3. Łodzikowce
W miarę jak odkrywaliśmy kolejne światy i dołączali do nas pomocnicy z wielu z nich, nasze zrozumienie natury obcych rosło. Choć nadal nasze badania ograniczały się do ras, które osiągnęły etap znajomego kryzysu duchowego, stopniowo uzyskiwaliśmy możliwość nawiązania kontaktu z istotami, których umysły odległe były od ludzkich. Muszę teraz spróbować opisać główne typy tych „nieludzkich” inteligentnych światów. W niektórych przypadkach różnice w porównaniu z ludzkością, choć uderzające pod względem fizycznym i znaczne pod względem psychicznym, nie były aż tak daleko posunięte, jak w tych, które opiszę w kolejnym rozdziale.
Ogólnie rzecz biorąc, fizyczne i umysłowe formy świadomych istot stanowią wyraz charakteru planet, na których egzystują. Na przykład na pewnych dużych, pokrytych oceanami planetach cywilizację zbudowały organizmy morskie. Na tych wielkich światach nie powstały żadne stworzenia lądowe wielkości człowieka, jako że grawitacja przyszpilałaby je do ziemi. Ale w wodzie nie było takich ograniczeń. Jedną charakterystyczną cechą tych wielkich światów było to, że z uwagi na miażdżącą siłę grawitacji, na ich powierzchni nie było wielkich gór ani zagłębień. Pokryte były więc zwykle płytkim oceanem, tu i tam przerywanym archipelagami małych, niskich wysepek.
Opiszę jeden przykład tego rodzaju świata, największą planetę krążącą wokół jasnego słońca. Położona, o ile dobrze pamiętam, w pobliżu zatłoczonego serca galaktyki, gwiazda ta narodziła się późno w historii Drogi Mlecznej i zrodziła planety dopiero wtedy, gdy wiele ze starszych gwiazd pokrywała zastygająca lawa. Dzięki potężnemu promieniowaniu słonecznemu bliższe gwieździe planety miały (lub też będą miały) burzliwe klimaty. Na jednej z nich stworzenie podobne do ziemskich mięczaków, żyjące w przybrzeżnych płyciznach, uzyskało zdolność do dryfowania w przypominającej łódź skorupie po powierzchni morza, podążając za dryfującym roślinnym pożywieniem. W miarę upływu wieków skorupa zaczęła być bardziej sterowna i zwykły dryf uzupełnił prymitywny żagiel, membrana wyrastająca z tylnej części zwierzęcia. Z czasem z tego rodzaju łodzikowców wyewoluowało mrowie gatunków. Niektóre z nich pozostały maleńkie, ale dla innych korzystne okazały się znaczne rozmiary i stały się one żywymi statkami. Jeden z nich stał się inteligentnym władcą tego wielkiego świata.
Jego kadłub był sztywnym, smukłym statkiem o kształcie przypominającym dziewiętnastowieczny kliper, większym od naszych największych wielorybów. Na jego rufie macka czy też płetwa przybrała formę steru, który czasami służył też jako śruba napędowa. I choć wszystkie te gatunki były w stanie w pewnym stopniu same poruszać się po oceanie, na dalekich dystansach korzystały z wielkich żagli. Proste membrany ich przodków przekształciły się w system przypominających pergamin żagli i kościstych masztów, podlegających świadomej kontroli mięśni. Podobieństwo do statku zwiększały spoglądające w dół oczy, każde po jednej ze stron dziobu. Na szczycie grotmasztu znajdowała się druga para oczu, spoglądających na horyzont. Organ wykrywający fale magnetyczne w mózgu dawał im dobre wyczucie kierunku. Na rufie statku znajdowały się dwie chwytne macki, które podczas ruchu przylegały ściśle do burt, ale w razie potrzeby stanowiły zręczną parę rąk.
Wydawać się może dziwne, że tego rodzaju gatunek rozwinął ludzką inteligencję. Taki wynik był jednak dziełem przypadku na więcej niż jednym świecie. Zmiana diety z roślinnej na mięsną spowodowała znaczny wzrost zwierzęcego sprytu w pogoni za znacznie szybszymi stworzeniami podmorskimi. Zmysł słuchu był wspaniale rozwinięty, jako że ruch ryb na dalszych odległościach wykrywalny był za pomocą podwodnych uszu. Idące wzdłuż zęz10 organy smaku odpowiadały na zmieniający się skład wody i pozwalały łowcom na śledzenie zwierzyny. Czuły słuch i smak w połączeniu ze wszystkożernością, różnorodnością zachowań i rozwiniętą strukturą społeczną sprzyjały wzrostowi inteligencji.
Mowa, kluczowe medium rozwiniętego umysłu, przyjmowała na tym świecie dwie formy. Na potrzeby komunikacji bliskiego zasięgu nasłuchiwano z pomocą podwodnych uszu rytmicznych emisji gazów z otworu na rufie organizmu. W przypadku dalszych odległości korzystano z sygnałów semaforowych ruchomej macki na szczycie masztu.
Organizacja wspólnych ekspedycji rybackich, wynalezienie pułapek, wytwarzanie lin i sieci, praktykowanie rolnictwa, zarówno na morzu, jak i wzdłuż wybrzeży, budowa kamiennych przystani i warsztatów, użycie wulkanicznego ciepła dla obróbki metali i wiatru dla młynów, tworzenie kanałów na niskich wysepkach w poszukiwaniu minerałów i żyznych gruntów, stopniowa eksploracja i tworzenie map tego wielkiego świata, ujarzmienie energii słonecznej na potrzeby mocy mechanicznej, te i inne osiągnięcia stanowiły jednocześnie produkt inteligencji, jak i szansę na jej rozwój.
Dziwnym doświadczeniem było wejście w umysł inteligentnego statku, ujrzenie piany pod własnym przecinającym fale dziobem, skosztowanie gorzkich i smacznych prądów przy każdej z burt, uczucie nacisku powietrza na żagle, usłyszenie pod wodą szmeru odległych ławic ryb, a nawet powierzchni dna morskiego dzięki echom odbijanym do podwodnych uszu. Dziwne i przerażające było doświadczenie sztormu, poczucie zginanych masztów i grożących rozdarciem żagli, podczas gdy w kadłub uderzają małe, ale zaciekłe fale masywnej planety. Dziwne było także oglądanie innych wielkich żywostatków, które sunęły po wodzie, dopasowywały układ żółtych lub brunatnych żagli do zmian wiatrów i uświadomienie sobie, że to nie zbudowane przez ludzi obiekty, ale świadome istoty.
Czasami widzieliśmy, jak dwa żywostatki walczą ze sobą, rozcinając sobie nawzajem żagle wężowatymi mackami, dźgając miękkie „pokłady” przeciwnika metalowymi nożami lub z odległości strzelając do siebie z armat. Zdumiewające i rozkoszne było uczucie żądzy kontaktu w obecności smukłego żeńskiego klipera i piracki pościg za zmieniającą wciąż kurs samicą,a w końcu delikatny dotyk macek, co stanowiło grę miłosną tej rasy. Dziwnie było przylgnąć do niej burtą i dokonać seksualnego abordażu. Uroczy był także widok statku-matki z dziećmi. Powinienem też wspomnieć, że młode opuszczały pokład matki jak maleńkie łodzie, jedno na sterburcie, drugie na bakburcie. Bawiły się pływając wokół niej jak kaczątka, rozwijając niedojrzałe żagle. W wypadku złej pogody lub w czasie długich podróży matka zabierała je na pokład.
W czasie naszej wizyty naturalne żagle zaczynały być wspomagane przez przymocowywane do rufy silniki. Duże miasta betonowych doków ciągnęły się wzdłuż wybrzeży. Zachwycaliśmy się szerokimi kanałami stanowiącymi ulice w tych miastach. Pełne były ruchu żaglowego i zmotoryzowanego. Przy ogromnych dorosłych dzieci wyglądały jak małe łódeczki.
To właśnie na tym świecie natknęliśmy się na najbardziej uderzający przykład choroby społecznej, być może najbardziej powszechnej z nich, a mianowicie podzielenia populacji na dwie niezrozumiałe dla siebie nawzajem kasty w wyniku wpływu sił ekonomicznych. Tak wielka była różnica między dorosłymi osobnikami z obu kast, że początkowo wydawały się być osobnymi gatunkami i myśleliśmy, że doświadczamy właśnie zwycięstwa nowej, lepiej przystosowanej mutacji biologicznej nad poprzednikiem. Było to jednak dalekie od prawdy.
Z wyglądu władcy znacznie różnili się od robotników, podobnie jak królowe mrówek różnią się od robotnic. Ich sylwetki były bardziej smukłe i eleganckie, mieli większą rozpiętość żagli i szybciej poruszali się przy dobrej pogodzie. Na pełnym morzu żeglowali z większym trudem z uwagi na delikatniejsze kadłuby, ale byli jednocześnie lepszymi i odważniejszymi nawigatorami. Ich macki chwytne były mniej umięśnione, ale bardziej precyzyjne. Ich percepcja także była dokładniejsza. Choć pewna mniejszość z nich przewyższała najlepszych z robotników jeśli chodzi o wytrzymałość i odwagę, większość była mniej odporna, zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Dotykały ich choroby, które nie imały się robotników, zwłaszcza schorzenia układu nerwowego. Poza tym jeśli któryś z nich złapał jedną z zaraźliwych chorób typowych dla robotników, ale rzadko dla nich śmiertelną, niemal zawsze umierał.Podatni byli również na choroby psychiczne, a zwłaszcza na megalomanię. Cała kontrola nad światem należała do nich. Tymczasem robotnicy, choć żyli w środowisku, w którym łatwo było o choroby i nerwice, zazwyczaj zachowywali mimo wszystko trzeźwy umysł. Cierpieli jednak na przygniatające poczucie niższości. Mimo że w działaniach na mniejszą skalę wykazywali inteligencję i wprawę, to gdy powierzano im ważniejsze zadania ogarniał ich dziwaczny paraliż umysłowy.
Mentalność obu kast znacznie się różniła. Władcy częściej wykazywali indywidualną inicjatywę i grzeszyli samolubnością. Robotnicy uzależnieni zaś byli od kolektywizmu i grzeszyli usłużnością wobec hipnotycznego wpływu stada. Władcy byli bardziej przezorni, przewidujący, niezależni, samodzielni; robotnicy bardziej porywczy, gotowi do samopoświęcenia dla sprawy, bardziej świadomi słusznych działań społecznych i o wiele bardziej hojni wobec potrzebujących pomocy osobników.
W czasie naszej wizyty pewne niedawne odkrycia wywołały chaos na planecie. Do tej pory uważano, że natura tych dwóch kast jest niezmienna, wynika z boskiego prawa i biologicznego dziedzictwa. Teraz jednak okazało się, że jest inaczej i że fizyczne i umysłowe różnice między klasami wynikały jedynie z wychowania. Od niepamiętnych czasów członków poszczególnych kast werbowano w bardzo ciekawy sposób. Po odkarmieniu wszystkie dzieci urodzone na sterburcie matki, niezależnie od kast rodziców, wychowywano na członków kasty panów. Wszystkie urodzone na bakburcie wychowywano na robotników. Jako że kasta panów musiała oczywiście być mniejsza niż robocza, system ten powodował znaczną nadmiarowość potencjalnych władców. Trudność tę przezwyciężano w następujący sposób — urodzone na sterburcie dzieci robotników i urodzone na bakburcie dzieci władców wychowywali ich rodzice, ale urodzone na bakburcie, potencjalnie arystokratyczne dzieci robotników w większości zabijano. Jedynie garstkę z nich wymieniano na urodzone na sterburcie dzieci władców.
Wraz z rozwojem przemysłu, coraz większą potrzebą surowców i taniej siły roboczej, rozprzestrzenianiem się wiedzy naukowej i osłabieniem wpływu religii, odkryto zdumiewający fakt, że urodzone na bakburcie dzieci obu klas, jeśli wychowa się je jako robotników, były fizycznie i mentalnie nieodróżnialne od pozostałych. Magnaci przemysłowi potrzebujący tanich macek do pracy nagle zaczęli głosić moralny sprzeciw wobec dzieciobójstwa, sugerując, aby nadmiarowe dzieci urodzone na bakburcie wychowywać na robotników. Nierozważni naukowcy dokonali niedawno jeszcze bardziej obrazoburczego odkrycia, że urodzone na sterburcie dzieci wychowywane na władców wykształcały smukłe sylwetki, wielkie żagle delikatną budowę kadłuba i arystokratyczną mentalność kasty panów. Władcy próbowali zapobiec rozprzestrzenianiu się tej wiedzy pośród robotników, ale co bardziej sentymentalni członkowie ich własnej kasty wygadali się za granicą i zaczęli głosić nową, prowokacyjną doktrynę równości społecznej.
Podczas naszej wizyty świat ten opanował chaos. Na co bardziej zacofanych oceanach nie kwestionowano dawnego porządku, ale w bardziej zaawansowanych regionach planety rozpoczęła się desperacka walka. Na pewnym wielkim archipelagu robotnicy uzyskali władzę dzięki rewolucji społecznej i ideowa, choć bezlitosna dyktatura próbowała zaplanować życie społeczeństwa tak, aby kolejne pokolenie było jednorodne, łączące najbardziej pożądane cechy obu kast. Gdzie indziej władcy przekonali robotników, że te nowe idee są fałszywe i plugawe i doprowadzą do powszechnej nędzy i niedoli. Sprytnie wzbudzano podejrzenia, że „materialistyczna nauka” jest zwodnicza i powierzchowna i że zmechanizowana cywilizacja niszczy duchowy potencjał rasy. Zręczna propaganda głosiła ideę swego rodzaju państwa korporacyjnego z politycznymi stronnictwami bakburty i sterburty, w którym władzę sprawować będzie dyktator namaszczony na to stanowisko „z bożej łaski i z woli ludu”.
Nie opiszę tu szczegółowo rozpaczliwej walki, która rozpętała się między tymi dwoma rodzajami organizacji społecznych. W globalnych kampaniach wiele przystani, wiele prądów morskich zbrukano krwią. Pod presją wojny i śmierci wszystko, co najlepsze, co najbardziej ludzkie, po obu stronach zmiażdżono pod pretekstem wyższej konieczności. Z jednej strony ideę zjednoczonego świata, w którym każda jednostka powinna żyć wolna i spełniona w służbie globalnej społeczności wypierać zaczęła żądza ukarania szpiegów, zdrajców i heretyków. Z drugiej strony, ogólnikowe i niestety nierozważne marzenia o szlachetniejszym, mniej materialistycznym życiu reakcyjni przywódcy sprytnie przekształciły w chęć zemsty na rewolucjonistach.
Wkrótce cała struktura cywilizacji legła w gruzach. Dopiero gdy rasa ta popadła w niemal podludzką dzikość, oczyszczona z szalonych tradycji chorej cywilizacji wraz z prawdziwą kulturą duch tych łodzikowców mógł wyruszyć ponownie na wielką duchową wyprawę. Wiele tysięcy lat później udało mu się osiągnąć ten wyższy poziom istnienia, o którym jeszcze opowiem na tyle, na ile będę w stanie.