X. Wizja galaktyki
Zdawało się nam teraz, że kłopoty wielu światów galaktyki wreszcie się skończyły, że wola wsparcia galaktycznej utopii jest uniwersalna i że przyszłość musi prowadzić ku coraz większej chwale. Mieliśmy pewność, że tak samo wygląda postęp w innych galaktykach. W naszej naiwności czekaliśmy na rychły, zupełny i ostateczny triumf ducha nad kosmosem. Wyobrażaliśmy sobie nawet, że Sprawca Gwiazd cieszy się doskonałością swej pracy. Używając takiej symboliki, jakiej tylko mogliśmy, by wyrazić niewyrażalne, wykoncypowaliśmy, że przed początkiem Sprawca Gwiazd był sam i że dla miłości i wspólnoty postanowił stworzyć doskonałą istotę, aby mu towarzyszyła. Przypuszczaliśmy, że stworzył ją z żądzy piękna i miłości, ale też bardzo ją doświadczył, umęczył, aby mogła ostatecznie zatriumfować nad przeciwieństwami i osiągnąć taką perfekcję, do jakiej nie był zdolny nawet on w całej swojej wszechmocy. Myśleliśmy o kosmosie jako tej właśnie istocie. W naszej naiwności zdawało się nam, że ujrzeliśmy już znaczną część kosmicznego rozwoju i że przed nami był tylko jego punkt kulminacyjny, telepatyczna unia wszystkich galaktyk, aby stały się jednym, w pełni przebudzonym duchem kosmosu, doskonałym, odpowiednim do wiecznej kontemplacji i radości Sprawcy Gwiazd.
Wszystko to zdawało się nam wielce słuszne, ale sami nie radowaliśmy się. Byliśmy przesyceni widokiem ciągłego i triumfalnego postępu późnej ery naszej galaktyki i nie ciekawiły nas już rzesze innych galaktyk. Niemal na pewno były takie jak nasza. W zasadzie czuliśmy ogromne zmęczenie i rozczarowanie. Przez tak wiele eonów śledziliśmy losy wielu światów. Tak często żyliśmy ich pasjami, nowymi dla nich, ale dla nas w większości powtarzalnymi. Braliśmy udział we wszelkiego rodzaju cierpieniu, chwale i wstydzie. A teraz, gdy kosmiczny ideał, pełne przebudzenie ducha, zdawał się być w zasięgu ręki, ogarnęło nas znużenie. Jakie znaczenie miało, czy doskonały duch odczuje i w pełni pozna cały dramat egzystencji? Jakie znaczenie miało, czy dokończymy naszą pielgrzymkę czy też nie?
Przez tak wiele eonów nasza kompania, rozproszona po galaktyce, z trudem utrzymywał wspólną mentalność. Przez cały czas „my”, mimo naszej mnogości, stanowiliśmy „ja”, pojedynczego obserwatora wielu światów, ale utrzymanie tej tożsamości stawało się mozolne. Nasze „ja” ogarniała senność, zaś „my” z osobna tęskniliśmy za ojczystymi światami, naszymi domami oraz za zwierzęcym przytępieniem, które odgradzało nas od wszelkich bezmiarów. W szczególności ja, Anglik, pragnąłem spać bezpiecznie w tej sypialni, w której ona i ja spaliśmy razem, zapomnieć o codziennych sprawach i pogrążyć się w niewyraźnej, spokojnej świadomości siebie nawzajem.
Ale mimo nieznośnego zmęczenia sen nie nadchodził. Z konieczności pozostawałem w towarzystwie kolegów i mnogości triumfalnych światów.
Wkrótce z letargu wyrwało nas jednak pewne odkrycie. Stopniowo docierało do nas, że nastrój panujący w tych niezliczonych utopijnych układach planet nie jest bynajmniej triumfalny. Na każdym świecie znajdowaliśmy głębokie przekonanie o małości i bezsilności wszystkich skończonych istot, choćby i najwyższego rzędu. Na jednej z planet żył pewien poeta. Gdy powiedzieliśmy mu o naszej koncepcji kosmicznego celu, odparł:
— Gdy dusza kosmosu się przebudzi, jeśli kiedykolwiek to zrobi, okaże się nie być jedyną ukochaną swego stwórcy, ale jedynie drobną bańką dryfującą w bezkresnym i niezgłębionym oceanie istnienia.
To, co z początku sprawiało wrażenie niepowstrzymanego marszu podobnych bogom duchów światów, ze wszystkim, co w kosmosie do dyspozycji i wiecznością przed nimi, stopniowo odkrywało przed nami zupełnie inne oblicze. Wielki rozwój poziomu umysłowego i osiągnięcie wspólnej mentalności w całym kosmosie zmieniło postrzeganie czasu. Czasowy zasięg umysłu znacznie się wydłużył. Przebudzone światy doświadczały eonu jako zaledwie dnia. Były świadome upływu czasu tak, jak człowiek w czółnie świadom był rzeki, która w górnym biegu płynie powoli, lecz z czasem przyspiesza i przyspiesza, aż niedługo czeka ją ostateczny bieg ku morzu, czyli do wiecznego końca życia, wygaśnięcia gwiazd. Porównując tę drobinkę, która pozostała z wielką pracą, której wciąż żarliwie pragnęły dokonać, czyli z pełnym przebudzeniem kosmicznego ducha, myślące światy widziały, że w najlepszym razie nie ma czasu do stracenia, a co bardziej prawdopodobne, na wypełnienie tego dzieła jest już za późno. W dziwny sposób przeczuwały, że czekała na nich nieprzewidziana katastrofa. Czasami mawiano:
— Nie wiemy, co szykują dla nas gwiazdy, a tym bardziej Sprawca Gwiazd.
Czasem także stwierdzano:
— Nie powinniśmy nawet przez chwilę uznawać naszej najlepiej choćby poznanej wiedzy o istnieniu za prawdziwą. Jest to jedynie świadomość kolorów, którą nasz wzrok maluje na powierzchni jednej bańki w strumieniu piany na oceanie ducha.
Świadomość nieuchronnej niekompletności wszystkich stworzeń i wszystkich osiągnięć nadawała galaktycznej wspólnocie światów pewien czar, pewną świętość, jak krótko żyjącemu, delikatnemu kwiatowi. I właśnie z coraz silniejszym poczuciem obcowania z kruchym pięknem postrzegaliśmy teraz tę rozległą utopię. Przy takim nastawieniu doświadczenie to było niesamowite.
Wybraliśmy się na swego rodzaju wakacje od eksploracji, szukając odpoczynku w bezcielesnym locie poprzez kosmos. Zebrawszy całą naszą kompanię ze wszystkich światów, skupiliśmy się w pojedynczy, ruchomy punkt widzenia i wtedy, jako jedna istota, krążyliśmy między gwiazdami i mgławicami. W pewnym momencie kaprys zanurzył nas w międzygwiezdnej przestrzeni. Przyspieszaliśmy, aż przed nami gwiazdy stawały się fioletowe, a za nami czerwone; aż zarówno przód, jak i tył zniknęły; aż wszystko co widzialne przygasiła dzika prędkość naszego lotu. W absolutnych ciemnościach rozmyślaliśmy nad pochodzeniem i przeznaczeniem galaktyk i nad straszliwym kontrastem między kosmosem a naszymi znikomymi życiami, do których pragnęliśmy powrócić.
W pewnej chwili spoczęliśmy i odkryliśmy, że znaleźliśmy się w nieoczekiwanej sytuacji. Galaktyka, z której się wyłoniliśmy, rzeczywiście leżała za nami, nie większa niż chmura, ale nie była spodziewaną przez nas spiralą. Po początkowym zmieszaniu zdaliśmy sobie sprawę, że patrzymy na galaktykę na wczesnym etapie istnienia, w zasadzie zanim nawet można było nazwać ją galaktyką. Chmura nie stanowiła chmury gwiazd, ale ciągłą świetlistą mgłę. U jej serca leżał niewyraźny blask, który stopniowo przygasał aż do bladych regionów zewnętrznych i przechodził płynnie w czarne niebo. Nawet samo niebo wyglądało teraz nieznajomo. Choć pozbawione gwiazd, było gęsto upstrzone niewyraźnymi chmurami. Wszystkie znajdowały się dalej od nas niż ta, z której pochodziliśmy, ale kilka wyglądało na tak duże, jak Orion na ziemskim niebie. Niebo było na tyle zatłoczone, że wiele obiektów przechodziło płynnie w kolejne i rozdzielały je zaledwie wąskie kanały pustki, poprzez które prześwitywały jeszcze dalsze mgławice, czasami na tyle oddalone, że zdawały się tylko drobnymi plamkami światła.
Było dla nas jasne, że przenieśliśmy się w czasie do epoki, gdy wielkie mgławice wciąż ze sobą sąsiadowały, zanim wybuchowa natura kosmosu oddzieliła je od siebie.
W miarę jak przyglądaliśmy się, stało się oczywiste, że wydarzenia rozwijają się w fantastycznym tempie. Każda chmura widocznie skurczyła się, wycofując się dalej. Zmieniły także kształt, stając się bardziej płaskie o nieco bardziej określonych konturach. Zmniejszone mgławice wyglądały teraz jak mgliste, przechylone soczewki. Ale i one wycofały się tak głęboko w przestrzeń kosmiczną, że trudno było obserwować ich zmiany. Tylko nasza rodzima mgławica pozostała przy nas, wielki owal rozciągający się na połowę nieba. Teraz na niej skupiliśmy uwagę.
Zaczęły się w niej wykształcać różnice, jaśniejsze i ciemniejsze regiony, blade smugi i zawijasy, jak piana na morskich falach. Powoli przesuwały się tak, jak chmury pośród wzgórz. Obecnie było jasne, że wewnętrzne prądy mgławicy przyjmują wspólny wzorzec. Wielki świat gazu powoli obracał się, niemal jak tornado, spłaszczając się stopniowo. Ujrzeliśmy zamazany obraz pokrytego smugami i płaskiego kamyka, dobrego do puszczania kaczek na wodzie, trzymanego zbyt blisko oka, by skupić na nim wzrok.
Następnie zauważyliśmy naszym nowym, cudownym wzrokiem, że tu i tam w chmurze pojawiają się mikroskopijne punkciki intensywniejszego światła, głównie w jej zewnętrznych rejonach. Ich liczba rosła i przestrzeń pomiędzy nimi ciemniała. Byliśmy świadkami narodzin gwiazd.
Wielka chmura wciąż obracała się i spłaszczała. Wkrótce stanowiła dysk wirujących strumieni gwiazd i smug nieskupionego gazu, ostatnich, rozpadających się fragmentów pierwotnej mgławicy. Poruszały się wraz z całością, ale po swojemu, zmieniając kształt, pełzając jak żywe stworzenia, wyciągając nibynóżki i wyraźnie blednąc, ustępując miejsca nowemu pokoleniu gwiazd. Jądro mgławicy skupiało się teraz w bardziej jednoznaczny kształt, wielki glob jasności. W różnych miejscach dysku pojawiały się większe skupiska światła, embriony gromad gwiezdnych. Cała mgławica upstrzona była tymi kłębami puchu, z których każdy zrodzić miał małe uniwersum gwiazd.
Galaktyka, bo tak można było już ją nazwać, wciąż wyraźnie wirowała z hipnotyzującą stałością.Splecione warkocze jej gwiazd ciągnęły się na tle ciemnej otchłani. Wyglądała teraz jak wielkie białe sombrero o szerokim rondzie, korona świetlistej masy, obracający się kardynalski kapelusz. Na dwa długie, wirujące frędzle przy krawędzi składały się długie, spiralne strumienie gwiazd. Ich postrzępione końcówki oddzieliły się, tworząc subgalaktyki, obracające się wokół głównego układu galaktycznego. Całość kręciła się niczym bączek, przechylając się na naszych oczach; jej krawędź była coraz węższą elipsą, aż zewnętrzny krąg nieświecącej materii stał się cienką, ciemną, splątaną linią idącą poprzez świetlistą substancję mgławicy i gwiazd.
Z wysiłkiem starając się ujrzeć wyraźniej strukturę tego błyszczącego, perlistego cudu, największego ze wszystkich rodzajów obiektów w kosmosie, odnaleźliśmy nowy wymiar wzroku i nawet widząc całą galaktykę i jej odległe siostry, postrzegaliśmy każdą gwiazdę jako drobny dysk oddzielony od sąsiadek, podobnie jak kawałek drewna unoszący się na Oceanie Arktycznym oddzielony jest od innego, dryfującego przy brzegach Antarktydy. Dlatego też mimo opalizującego piękna jej ogólnej formy galaktyka jawiła się nam jako pustka przyprószona rzadkimi iskrami.
Przyglądając się bliżej gwiazdom, zobaczyliśmy, że choć płynęły w większych grupach, jak ławice ryb, ich prądy czasami splatały się. Wówczas gwiazdy z różnych strumieni, stając sobie na drodze, przyciągały się nawzajem, przechodząc spod wpływu jednego sąsiada do kolejnego. Tak więc mimo znacznej odległości od siebie, często wyglądały dziwnie jak żywe istoty poznające się z daleka. Czasami zataczały łuk hiperboliczny wokół siebie nawzajem, a rzadziej tworzyły podwójne układy.
Czas leciał na naszych oczach tak szybko, że eony stawały się chwilami. Widzieliśmy, jak pierwsze gwiazdy stają się czerwonymi olbrzymami, choć z tej odległości niezwykle maleńkimi. Zaskakująca ich liczba, być może z uwagi na siłę odśrodkową obrotu, rozpadała się, tworząc podwójne układy gwiazd, więc niebo coraz częściej zaludniały te tańczące walca pary. Tymczasem wielkie gwiazdy powoli kurczyły się i nabierały jasności. Z czerwieni przechodziły w żółć, a następnie do oślepiającej bieli i błękitu. Podczas gdy wokół nich skupiały się inne młode olbrzymy, one coraz bardziej malały, a ich barwa zmieniała się znów w żółć i czerwień. Obecnie widzieliśmy, jak najstarsze z gwiazd gasną jak iskry ogniska. Zdarzało się to coraz częściej, powoli, ale stale. Czasami pojawiał się rozbłysk nowej, na chwilę przesłaniający światło miriad sąsiednich gwiazd. Tu i tam pulsowały w niewyobrażalnym tempie gwiazdy zmienne. Od czasu do czasu widzieliśmy, jak podwójny układ i trzecia gwiazda zbliżają się do siebie na tyle, że ta lub inna z grupy wyciągała smugę swojej substancji ku partnerowi. Skupiając nasz nadnaturalny wzrok, widzieliśmy, jak smugi te oddzielają się i stają się planetami. Zdumiewały nas drobne rozmiary i rzadkość tych ziaren życia pomiędzy martwymi rzeszami gwiazd.
Ale same gwiazdy sprawiały nieodparte wrażenie życia. Dziwne, że ruchy tych zjawisk fizycznych, kul ognia, wirujących i podróżujących zgodnie z geometrycznymi prawami ich cząstek zdawały się tak żywe, kierujące się ku jakiemuś celowi. Ale i cała galaktyka była dla nas żywa, jak organizm, z delikatnymi strumieniami gwiazd niczym przepływy materii wewnątrz komórki, z jej ramionami przypominającymi wici. To wielkie i majestatyczne stworzenie musiało być żywe, musiało w inteligentny sposób doświadczać siebie i wszystkiego wokół.
Powstrzymaliśmy jednak ten przypływ dzikich myśli, pamiętając, że tylko na rzadkich ziarenkach zwanych planetami mogło zagościć życie, a bogactwo całej reszty błyszczących klejnotów stanowiło jedynie marnotrawstwo ognia.
Z rosnącą czułością i tęsknotą skierowaliśmy uwagę ku najwcześniejszym planetarnym ziarnkom, które skupiały się spośród wirujących smug płomieni, początkowo jako pulsujące krople lawy, następnie pokryte skałami, wypełnione oceanami i otoczone atmosferą. Nasz wnikliwy wzrok spoglądał na ich buzujące życiem płytkie wody, z których miało ono wyruszyć ku oceanom i kontynentom. Widzieliśmy jak na niektórych z tych światów przebudziła się inteligencja ludzkiego poziomu i wkrótce pogrążyła się w wielkiej walce o ich ducha, z której tylko garstka wyszła zwycięsko.
Tymczasem nowe narodziny planet, rzadkie pośród gwiazd, ale liczące miliony, oznaczały nowe światy i nowe biografie. Ujrzeliśmy Inną Ziemię, z jej naprzemienną chwałą i hańbą i jej ostateczne wygaśnięcie. Widzieliśmy też wiele innych światów zaludnionych przez humanoidy, szkarłupnie, centaury i tak dalej. Patrzyliśmy jak człowiek na jego maleńkiej Ziemi przechodzi przez fazy to tępoty, to oświecenia i znów żałosnego otępienia. Od epoki do epoki kształt jego ciała zmieniał się tak, jak zmieniają się chmury. Patrzyliśmy na jego rozpaczliwe zmagania z marsjańskimi najeźdźcami, a po chwili kolejnych wieków światła i ciemności na jego przenosiny na niegościnną Wenus by uciec przed upadkiem Księżyca. Jeszcze później, po eonie, który stanowił ledwie westchnienie w życiu kosmosu, uciekł przed eksplodującym Słońcem na Neptuna, gdzie pogrążył się znów na eony w zwierzęcości. Znów jednak wspiął się wyżej i osiągnął szczyt swej inteligencji, aby tylko spłonąć jak ćma w ogniu w wyniku nieuniknionej katastrofy.
Cała ta długa historia ludzkości, pełna pasji i tragedii, stanowiła jedynie nieistotny, jałowy i pomijalny wysiłek, trwający tylko parę chwil w życiu galaktyki. Gdy dobiegła końca, rzesza układów planetarnych wciąż żyła, ponosząc tu i ówdzie ofiary. Tu i tam pośród gwiazd nowe narodziny gwiazd, ówdzie świeża katastrofa.
Przed i po pełnym trudów żywocie ludzkości widzieliśmy dziesiątki i setki innych podobnych ludziom ras, z których tylko garstka miała przekroczyć najwyższy poziom duchowości człowieka i odegrać rolę w galaktycznej wspólnocie światów. Widzieliśmy je teraz z oddali na przypominających Ziemię planetkach, rozproszonych pośród wielkich strumieni gwiazd, starające się opanować wszystkie problemy ich światów, społeczne i duchowe, z którymi po raz pierwszy styka się człowiek w naszej „współczesnej” erze. Ujrzeliśmy też wiele innych rodzajów ras, łodzikowce, szkarłupnie, ptaki, złożone umysły i rzadkie symbionty oraz jeszcze rzadsze roślinne istoty. A z każdego rodzaju najwyżej kilka osiągnęło utopię i wzięło udział we wspólnym przedsięwzięciu światów. Reszta odpadła po drodze.
Z naszego odległego punktu widzenia zobaczyliśmy w jednej z wyspiarskich subgalaktyk triumf symbiontów. Tu w końcu zasiano ziarno prawdziwej wspólnoty światów. Obecnie gwiazdy galaktycznej wyspy zaczęły otaczać żywe rzędy pereł, aż cała subgalaktyka pełna była żywych światów. Tymczasem w głównym układzie galaktycznym pojawiło się to straszliwe i zaraźliwe szaleństwo imperiów, któremu wcześniej już przyjrzeliśmy się dokładniej. Ale to, co wcześniej wyglądało na wojnę tytanów, w której wielkie światy pędziły poprzez przestrzeń z niewyobrażalnymi prędkościami i nawzajem niszczyły swoje populacje w światobójstwach, teraz stanowiło tylko spazmy paru mikroskopijnych drobnoustrojów otoczonych przez obojętne rzesze gwiazd.
Ujrzeliśmy teraz jak gwiazda wybucha i niszczy swoje planety. Imperia zamordowały coś szlachetniejszego od siebie. Nastąpiło drugie i trzecie morderstwo. I wtedy, pod wpływem subgalaktyki, imperialne szaleństwo ustało i imperium rozpadło się. Wkrótce nasza zmęczona uwaga skupiła się na porywającej budowie utopii w całej galaktyce. Było to dla nas widoczne głównie jako stały wzrost liczby sztucznych planet. Na orbitach kolejnych gwiazd rozkwitały te pełne życia klejnoty, kwiaty brzemienne duchem. Kolejne konstelacje tętniły życiem miriad światów. Każdy świat, zamieszkany przez wyjątkową, rozliczną rasę wrażliwych indywidualnych intelektów zjednoczonych w prawdziwej wspólnocie, sam stanowił żywy organizm, w którym żył wspólny duch. A każdy układ wielu gęsto zaludnionych orbit również był taką istotą. Cała galaktyka, pokryta telepatyczną siecią, stała się jedną inteligentną i pełną żaru istotą, wspólnym duchem, „ja” jej niezliczonych, różnorodnych i efemerycznych jednostek.
Cała ta szeroka wspólnota kierowała teraz swój wzrok ku innym galaktykom. Postanowiwszy dalej rozwijać swe życie duchowe w skali kosmicznej, utrzymywała stałą komunikację telepatyczną z pozostałymi. Tymczasem, rozmyślając nad wszelkiego rodzaju dziwnymi praktycznymi ambicjami, zaczęła korzystać z energii swych gwiazd na niewyobrażalną dotąd skalę. Każdy układ słoneczny otaczała nie tylko warstwa wychwytywaczy światła, które skupiały uciekającą energię słoneczną w celu użycia jej przez inteligentne istoty, zaś gwiazdy nie nadające się na słońca zdezintegrowano i pozbawiono cennych zapasów energii subatomowej.
Nagle nasza uwaga skupiła się na wydarzeniu, które nawet z daleka wyraźnie nie pasowało do utopii. Gwiazda otoczona przez planety eksplodowała, niszcząc wszystkie swoje pierścienie światów i ostatecznie zapadając się w sobie. To samo stało się z kolejnymi gwiazdami w różnych regionach galaktyki.
Aby rozwikłać zagadkę tych zaskakujących katastrof ponownie rozproszyliśmy się siłą woli na wiele różnych światów.