyczni. W następnych rozdziałach, dotyczących kosmicznych doświadczeń tego wspólnego „ja”, logiczne byłoby odnosić się do eksplorującego umysłu zawsze w liczbie pojedynczej, z użyciem zaimka „ja” i pisać po prostu „zrobiłem to i tamto, pomyślałem to i owo”; mimo wszystko jednak w większości przypadków korzystać będę z liczby mnogiej, aby zachować prawdziwe poczucie wspólnego przedsięwzięcia i uniknąć fałszywego wrażenia, że odkrywcą był jedynie ludzki autor tej książki.

Każdy z nas prowadził wcześniej indywidualne, aktywne życie na jednym z wielu światów. Dla każdego jego własna, pełna błędów, przebyta na ojczystej planecie ścieżka zachowała szczególną konkretność i wyjątkowy urok, niczym żywo wspominane przez dorosłych ludzi dzieciństwo. Poza tym każdy nadawał swojemu dawnemu, prywatnemu życiu pilność i wagę, która w ramach społecznego postrzegania przesłonięta była kwestiami większej kosmicznej wagi. Ta konkretność i ten urok, ten pośpiech i waga każdego prywatnego życia składały się na wspólne „ja”, w którym uczestniczyliśmy wszyscy. Rozświetlały wspólnotowe doświadczenie swoją jaskrawością, patosem. Albowiem tylko we własnym życiu jako mieszkańca jakiegoś świata każdy z nas naprawdę walczył, że tak się wyrażę, w wojnie życia jako żołnierz zmagający się z bliska z przeciwnikiem. Wspomnienie tej spętanej, uwięzionej, zaślepionej, ochoczej, prywatnej indywidualności pozwalało nam przyglądać się rozwojowi kosmicznych wydarzeń nie tylko jako spektaklowi, ale z poczuciem wagi każdego pojedynczego życia, które rozbłyskiwało i gasło.

Tak więc ja, Anglik, włożyłem do wspólnego umysłu własne wciąż żywe wspomnienia bezowocnych poczynań w moim własnym, pełnym kłopotów świecie i we wspólnym ja stało się dla mnie jasne prawdziwe znaczenie tego ślepego ludzkiego życia, którego największą wartość stanowił mały, niedoskonały klejnocik wspólnoty, ze świadomością, której Anglik w swym pierwotnym otępieniu nie mógłby nigdy osiągnąć i nie może teraz ponownie pochwycić. Wszystko, co teraz pamiętam, to że jako wspólne „ja” spoglądałem na własną ścieżkę ziemskiego życia jednocześnie bardziej krytycznie, jak i bardziej wyrozumiale niż indywidualnie, a na swą partnerkę w tym żywocie jednocześnie z jaśniejszym, chłodniejszym zrozumieniem naszego wzajemnego wpływu, jak i ze wzmożoną czułością.

Muszę wspomnieć jeszcze o jednym aspekcie tego wspólnotowego doświadczenia odkrywców. Każdy z nas początkowo wyruszył na tę wielką przygodę głównie w nadziei na odkrycie, jaką rolę odgrywa społeczność kosmosu jako całość. Pytanie to miało doczekać się odpowiedzi dużo później, ale tymczasem coraz istotniejsze stawało się inne. Nasze wspólne doświadczenia na wielu światach i nasza nowa trzeźwość ducha wywołały w każdym z nas ostry konflikt intelektu i uczucia. Pod względem intelektualnym myśl, że jakiegoś rodzaju „bóstwo” odrębne od samego kosmosu stworzyło go, zdawała się nam coraz mniej prawdopodobna. Logicznie rzecz biorąc nie wątpiliśmy, że kosmos jest samowystarczalnym systemem nie wymagającym stwórcy. Coraz bardziej jednak, jak człowiek potrafi czuć psychiczną rzeczywistość fizycznie dostrzeganej ukochanej osoby lub widzianego wroga, czuliśmy w fizycznej obecności kosmosu psychiczną obecność tego, którego nazwaliśmy Sprawcą Gwiazd. Choć przeczył temu nasz intelekt, wiedzieliśmy, że cały kosmos stanowił nieskończenie mniej niż całość rzeczywistości i że cała nieskończoność istnienia stała u fundamentów każdej chwili we wszechświecie. I tak z nieracjonalną pasją wciąż staraliśmy się zajrzeć za każde drobne wydarzenie w kosmosie, by ujrzeć prawdziwą twarz tej nieskończoności, którą, z braku lepszego imienia, nazwaliśmy Sprawcą Gwiazd. Ale jak uważnie byśmy się nie rozglądali, nie znajdowaliśmy niczego. Choć w całości i w każdej pojedynczej rzeczy stawaliśmy niewątpliwie naprzeciw tej przerażającej obecności, jej nieskończoność powstrzymywała nas od przypisywania jej jakichkolwiek cech.

Czasami skłonni byliśmy wyobrażać ją sobie jako czystą Moc i postrzegaliśmy ją poprzez symbolikę miriad bóstw ze wszystkich naszych światów. Czasami pocieszaliśmy się, że to czysty Rozum i że kosmos stanowił ćwiczenie boskiego matematyka. Czasami jego podstawową cechą była dla nas Miłość i wyobrażaliśmy go sobie w formie wszystkich Chrystusów ze wszystkich światów, ludzkich Chrystusów, szkarłupniowych i łodzikowcowych Chrystusów, podwójnego Chrystusa symbiotyków, rojnego Chrystusa insektoidów. Podobnie jednak obecność ta jawiła nam się jako nieracjonalna Kreatywność, jednocześnie ślepa i subtelna, czuła i okrutna, pragnąca jedynie powoływać do życia nieskończoną różność istot, tu i tam pośród tysiąca próżności płodząc delikatny wdzięk. Mogła przez jakiś czas niańczyć go z matczyną troską, aż w porywie nagłej zazdrości o wspaniałość własnego stworzenia niszczyła to, co sprawiła.

Wiedzieliśmy jednak, że wszystkie te fikcje są całkowicie fałszywe. Odczuwana przez nas obecność Sprawcy Gwiazd pozostawała nieczytelna, choć w coraz większym stopniu rozświetlała kosmos, jak splendor niewidzianego słońca o świcie.