Cztery kobiety1
Beatrice2
Rozmawialiśmy do późna w nocy; było nas trzech; szczęśliwym trafem zdobyliśmy kilka butelek asti spumanti i sączyliśmy słodkie wino dla uczczenia przyjaciela, który właśnie wrócił z Włoch. Był najstarszy z nas; gdyśmy go poznali przed dwunastu laty podczas podróży na Południe, był już dojrzałym człowiekiem. Od pierwszego wejrzenia powzięliśmy wielką sympatię ku temu człowiekowi o szlachetnym wyrazie twarzy i pewnej melancholii uśmiechu. Niezwykłe jego wykształcenie, a równocześnie nadzwyczajna skromność przyczyniły się rychło do pogłębienia przyjaźni zadzierzgniętej podczas trzech tygodni wspólnego pobytu w Rzymie. Po upływie tego czasu musiał nagle wrócić do swej ojczyzny, do Genewy, gdzie stał na czele wielkiego przedsiębiorstwa handlowego. W następnych latach nie pomijaliśmy żadnej sposobności, by spędzić z nim czas jakiś bądź to we Włoszech, bądź w Genewie. Obecnie właśnie nałożył nieco drogi i przybył do naszego miasta, by choć dobę spędzić z nami.
Stwierdziliśmy, że zewnętrznie nie zmienił się prawie zupełnie; był wciąż jeszcze bardzo przystojnym mężczyzną, włosy miał już lekko posrebrzone siwymi nitkami, czoło gładkie, jasne. Był tylko bardziej małomówny niż podczas ostatniego spotkania i często zamyślał się przez czas dłuższy, wpatrując się nieprzerwanie w jeden punkt. Sądziliśmy, że rozmowa ożywi się, gdy zapytamy go o wrażenia z ostatniej podróży. Ale gdy również i na ten ulubiony temat niechętnie odpowiadał, przestaliśmy nalegać, czekając spokojnie, aż niejako odtaje i zainteresuje się omawianymi sprawami.
Właśnie poruszyłem zagadnienie, które od pewnego czasu bardzo mnie zajmowało — zagadnienie teatru włoskiego. Utrzymywałem, że Włosi, choć są patetyczni i namiętni, nie stworzyli literatury dramatycznej, która dałaby się porównać z grecką, angielską, niemiecką. Bo temperament ludów romańskich, ich natura i kultura są tak ściśle związane z konwenansami, że niezrozumiałe dla ludności włoskiej byłyby tragiczne problematy opierające się całkowicie na walce jednostki z konwenansem; dalej, że włoscy autorzy nie ważyliby się wyzwolić z więzów formalnych i wziąć z całą bezwzględnością naturalnych, żywiołowych tonów, które jedynie wzbudzają w nas wstrząs tragiczny.
Amadeusz przysłuchiwał się moim wywodom z wielką obojętnością, natomiast Otton sprzeciwił się stanowczo tym poglądom i potępianiu konwencjonalności. Utrzymywał, że mój pogląd jest bardzo niebezpieczny, że w poezji górują właśnie ogólne prawa moralne, a nie indywidualne, że potępienia godne jest wysławianie demonizmu, przesadnego indywidualizmu nie liczącego się z nikim i niczym.
— Prowadzi to — mówił — do obalenia porządku świata na korzyść nieokiełznanego indywidualizmu i do uznawania w poezji jedynie tego, co łamie prawa i gwałci przepisy moralne.
Starałem się wytłumaczyć mu, że chodzi tu tylko o wypadki tragicznych kolizji, i że wielkie, mocne, jednym słowem, heroiczne natury inaczej rozwiązują spór między obowiązującym prawem a swymi pożądaniami niż tchórzliwi filistrzy liczący się z każdą drobnostką.
— Genialne natury — mówiłem — obalają granice tuzinkowej moralności i rozszerzają jej zakres, tak jak genialni artyści wydostają się poza bariery swej sztuki, by bariery te ustawić potem o wiele dalej. Poeta i ci, którzy go rozumieją, nie chcą pozbawiać się widoku zjawisk wykraczających poza granice przeciętnej moralności. A kto to uważają niemorałność, dla tego właściwie nie istnieje piękno; taki człowiek rozróżnia tylko rzeczy pożyteczne lub niepożyteczne.
Nagle Amadeusz spojrzał na mnie wielkimi oczyma i poprzez stół podał mi rękę.
— Dziękuję ci — rzekł — powiedziałeś mądre słowo, dobre, kojące. Między nami trzema chyba nie powinno być sporu o to, że obyczajowość nie ma nic wspólnego z moralnością i że najwyższym zadaniem poezji jest sięgać tam, gdzie manifestują się najniezwyklejsze przejawy duszy ludzkiej. Przeciw jednemu tylko muszę zaprotestować: przeciw temu, że brak tragicznych poetów we Włoszech wyprowadzasz z cech charakteru ludu zbytnio trzymającego się konwenansu. Nie — mówił Amadeusz z rosnącym wciąż wzburzeniem, a oczy jego poczęły niesamowicie błyszczeć — patos włoskich tragedii nie jest zasadniczym tonem, na który nastrojona jest dusza tego szlachetnego narodu. Miałem tego przekonywający dowód... Dowodem tym moja żona, która była Włoszką.
Zamilkł po tych słowach, którym przysłuchiwaliśmy się z wielkim zdumieniem. Bo choć zdawało się nam, że znamy go dobrze, po raz pierwszy dowiedzieliśmy się, że był żonaty, i to z kobietą, która wielką rolę odegrała w jego życiu, a o której istnieniu nigdy nie wspomniał.
Wstał z krzesła i począł krążyć dokoła stołu. Nie przeszkadzaliśmy mu ani spojrzeniem, ani słowem. Wreszcie przystanął, usiadł z powrotem przy stole i rzekł swym głębokim, dźwięcznym głosem:
— Nie mówiłem wam o tym, gdyż wspomnienia zbytnio mnie wyczerpują... Ilekroć przed sobą samym rozsnuwałem pasmo tych przeżyć, musiałem to zawsze odpokutować dłuższą depresją psychiczną. Czyniłem sobie wyrzuty, że na wasze docinki, dlaczego się dotychczas nie ożeniłem, odpowiadałem zawsze żartami. Właśnie dlatego, by wreszcie w naszych stosunkach wzajemnych nie było niedomówień, obecnie, wracając od jej grobu, tak się urządziłem, by tu przyjechać i spędzić z wami kilka godzin. Pozwólcie więc, że zwierzę się wam z wszystkiego... Otwórzmy wpierw okno wiodące na ogród; jest tu tak duszno, że trudno oddychać... Tak! Pijcie i palcie, ja będę opowiadał, chodząc po pokoju... Minęło już od tych przeżyć prawie ćwierć wieku, a mam je tak żywo przed oczyma, jakby wczoraj zaszły...
To, co opowiedział (a przesiedzieliśmy razem do świtu), spisałem nazajutrz wedle możności jego własnymi słowami. Nie myślałem wtedy, że to są ostatnie jego słowa wypowiedziane w naszym gronie. Niebawem dowiedziałem się, że zapadł ciężko na zdrowiu. Od dawna już cierpiał na chorobę płuc i leczył się na Południu. Przeziębił się w kilka tygodni po naszym ostatnim spotkaniu, pomagając w gaszeniu ognia, który w nocy wybuchł w domu sąsiadującym z jego mieszkaniem. Wkrótce potem nadeszła wiadomość, że straciliśmy go na zawsze.
Zdecydowałem się na ogłoszenie moich zapisków. Poczuwam się wprost do obowiązku ujawnienia dziwnych losów mego przyjaciela i jego żony. Sądzę bowiem, że to, co przeżywają ludzie wzniośli i szlachetni, nie powinno być ukryte przed światem.
Niechże więc jego opowieść popłynie w jak najszersze koła.
Ukończyłem właśnie dwudziesty piąty rok życia, gdy zmarł mój ojciec. Przejąłem się tym tak bardzo, że ludzie uważali, iż postarzałem się o dziesięć lat. Tuż przedtem jedyna, bardzo przeze mnie kochana siostra wyszła za mąż za Francuza, którego rodzina od dawna osiedliła się w Genewie; został on wspólnikiem naszej firmy. Byliśmy sobie bardzo bliscy i zżyliśmy się ze sobą jak bracia. Gdy siostra namawiała mnie, bym wybrał się na kilka miesięcy w podróż i pokrzepił organizm osłabiony tragicznym przeżyciem — chętnie zgodziłem się na to.
Zmiana miejsca pobytu wkrótce też bardzo dodatnio na mnie podziałała. Odzyskałem humor, młodość, chęć do życia; znowu obudziło się we mnie zainteresowanie dla piękna przyrody i dla dzieł sztuki; poprzednio już odbywałem podróże po Francji i Niemczech, teraz mogłem rozkoszować się w Mediolanie i Wenecji arcydziełami zabytków artystycznych.
Przede wszystkim jednak tęskniłem za Florencją, toteż w oczekiwaniu wspaniałości, które tam spodziewałem snę zastać, byłem dość nieczuły na spotykane po drodze skarby sztuki. Postanowiłem w Bolonii spędzić tylko jeden dzień; w ciągu przedpołudnia pobieżnie zwiedziłem kościoły i galerie, a po południu wynająłem powóz, by wyjechać do Bosco, gdzie z pagórka, na którego szczycie wznosi się stary klasztor San Michele, podziwiać rozległą panoramę okolicy i napoić oczy bajecznym widokiem, rozpościerającym się z tego miejsca.
Był to jeden z najbardziej upalnych dni tego lata; choć byłem na ogół dość niewrażliwy na gorąco, upał wyczerpał mnie niezwykle. Gościniec wiodący z San Michele do miasta był zupełnie pusty. Nad murami zasłaniającymi ogrody wznosiły się gałęzie drzew pokryte powłoką kurzu; koła wozu z trudem obracały się w głębokich pokładach gorącego piasku; mój woźnica kiwał się na koźle, zmożony snem, a zmęczony koń stąpał skrajem gościńca, aby znaleźć się w cieniu padającym gdzieniegdzie na jezdnię od jakiejś willi lub parkanu ogrodu. Siedziałem wygodnie, osłaniając się parasolem przed silnymi promieniami słońca; byłem pogrążony jakby w półśnie.
Nagle uczułem, że coś musnęło moją twarz, i to dość silnie. Zerwałem się z siedzenia i zobaczyłem, że z moich kolan na dno powozu zsuwa się kwitnąca gałąź drzewa granatowego, przerzucona widocznie przez murowany parkan, obok którego właśnie przejeżdżaliśmy. Na skutek mojego nagłego ruchu koń stanął i wóz zatrzymał się; woźnica spał spokojnie dalej. Miałem więc sposobność, by zbadać, skąd rzucono gałąź; interesowało mnie to tym bardziej, że wyraźnie usłyszałem chichot — śmiało się z pewnością jakieś dziewczę rozradowane tak skutecznie zainscenizowaną psotą. Niedługo też czekałem, stojąc w wozie i bacznie wpatrując się w mur, gdy zza niego wyłoniła się pod wielkim słomianym kapeluszem główka dziewczęca. Para czarnych oczu spoglądała na mnie... Gdy podniosłem gałąź i kwiaty zbliżyłem do ust, śliczna twarzyczka pokryła się gorącym rumieńcem. Natychmiast główka znikła za murem... Gdyby nie to, że trzymałem w ręce gałąź, przypuszczałbym może, że wszystko to było tylko przywidzeniem.
Wysiadłem z wozu i poszedłem wzdłuż muru do wysokiej bramy ze sztab żelaznych, ułożonych w piękny deseń. Przez sztaby mogłem dojrzeć część parku i willę stojącą wśród wiązów i palm. Potrząsnąłem kilkakrotnie bramą, by się przekonać, czy nie zdołam jej bez niczyjej pomocy otworzyć. Brama była zamknięta. Już chciałem ręką sięgnąć do dzwonka, gdy jakiś wewnętrzny głos ostrzegł mnie przed wstąpieniem do tego parku. I cóż mógłbym zresztą powiedzieć, gdyby mnie zapytano, po co dzwonię. Stałem jeszcze czas jakiś, czekając, czy nie zjawi się cudna dziewczyna, która rzuciła gałąź; przypatrywałem się willi, jakbym ją miał zamiar odrysować; wreszcie schroniłem się, znużony spiekotą, do powozu pod parasol. Obudziłem woźnicę i ruszyliśmy powoli w stronę miasta.
Gdy znalazłem się już w gospodzie, spadł krótkotrwały rzęsisty deszcz. Toteż wieczór był przecudny, chłodny, orzeźwiający. Włóczyłem się długo pod arkadami, wstąpiłem potem do jednej z kawiarenek, wreszcie w poświacie księżyca podziwiałem przepyszne stare budowle, kościoły, fasady.
Chociaż bardzo zmęczony wróciłem do gospody, niemal do świtu nie mogłem zasnąć. Wciąż przed oczyma miałem twarzyczkę wychylającą się spoza murowanego parkanu ogrodu... A jednak nie wierzyłem, jakoby ona była przyczyną mej bezsenności. Uważałem to zawsze za bajkę, że wystarcza iskra jednego spojrzenia, aby wzniecić pożar w sercu. Przypisywałem więc swoją bezsenność podnieceniu nerwowemu.
Następnego poranka, gdy mi przyniesiono rachunek, który jeszcze poprzedniego wieczora poleciłem wystawić, i zbliżała się chwila mojego odjazdu — zacząłem szukać powodów, by wbrew powziętemu planowi przedłużyć pobyt w mieście. Przypomniałem sobie, że w Bolonii powinienem właściwie odwiedzić kupca, z którym moja firma pozostawała w dość zażyłych stosunkach. Zwykle podczas podróży niewiele o tych sprawach myślałem; teraz nagle wydało mi się obowiązkiem uprzejmości załatwić tę wizytę. Robiłem sobie też wyrzuty, że tak pobieżnie obejrzałem Świętą Cecylię Rafaela. Uznałem, że powinienem gruntowniej zwiedzić Bolonię; wszak Florencja nie ucieknie, nie będzie w tym nic zdrożnego, jeśli mój przyjazd do tego miasta nieco się opóźni...
Wreszcie zdołałem w siebie wmówić, że na zmianę mego planu nie wpłynęła zupełnie dziewczyna, która wczoraj obrzuciła mnie kwitnącą gałęzią granatu. Dziwna rzecz: im bardziej o tej wczorajszej scenie myślałem, tym mniej przypominałem sobie jej twarz; pamiętałom tylko jej oczy... Przez całe przedpołudnie zwiedzając zabytki miasta byłem całkiem spokojny. Dopiero po południu, gdy minął już największy upał i szedłem w stronę willi, ogarnął mnie jakiś dziwny niepokój...
Gdy zbliżyłem się do żelaznych sztab bramy, zauważyłem, że w willi, w której wczoraj wszystkie żaluzje były spuszczone, dziś kilka okien jest otwartych; na balkonie stał mały piesek, który na mój widok zaczął głośno szczekać. Również i teraz nie zdobyłem się na to, by zadzwonić. Coś mnie jakby przed tym ostrzegało... Była chwila, że życzyłem sobie, by cudna dziewczyna nie pojawiła się i abym mógł z lekkim sercem nazajutrz odjechać. A jednak mimo to obszedłem dokoła mur graniczący z uprawnymi polami i niskimi chatami chłopskimi. Znalazłem wreszcie miejsce, gdzie niski żywopłot przytykał do muru. Mogłem tu wygodnie wspiąć się i zajrzeć do wnętrza parku. Uczyniłem to bez wahania, gdyż dokoła nie było żywej duszy. Olbrzymi dąb stał w pobliżu, a gałęzie jego ocieniały mur. Skoczyłem jednym susem na najbliższą gałąź i umieściłem się na niej.
Nie mogłem obrać sobie lepszego miejsca; w odległości zaledwie stu kroków ode mnie na trawniku, ocienionym już o tej porze, dwie młode dziewczyny grały w piłkę, nie przeczuwając wcale, że się im ktoś przygląda. Jedna miała na sobie białą sukienkę i wielki kapelusz słomkowy, który już wczoraj widziałem. Była średniego wzrostu, smukła, pełna czaru. Czarne włosy podczas gry rozluźniły się, twarzyczka jej była blada, oczy tylko płonęły; kiedy jej towarzyszka niezręcznie rzuciła piłkę, głośno się śmiała; słysząc jej srebrzysty śmiech, czułem, że serce mocno bije w mej piersi. Towarzyszka jej była również w białej sukience, jednak nieco skromniejszej; nie była też w ruchach tak wytworna i zgrabna. Nie poświęcałem jej zresztą wiele uwagi, gdyż wzrok miałem skierowany na zjawisko, które wczoraj tak niespodziewanie mnie zachwyciło. Wyraźnie czułem, że zawładnęło mną całkowicie, po raz pierwszy w życiu byłem jakby oczarowany...
Zastanawiałem się właśnie, jak by się zbliżyć do niej, nie przerażając jej nagłym pojawieniem się, gdy przyszedł mi z pomocą przypadek. Piłka zbyt silnie przez nią rzucona, przeleciała nad dębem, na którego gałęzi znajdowałem się, i upadła na pole za murem. Szybko zeskoczyłem z gałęzi na mur, zsunąłem się na gościniec i pobiegłem po piłkę. Potem znowu wspiąłem się na mur i ukazałem się z piłką w ręku.
Spojrzała na mnie wielkimi oczyma. Towarzyszka jej krzyknęła i poczęła coś dowodzić, czego jednak z oddali nie rozumiałem. Moja piękna panna nie zwracała jednak na to uwagi, lecz wpatrując się we mnie, czekała, aż zwrócę jej piłkę. Zdjąłem z szyi złoty medalionik w formie serca, zawieszony na czarnej aksamitnej wstążeczce — był to dar mej siostry — starannie owinąłem aksamitkę dokoła piłki i rzuciłem ją, celując w tę stronę, gdzie stały obie panny. Piłka upadła o kilka kroków od dziewczęcia o czarnych, błyszczących oczach.
Dziewczyna zrobiła kilka kroków, podniosła piłkę, a zobaczywszy medalion spojrzała na mnie wzrokiem, który wstrząsnął mną do głębi. Medalion wraz z wstążeczką umieściła za gorsem, a rakietą trzymaną w ręce kilkakrotnie skinęła w moją stronę, jak księżna dziękująca wachlarzem za hołd. Potem powoli, nie obejrzawszy się ani razu, poszła w stronę domu.
Zrozumiałem, że nie wolno mi dziś przedsiębrać żadnej dalszej próby. Byłem przekonany, iż mnie poznała. Ponowne moje pojawienie się uświadomiło jej, że pragnę się do niej zbliżyć. Symbolicznie rzuciłem jej pod nogi moje serce; podniosła je i umieściła na swoim sercu. Czy nie należałoby jej teraz dać trochę czasu na zastanowienie się? Byłem zresztą tak podniecony i rozgorączkowany, że zapewne mówiłbym od rzeczy, gdybym ją teraz spotkał.
Również i tej nocy spałem niewiele. Wcześnie wstałem i gdy tylko otwarto galerię, usiadłem naprzeciw Świętej Cecylii. Przez dwie godziny jakby przed lustrem badałem swe wnętrze. Miałem poczucie, że iskra, która wpadła w moje serce, naprawdę pochodzi z boskiego płomienia...
Znowu upłynęłygodziny największego upału, zanim rozpocząłem wędrówkę w stronę willi. Tym razem jednak nie zadowoliłem się zaglądaniem przez sztaby żelaznej bramy; zdobyłem się na to, by zadzwonić, i wcale się nie przestraszyłem, gdy rozległ się głośny dźwięk. Na parterze willi otworzyły się boczne drzwi i jakiś starszy człowiek o marsowym wyglądzie pojawił się na progu; zobaczywszy mnie za bramą, zbliżył się, ze zdziwieniem patrząc na nieoczekiwanego gościa. Powiedziałem mu, że jestem cudzoziemcem, że opracowuję dzieło o Włoszech i chciałbym opisać również Bolonię i jej okolice. Proszę o pozwolenie zwiedzenia tej willi, gdyż jest zbudowana w starym stylu i pod wieloma względami bardzo interesująca.
Staruszek zaczął mi tłumaczyć z wielką gadatliwością, że nie może mi pozwolić na zwiedzenie willi, a na poparcie tego przytoczył szereg spraw, o które go wcale nie pytałem.
— Willa ta należy — mówił — do generała Aleksandra P., u którego długie lata służyłem w wojsku... Szwajcarię, skąd pan pochodzi, znam dobrze, niejednokrotnie tam bywałem z moim generałem. Na stare lata odkomenderował mnie generał tutaj, na obecny mój posterunek, gdyż pan mój ożenił się po raz drugi i oddał mi pod opiekę swą córkę. Wie pan przecież, jak to się dzieje, gdy córka jest przystojniejsza niż młoda macocha... Żyjemy tu sobie spokojnie, signorinie nie zbywa na niczym, ma tu nauczycieli śpiewu i języków, którzy przyjeżdżają z miasta, a moja córka jest jej towarzyszką i przyjaciółką. Tylko do miasta signorina nie wyjeżdża, bo i po cóż? Macocha wcale sobie tego nie życzy, a ojciec raz na miesiąc przyjeżdża w odwiedziny do córki. Zawsze gdy tu bawi, przypomina mi, bym jej strzegł jak oka w głowie. W niedzielę signorina chodzi z moją Niną i ze mną do kościoła; zresztą z nikim się nie widuje. Po cóż panu zwiedzić ten stary dom? Zapewniam pana, że jest taki jak sto innych, w parku również nie ma nic osobliwego. Tego by jeszcze brakowało, by się rozniosło, że wpuściłem poza bramę obcego człowieka. Mój pan wypędziłby mnie na stare lata...
Starałem się wedle możności uspokoić go, silniej jednak niż moje słowa podziałała złota moneta, którą poprzez sztabę wsunąłem mu do ręki.
— Widzę — rzekł — że jest pan przyzwoitym człowiekiem; nie zechce pan chyba narażać na nieszczęście starego żołnierza. Jeżeli więc tak bardzo panu zależy na tym, chodźmy, oprowadzę pana po willi i parku. Mogę to uczynić tym śmielej, że signorina ma właśnie lekcję śpiewu; nie dowie się, że wpuściłem obcego.
Ciężkim kluczem otworzył drzwi i zaprowadził mnie do willi. Na parterze była wielka, chłodna sala, chroniona żaluzjami przed słońcem. Nie chcąc wypaść z roli, poprosiłem starca, by otworzył okna, chciałbym bowiem przypatrzyć się wiszącym na ścianach obrazom. Były to portrety rodzinne, niewielkiej zresztą wartości artystycznej; jeden tylko, wiszący nad kominkiem, przykuł moją uwagę.
— Jest to matka naszej signoriny — tłumaczył mi stary — mam na myśli prawdziwą matkę, tę, która zmarła przed piętnastu laty. Była to piękna kobieta... Córka jest do niej podobna... Nasza panienka jest jednak o wiele weselsza niż matka; przypomina ptaszka w klatce wciąż przeskakującego z miejsca na miejsce...
— I śpiewa również jak ptaszek — zauważyłem z pozorną obojętnością. — Czy to nie ona śpiewa nad nami?
— Tak jest. Kapelmistrz naszego teatru dwa razy tygodniowo tu przyjeżdża. Gdy potem papa przybywa w odwiedziny... bawi u nas zwykle przez cały dzień... signorina śpiewa mu nowe arie, a wtedy biedak jest jakby w raju. Gdyby nie to dziecko, lepiej byłoby zaprawdę memu panu na tamtym świecie...
— Dlaczego? — zapytałem. — Czy chory?
— Można to również j tak określić... Ja przynajmniej wolałbym być w grobie niż tak żyć... Kto go znał, gdy był jeszcze w służbie wojskowej... Olbrzymi Giovanni di Bologna, wykuty w kamieniu na rynku, nie spoziera na świat bardziej rycersko niźli mój pan generał w tych czasach, gdy pełnił jeszcze służbę. A teraz... Teraz siedzi całymi dniami w fotelu przy oknie, bawi się wycinankami lub gra w domino... Zdaje się, jakby nic nie słyszał i nie widział; gdy mówi do niego żona, patrzy na nią przestraszony i potakuje. Tylko jeśli chodzi o córkę, jest wciąż jeszcze taki jak za dawnych lat, nie da się nikomu omamić...
— A co za przyczyna tego, że popadł w taki stan?
— Tego nikt nie wie, mój panie. Zaszło w domu coś takiego, o czym tylko po kątach ludzie szeptają... Ja zawsze utrzymuję, że żona... mam na myśli obecną panią generałową, zadała mu cios, który go z nóg zwalił. Znosi on nieszczęście jak żołnierz głód i pragnienie, choćby nawet przy tym zmarniał...
Rozmawiając weszliśmy na piętro. Coraz wyraźniej słychać było śpiew. Głos miał w sobie coś ostrego; był to wysoki sopran, pełen młodzieńczej siły.
— Jak nazywa się signorina? — zapytałem.
— Beatrice. Zwiemy ją jednak zwykle Bicetta. O, co za złote serce! Moja Nina powiada często: ojcze, powiada, gdyby Bicetta miała czekać, aż znajdzie męża, który by był jej wart, nie wyszłaby nigdy za mąż. Oto, panie, jej pokój. Tu leżą jej książki; czyta czasem do późna w nocy, powiada Nina, i to w różnych językach. Obraz nad jej łóżkiem wyobraża mojego biednego pana w mundurze generalskim. Ale chodźmy, nie ma tu zresztą nic osobliwego. Meble, jak pan widzi, są bardzo stare. Pan generał chciał przysłać z miasta nowe meble, ale signorina nie zgodziła się na to. Bo tak tu wszystko wyglądało, gdy nieboszczka jej matka spędzała pierwsze lato jako młoda mężatka. Tu na balkonie siedziała zawsze wieczorami... dziecko leżało w kołysce... stąd spoglądała w stronę miasta i oczekiwała powrotu męża...
Wyszedłem na balkon i począłem głaskać pieska, który mnie wczoraj tak głośno oszczekiwał, a teraz, widząc mnie w towarzystwie starca, łasił się do mnie.
Każde słowo poczciwego staruszka było kroplą oliwy, padającą w trawiący mnie żar wewnętrzny...
By się nie zdradzić, skierowałem rozmowę na styl, w jakim dworek był zbudowany, mówiłem o wykładanym mozaiką stole, stojącym pośrodku wielkiej sali, do której właśnie weszliśmy, potem z udanym zainteresowaniem przypatrywałem się obrazowi al fresco3 na suficie. Nie mogłem się zdecydować na wyjście z tego dworku, chociaż mój przewodnik zaczął okazywać coraz większe zniecierpliwienie.
Nagle w sąsiednim pokoju śpiew ustał, drzwi się otwarły — i na progu, z nutami w ręku, stanęła ona.
Tak blisko jej jeszcze nie widziałem. A jednak nie widziałem jej wyraźniej niż w poprzednich dniach; mąciło mi się w oczach. Dostrzegłem tylko, że ma na szyi mój medalion.
Stary zaczął, jąkając się, wypowiadać jakieś śmieszne słowa usprawiedliwienia.
— To nic nie szkodzi, Fabio — rzekła. — Oprowadź pana, jeśli chce zwiedzić dom i park. A ty, Nino — rzekła do swej towarzyszki siedzącej z robótką w ręku na niskim krześle obok fortepianu — pójdź także i wytłumacz panu, co mamy w domu i ogrodzie ze starych zabytków.
Szepnęła swej towarzyszce coś do ucha, wciąż na mnie spoglądając, a potem z wielkim wdziękiem skinęła mi głową. Następnie zwróciła się do swego nauczyciela, który z ciekawością przypatrywał się całej scenie.
Zeszliśmy ze schodów i udaliśmy się do ogrodu. Tu Nina zwróciła się do ojca:
— Bicetta poleciła mi, bym zerwała dla pana dwie pomarańcze. Jest pan zapewne spragniony po długiej przechadzce. Chodźmy w stronę fontanny; tam są najdojrzalsze.
Szedłem za starym i Niną i od czasu do czasu odwracałem się, by spojrzeć w okna na pierwszym piętrze, skąd wciąż jeszcze rozbrzmiewał śpiew. Żaluzje w oknach pokoju były tylko spuszczone do połowy; widziałem, że Bicetta stoi obok okna i wpatruje się w nas. Nina również często patrzała w tamtą stronę. Nie miałem wcale zamiaru ukrywać przed nią niczego; wprost przeciwnie: chciałem z niej zrobić naszą powiernicę. Ponieważ jednak stary wciąż był w pobliżu, mogłem jej dopiero wtedy, gdy zbliżyliśmy się do bramy, a stary począł manipulować kluczem, szepnąć:
— Pozdrów ją i powiedz, że usłyszy jeszcze o mnie...
Więcej nie zdołałem powiedzieć, gdyż stary otworzył bramę i pożegnał mnie o wiele mniej uprzejmie niż wtedy, gdy mnie wpuszczał do domu. Widocznie zaczął coś podejrzewać...
Część nocy spędziłem pisząc długi list do niej; opisywałem swój stan duchowy i składałem swe szczęście i przyszłość w jej ręce. Potem zasnąłem i obudziłem się dopiero koło południa. Zebrałem się i ruszyłem w drogę, by sam być listonoszem i doręczyć epistołę, która miała zadecydować o mym losie. Sprzyjało mi szczęście: przygotowałem sobie mówkę, którą zamierzałem wygłosić, gdyby stary nie chciał przyjąć listu, by go wręczyć signorinie. Ale gdy zadzwoniłem, pojawiła się u bramy zamiast niego córka, Nina; mogłem sobie więc zaoszczędzić wielu słów. Nie była wcale zdziwiona moim widokiem. Przyjęła też list bez żadnych skrupułów. Ale na moje pytanie, czy otrzymam od signoriny odpowiedź, zrobiła minę wielce dyplomatyczną i rzekła:
— Kto to może wiedzieć?...
Powiedziałem jej, że na wszelki wypadek przybędę znowu następnego dnia, proszę, by mnie tu oczekiwała; nie chciałbym bowiem dzwonić i wtajemniczać starego w całą korespondencję.
— Ojca mego? — rzekła i roześmiała się. — Nie lękamy się go wcale! Wygląda tak, jakby miał zamiar kogoś połknąć, a jest łagodny jak baranek. Ale niech pan lepiej jutro przyjdzie trochę później. Mamy jutro po południu lekcję rysunków; gdy pan profesor sobie pójdzie, będziemy miały więcej czasu. Dobrze?
W tej chwili usłyszałem turkot powozu na gościńcu. Nina szybko się ulotniła, ja zaś pobiegłem wzdłuż muru i skryłem się za zakrętem. Niebawem ujrzałem, ostrożnie wychylając głowę, że powóz zatrzymał się przed bramą. Z miejsca obok woźnicy na koźle zeskoczył ojciec Niny i pomógł wysiąść z powozu wysokiemu, zupełnie już siwemu mężczyźnie; z oczu, czoła, nosa starca poznałem natychmiast, że to ojciec Beatrice. Szedł nieco pochylony i stawiał bardzo małe kroki. Nie doszedł jeszcze do bramy, gdy Bicetta wybiegła na gościniec i rzuciła się ojcu na szyję.
Jak spędziłem resztę dnia i noc następną, sam nie wiem. Byłem jakby oszołomiony, odurzony... A jednak zupełnie nie odczuwałem niepokoju... Dziwne! Byłem pewien serca tego dziewczęcia, tak jak pewien byłem, że nazajutrz promienie słoneczne rozproszą ciemności nocy. Tylko czas dłużył mi się w nieskończoność; nie mogłem się doczekać tego rozsłonecznionego jutra.
Muszę jeszcze wspomnieć tu o osobliwym spotkaniu, które miałem następnego poranka w jednym z kościołów. Udałem się tam tylko w tym celu, by skrócić czas oczekiwania; ani obrazy, ani rzeźby nie interesowały mnie zgoła. Byłem tak roztargniony, że zapomniałem stłumić kroki, mimo że właśnie odprawiano mszę. Dopiero niechętny pomruk jakiejś starej kobiety przypomniał mi, że zachowuję się niestosownie. Zatrzymałem się obok pierwszego z brzegu filara i wsłuchiwałem się w grę organów i śpiewy na chórze. Nagle dostrzegłem, że wpatrują się we mnie uporczywie ciemnoniebieskie oczy... Naprzeciw mnie na bocznej ławce siedziała jakaś piękna kobieta i nie spuszczała ze mnie oczu. Wyznaję, że innym razem byłbym niechybnie na to odpowiednio zareagował. Tego ranka byłem jednak zupełnie niewrażliwy; cóż mnie obchodziły spojrzenia, gdy dusza moja przepełniona była żarem płynącym od innych oczu? Gdy wreszcie po skończeniu mszy wszyscy ruszyli z miejsc, zauważyłem, że piękna kobieta zbliża się do mnie. Nie była już pierwszej młodości, nieco otyła, jednak wciąż jeszcze tak świeża i piękna, że mogła wzbudzić zainteresowanie. W ręce trzymała mały wachlarz z rączką z perłowej masy. Otworzyła go i kilkakrotnie poruszyła białą ręką w moją stronę, patrząc mi przy tym wprost w oczy. Potem, gdy widziała, że stoję nieporuszony i jakbym nie rozumiał wcale wymowy jej oczu i ruchów wachlarza — dumnie podniosła głowę i przeszła obok mnie.
Zapomniałem oczywiście natychmiast o tym spotkaniu.
O umówionej godzinie byłem w pobliżu willi. Przestraszyłem się bardzo, gdy zamiast Niny, którą spodziewałem się zastać obok bramy, ujrzałem jej ojca. Ale stary z daleka już dał mi znak, bym się zbliżył.
— Napisał pan list do signoriny — rzekł, potrząsając głową. — Dlaczego pan tak postąpił? Gdybym był przypuszczał, że pan to zrobi, nie byłbym pana wpuścił do domu. A obiecałem przecież panu generałowi, że nikt... mój Boże, co to będzie! Lękam się myśleć o tym...
— Odwagi, stary przyjacielu — rzekłem. — Nie miałem wcale zamiaru podejść pana. Gdybyś był wtedy, byłbym wręczył list tobie... byłbym ci pozwolił przeczytać go nawet, abyś widział, że nic w nim nie było zdrożnego...
— Chodźmy — rzekł, przerywając moje słowa. — Nie traćmy czasu. Robi pan wrażenie przyzwoitego młodzieńca, a zresztą: jakże bym mógł przeszkodzić, gdy ona tak chce. A gdy ona coś postanowi, to trudno się oprzeć. Powiedziała mi: „Przyprowadzisz do mnie tego pana, chcę się z nim rozmówić...”
Byłem odurzony tymi słowami. Spodziewałem się tylko listu... Nie marzyłem o niczym więcej.
Stary był wprost wzruszony, gdy zacząłem silnie potrząsać jego ręką; poznał, jaką radością przejęła mnie ta wiadomość.
Zaprowadził mnie, jak przedwczoraj, do sali na parterze. Wszystkie firanki były rozsunięte, a okna otwarte; naprzeciw kominka stały dwa krzesła; gdy weszliśmy, z jednego z nich wstała Bicetta i postąpiła kilka kroków naprzeciw mnie. W ręce miała książkę; dojrzałem, że wystawał z niej brzeg mego listu. Bicetta miała rozpuszczone obfite pukle włosów. Na jej piersi widniał mój medalion.
— Fabio — rzekła — otwórz drzwi do ogrodu i usiądź na tarasie, na wypadek gdybym cię potrzebowała.
Stary ukłonił się i wyszedł.
Wtedy Bicetta przystąpiła do mnie i podała mi rękę; nie miałem odwagi ucałować tej białej rączki.
— Chodź — rzekła — i siadaj. Mam ci wiele do powiedzenia. Widzisz ten obraz? To moja matka... dawno już zmarła... Gdy przeczytałam twój list, usiadłam tu i zapytałam ją, co mam ci odpowiedzieć. A potem miałam wrażenie, że matka każe mi wyznać ci całą prawdę... Oto prawdą jest, że od pierwszej chwili, gdy cię ujrzałam w powozie, nie mogłam o niczym i nikim myśleć, jak tylko o tobie, i że do śmierci nie przestanę o tobie myśleć.
Nie potrafiłbym zanalizować uczuć, które mną władały, gdy usłyszałem te proste słowa. Ukląkłem przed nią, ująłem jej ręce i pokryłem je pocałunkami i łzami.
— Dlaczego płaczesz? — zapytała. — Czy nie jesteś szczęśliwy? Ja jestem szczęśliwa. Zniosłam już w życiu wiele cierpień, ale w tej chwili wszystko jest jakby wymazane; wiem tylko, że ty jesteś przy mnie, a ja przy tobie, i że odtąd nigdy już nie mogę być nieszczęśliwa.
Wstała. Podniosłem się z klęczek. Chciałem ją objąć, ale cofnęła się o krok.
— Nie, Amadeo — rzekła — nie wolno. Wiesz, że jestem twoja i że nigdy nie będę należała do innego mężczyzny. Ale teraz musimy być rozsądni. Wszystko obmyśliłam w ciągu ostatniej tak długiej nocy. Nie wolno ci więcej przychodzić do tej willi; obiecałam poczciwemu Fabio, że dziś po raz pierwszy i ostatni tu się spotkamy. Gdybyś bowiem częściej tu przychodził, pewna jestem, że uległabym ci, a nie chcę przysparzać hańby memu ojcu... Musisz pójść do niego. Nie sprawi ci to trudu, by się dostać do niego; bywa tam niestety wiele młodzieży... bywają też i cudzoziemcy. Gdy cię pozna, gdy zdobędziesz sobie jego zaufanie, wtedy poprosisz o moją rękę; powiesz mu, że znamy się i że nie chcę nikogo innego za męża, jak tylko ciebie. Musisz mi jednak obiecać, że wszystko to utrzymasz w tajemnicy przed moją macochą. To byłoby najfatalniejsze, gdyby się ona przedwcześnie dowiedziała; ta kobieta nie cierpi mnie; nie byłaby rada, że jestem szczęśliwa. Ach, Amadeo, czy ty mnie tak kochasz, jak ja ciebie? Czy i ty miałeś pierwszego dnia naszego spotkania uczucie, jakby obok ciebie uderzył piorun, ziemia się zatrzęsła, a drzewa i krzaki w pobliżu stanęły w płomieniach? Nie wiem, jak to się stało, że zdjęła mnie chętka rzucić gałąź na obcego, śpiącego pod parasolem w powozie. Nie widziałam nawet twej twarzy. Była to psota; żałowałam jej już w chwili, gdy cisnęłam gałąź. Ale potem, gdy ujrzałam cię stojącego w powozie i pozdrawiającego mnie gałązką granatu — uczułam jakiś dziwny skurcz serca i odtąd wciąż cię mam przed oczyma...
Zaprowadziłem ją z powrotem do krzesła i, trzymając wciąż jej rękę, opowiadałem, jak spędziłem ostatnie dni i jakie mną władały uczucia. Nie patrzała na mnie; miałem przed sobą przecudny jej profil. Potem zamilkłem i czułem, jak silnie krew tętni w żyłach rączki, którą trzymałem.
Po kilku chwilach milczenia wstała i rzekła:
— Pójdźmy do ogrodu, zanim zajdzie słońce i ściemni się. Zerwę dla ciebie kilka pomarańcz. Teraz nie potrzebuję się już wyręczać Niną.
Wyszliśmy do ogrodu. Bicetta wypytywała mnie o moją ojczyzną, o rodziców, siostrę.
— Chcę ją zobaczyć! — rzekła. — Jestem pewna, że mnie pokocha, gdyż i ja ją już kocham. Ale nie pozostaniemy tam długo, gdyż ojciec mój nie przeżyłby dłuższego rozstania ze mną. Nie ma on w życiu żadnej innej radości. Prawda, że wrócisz ze mną potem do Bolonii?
Oczywiście wszystko obiecałem. Bicetta poweselała, coraz głośniej śmiała się, coraz częściej powtarzała, że kocha mnie z całego serca.
— Patrz — rzekła wreszcie — jak Nina tam z daleka krąży dokoła nas, a nie ma odwagi zbliżyć się. Biedaczka sądzi, że przeszkodziłaby nam... A czyż tego, co mamy sobie do powiedzenia, nie moglibyśmy śmiało powiedzieć wobec wszystkich ludzi na świecie?... Chodź, Nino! — krzyknęła. — Przedstawię ci mego przyszłego męża...
Nina podała mi rękę. Twarz jej płonęła.
— Spodziewam się — rzekła — że pan ocenia szczęście, jakie pana spotkało. Ale jeśli nie będzie szczęśliwa u pańskiego boku, biada panu!
Pogroziła mi paluszkiem, po czym roześmiała się głośno.
Papa Fabio był przez cały czas mego pobytu w ogrodzie niewidoczny.
Gdy się ściemniło, obie odprowadziły mnie do bramy.
Co za wieczór i co za noc! W mej gospodzie ludzie byli zapewne przekonani, że jestem niespełna rozumu. Przyszedłem z wielkim koszem świeżych kwiatów, który za mną niosła fioraia4; rozsypałem kwiaty po całym pokoju, na łóżku, stole, komodzie, podłodze; kazałem sobie przynieść wina; dałem talara skrzypkowi, który przygrywał przed domem. A potem zasnąłem przy otwartych oknach...
Dopiero nazajutrz uświadomiłem sobie, że niejedno jeszcze jest do przebycia, zanim wolno mi będzie posiąść tę, którą umiłowałem. Jak dostać się w dom jej ojca? Czy zyskam równie prędko jego zaufanie, jak zdobyłem sobie miłość córki?
Właśnie przemyśliwałem nad tym, krocząc pod arkadami, gdy znowu przyszedł mi z pomocą przypadek. Spotkałem owego klienta naszej firmy, którego drugiego dnia mego pobytu w Bolonii chciałem odszukać; był niemało zdziwiony, że bawię jeszcze w mieście. Z miejsca znalazłem wymówkę: powiedziałem, że oczekuję tu listu szwagra; firma nasza zamierza założyć filię we Włoszech; przede wszystkim wchodzi w grę Bolonia, muszę zatem wyjazd swój odłożyć na czas dłuższy i nawiązać w mieście stosunki, porobić znajomości. Wymieniłem prócz innych nazwisk wybitnych rodzin również i generała. Mój klient nie znał go osobiście. Powiedział mi, że zna go jego kuzyn, młody ksiądz; ten chętnie mnie wprowadzi w dom generała. Radzi mi tylko, bym się miał na baczności przed niebezpiecznymi oczyma młodej pani generałowej; właśnie teraz pewien młody hrabia uchodzi za jej oficjalnego adoratora; ma to być bardzo dumny, a przy tym pełen temperamentu młodzieniec; zapewne nie ścierpiałby nowego pretendenta...
Tego samego wieczora poznałem w kawiarni owego młodego księdza i natychmiast poszedłem z nim w odwiedziny do generała. Mieszkał w cichej uliczce, w niepozornym zewnętrznie, ale wewnątrz z wielkim przepychem urządzonym pałacyku. Przez pięknie przyozdobiony przedsionek weszliśmy do sali, w której co wieczór zbierali się liczni goście: prałaci, wojskowi, patrycjusze miejscy; zawsze tylko mężczyźni.
Gdy wszedłem, ujrzałem generała siedzącego w fotelu naprzeciw starego kanonika; między nimi był stolik marmurowy, na którym klekotały kamienie domina. Na taborecie obok generała leżały arkusze, na których wymalowani byli żołnierze, obok znajdowały się nożyczki, którymi zwykł był wycinać figurki, gdy nie było nikogo, kto by z nim zagrał w domino. Znowu uderzyło mnie niezwykłe podobieństwo między ojcem a córką.
Wymieniłem z nim tylko kilka zdawkowych uprzejmości, po czym zostałem wprowadzony do małego gabinetu, gdzie na otomanie siedziała pani domu; naprzeciw niej na krześle młody, wyelegantowany młodzieniec. Od razu poznać było, że są nieco znudzeni tym sam na sam. On przerzucał kartki w albumie, który trzymał na kolanach, ona haftowała jakąś pstrą poduszkę; od czasu do czasu głaskała końcem swego pantofelka z pstrego brokatu sierść wielkiego kota leżącego na dywanie obok jej nóg. W pokoju panował półmrok, toteż nie poznałem w niej od razu kobiety, z którą miałem tak dziwne spotkanie w kościele. Ona widocznie poznała mnie od razu, zerwała się bowiem na mój widok z otomany tak szybko, że grzebień wypadł jej z włosów. Kot obudził się i zaczął mruczeć; młodzieniec spojrzał na mnie wyzywająco; poznawszy wreszcie w pani domu kobietę, którą już spotkałem podczas mszy, byłem tak zdziwiony, że straciłem pewność siebie; słowa z gardła dobyć nie mogłem. Na szczęście mój księżulo zastąpił mnie, wszczynając z piękną damą rozmowę. A ona wciąż mierzyła mnie wzrokiem tak samo przenikliwym i badawczym jak wczoraj w kościele. Dopiero gdy spostrzegła, że młody hrabia, którego zastaliśmy w jej buduarze, zupełnie mnie ignoruje, twarz jej ożywiła się. Cichym, przymilnym głosem zaprosiła mnie, bym usiadł obok niej na otomanie.
— Hrabio — rzekła — niech pan tymczasem przejrzy nuty, które przysłano mi z Florencji. Zaśpiewam potem, a pan będzie mi akompaniował.
Wtedy „lew” rzucił mi groźne spojrzenie, ale natychmiast opuścił buduar i niebawem usłyszałem pierwsze akordy wygrywane na fortepianie w sąsiednim pokoju.
Mojemu księżulkowi piękna dama poleciła, by rozciął — także w sąsiednim pokoju — kilka tomów romansu, również świeżo z Florencji przysłanego.
Pozostałem więc sam. Bóg świadkiem, że zazdrościłem tamtym panom, zwłaszcza kanonikowi przy marmurowym stoliku. Od pierwszego słowa, które z tą kobietą zamieniłem, czułem do niej coraz silniejszą antypatię; uczucie to wzmagało się, im bardziej ona starała się mnie pozyskać. Musiałem wprost wysilać się, by zachować choćby pozory taktu i notować w pamięci to, co mówiła: wszystkie bowiem myśli moje były tam, w willi, w parku ogrodzonym murowanym parkanem; poprzez gładkie słówka siedzącej obok mnie kobiety słyszałem łagodny głos mej umiłowanej i widziałem jej oczy wpatrujące się we mnie ze smutkiem...
Mimo to piękna generałowa była widocznie wcale zadowolona z tej pierwszej ze mną rozmowy. Prawdopodobnie zupełnie opacznie tłumaczyła sobie moją nieśmiałość i rezerwę; fakt, że w ogóle wystarałem się o to, by zostać wprowadzony do jej domu, interpretowała sobie zapewne na swoją korzyść. Chwaliła moją włoską wymowę, a dla nabrania wprawy w konwersacji radziła, bym co wieczora ją odwiedzał.
— Proszę o to — mówiła. — Chciałabym, by się pan tu czuł dobrze. Moje życie zaczyna się dopiero wieczorem... Jest pan taki młody i nie wiem, czy rozmowa z melancholijną, przedwcześnie postarzałą kobietą sprawi panu przyjemność... Jest pan taki podobny do mego brata, którego tak kochałam, a niestety w młodym wieku straciłam. Podobieństwo uderzyło mnie już w kościele... Dlatego też dziękuję panu serdecznie, żeś raczył mnie odwiedzić...
Po tych słowach uśmiechnęła się i podała mi rękę, którą zbliżyłem oczywiście na moment do mych ust.
— Jestem pewna, że będziemy przyjaciółmi... — rzekła szeptem.
Na szczęście nowi goście weszli w tej chwili do sali; pojawił się też znowu młody hrabia. Niebawem wszyscy wyszliśmy do sali, w której stał fortepian. Przy akompaniamencie swego cicisbea5 odśpiewała kilka pieśni. Zauważyłem, że kilkakrotnie spojrzała w stronę, gdzie stałem oparty o ścianę. Przysłuchiwałem się jej dźwięcznym, wspaniale wyuczonym trelom, ale myślałem wciąż o młodym, subtelnym głosie, który słyszałem tam, za miastem, w dworku otoczonym drzewami granatowymi.
Weszli lokaje i na srebrnych tacach obnosili sorbety i lody. Pojawił się generał, wsparty na lasce, i opowiadał, że wygrał z rzędu sześć partii; zapytał mnie, czy też gram. Gdy powiedziałem, że chętnie grywam w domino, zaprosił mnie, bym następnego wieczora był jego partnerem. Potem wezwał kamerdynera, gdyż nadszedł czas, w którym zwykle szedł spać. Był to sygnał dla gości, by się pożegnali.
Nazajutrz, również w godzinach popołudniowych, wybrałem się znowu w stronę willi. Wprawdzie zabroniono mi przestąpić próg domu — ale przecież wolno zajrzeć przez sztaby bramy żelaznej... A nuż dojrzę choćby wstążkę jej kapelusza... I oto: zastaję ją na balkonie, samą, wpatrzoną w gościniec, jakby mnie oczekiwała... Zrobiła znak ręką, bym się zatrzymał u bramy, sama zaś opuściła balkon, by się za chwilę pojawić na pokrytej żwirem drodze wiodącej od willi do bramy. Twarz jej promieniała radością. Podała mi rękę poprzez sztaby. Gdy zapytałem, czy muszę zostać za bramą, położyła rękę na sercu i rzekła:
— Tak, ale jesteś tu!
Począłem opowiadać o wczorajszej wizycie u jej rodziców. Gdy serdecznie wyraziłem się o jej biednym ojcu, chwyciła moją rękę i ucałowała ją, zanim zdołałem temu zapobiec. O macosze nie wspomniałem oczywiście; sądzę, że zrozumiała moje milczenie.
— Pójdź tam znowu — rzekła — i staraj się przypodobać memu ojcu. Jestem pewna, że cię polubi. A teraz... żegnaj... nie możemy się tu widywać...
Oczywiście punktualnie stawiłem się wieczorem u generała, który natychmiast zasiadł ze mną do gry. Przyszło dziś mniej osób w odwiedziny niż wczoraj. Stary kanonik usiadł koło okna, a że go zluzowałem przy dominie, zasnął smacznie w fotelu. Tym razem generałowa znajdowała się również w pokoju męża: siedziała na kanapie niedaleko naszego stolika; młody lowelas, widocznie w cierpkim humorze, naprzeciw niej. Dała mu do ręki jakiś romans, z którego musiał odczytywać na głos całe ustępy. Wreszcie cisnął książkę na kanapę, mruknąwszy jakieś przekleństwo. Generałowa wstała i skinęła palcem, by wyszedł za nią do sąsiedniego pokoju, skąd doleciały niebawem echa ożywionej rozmowy. Słyszałem, że zagroziła mu zakazem bywania w jej domu, jeśli nie zmieni swego zachowania. Stary generał przerwał na chwilę grę, przysłuchiwał się swarom w sąsiednim pokoju, potem głęboko westchnął... Kanonik obudził się, zażył tabaki i podał staremu tabakierkę. Teraz generał począł znowu grać i niebawem ożywił się; zapomniał widocznie o scenie, która rozegrała się tuż obok.
Gdy się żegnałem, poprosił, bym go znowu odwiedził, gdyż chętniej gra ze mną niż z kanonikiem. Pani domu była przy pożegnaniu o wiele chłodniejsza niż wczoraj; miałem wrażenie, że udawała obojętność ze względu na hrabiego, z którym tymczasem się przeprosiła.
Nie myliłem się. Następnego wieczora bowiem nie zastałem u niej młodego hrabiego; ponoć wyjechał na jeden dzień do krewnych; natomiast generałowa podwoiła wysiłek, by mnie skaptować. Zacząłem grać rolę niewiniątka nie rozumiejącego zgoła, o co chodzi; widziałem jednak, że mi nie wierzy. Wszyscy obecni mogli oczywiście doskonale zauważyć jej intencje, gdyż zachowywała się zupełnie bez żenady i niczym się nie krępowała, ani obecnością męża, ani kanonika. Zrozumiałem, że nie wolno mi ani dnia dłużej zwlekać, że muszę ojcu Bicetty najszybciej wyznać moje zamiary.
Nazajutrz wieczorem, gdy znowu wróciłem od generałostwa do hotelu, przybył do mnie młody hrabia. Oświadczył, że daje mi do wyboru: albo zaprzestanę bywania w domu generała, albo narażę się na poważne starcie z nim, jako przyjacielem pani domu.
Odparłem, że proszę go, by przeczekał dwadzieścia cztery godziny; po ich upływie przekona się, że nie jestem bynajmniej jego rywalem. Spojrzał na mnie wielce zdziwiony; ponieważ jednak nie otrzymał żadnych dalszych wyjaśnień, pożegnał się zimno i wyszedł.
Następnego dnia wczesnym rankiem — wiedziałem, że generał wstaje o świcie — kazałem się u niego zameldować. Zastałem go w sypialni, z wielką przyjemnością wciągającego dym z długiej tureckiej fajki. Na mój widok ucieszył się, podał mi serdecznie dłoń do uścisku i pochwalił mój zamiar odwiedzania go również i w godzinach porannych.
Gdy tylko wspomniałem o córce, wyraz jego twarzy zmienił się zupełnie. Spoważniał dziwnie; czoło pokryło się bruzdami; widać było, że starzec usiłuje skupić się i nie uronić ani słowa z tego, co mówię. A nie zataiłem przed nim niczego od chwili naszego pierwszego spotkania po dzień dzisiejszy. Gdy mówiłem o mojej miłości, oczy jego błyszczały; spoglądał ku niebu z jakimś uroczystym wzruszeniem, uszlachetniającym jego rysy. Opisałem mu potem mój zawód, stosunki majątkowe i rodzinne, oświadczyłem, że gdyby mi powierzył swe dziecko, byłbym gotów pozostać we Włoszech przez kilka lat, by go nie pozbawiać widoku córki.
Ujął moje ręce i potrząsał nimi z taką siłą, jakiej bym zaprawdę nie przypisywał zgrzybiałemu inwalidzie. Potem przyciągnął mnie do siebie i serdecznie ucałował. Następnie poprosił, abym mu pomógł wstać. Gdy przy mej pomocy podniósł się z fotela, rzekł:
— Klejnot mój będzie do ciebie należał, synu mój; dziękuję Panu Bogu, że dożyłem tej chwili. Chodź! Powiem to mojej żonie. Od razu gdy cię ujrzałem, miałem wrażenie, że masz dobre serce. A gdybym miał dziesięć córek, nie życzyłbym sobie dla żadnej lepszego zięcia. Ach, ta Bicetta! Poza plecami papy wystarała się o amanta! Ale takie są one wszystkie. Gdy chodzi o miłość, żadnej nie można ufać...
Potem znowu mnie ucałował, nazwał uwodzicielem, zdrajcą, obłudnikiem — i powiódł mnie do swej żony, której pokoje znajdowały się po drugiej stronie domu.
Do pokoju swej małżonki wszedł oczywiście generał sam. O tak wczesnej porze nie mogłem pojawić się przed obliczem przyszłej teściowej. Nie słyszałem tego, co mówiono za drzwiami. Od czasu do czasu tylko głos starca podnosił się i dolatywały tony tak stanowcze, jakich nigdy jeszcze z ust jego nie słyszałem. Potem znowu długie chwile szeptu; wreszcie drzwi się otwarły i pojawił się generał wyprostowany, pewny siebie, jakby po zwycięskiej bitwie.
— Bicetta będzie twoją — rzekł. — To rzecz postanowiona. Moja żona kazała cię pozdrowić. Początkowo stawiała opór. Mamy kuzyna w Rzymie, młodego chłopaka; przed rokiem, odjeżdżając stąd, powiedział: pilnujcie mi Bicetty, chcę ją poślubić. Ale to był żart, a ja i ty traktujemy sprawę poważnie. Będziesz ją miał, Amadeo! To prawda — rzekł, głęboko wzdychając — niejedno tu w domu nie jest tak, jak być powinno. Gdy się człowiek zestarzeje, wypadają mu cugle z rąk. Ale co się tyczy mojej córki, nikt tu nie ma nic do gadania, tylko ja. Masz moją rękę, że Bicetta będzie twoją. Przyjdź dziś wieczorem, spotkasz ją tu. Uściśnij mnie, synu!
Gdy zjawiłem się wieczorem, zastałem dom oświetlony rzęsiściej niż zwykle. Już w przedpokoju ujrzałem mnóstwo osób, które przypatrywały mi się z ciekawością. W salonie na zwykłym miejscu siedział generał, naprzeciw kanonik, ale kamyki domina leżały na marmurowym stoliku nie tknięte. Na kolanach ojca siedziała Bicetta; obejmowała ramieniem jego szyję, jakby w tym środowisku szukała schronienia u swego jedynego przyjaciela. Gdy mnie ujrzała, wstała z kolan ojca i stanęła przed nim spokojnie, czekając, aż podam jej ramię.
Na otomanie siedziała generałowa w strojnej toalecie, przyozdobiona bardzo bogatą biżuterią; Bicetta natomiast nie miała na sobie żadnych klejnotów, a tylko we włosy wetkniętą drobniutką gałązkę kwitnącego granatu. Obok generałowej siedział młody hrabia z miną triumfatora; skinął mi głową, a nawet raczył się lekko uśmiechnąć. Generałowa złożyła mi z udaną życzliwością życzenia i ucałowała Bicettę w czoło.
Potem wszyscy obecni przystępowali do nas i składali nam życzenia; podziwiałem takt, z jakim moja umiłowana odpowiadała każdemu z osobna. Ojciec przypatrywał się nam uszczęśliwiony, potem zasiadł z kanonikiem do zwykłej partii. Bicetta i ja schroniliśmy się do kąta salonu, w którym znajdowały się dwa fotele. Wkrótce zapomnieliśmy o całym otoczeniu. Z ulicy padało światło latarni. Ale świeciło dość jasno, bym mógł rozkoszować się uśmiechem mej umiłowanej...
Później niż zwykle goście opuścili dom. Wypito sporo butelek szampana i toastowano na szczęście i powodzenie narzeczonych.
Ustaliliśmy termin ślubu na październik, a więc za dwa miesiące. Po kilku dniach zacząłem się niepokoić tym, że nie otrzymuję wcale odpowiedzi na moje doniesienie o zaręczynach, jakie wysłałem do siostry. Wiedziałem, że ani siostra, ani szwagier nie sprzeciwią się temu. Milczenie tłumaczyłem sobie albo wypadkiem choroby, albo innym zmartwieniem, którego chcą mi zaoszczędzić. Wreszcie po trzech tygodniach oczekiwania nadszedł list; napisał go szwagier. Siostra moja po połogu bardzo ciężko zachorowała; dotychczas stan jej jest taki, iż nie można jej było donieść o mych zaręczynach; lekarz przykazał, by niczym nie mącić jej spokoju. „Jeśli możesz — pisał szwagier — przyjedź tu choćby na kilka dni”.
— Musisz pojechać — rzekła Bicetta, gdy dałem jej do przeczytania ten list. — Jutro musisz wyjechać. Będziesz codziennie pisywał. Ach, gdybym mogła z tobą pojechać! Ale to niemożliwe. Pozdrów siostrę ode mnie, powiedz jej, że ją kocham...
Po tych słowach ucałowała moje usta; był to pierwszy nasz pocałunek. Nawet wtedy, gdy byliśmy sami i nalegałem, by pozwoliła się pocałować, była nieubłagana. Teraz, na wiadomość, że wyjeżdżam na czas krótki, z własnej inicjatywy spełniła to, o co ją przez długi czas na próżno prosiłem.
Rozstałem się więc z nią w tej pewności, że zastanę wszystko tak jak w chwili wyjazdu. Stary generał pożegnał mnie z widocznym smutkiem. Żona jego objawiła żywe zainteresowanie stanem zdrowia mojej siostry i zdołała mnie tak bardzo omamić, że ilekroć w ciągu podróży o niej pomyślałem, przepraszałem ją w duchu za to, że ją dawniej krzywdziłem, źle osądzając jej charakter.
Część moich bagaży zostawiłem w willi, gdyż tam wprowadziłem się; nazajutrz po zaręczynach stary odźwierny i Nina bardzo troskliwie się mną zaopiekowali.
Spodziewałem się, że wrócę najwyżej za cztery tygodnie; możliwe, że sprowadzę z sobą szwagra i siostrę, by rodzina moja wzięła udział w ceremonii ślubnej.
Gdy wróciłem do Szwajcarii, zastałem siostrę w o wiele lepszym stanie, niżli sobie podczas długiej podróży wyobrażałem — Niebezpieczeństwo minęło; radość ujrzenia mnie po długiej rozłące podziałała dodatnio na jej stan psychiczny. Oczywiście mowy być nie mogło, by ruszyła w tak daleką podróż na mój ślub. Również i szwagier nie mógł pojechać; interes nasz rozwinął się tak bardzo, iż równoczesna nieobecność obu nas była wykluczona. Siostra i szwagier nalegali, bym jak najszybciej wracał do Włoch. Choć bowiem umówiliśmy się z Bicettą, że będziemy możliwie najczęściej do siebie pisywali — ja spełniałem pilnie obietnicę i nie pomijałem żadnej sposobności wysłania listu — jednakże z Włoch nie otrzymałem ani słowa. Przez przeszło tydzień snułem rozmaite przypuszczenia, by wytłumaczyć sobie w sposób naturalny to milczenie. Ale gdy po czternastu dniach ani od ukochanej, ani od kogokolwiek z Bolonii nie nadszedł znak życia, zacząłem się bardzo niepokoić. Pocieszałem się jeszcze, że chyba nie zaszła żadna nagła katastrofa, byłby mnie o tym powiadomił ów kupiec boloński, z którym pozostawałem w stosunkach handlowych. Ale — myślałem znowu — a nuż nie ma go właśnie w Bolonii? A może zarówno listy Bicetty, jak i jego ulegają konfiskacie?
Musiałem więc wybrać się w drogę, gdyż niepokój mój wzmagał się z każdym dniem. W jakim nastroju, jakimi uczuciami miotany odbyłem długą podróż — nie będę opisywał.
Był wczesny poranek, gdy pocztylion zatrzymał się przed bramą podmiejskiej willi. Wypadłem z powozu i zadzwoniłem. Niebaiwem pojawił się stary poczciwy Fabio. Ujrzawszy mnie przybrał tak strapioną minę, że przerażony krzyknąłem:
— Czy ona nie żyje?
Zaprzeczył ruchem głowy i otworzył żelazną bramę. Był zmieszany, tak że z trudem i bardzo powoli zdołałem wydobyć zeń prawdę. Chciał widocznie oszczędzić mnie, a w rzeczywistości zadręczał tylko, ociągając się z szczegółową relacją. Co prawda, nie znał wszystkich szczegółów, gdyż Nina opowiedziała mu o wielu rzeczach tylko w ogólnych zarysach.
Oto — wedle jego słów — zaledwie wyjechałem z Bolonii, pojawił się ów kuzyn bawiący dotychczas w Rzymie, a roszczący sobie prawo do ręki mej narzeczonej. Czy go wezwano, czy też byłby się zjawił, gdybym nie był wyjechał — nie wiadomo!
— Bardzo to mizerna figurka ten kuzyn — mówił Fabio. — Rozpusta, awanturki, karty i miłostki sprawiły, że ledwo trzyma się na nogach. Ale że pochodzi ze starej szlachty i jest siostrzeńcem kardynała, uważany jest wciąż jeszcze za dobrą partię. Bicetta nigdy go ścierpieć nie mogła. Przypominam sobie, że tu, w ogrodzie, przed trzema laty wymierzyła mu siarczysty policzek, gdy ośmielił się pocałować swą kuzynkę. Roześmiał się wtedy głośno i przysiągł, że zemści się, gdy Bicetta będzie jego żoną. A możliwe, że spełni swą groźbę... Ma po swej stronie macochę dziewczyny. Stary generał nie ma odwagi sprzeciwić się... Na widok Bicetty stary płacze jak dziecko... Przestał mówić ze swą żoną, gdyż ona jest winna wszystkiemu...
— A Bicetta? — zapytałem.
— Bicetta? — rzekł stary — któż by się rozeznał w tym, co ta dziewczyna wyprawia. Najpierw, gdy nalegano, by zerwała z panem, gdyż jest pan luteraninem, odpowiadała stale: „Przysięgłam na Boga, że będę jego żoną, i dotrzymam przysięgi, choćbym miała zginąć!” A kiedy kuzyn zjawił się przed nią, powiedziała mu zupełnie spokojnie: „Nie zadawaj sobie trudu, Richino; gdybym nawet nie poznała Amadea, nie byłabym nigdy ciebie pokochała.” A gdy chciał ująć jej rękę, wstała z krzesła i w obecności Niny rzekła: „Przyzwoity człowiek nie wyciąga ręki po to, co należy do kogo innego. Idź, pogardzam tobą!” Nie chce go więcej widzieć na oczy... Ale co o tym myśleć, mój miły panie, przecież niebawem będzie ich ślub, a Bicetta nie roni ani jednej łzy, nie prosi więcej ani ojca, ani matki, ani kogokolwiek bądź... Nie otrzymała ona od pana ani jednego listu... Co? Pan wciąż pisywał? I ona też! Sam zanosiłem listy na pocztę. Zdaje się, urzędnicy byli poinformowani, że nie wolno przeszkadzać, gdy siostrzeniec kardynała zamierza obcokrajowcowi sprzątnąć sprzed nosa narzeczoną... Mimo to dziwię się niezmiernie, że Bicetta tak szybko się poddała. Boć przecie ani na chwilę nie mogła wątpić w wierność pana. Nina powiada, że zagrożono jej klasztorem, gdyby sprzeciwiła się małżeństwu z kuzynem. Klasztor nie jest naprawdę odpowiednim locum dla naszej Bicetty. Ale sądzę, że lepiej pójść do klasztoru niż dostać za męża tego zblazowanego lowelasa... Zupełnie tego wszystkiego nie rozumiem... A też i Nina nie przestaje się dziwować...
Podczas tych słów poczciwego starca siedziałem jakby odurzony w fotelu obok kominka, właśnie tam, gdzie po raz pierwszy wyznaliśmy sobie z Bicettą miłość. Byłem wprost niezdolny skupić myśli; ba, nawet władza odczuwania, nienawidzenia i miłowania była jakby w tej chwili sparaliżowana. Dopiero po długim milczeniu zdobyłem się na pytanie, kiedy właściwie ma się odbyć ślub.
— Dziś po południu — rzekł starzec drżącym głosem.
Podskoczyłem w fotelu; bliskość strasznego tego rozstrzygnięcia podziałała na mnie jaik silny prąd elektryczny.
Fabio spojrzał na mnie przerażony.
— Na miłość boską! Co pan zamierza uczynić? Nie zdaje pan sobie sprawy, jak wpływowi są ci ludzie. Gdy się pan pokaże na ulicy, kto wie, czy dożyje pan wieczora...
— Pójdę tam — rzekłem — i powiem temu drabowi, że o jednego z nas dwóch za dużo jest na świecie. Masz przecież jeszcze swe stare kawaleryjskie pistolety. Więcej mi niczego nie trzeba. Puść mnie!
— Przedtem musiałby pan mnie zastrzelić — odparł i ujął tak silnie moje ramię, że zrozumiałem, iż po dobremu nie dam sobie z nim rady. — A zresztą... czy wie pan, co powiedziałaby na to nasza Bicetta?
— Masz rację... Tego nie wiem. Ale wiedzieć muszę! Pójdę do niej! Dostanę się, choćby wszystkie drzwi zaryglowano.
Fabio nie puszczał jednak mego ramienia. Poprowadził mnie do fotela, zmusił, bym usiadł, i rzekł:
— Pan dobrze wie, że nikt tak nie współczuje z panem, signoriną i generałem jak stary Fabio. Dlatego pozwól pan, abym udzielił panu rady. Jeśli pan sobie wyobraża, że zdołasz teraz do niej dotrzeć, to mylisz się. Ale mnie do niej dopuszczą, mnie nie ośmielą się wyrzucić, choć generałowa niezbyt mnie lubi; w najgorszym razie każę zawołać moją córkę. Proszę usiąść tu przy oknie i napisać list; o ile znam naszą Bicettę, jestem pewien, że natychmiast na ten list odpowie.
Pobiegł po papier i atrament. Byłem tak wzburzony, że nie mogłem wcale pisać; ręce mi się trzęsły; nie zdołałem ułożyć rozsądnego zdania.
— Po cóż pisać? — rzekł stary, widząc moją mękę. — Wystarczy, gdy ona się dowie, że pan wrócił. Jeśli potem mimo to zechce pójść do ślubu, sto listów nie pomoże.
Musiałem mu solennie obiecać, że będę się ukrywać przez cały czas jego nieobecności w domu i że nikomu prócz niego nie otworzę bramy.
Stary przyniósł mi śniadanie, trochę chleba i wina, i poszedł.
Nie mogłem usiedzieć na miejscu. Poszedłem do ogrodu.
Oglądałem drzewa pomarańczowe, których owoce dla mnie zerwała, drzewa granatowe, których gałązki były pierwszymi symbolami naszej miłości. Wszędzie widziałem jej postać; im wyraźniejsza stawała się ta zjawa, tym mniej rozumiałem, że tak prędko mogła mnie zapomnieć. Potem wróciłem do samotnej willi. Obszedłem wszystkie pokoje. W jej pokoiku na stole leżały canzony6 Petrarki. Usiadłem na plecionym krześle na balkonie i po odczytaniu każdej strofy spoglądałem na gościniec, czy też nie ujrzę starego Fabia wracającego z miasta. Dziwnie byłem spokojny; nie obawiałem się niczego...
A jednak zerwałem się gwałtownie z miejsca, gdy nagle koło bramy pojawił się stary.
— Z czym wracasz? — krzyknąłem i pobiegłem w stronę bramy.
— Niech pan sam przeczyta. Może pan lepiej zrozumie sens tych słów...
Wyrwałem mu z ręki kartkę papieru, na której napisane były ołówkiem słowa:
„Kochany mój! To, co się staje, musi się stać. Nie staraj się temu przeszkodzić, ale wierz we mnie. Nie należę do nikogo, tylko do ciebie. Pojmiesz wszystko, gdy się zobaczymy. Może nastąpi to wkrótce. Zawsze twoja!”
A potem na skraju kartki:
„Musisz się ukrywać. Wszystko byłoby stracone, gdyby cię spostrzeżono.”
Stary zaczął mi potem opowiadać o swej wyprawie do miasta. Sam nie mógł dotrzeć do signoriny. Nina była pośredniczką. Powiedziała ojcu, że signorina wcale nie była zdziwiona wiadomością o moim powrocie. „Dawno go już oczekiwałam” — rzekła. Potem napisała szybko kartkę i poleciła Ninie, aby ojciec jej wręczył mi ją. „Pisała kartkę — opowiadała Nina — z takim spokojem, jak człowiek, który gotuje się na śmierć i spisuje ostatnią wolę...” Nie pojmuję jej zupełnie — zakończył stary swą relację.
A ja! Czyż mogłem ją pojąć? Wielokrotnie odczytywałem kartkę — i coraz mniej pojmowałem. Jeśli nie chce do nikogo należeć, tylko do mnie — to dlaczego nie ucieka z domu i nie przybywa tu, natychmiast, przed owym fatalnym popołudniem? Dlaczego raczej nie chroni się w mury klasztoru, aż znajdę środki i sposoby uwolnienia jej? Dlaczego godzi się na te więzy, które rozerwać może tylko śmierć?
A przecież w jej prostych słowach było coś pokrzepiającego, coś nie dopuszczającego wybuchu rozpaczy.
Nie mówiłem więcej ani słowa ze starym odźwiernym. Po kilkudniowej podróży ze Szwajcarii byłem fizycznie jakby złamany. Położyłem się na kilka godzin; nie spałem, a tylko w samotności wysilałem mózg, by przecież zrozumieć zagadkowe jej postępowanie.
Po południu, gdy zbliżała się godzina, na którą był wyznaczony ślub, oświadczyłem staremu, że pójdę do miasta, by się przypatrzyć tej ceremonii.
Fabio był przerażany; widząc jednak, że obstaję niewzruszenie przy swym postanowieniu, zgodził się, pod warunkiem, że będzie mi towarzyszył i że przebiorę się do niepoznaki. Wyszukał dla mnie jakiś stary garnitur ogrodnika i wcisnął mi na głowę szeroki słomkowy kapelusz.
— Muszę pójść z panem — rzekł. — Koniecznie musi być ktoś, kto by pana powstrzymał, gdyby pan stracił głowę i chciał popełnić jakieś szaleństwo.
Kto wie, czy stary nie miał racji...
Gdy przybyliśmy do kościoła, byli tam już zgromadzeni goście i orszak ślubny. Ludzie tłoczyli się przed kościołem. O wejściu do środka mowy nie było. Czyniłem staremu wyrzuty, że podał mi fałszywą godzinę ślubu. Bronił się, że taką mu córka podała. Postanowiłem więc czekać przed kościołem, by ujrzeć ją choćby po ceremoniale ślubnym. Nagle rozległy się głosy: idą! Czułem nagle, że siły mnie opuszczają; byłbym upadł, gdybym się nie był oparł na ramieniu Fabia. Miałem wzrok utkwiony w bramę kościoła, przez którą wyjść miał niebawem orszak.
I oto szła ona... Ze zdumieniem stwierdziłem, że nie zemdlałem na ten widok... Szła obok swego męża... Był taki, jakim mi go opisywał Fabio, nikła, niewyraźna postać... Na zblazowanej twarzy wykwitł uśmiech... Z triumfem kłaniał się na prawo i lewo... Natomiast ona szła, nie oglądając się na nikogo, blada, zagadkowa...
Niebawem znikła z mych oczu. Wsiadła z mężem do powozu.
Za młodą parą szedł biedny stary generał ze swą młodą żoną. Widoczne było, że jest bardzo przygnębiony; natomiast żona jego promieniała dumą i radością.
Słyszałem różne uwagi wygłaszane w pobliżu mnie przez gapiący się tłum. Sam arcybiskup dawał ślub — mówiła jakaś kobieta do swej kumoszki. Panna młoda sprzeciwiała się, nie chciała tego męża, ale papież sam przykazał...
Fabio wyprowadził mnie z tłumu. Skierowaliśmy się z powrotem w stronę willi. Nie miałem siły, by cośkolwiek przedsięwziąć. Byłem jak człowiek ciężko chory, którego wysoka gorączka zupełnie obezwładniła. Fabio mógł w tej chwili ze mną robić, co chciał.
Nie wiem doprawdy, jak spędziłem ten dzień. Gdy wróciliśmy do willi, Fabio zmusił mnie do wypicia kilku szklanek wina; podziałało ono tak silnie, że straciłem na czas jakiś świadomość tego, co wokół mnie się dzieje.
Gdy oprzytomniałem, była już noc. Początkowo nie zdawałem sobie sprawy, gdzie się znajduję i co dnia tego przeżyłem. Do pokoju sączyła się poświata księżyca. Nad moim łóżkiem znajdował się obraz matki Bicetty. Zdawało mi się, że twarz ta spogląda na mnie z wielkim smutkiem i żałością. Teraz dopiero zrozumiałem, co znaczą w mym życiu te godziny. Nagle wyładował się tłumiony przez tyle godzin ból i żal. Krzyknąłem i z przerażeniem wsłuchiwałem się w rozpaczliwe dźwięki, dobywające się z mego gardła. Rzuciłem się na podłogę, rękami rwałem włosy, z oczu moich płynęły łzy, w mózgu przewalały się okropne wizje.
Wreszcie uspokoiłem się, wstałem i wyszedłem do ogrodu.
Zacząłem się zastanawiać, co teraz począć. Myśli tłoczyły się, pomysły przeróżne wyłaniały — ale nie mogłem powziąć decyzji.
Około północy księżyc zaszedł i ściemniło się w ogrodzie. Wróciłem do willi, zapaliłem w pokoju świecę i postawiłem ją na gzymsie kominka. Przysunąłem krzesło do kominka i zacząłem czytać opis Piekła Dantego, którego Boską komedię znalazłem na stole.
Nie minęła jeszcze godzina, gdy usłyszałem czyjeś kroki koło bramy, a potem jakby ktoś obrócił klucz w zamku. Wstałem i wyszedłem na balkon. Ścieżką wiodącą od parkanu do willi szedł jakiś smukły chłopak w ciemnym szerokim kapeluszu i czarnym płaszczu. Po chwili otwarły się drzwi do pokoju, w którym się znajdowałem — i przede mną stała Bicetta! Padliśmy sobie w ramiona.
Wyrwała się wreszcie z moich objęć i długo w milczeniu oczyma pełnymi łez wpatrywała się we mnie.
— Taki jesteś blady... — rzekła wreszcie. — I to z mej przyczyny... Ale teraz wszystko się skończyło. Dotrzymuję słowa: jestem tu, twoja, tylko twoja... O Amadeo, dlaczego ludzie są tacy źli? Dlaczego najczystsze uczucia starają się znieprawić, zohydzić? Dlaczego zmuszają nas do kłamstwa i krzywoprzysięstwa, byśmy ustami mówili „tak”, kiedy serce woła „nie”? doprowadzili do tego, że miałam do wyboru między dwoma grzechami: albo oddać się temu, którym pogardzam, albo jak złodziej w nocy zakraść się do tego, którego wobec świata nigdy nie wolno mi nazwać mężem. Ale nieprawdaż, kochanku, Bóg ocenia wszystko inną miarą niż ci samolubni ludzie. Nie chce on zapewne, bym sprzeniewierzyła się tobie. Stworzył mnie dla ciebie, ciebie dla mnie. Więc bierz mnie, należę do ciebie! Tamtemu nie pozwoliłam się dotknąć. Gdy zostaliśmy sami, powiedziałam mu: „Jeśli spróbujesz zbliżyć się do mnie, dziś lub kiedykolwiek, wiedz, że winien będziesz mojej śmierci. Przysięgłam bowiem, że nie przeżyję godziny, w której zechciałbyś skorzystać z praw, jakie ci dał ślub. Z góry cię o tym uprzedziłam. Mimo to przeparłeś swą wolę. A teraz i ja chcę przeprowadzić moją wolę”. Powiedziawszy mu to, wyszłam i zamknęłam się w swoim pokoju. A kiedy zmiarkowałam, że wszyscy już śpią, przy pomocy Niny przebrałam się w ten strój chłopięcy — i oto jestem tu!
Rzuciła mi się na szyję i ukryła swą płonącą twarz. Żar namiętności, powstrzymywany dotychczas, wyładował się teraz z nieposkromioną mocą.
Gdy znowu mogliśmy myśleć i mówić, zaczęła opowiadać, co zaszło od chwili naszego rozstania, o intrygach macochy, o bezradnych próbach ojca, by siebie i swe dziecko obronić przed przemocą, o swych nadaremnych usiłowaniach wyperswadowania macosze i natrętnemu konkurentowi planowanego zamachu na jej wolność. Dopiero gdy przekonała się, że wszystko na próżno, że bez litości zamierzają ją zamknąć w klasztorze, tak że nawet listu nie zdołałaby do mnie napisać — zdecydowała się pozornie zgodzić na wszystko, aby uratować siebie i mnie.
— Ludziom tym — mówiła — szło tylko o pozory zwycięstwa. Że przy tym moja dusza zmarnieje, cóż ich to obchodzi? Wszyscy ci ludzie są niewolnikami pozorów, gdyż nie mogą znieść widoku prawdy! O Amadeo, ileż to razy postanawiałam uciec i otwarcie przed całym światem wyznać, że jestem twoją żoną. Ale nie zdajesz sobie sprawy, jaką władzę mają ci ludzie. Gdybyśmy teraz stąd zbiegli, z pewnością schwytaliby nas; nie wyszedłbyś żywy z ich rąk. A potem... mój biedny ojciec! Nie przeżyłby rozstania ze mną... Ale nie smuć się. Należymy do siebie; ci, którzy o tym wiedzą, są nam oddani i wierni. Wybacz, że nie napisałam ci już dziś rano, że przyjdę. Nie wiedziałam, czy zdołam to wykonać, czy nie przeszkodzi mi w tym ten nędznik. A gdybym nie była przyszła mimo zapowiedzi, znosiłbyś jeszcze okropniejsze męki... Co nocy będę tu do ciebie przychodziła. A tam na straży będzie Nina... Odźwierny w naszym domu w mieście jest zacnym człowiekiem i nie zdradzi mnie z pewnością.
Przysłuchiwałem się tym jej sławom w zamyśleniu.
— Dlaczego siedzisz taki smutny? — zapytała.
— Bo to, co jest naszym najświętszym prawem, musimy zdobywać sobie po kryjomu, jakby zbrodnią było spełnienie tego, cośmy sobie ślubowali.
— Nie myśl o tym — rzekła. — Któż może wiedzieć, co nas czeka? Nic dla nas nie jest pewne, jak tylko ta godzina i nasze serce. Dlaczego nie radować się tym, co jest, tym, że należymy teraz do siebie? Przypuszczam, że jesteś głodny, a ja też od wczoraj nic nie jadłam. Wiem, gdzie Fabio chowa swoje zapasy. Przygotuję naszą ucztę weselną. Będzie ona radośniejsza niż ta, w której zmuszono mnie przed kilku godzinami uczestniczyć.
Wybiegła z pokoju, a ja tymczasem zapaliłem wszystkie światła w świeczniku wiszącym w środku salonu. Gdy wróciła, niosąc talerze i szklanki, radośnie krzyknęła. Potem ustawiła na stole naczynia i potrawy, napełniła szklanki winem.
— Na szczęście nasze! — rzekła. — Gdybym tu miała tylko twoją siostrę, chętnie wyrzekłabym się innych gości.
Podała mi na talerzu zimne mięso i oliwki, odkroiła kilka kromek chleba; widoczne było, że rola gospodyni sprawia jej wielką przyjemność. Oczywiście ani ona, ani ja nie mogliśmy wiele jeść. Skosztowaliśmy każdej potrawy i wychyliliśmy kilka szklanek lekkiego wina.
— A teraz muszę dla ciebie przygotować wygodniejsze łoże niż tu na otomanie w salonie. Najlepiej będzie, jeśli ulokujesz się w moim pokoiku na piętrze. Tam będzie ci przyjemniej. A zresztą: tu mógłby ktoś zajrzeć przez okno i zobaczyć cię, a nie chciałabym, by przedwcześnie dowiedzieli się o tym, że wróciłeś...
Poprowadziła mnie na piętro do swego pokoiku. Gdy przechodziliśmy obok izby Fabia, zapytałem, czy wie, kto dzisiejszej nocy bawi w willi.
— Tak, on wie, że tu jestem. Przedtem, gdy wyszłam do kuchni, spotkałam go i poprosiłam, by z ogrodu przyniósł nam owoce. Płakał i łzami zwilżył moje ręce. Ale nie pojawi się teraz, nie zechce przecież nam przeszkadzać...
Jeszcze promienie słoneczne nie rozproszyły mroków nocy, gdy sama przypomniała, że musimy się rozstać. Nalegałem, że odprowadzę ją do miasta; gdy ujrzała mnie w przebraniu ogrodnika, zgodziła się.
Na gościńcu nie było żywej duszy; powoli pierzchły ciemności; świtało. Przez całą drogę milczeliśmy. Dopiero teraz, gdy mieliśmy się rozstać, odczuliśmy, w jak nienaturalnym znajdujemy się położeniu. Gdy zbliżyliśmy się do domu jej ojca, uścisnęła mnie i szepnęła:
— Do jutra!
Potem zapukała do bramy. Po chwili straciłem ją z oczu.
Stałem przed domem, pogrążony w rozpaczy. Więc znowu — snuło mi się po głowie — ta, która do mnie tylko należy, wraca do tego obcego domu, a mnie nigdy nie będzie wolno przestąpić tego progu! Muszę tu stać przed domem i ukrywać się jak złodziej! Czy na dłuższy czas stan taki da się utrzymać? Czy można nazwać szczęściem życie, które co dzień okupywać trzeba męką i troską?
Nie doszedłem jeszcze do willi, a już powziąłem niezłomne postanowienie, że w jakiś sposób muszę położyć kres tej sytuacji. Ulżyło mi to nieco. Idąc pustym gościńcem obmyśliłem we wszystkich szczegółach plan akcji. W ogrodzie willi zastałem Fabia. Wtajemniczyłem go oczywiście we wszystko. Uznał przeprowadzenie mego planu za bardzo trudne, ale zgodził się na wszystko, czego od niego żądałem: nie była to mała ofiara, gdyż miał się rozstać również ze swoją córką. Ale gdy szło o Bicettę, godził się na największe ofiary.
Cały dzień spędziliśmy na przygotowaniach; podziwiałem praktyczny zmysł starego żołnierza.
Wieczorem już o godzinie dziesiątej udałem się w stronę miasta. Oczekiwałem Bicetty u wylotu ulicy wiodącej do willi. Nie omówiliśmy tego, że wyjdę jej naprzeciw. Toteż gdy ujrzałem ją i półgłosem rzekłem „Bicetto!” — przeraziła się i poczęła drżeć. Dopiero poznawszy mnie uspokoiła się; podała mi rękę i szliśmy w milczeniu. Nie mówiliśmy ani słowa, gdyż na gościńcu byli jeszcze ludzie zdążający do miasta. Dopiero w willi, gdzie Fabio zapalił już świece i przygotował nam skromną kolację, mogliśmy się do syta sobą nacieszyć. Opowiadała, jak spędziła dzień; mąż zachowywał się zimno i obojętnie; może w ten sposób chciał ją upokorzyć. Natomiast wobec świata, rodziców i licznych gości, którzy przybywali przez całe popołudnie w odwiedziny, odgrywał rolę szczęśliwego małżonka. Wieczorem grzecznie się wszystkim ukłonił i poszedł do swego pokoju.
— Tak dłużej być nie może — rzekłem, wysłuchawszy jej relacji. — Stan obecny jest niegodny ciebie i mnie. Musimy temu położyć kres. Czekam na twą decyzję; ja już swoją powziąłem.
— Amadeo! — rzekła. — Mamy się rozstać? Raczej zabij mnie!
— Nie — odparłem — ciebie opuścić? Moją żonę? Moje drugie ja? Masz rację: to byłaby śmierć. Ale obecny stan jest gorszy od śmierci. Takie życie, jakie teraz pędzimy, wcześniej czy później naraziłoby nas na zgubę. Czy można sobie wyobrazić, abym stale tu mógł się ukrywać, bym tu wiódł próżniaczy, samotny żywot, z dala od ludzi, z dala od wszystkich spraw, które mnie zajmują, trawiony męką, bezużyteczny dla świata i ludzi? A nawet gdybym mógł przychodzić tam, w mieście, do ciebie, czyż zniósłbym tę połowiczność i kłamstwo? To, co moje, musi być moim także wobec świata, muszę mieć prawo przyznania się do tego. Czy rozumiesz teraz, do czego zmierzam?
Skinęła głową i siedziała zamyślona, nie mówiąc ani słowa.
— Wiem, że niełatwo ci to przyjdzie — mówiłem dalej i ująłem jej rękę. — Na zawsze stąd wyjedziesz, nie ujrzysz więcej ojca, jeśli nie zdobędzie się na to, by do nas przyjechać, opuścisz ojczyznę, wszystko, co od lat dziecinnych pokochałaś, nie pójdziesz więcej do tego kościoła, w którym po raz pierwszy odmówiłaś pacierz. Wiem, że lęk cię zdejmuje na myśl o tym...
Spojrzała mi w oczy i rzekła:
— Godzę się na wszystko, co czyni ciebie szczęśliwym!
— A więc wierzysz mi, najdroższa! Wierzysz, że dokładnie wszystko obmyśliłem. Mamy tylko jedno wyjście! Ucieczkę. Musimy ją przeprowadzić z niezwykłą ostrożnością. Fabio zna drogę do Ankony jak własny ogród. On nas tam piechotą zaprowadzi. Będziemy szli tylko nocą, przebrani za wieśniaków. W Ankonie wsiądziemy na okręt idący do Wenecji. Fabio też zostawia tu wszystko, swego pana, córkę, byle nam tylko pomóc. Czy masz odwagę i siłę, by odbyć tę daleką drogę?
— Choćby na koniec świata!
Przypadłem do niej i objąwszy jej kolana, zawołałem:
— Chodźmy więc!
— Już dziś? — rzekła. — Błagam cię, Amadeo, nie żądaj tego ode mnie dziś. Nie mogę przecież odejść nie zobaczywszy raz jeszcze ojca i nie zabrawszy ze sobą pamiątek po matce... Przysięgam ci, że ani na chwilę wzdragać się nie będę, ani jedną łzą nie zdradzę bólu rozstania, gdy raz jeszcze spojrzę w oczy ojca. Czuję, że nie zaznałabym nigdy spokoju, gdybym teraz, bez pamiątek po matce, opuściła ten dom. Cóż szkodzi, jeśli do jutra poczekamy? Nikt nie przeczuwa nawet, że jesteś tu, nikt nie wie, że nie spędzam tej nocy w mieście. Nawet Ninie nie powiem ani słowa o naszym planie. Gdy jutro wieczorem opuszczę dom ojca, ojczyzna moja będzie tam, gdzie ty mnie powiedziesz.
Spojrzała na mnie takim błagalnym wzrokiem, że nie mogłem się sprzeciwić, choć lękałem się każdej zwłoki. Zasiedliśmy do stołu, Fabio usługiwał nam i przynosił potrawy; o naszych planach nie mówiliśmy zupełnie.
Potem wyszliśmy do ogrodu.
— Muszę pożegnać się — rzekła — z moimi ulubieńcami; tu oto jest sadzony przeze mnie krzew granatu, tu najulubieńsze moje drzewko pomarańczowe. Jutro nie będę miała czasu na pożegnanie się...
Ułamała gałązkę granatu i rzekła:
— Wezmę ją na pamiątkę. Na Północy, tam, gdzie ty mieszkasz, nie ma takich drzew...
Zobaczywszy leżącą na żwirze piłkę, podniosła ją.
— Tę piłkę także weźmiemy z sobą. Nasze dzieci będą się nią bawiły... — rzekła szeptem, kryjąc twarz na mojej piersi.
Doszliśmy do tego miejsca, w którym po raz pierwszy ją ujrzałem wychylającą się poprzez parkan.
— Wiesz — rzekła — tu przenocujemy. Przyniosę z domu koc i przyjemniej nam będzie wypoczywać niż w dusznym pokoju...
Wróciliśmy więc do willi i wynieśliśmy koce i poduszki.
Legliśmy pod baldachimem wielkiej lipy...
...Gdy się obudziłem — nie wiem, po ilu godzinach, było jeszcze ciemno; na wschodzie horyzont jeszcze nie zaczerwienił się — stwierdziłem, że jestem sam. W pierwszej chwili nie zdawałem sobie sprawy, jakim sposobem się tu znalazłem. Potem z przerażeniem pomyślałem: gdzie ona? Dlaczego oddaliła się cichaczem? Wstałem, by zobaczyć, czy nie ma jej w willi. Ledwo zrobiłem kilka kroków, usłyszałem, że ktoś gwałtownie dobija się do bramy i potrząsa żelaznymi sztabami. Pobiegłem, jak tylko mogłem najszybciej do bramy. Zastałem tu już Fabia, którego również zbudziło to dobijanie się. Właśnie starał się dźwignąć jakąś ciemną postać, która upadła tuż za bramą.
— Beatrice! — krzyknąłem, pochyliwszy się nad tą postacią.
Otworzyła oczy i spojrzała na mnie, potem usiłowała uśmiechnąć się.
— To nic... Amadeo... — szeptała, z trudem dobywając wyrazów z gardła i rękę przyciskając do serca. — Nie czuję wcale bólu... nie lękaj się... Czy gniewasz się, że odeszłam, nie budząc ciebie? Spałeś tak spokojnie; myślałam, że wrócę sama do miasta i że nic mi nie grozi... Skądże oni mogli wiedzieć, że wróciłeś... Teraz musisz natychmiast stąd uciec... niestety sam... Ci dwaj, którzy się tam przyczaili, myśleli, że to ty idziesz... Zaledwie mnie zobaczyli, zażądali, bym powiedziała, jakie moje nazwisko. Milczałam. A wtedy wykonali to, za co im zapłacono. Ale nie udało im się; patrz, mogę myśleć, nawet mówić... Zostaw mnie tu spokojnie; nie umrę wiedząc, że tobie nie grozi niebezpieczeństwo... A potem... potem ja do ciebie przyjadę... Uciekaj, nim zaświta... Podaj mi rękę... usta...
Straciła przytomność. Zanieśliśmy ją do sali. Rozpinając jej bluzkę, pokrwawiłem sobie ręce. Oddychała jeszcze... Coraz trudniej... Westchnęła i — zamilkła na wieki.
Gdy słońce zajrzało przez okna, leżałem wciąż jeszcze na podłodze i wpatrywałem się w jej bladą twarz. Stary Fabio siedział w kącie i cicho jęczał. Wtem usłyszeliśmy na dworze okrzyki: „Bicetta! Bicetta!”. Po chwili wpadła Nina i przypadła do zwłok swej przyjaciółki, głośno szlochając. Gdy ją stary oderwał od łóżka, zawołała, zwracając się do mnie:
— Musi pan natychmiast uciekać! Przybiegłam, by ostrzec Bicettę i pana. Zanim wyszłam z domu, Richino wpadł do sypialni Bicetty. Wiem teraz dlaczego: by jej powiedzieć, że pan już nie żyje. Że tak jednak się stanie, zaprawdę nie przypuszczał... Nie zastawszy Bicetty w sypialni, Richino zbladł i wybiegł. Jestem pewna, że niebawem tu będzie... Słyszycie?... Kroki... To on! Uciekaj pan, jeśli ci życie miłe!
Nie odpowiadałem. Wstałem i stanąłem obok łóżka.
Po chwili otwarły się drzwi i na progu stanął Richino. Zoczywszy Bicettę martwą na łóżku, zbladł straszliwie i oparł się o drzwi.
— Czego sobie pan tu życzy? — rzekłem. — Spodziewał się pan zastać mnie martwego... Zbiry, których pan nasłał, omyliły się co do osoby... Idź pan, wyjdź natychmiast z tego pokoju, morderco mojej żony. Precz!
Usłuchał bez słowa protestu.
Nina przystąpiła do zwłok, ściągnęła z nich męskie ubranie i przebrała w białą sukienkę, tę, którą Bicetta nosiła, gdy ją ujrzałem po raz pierwszy. Następnie przyniosła z ogrodu mnóstwo kwiatów.
Potem usłyszeliśmy turkot powozu. Fabio wprowadził generała do sali. Gdy starzec spojrzał w martwą twarz swej Bicetty, padł na kolana i oparł czoło o ręce córki, złożone na piersi. Gdy po pewnym czasie chcieliśmy go podnieść — nie żył — atak sercowy momentalnie go zabił.
Pochowaliśmy ich w nocy. Obecny był tylko Fabio i Nina; stary kanonik pobłogosławił zwłoki. Oświadczył mi, że Richino tak zarządził; przykazał, aby wypełniano moje zlecenia, jakbym był panem domu. Sam tegoż dnia wyjechał do Rzymu.
Nazajutrz odjechałem do Florencji. W rok potem czytałem w gazecie, że generałowa oddała swą rękę wiernemu swemu wielbicielowi, młodemu hrabiemu. Ilekroć pielgrzymowałem na grób Bicetty — a czynię to co roku — nigdy nie usiłowałem się z nią zobaczyć.
Garcinda7
W pobliżu Carcassonne8 w Prowansji żył, w czasie gdy świat rycerski gotował się do drugiej wyprawy krzyżowej, znamienity hrabia, pan Hugo de Malaspina; po śmierci swej pięknej i szlachetnej małżonki oddał jedyną, dziesięcioletnią córeczkę Garcindę wraz z jej mleczną siostrą9 Aigletą na wychowanie do klasztoru Montsalvaire, i choć już miał włosy silnie szpakowate, rozpoczął od nowa wesołe życie kawalerskie. A że był rycerzem budzącym sympatię zarówno u mężczyzn, jak u kobiet, nie brakło mu zaproszeń na przeróżne uroczystości, turnieje i bankiety w okolicznych zamkach rycerskich; z biegiem lat odeszła go chętka igrania miłością i zainteresowanie popisami orężnymi, pogodził się więc z tym, że młodsi odeń odnosili na tych polach zwycięstwa, a sam z coraz większą namiętnością oddawał się hulankom, pijaństwu, grze w kości. Toteż ten rozważny ongi, wykwintny i mądrze swymi dobrami gospodarujący człowiek podupadł, zadłużył się i właściwie nic więcej nie posiadał jak tylko nieskalany honor rycerski i miłość swej córeczki. Nie chcąc jej sprawiać przykrości, starał się usilnie o to, by do klasztoru nie dotarła wieść o jego zubożeniu.
Dwa razy do roku odwiedzał córkę w klasztorze. Dziewczynka, z głębi serca kochająca ojca i podziwiająca w nim pierwowzór wszystkich cnót rycerskich, zwróciła uwagę, że oczy starzejącego się ojca od pewnego czasu nie spoglądają już tak dumnie jak ongi, że policzki są zapadłe, a dokoła ust rysują się coraz głębsze bruzdy. Przypisywała jednak to wszystko jego samotności i nalegała, by ją zabrał z klasztoru do domu. Hrabia wzdychał, potrząsał głową i mówił, że nie może tego uczynić, gdyż na zamku znajdują się sami mężczyźni, nie miałaby więc tam należytej opieki. Nie może jej zabrać z klasztoru, dopóki nie zamieni opieki bogobojnych mniszek na towarzystwo szlachetnego rycerza-małżonka.
Nie podobało się to Garcindzie. Choć u zakonnic nie brakło jej rozrywek, a jasnooka Aigleta była sprytną dziewką, znającą się na żartach i mimo dyscypliny klasztornej płatającą pocieszne figle — Garcinda uczuwała tęsknotę za światem, a ponadto rada by bardzo całe swe serce łaknące miłości poświęcić ojcu.
Ten jednak stanowczo obstawał przy tym, że nie godzi się z obyczajem rycerskim, aby młodziutka panna bawiła na zamku między samymi mężczyznami; po każdej takiej rozmowie szybko opuszczał klasztor i żegnał się z córką, która, pogrążona w smutku, z wieży klasztornej wypatrywała, póki ojciec nie znikał na zakręcie gościńca.
Mijały tak lata, hrabianka dorosła, a zacne zakonnice, choć niechętnie rozstawały się ze swymi wychowankami, dziwiły się, dlaczego pan de Malaspina nie myśli o wydaniu swej córki za mąż. Nie wiedziały, że ze wstydu, iż musiałby przed zięciem wyznać swe ubóstwo, stary hrabia nigdy nie wspominał o swej córce...
Pewnego poranku, gdy się go nikt nie spodziewał na zamku, hrabia przyjechał sam jeden na swej bułanej szkapie i zapukał do bramy cicho, jak ciężko chory prosi o wpuszczenie do szpitala. Gdy odźwierny, oburzony na wczesnego gościa, wyjrzał przez zakratowanie okienko w żelaznej bramie, przeraził się tak bardzo, że drżące jego ręce z trudem mogły poruszyć rygiel i wpuścić pana de Malaspina. Twarz bowiem hrabiego była trupio blada, a oczy takie osowiałe i ponure, jakby nie wracał z zabawy na zamku bogatego sąsiada, hrabiego Peire de Gaillac, a z piekła świętego Patryka lub z innego, gorszego jeszcze miejsca, w którym z upiorami spędził noc.
Stary hrabia zsiadł z konia, podał uzdę odźwiernemu i krzyknął:
— Sprowadź mi Geoffroy!
Po czym ruszył krętymi schodami do swej izby, nie odpowiadając wcale na pytanie służącego, czy ma przygotować posiłek i obudzić resztę służby.
Odźwierny odprowadził spoconego i zupełnie wyczerpanego konia do stajni, potem pobiegł po owego Geoffroy, jak zlecił hrabia.
Młodzieniec noszący to imię mieszkał w okrytej powojem wieży, wznoszącej się tuż obok fosy zamkowej; a że pora była jeszcze bardzo wczesna, był pogrążony w głębokim śnie. Był to chłopak liczący niewiele ponad lat dwadzieścia, siostrzeniec hrabiego, dziecię nieszczęsnej miłości hrabianki Beatryczy z wędrownym śpiewakiem, który nie mając innego sposobu zdobycia córy dumnego rodu, namówił swą umiłowaną do ucieczki. Stary hrabia, pan Rambaut, dowiedziawszy się o hańbie spadłej na ród, wybrał się czym prędzej z synem Hugonem na poszukiwanie zbiegłej córki i jej uwodziciela. Po siedmiu dniach wrócili; jechali stępa po obu bokach kolasy, w której spoczywała młoda hrabianka, blada, raczej podobna do woskowej figury niż do żyjącej istoty. Brat zabił jej kochanka i uwodziciela, ojciec przeklął umierającego. Od tego czasu hrabianka Beatrycza nie zamieniła z ojcem i bratem ani słowa, żyła w owej wieży, gdzie też urodziła syna; nigdy nie żaliła się, nigdy nie chciała się pojednać, choć brat, który ją zawsze bardzo kochał, zwłaszcza po śmierci ojca usilnie się o to starał.
Gdy Hugo ożenił się, przykazał swej żonie, aby co dzień odwiedzała pustelnicę, która nigdy nie opuszczała wieży.
Obie kobiety już nie żyły...
Syn hrabianki, Geoffroy — tak nazwany po swym ojcu — rósł jakby własny syn hrabiego Hugona, i zaprawdę: najdumniejszy ojciec nie powstydziłby się takiego syna! Wyrósł na urodziwego młodzieńca, barczystego, śniadego; oczy miał wielkie, przeszywające; nigdy prawie uśmiech nie wykwitał na jego ustach.
Chociaż bowiem opływał w dostatki, miał piękne szaty i kosztowną zbroję, rumaka i sokoła, choć nikt mu nigdy złego słowa nie powiedział i nie przypominał pochodzenia — to jednak osnuwał go jakiś cień smutku; jeśli nie włóczył się po lesie sięgającym niemal do fosy zamkowej, trzymał się z dala od ludzi głośno mówiących, rozradowanych; stale bawił w tej samej izbie, w której go matka urodziła, jakby na całym świecie nie miał innego locum, w którym by chętnie przebywał. Kiedy jeszcze matka jego żyła, otoczył wieżyczkę krzewami róż; jej łóżko, komodę i skrzynię utrzymywał w tym stanie, w jakim matka te przedmioty pozostawiła; sam był niejako zupełnie bez potrzeb, niczego się nie domagał, o nic nie prosił, jakby każdej chwili był gotów porzucić kąt, w którym przeżył swe dzieciństwo i lata młodzieńcze. Oczywiście hrabia Hugo ani myślał o tym, by czymkolwiek dotknąć chłopaka; przeciwnie, starał się wszelkimi sposobami pozyskać jego serce. Miłość, jaką odczuwał ku siostrze, przeniósł na jej syna. Ale mimo jego starań, mimo dobroci i dowodów miłości Geoffroy nie mógł wymóc na sobie, by uścisnąć dłoń człowieka, który zabił jego ojca. Toteż cóż wreszcie hrabia mógł uczynić innego, jak pozostawić chłopca własnemu losowi. Nigdy nie żądał odeń żadnych posług, a gdy majątek jego stopniał do cna, raczej sam odmawiał sobie wszystkiego, niżby Geoffroy miał odczuć jakikolwiek niedostatek. Ilekroć hrabia Hugo wybierał się w gościnę na pobliskie zamki, nigdy nie brał z sobą chłopaka; nie jakoby wstydził się tego potomka wędrownego trubadura, ale po prostu dlatego, by młodzieniec nie był świadkiem jego lekkomyślnego trybu życia i aby nie zepsuły go wielce rozluźnione obyczaje na okolicznych dworach rycerskich.
Toteż Geoffroy zdziwił się bardzo, gdy wuj go o tak niezwykłej porze wezwał na zamek. Natychmiast wdział ubranie i udał się z odźwiernym do komnaty hrabiego. Zastał go przy stole, na którym stała świeca woskowa, przy pisaniu listu. Geoffroy zatrzymał się u progu, czekając, aż hrabia skończy. Napisawszy list, hrabia oparł siwą głowę na ręce i zadumał się głęboko. Trzykrotnie Geoffroy wymienił swe imię, zanim stary otrząsł się z zadumy. Gdy młodzieniec spojrzał w zatroskaną twarz i zgasłe oczy wuja, przeraził się. Zapytał, co mu dolega, czy nie nie należałoby sprowadzić lekarza...
— Osiodłaj konia, Geoffroy — rzekł hrabia Hugo, z trudem dźwigając się z krzesła i zamykając list swą pieczęcią. — List ten musi dziś jeszcze być doręczony przeoryszy klasztoru Montsalvaire. Chcę rozmówić się tu z moją córką. A że sam do niej udać się nie mogę... ostatnia jazda nocą bardzo mnie osłabiła, muszę położyć się do łóżka... życzę sobie, abyś pojechał po kuzynkę i sprowadził ją tu jak najszybciej. Weź ze sobą pachołka, aby w jukach przywiózł suknie i wszystko, co moja córka ma w klasztorze. Przeorysza pożyczy koni dla dziewczyny i panny służebnej. Proszę ją o to w liście. W połowie drogi przenocujecie na folwarku La Vaqueira, gdyż moja córka nie przywykła do tak długiej jazdy konno, a lato jest upalne. Wieczorem trzeciego dnia spodziewam się was tu zobaczyć.
Młodzieniec wziął list, zatrzymał się chwilę u progu, jakby chciał jeszcze o coś zapytać, potem rzekł tylko: — Stanie się tak, jak każesz, panie! — i ukłoniwszy się, wyszedł. W korytarzu wydało mu się, że ktoś woła go po imieniu, przystanął więc na chwilę, chcąc się przekonać, czy się nie pomylił. Gdy jednak nic więcej nie usłyszał, pobiegł do stajni, wyprowadził swego konia, dał jednemu z nielicznych, pozostałych jeszcze na służbie pachołków zlecenie, by szykował się do drogi — i z niezwykłą szybkością wydostał się przez most zwodzony z zamku.
Wykonał zlecenie z wielkim pośpiechem, gdyż lękał się, by hrabia nie zmienił postanowienia i nie kazał mu wracać. Od ośmiu bowiem lat, a więc przez cały czas nieobecności Garcindy na zamku, nie zdarzyło się ani razu, by go stryj wysłał kiedy do Montsalvaire; widocznie starannie unikano, by kuzynostwo się nie spotkało. W latach dzieciństwa Garcinda najbardziej z wszystkich lubiła swego małomównego i przekornego kuzyna, syna wędrownego śpiewaka, który już wówczas w małej wieży starał się jak najbardziej odosobnić od ludzi. Służba szeptała między sobą, że tylko z powodu młodego Geoffroy hrabia wysłał swą córkę do klasztoru zamiast wziąć do domu wychowawczynię, jak to zwykle czynią wdowcy, nie chcąc rozstawać się z dziećmi.
I oto Geoffroy został teraz wysłany, by sprowadził kuzynkę, która — jak powszechnie mówiono — wyrosła na przecudnej urody pannę. Czyżby ktoś ubiegał się o rękę Garcindy, iż więcej nie trzeba jej było strzec przed rozmiłowaniem się w kuzynie? A może podczas nocnej jazdy przyłączyła się do starego hrabiego jako towarzyszka na swej upiornej szkapie Śmierć i skłoniła go, aby pogodził się z Bogiem i ludźmi, pozwolił swemu dziecku tak postąpić, jak mu serce nakazuje? Takie myśli zaprzątały głowę młodzieńca, gdy szykował się do drogi.
Gdy jednak stracił z oczu zamek Malaspina, zaprzestał dręczących rozmyślań i począł sobie przypominać towarzyszkę zabaw dziecięcych; żywo przed jego oczyma stanęła jej zgrabna postać, urocza twarzyczka, białe ząbki i ciemne, roześmiane oczy. Dzień był pogodny; piękne niwy Prowansji rozpościerały się w przepychu złotych zbóż; po raz pierwszy życie wydało się chłopakowi rozkosznym darem. Począł śpiewać pieśń, tę, którą ojciec jego zdobył sobie serce matki. Znalazł ją w śpiewniku, między papierami pozostawionymi przez matkę:
Lo douz chans d’un auzehl
Que chantava en un plays,
Me desviet l’autr’ier
De mon camin...10
Nie wiedział, dlaczego właśnie ta pieśń, którą zresztą zawaze czytał z wielką zgryzotą, przyszła mu na myśl. Dziś śpiewał ją pełnym głosem i z radością w sercu.
Gdy jednak pod wieczór zbliżył się do klasztoru, ucichł, a czoło jego znowu przesłoniły chmury. Serce silnie mu biło, gdy zapukał do bramy i podał jednej z zakonnic poprzez kratę list do przeoryszy; czekał przed bramą na odpowiedź, gdyż nie wolno mu było przestąpić progów klasztoru. Niebawem otrzymał odpowiedź, że zlecenie hrabiego będzie wykonane; nazajutrz rano zastanie mu wydana hrabianka i jej towarzyszka; przeorysza prosi, aby udał się na noc do domku ogrodnika znajdującego się opodal klasztoru; tam są przygotowane noclegi dla gości klasztornych, tam też otrzyma wieczerzę.
Noc dłużyła się bardzo młodzieńcowi; najwierniejszy jego przyjaciel, sen, nie zjawiał się, jak zwykle, by skrócić czas oczekiwania.
Skoro zaświtało, osiodłał konia, pożegnał się z ogrodnikiem i wraz ze swym pachołkiem udał się pod bramę klasztorną, by oczekiwać pojawienia się Garcindy.
Niebawem otwarła się brama, wyszła przeorysza, a za nią wszystkie zakonnice. W ich gronie znajdowała się hrabianka i jej towarzyszka. Poczęły się uściski i błogosławieństwa, łzy i westchnienia, tak że Geoffroy przez dłuższy czas nie mógł przypatrzyć się twarzy swej kuzynki, wciąż otoczonej welonami i białymi kapuzami zakonnic. Tylko błysk czarnych oczu i połysk jasnych włosów wprawił go w takie zmieszanie, że nie słyszał wcale, gdy przeorysza przystąpiwszy doń zapytała, czy jest doprawdy posłańcem hrabiego de Malaspina i czy to on przyniósł wczoraj list domagający się wydania młodej hrabianki. Dopiero pachołek, który ze złożonymi do modlitwy rękami gapił się na święte kobiety, widząc, że Geoffroy nie odpowiada wcale na pytania przeoryszy, trącił go łokciem i przywrócił w ten sposób do przytomności. Geoffroy począł tłumaczyć, że pan Hugo zachorzał11, nie może sam przybyć po swą córkę; polecił mu więc zabrać ją; przykazał, by nie forsować jazdy i przenocować w La Vaqueira.
Przeorysza poczęła się wahać, czy można tak młodemu człowiekowi powierzyć dziewczynę; zatroskanym wzrokiem powiodła ku niebu, a potem zwróciła się do kilku starszych zakonnic, pytając je o radę.
Wtem spośród zakonnic wysunęła się Aigleta, córka mamki Garcindy, i podając rękę młodzieńcowi zawołała:
— Witajcie, panie Geoffroy! Co za smukły młodzian wyrósł z waszeci12 w tych ośmiu latach, gdyśmy się po raz ostatni widzieli!
Słowa te przekonały przeoryszę, że rzeczywiście młodzian jest posłańcem hrabiego Hugona. Uścisnęła Garcindę, zrobiła nad nią znak krzyża i pomogła jej sama usiąść na starym siwku klasztornym. Geoffroy umieścił Aigletę na rączym koniku i wśród płaczu, powiewania chustkami, nawoływań i ostatnich słów pożegnania, ruszyła mała kawalkata13 spod bramy klasztoru Montsalvaire.
Początkowo jechali w zupełnym milczeniu. Po kilku zapytaniach, jak się ojcu wiedzie i co w domu zaszło — Garcinda ani słowem więcej się nie odezwała do Geoffroy; może urażona była krótkimi, acz pełnymi szacunku jego odpowiedziami.
Potem jednak Aigleta, której rozstanie z klasztorem widocznie wcale nie martwiło, wprowadziła żywszy, weselszy ton; zaczęła opowiadać, jak to co dzień obmyśliwała inne psoty, by zapobiec nudzie i monotonii życia w murach klasztornych. Umiała doskonale naśladować głosy poszczególnych zakonnic, ich szepty, gdy je ktoś obserwował, ich śmiechy, gdy nie było nikogo w pobliżu, ich kłótnie i złośliwości, ich czułostkowość. Imitowała głęboki głos przeoryszy opisującej niebezpieczeństwa i pokusy świata. Wreszcie wygłosiła żartobliwą przemowę, w której opisywała, jak to szatan czyha na cnotliwe dziewice, opuszczające zacisze klasztoru, i jak zapewne w tej chwili zakonnice modlą się, by odważni rycerze, a zwłaszcza młodzi kuzynkowie nie czynili zamachów na cnotę dziewiczą...
Garcinda jadąca przodem przerwała te wybuchy dobrego humoru Aiglety, łagodnym głosem strofując ją za bezbożne słowa.
— To grzech — mówiła — za tyle miłości i dobroci doznanej w klasztorze kpić z zacnych mniszek. Ja przynajmniej nigdy nie zapomnę, że w mym sieroctwie zaznałam tam tyle szczerych uczuć siostrzanych i opieki macierzyńskiej...
Aigleta zamilkła; z podziwem przypatrywała się pięknemu młodzianowi, który w zakłopotanym milczeniu jechał stępa obok dziewcząt.
Im dłużej trwała jazda, tym większa była udręka młodzieńca. Już w latach chłopięcych obraz kuzynki był dla niego wcieleniem czaru i piękna, ale wrażenie to w ciągu wielu lat rozstania niemal zupełnie wytlało w jego sercu. Teraz od pierwszego wejrzenia rozgorzał w nim płomień sprawiający mu większą udrękę, niż kiedykolwiek w życiu znosił. Pomnażała jego męki również jej oschłość, chłód. Aczkolwiek nie wiedział jeszcze, czy przyczyną tego jest brak sympatii dla jego osoby, czy też duma córy rycerskiej wobec biednego potomka wędrownego komedianta — to jednak w tych godzinach wspólnej jazdy przeżywał całą mękę naporu rozpaczliwych, kłębiących się w mózgu myśli; a były to myśli pełne rezygnacji i buntu zarazem, myśli o obowiązku rycerskim i szaleńczych nadziejach... Przemykało mu po głowie, dla kogo teraz odwozi tę przecudnej urody dziewicę, czy już jej ręka jest dla kogoś przeznaczona, czy też tylko tęsknota starego i schorzałego14 ojca powołuje córę do opustoszałego domu. Ale nawet w tym wypadku: czyż nie nadejdzie dzień, w którym zjawi się na zamku szlachetnej krwi młodzian i zerwie ten kwiat?
Coraz bardziej chmurzyło się jego czoło i coraz smutniejszy stawał się wyraz jego twarzy. Wreszcie zwróciła na to uwagę panna i zapytała, czy nie chciałby pokrzepić się jadłem i winem. Geoffroy, rumieniąc się po uszy, począł się tłumaczyć, że wyczerpany jest szybką jazdą poprzedniego dnia, że spędził w domu ogrodnika noc bezsenną. Zgodził się na krótki wypoczynek.
Zatrzymali więc konie na skraju lasu, w cieniu drzew, tuż obok źródła i pokrzepili się zapasami, które mniszki dały na drogę. Od razu wszystkim humory się poprawiły, zwłaszcza że Aigleta, zapomniawszy już, że ją hrabianka przedtem strofowała, znowu zaczęła dowcipkować i zabawiać wszystkich swymi żartami. Garcinda siedziała w cieniu wysokiego drzewa i cierpliwie znosiła, że jej wesoła służebna, ani na chwilę nie mogąc usiedzieć na miejscu, poczęła z liści i kwiatów wić wieńce, przyozdabiać nimi wszystkich, nawet pachołka i pasące się na murawie konie, śpiewając równocześnie pieśni wcale nie przypominające nastrojem klasztornych hymnów, a pobudzające pachołka do głośnego śmiechu.
Wreszcie hrabianka wstała, usunęła z czoła i szyi wieńce i nakazała podać sobie konia. Natychmiast pobiegł Geoffroy — choć wypoczynek na skraju lasu wydał mu się rajską rozkoszą — i sprowadził rumaka hrabianki. Sam pomógł jej umieścić się w siodle, nie odważył się jednak spojrzeć na małą nóżkę, którą wsiadając oparła na jego ręce. Garcinda ruszyła kłusem, a za nią mała kawalkata. Geoffroy jechał teraz z podniesioną głową, jakby czerwone wino klasztorne, którym go uraczyła Aigleta, wzburzyło jego krew i wypłoszyło ponure myśli.
La Vaqueira, dokąd przybyli pod wieczór, był to folwark, który przed kilku laty należał jeszcze do rodu Malaspina; potem jednak został oddany w zastaw (było to po całonocnej grze w kości, podczas której hrabia Hugo przegrał tę wieś do hrabiego Peire de Gaillac); o wykupieniu zagtawu oczywiście mowy być nie mogło wobec zupełnego zubożenia pana de Malaspina. Zarządca tego folwarku i jego żona, mieszkający tu z wielką gromadą pastuchów i dziewek służebnych, nie wiedzieli zgoła, że posiadłość nie należy więcej do dawnego pana (hrabia Peire de Gaillac wcale dotychczas nie zatroszczył się o tę posiadłość). Toteż powitali hrabiankę Garcindę z całym respektem należnym córce właściciela i natychmiast po jej przybyciu zakrzątnęli się około godnego przyjęcia gości.
Mieszkali w jednoizbowej chałupie; sami posłali sobie w kuchni, a izbę odstąpili obu dziewczętom. Geoffroy wszedł po drabinie na strych i tam przenocował na sianie. Późno już było, gdy zasnął, gdyż przez dłuższy czas — wieczór był przepiękny, niebo roziskrzone gwiazdami — spacerował z dziewczętami po folwarku i wiódł z nimi długie, poważne rozmowy. Panny, choć obie były zmęczone całodzienną jazdą konną i długą wieczorną przechadzką, przez wiele godzin zasnąć nie mogły; rozbierając się prowadziły ożywioną rozmowę.
— Dlaczego przez cały dzień, Garcindo, byłaś tak smutna? Czy gniewasz się jeszcze na mnie, że żarty stroiłam i różne plotłam głupstwa? Pojmij, jak bardzo byłam uradowana, że wreszcie mogłam wydostać się poza furtę klasztoru i podziwiać świat boży! — rzekła Aigleta, splatając w warkocze włosy swej pani i przyjaciółki.
— O nie, moja droga — odparła Garcinda — nie gniewam się wcale na ciebie. Zazdroszczę ci, że z tak lekkim sercem odbywasz tę podróż. O, jak mi ciężko na sercu... Aigleto! Marzyłam o tym, że kiedyś wrócę do ojca, oddychać będę swobodnie, powitam radośnie świat poza wzgórzem klasztornym. A teraz...
— Czy świat nie wydaje ci się dość piękny, niebo dość błękitne, łąki dość zielone, jeziora dość przezroczyste, by się w nich odzwierciedlała cała twa piękność? — roześmiała się przyjaciółka.
— Nie kpij z mego smutku, mego przygnębienia! — odparła hrabianka. — Zważ, w dniu, w którym wracam z zacisza klasztornego w świat, nie ma przy mnie ojca, nie mogę ująć jego dłoni, słyszeć jego słów... O najdroższa, coś tajemniczego, smutnego, a może nawet okropnego ukrywają przede mną... przeczuwam jakieś straszne nieszczęście i to rzuca cień na ten tak przeze mnie utęskniony dzień wolności i powrotu do domu...
— Głupstwa! — rzekła Aigleta. — Czy mam powiedzieć, gdzie znajdowała się chmura, która rzucała ten cień?... Na czole i oczach pana Geoffroy... Zaprzeczaj, jeśli chcesz, ale co wiem, to wiem i nie na próżno dał mi Bóg oczy... Rozumiem, że martwi cię jego zachowanie, jego sztywność! Co za głupia mina, gdy się ma szczęście służenia dwóm młodym, przystojnym panienkom, z których jedna zresztą jest rodzoną kuzynką! A wieczorem, gdy spacerowaliśmy wśród łąk, czy mówił coś rozsądnego? Tylko o gwiazdach na niebie i o tym, czy po śmierci dusza tam się dostanie... Zdaje mi się, że miał gwiazdy o wiele bliżej siebie, a dla prowadzenia rozmów o śmierci nie musiałyśmy opuszczać Montsalvaire. Jest on wprawdzie śmiertelnie zakochany, ale to go nie usprawiedliwia. Takie słowa dobre są w wierszach lirycznych, ale patrząc w oczy ślicznej dziewczyny mógłby...
— Co za głupstwa pleciesz! — przerwała Garcin — da. — Czy nie wiesz, dlaczego jest taki smutny i dlaczego już nigdy w życiu nie będzie w nim szczerej, prawdziwej radości? Doprawdy, nie powinien tak bardzo brać sobie do serca swego pochodzenia. Gdyby ruszył na jatkiś daleki książęcy dwór i tam spełniał służbę rycerską, nikt nie przypominałby mu tajemnicy pochodzenia; zdobyłby sobie sławę i bogactwa i mógłby się ubiegać śmiało o córę rycerskiego rodu. A choć jest marzycielem, to jednak powinien dobrze sobie uświadamiać, że o mnie myśleć nie może; wszak ojciec mój nie oddałby mnie jemu nigdy. Raczej sądzę, że nienawidzi mnie jako córkę tego, który zabił jego ojca. Czy moja to wina? Ja przecież wobec niego tak się zachowuję jak za lat naszego dzieciństwa; uczyniłabym też wszystko, by zdobyć sobie znowu jego zaufanie.
— Hm! — rzekła Aigleta rozpinając gorset swej pani — możliwe, że masz rację. A jednak rada byłabym, gdyby mnie tak nienawidził jak ciebie... Nie życzyłabym sobie niczego więcej... Ale mnie, córę służebnej... Któż by sobie zadał tyle trudu, aby zastanowić się, czy godna jestem miłości, czy nienawiści? A zdaje mi się, że my obie zasługujemy na taki trud. — Z dobrego rodu czynnie — wszystko jedno! Skoro tylko dostanę się między ludzi, zobaczysz, donna comtessa, że w sieć tych moich ciemnych włosów złowię sobie polnego ptaszka równie dobrze jak — ty z twoimi jasnymi włosami...
— Gdyby cię kto usłyszał — przerwała Garcinda — sądziłby snadnie, że skądinąd jedziesz, a nie z klasztoru... Ale czas już spać. Chciałabym śnić, że już jesteśmy u kresu podróży i mogę uścisnąć mego ojca.
Przeszło godzinę leżały już w łóżku, a żadna nie zasnęła. Łóżko było wprawdzie twardsze niż w Montsalvaire, ale były obie zdrożone jazdą; mimo to sen nie kleił powiek. Nagle Aigleta uniosła się z pościeli i rzekła:
— Nie wierzyłam zakonnicom, gdy mówiły, że świat pozbawia ludzi spokojnego snu. I oto patrz, zaledwo opuściłyśmy klasztor, unika nas sen. A nie jesteśmy przecież zakochane... Ja mogę to o sobie przynajmniej całkiem stanowczo, powiedzieć... O Święta Dziewico z Montsalvaire! Co to będzie, gdy i nadal nie będziemy mogły spokojnie zasypiać? Ty oczywiście będziesz miała męża, a potem kochanków, ilu ich tylko zechcesz... ale ja? gdy mi się kto spodoba, a nie będę go mogła dostać, zdaje mi się, że podpalę las i skoczę w płomienie...
— Co ty wygadujesz! — odpowiedziała Garcinda, nie podnosząc głowy z poduszki. — Czy sądzisz, że wzięłabym męża, którego bym nie kochała? Albo że ojciec zmusiłby mnie do tego wbrew mej woli? Czy nie wiesz, że nie ma istoty na świecie, którą kochałby bardziej niż mnie? Śpij spokojnie... Zdaje mi się, że za wcześnie wypuszczono cię z klasztoru.
— Amen! — rzekła Aigleta, naśladując niski głos przeoryszy.
Potem głośno się roześmiała i ani słowa więcej nie rzekła. Niebawem była pogrążona w głębokim śnie, gdy jej młoda pani długo jeszcze leżała, rozmyślając nad swą przyszłością.
Następnego poranku gdy obydwie panny pojawiły się na progu, konie dawno już stały osiodłane na podwórzu zagrody. Uprzejmie skinęły głową Geoffroy i podziękowały rządcy folwarku za gościnę. Potem ruszyły w drogę, by jeszcze przed skwarem południa zdążyć do Malaspina.
Znowu podczas drogi bardzo mało mówiono; młodzieniec był bledszy i pochmurniejszy niż wczoraj; nawet Aigleta jechała zamyślona i od czasu do czasu wzdychała. Z trudem mogła nadążyć za hrabianką, która ostrogami popędzała konia do szybkiego biegu. Raz Garcinda zwróciła się do kuzyna ze słowami:
— Czy sądzisz, że ojciec wyjedzie naprzeciw mnie?
— Przypuszczam, że tak — odparł młodzieniec, nie ważąc się na nią spojrzeć, gdyż i on miał złe przeczucia.
Gdy przybyli na miejsce, z którego można było zobaczyć zamek Malaspina, Garcinda zatrzymała konia i przez dziesięć pacierzy wpatrywała się w stare mury, ręką przysłaniając oczy przed blaskiem słońca. Droga wiła się jakby jasna, wąska taśma poprzez zielone pola, tak że widać było na niej każdy kamień. Ale nie można było zobaczyć żadnego jeźdźca... Również gdy kawalkata podjechała tak blisko, że strażnik na wieży zasygnalizował jej przybycie trąbą — nikt się nie pojawił; nikt nie pomyślał o uroczystym powitaniu, o jakim dziewczyna marzyła.
Wartownik ukazał się w otwartej bramie, a za nim kilku pachołków o mizernym wyglądzie i jeszcze mizerniejszych strojach. Geoffroy wymówił się jakoś i odjechał w stronę stajni; krwawiło mu się serce na widok rozpaczy Garcindy, nie mogącej zupełnie zrozumieć, dlaczego wśród tak przygnębiających i smutnych okoliczności dokonuje się jej powrót w dom ojcowski.
— Czy mój ojciec chory? — zapytała Garcinda wartownika.
— Tylko ciężki atak gośćca — odparł i spojrzał w okno komnaty zajmowanej stale przez hrabiego, jakby się spodziewał, że pojawi się tam jego pan, aby powitać wracającą córkę. Ale okno było puste...
— Poczekaj tu na mnie, aż cię zawołam, Aigleto — rzefcła Garcinda i poszła do ojca.
Geoffroy wprowadził konia do stajni, po czym poszedł do swej izdebki w samotnej wieży. Chociaż było już południe i głód mu doskwierał, nie zatroszczył się wcale o obiad, lecz usiadł na łóżku swej matki i spoglądał na śpiewnik swego ojca, który natychmiast po wejściu do izby wyjął z komody i położył na kolanach. Nie czytał jednak, wpatrywał się w czarne litery, a wsłuchiwał się w słowa, które mu własne serce podpowiadało...
Nagle twarz jego pokraśniała. Porwał się tak szybko z łóżka, że śpiewnik spadł z kolan na podłogę. Tak, to były jej kroki... poznał je od razu... oto dotknęła ręką klamki... oto przechodzi przez ciemną sień i już jest w izbie...
Przerażony, wpatrywał się w jej twarz. Była jakby odmieniona. Przed kilku godzinami promieniała młodością i nadzieją, teraz była jakby napiętnowana bólem, rozpaczą.
— Niepokoję cię i przeszkadzam, kuzynie — rzekła Garcinda bezdźwięcznym głosem. — Przychodzę, gdyż sądzę, że jesteś moim przyjacielem, może jedynym, jakiego mam. Pozwól, że usiądę... jestem bardzo znużona... nie na łóżku... tu zmarła moja ciotka... O mój kuzynie, gdybym wiedziała, że łóżko to stać by się mogło również i dla mnie śmiertelnym łożem, że serce moje znieruchomiałoby, gdybym się teraz tu położyła... Bóg świadkiem, uczyniłabym to natychmiast...
Opadła na niskie krzesło, które jej podsunął, zakryła twarz rękami i poczęła łkać.
— Na Boga! — zawołał. — Co się stało? Co powiedział ci ojciec?
Odjęła ręce z twarzy i spojrzała na niego poprzez łzy.
— Nie, nie będę płakała — rzekła. — Jeśli to wszystko, co właśnie przeżyłam, nie jest snem, nie wolno mi płakać jak dziecku... Powiedz mi przede wszystkim: czy prawdą jest, że pan de Malaspina jest żebrakiem, a córka jego posiada tylko tyle w majątku, ile ma na sobie w tej chwili?... Milczysz? Dobrze więc. Cóż mi na tym zależy? Od dawna już przeczuwałam, że czeka mnie ubóstwo... Widziałam je w klasztorze; nie biedy i niedostatku lęka się moje serce. Ale hańby, Geoffroy, hańby!
— Na krew Zbawiciela! — krzyknął. — Kto ośmiela się mówić, że grozi ci hańba, póki ja dźwignąć mogę miecz i lancę?
Nie odpowiedziała na to pytanie. Dopiero po pewnym czasie zapytała:
— Czy znasz hrabiego de Gaillac?
Młodzieniec poruszył się tak gwałtownie, jakby nogą dotknął węża. Mruknął jakieś przekleństwo i zmiął w ręce kraj jedwabnej makaty, którą łóżko było zasłane.
— Znasz go zapewne — mówiła dalej dziewczyna. — Również i ja go znam. Przed dwoma laty przybył podczas polowania do Montsalvaire z wielkim orszakiem rycerzy i pięknych dam. Całe to towarzystwo obozowało w gaju obok ogrodu klasztornego. Z altany mogłyśmy wszystko widzieć, uczty i pijatyki, słyszałyśmy pieśni, które śpiewała kochanka hrabiego przy wtórze harfy. Niebawem przeorysza wypędziła nas z ogrodu i zamknęła w klasztorze, zakazując pojawiać się za furtą, póki ci ludzie są w pobliżu. Potem weszła do nas i powiedziała mi, że hrabia de Gaillac oczekuje mnie za kratą; chciałby mnie zobaczyć, gdyż ma dla mnie pozdrowienia od ojca. Przeorysza wzięła mnie za rękę i prowadząc szepnęła mi do ucha: „Jesteś na uświęconym miejscu; nawet sam szatan nie miałby tu władzy nad tobą...” Za kratą ujrzałam tego bezbożnika z oczami jastrzębia, a twarzą wilka; obok niego stała piękna jego kochanka; mogłaby być raczej jego córką... Śmieli się, gdy pojawiłam się z przełożoną klasztoru; na jej widok zaprzestali chichotów. Słyszałam, że hrabia mówi do swej kochanki po toskańsku; rozumiałam wszystko, ale trudno byłoby mi teraz te słowa powtórzyć... Potem zwrócił się do mnie i powiedział, że mój ojciec jest jego najlepszym przyjacielem... Czułam, że na te słowa mąci mi się w głowie, miga mi przed oczyma — gdy oprzytomniałam, nie było ich więcej... Przeorysza ani słowem nigdy potem nie wspomniała o tych odwiedzinach, zakazała wymawiać nazwisko hrabiego de Gaillac. Nie słyszałam też tego nazwiska do dnia dzisiejszego... aż własny ojciec mi oświadczył, że nieszczęsnej nocy, gdy już resztkę majątku przegrał do tego człowieka... zagrał raz jeszcze w kości o bardzo wysoką stawkę... o rękę swej córki... i również przegrał...
Krzyk oburzenia i rozpaczy dobył się z piersi młodzieńca. Potem jednak ciało jego jakby znieruchomiało, głos uwiązł w gardle... W izbie zapanowała cisza...
— Nienawidzisz mego ojca, wiem o tym — rzekła wreszcie dziewczyna. — Wiem o tym od wielu lat i zawsze srodze się tym martwiłam. Ale to, co ci teraz powiedziałam, niech nie pomnaża twej nienawiści. Gdyż jeśli istnieje na świecie nieszczęśliwiec, który już tu znosi wszystkie udręki piekła i pokutuje za swe grzechy, to jest nim, wierz mi, Geoffroy, pan de Malaspina, który chętnie zamieniłby się z każdym żebrakiem u bramy zamku przystającym, gdyby mógł cofnąć to, co się stało. Wijąc się jak wąż rzucony do ognia, kryjąc twarz w poduszce, by nie spojrzeć mi w oczy, ojciec opowiedział mi, jak się to wszystko stało, jak go na zamku de Gaillac spojono winem, jak mu wciśnięto w rękę puchar z kośćmi. Gdy usłyszał szyderczy śmiech hrabiego, oprzytomniał i ujrzał przepaść, w którą wtrącił swe ostatnie dobro: szczęście jedynego dziecka... Usiłował na wszelkie sposoby odwieść zwycięzcę od domagania się wygranej, ofiarował mu się za pachołka, jeśliby tym mógł okupić długi... Na próżno. Hrabia roześmiał się szyderczo. Co? — powiedział — chcesz wdać się ze mną w handel? Chcesz mi dać starego koguta za młode kurczątko? Mam dosyć pachołków; brak mi młodej żony; starzeję się, a żadnej z mych przyjaciółek tak nie miłuję, bym jej zapisał moje ziemie i zamki; a zresztą wiem, że każda z mych kochanek z młodszymi ode mnie chłopakami wychyliłaby kielich na wiadomość o mym wczesnym zgonie. Wasza córka, panie de Malaspina — mówił de Gaillac — jest pobożna i cnotliwa; dobrze w klasztorze chowana, nawróci mnie, starego grzesznika, skłoni do bogobojnego życia. Nie oddałbym skarbów całego świata za jej rękę, która otworzy mi wrota niebiańskie. I dlatego wzywam was, hrabio de Malaspina, byście w ciągu trzech tygodni z nią tu przybyli i byli świadkiem naszego ślubu. Jako upominek ślubny dla mej narzeczonej a waszej córki ofiaruję wam z powrotem wszystkie pola i lasy, dwory i zagrody, które w ciągu lat od was wygrałem, byście nie jako biedak wydawali córę swą za mąż i na stare lata żyli znowu w dostatku... Po tych słowach pan de Gaillac wezwał służącego, aby mu poświecił w drodze do sypialni, i zostawił mego ojca samego.
Geoffroy poruszył się, jakby chciał coś powiedzieć, Garcinda wstała, przystąpiła do niego i położyła swą drżącą rękę na jego dłoni.
— Kuzynie — rzekła — wiem, co chcesz powiedzieć: że lepiej jest opuścić zamek i uciec w świat daleki niż znosić hańbę i oddać diabłu ciało i duszę. Ale zważ, że ojciec mój nie posiada nic więcej prócz swego honoru, swego słowa rycerskiego. Czy wolno mi, córce jego, nakłaniać go do złamania słowa? Żywię jednak nadzieję, mój przyjacielu, że zdołam zapobiec nieszczęściu. Mam zamiar napisać list do tego, który do mnie nabył prawo, a ty... ty, jeśli mi dobrze życzysz, musisz list ten osobiście wręczyć panu de Gaillac... i to dziś jeszcze; nie mogłabym bowiem spokojnie zasnąć, zanim nie otrzymam odpowiedzi. Wypocznij tu nieco i pokrzep się jedzeniem. Ja pójdę i napiszę list... W klasztorze zawsze chwalono mój kunszt pisania... oby Bóg zezwolił, by teraz mi się ten kunszt przydał! Patrz, odchodzę stąd o wiele spokojniejsza, niźli przyszłam, chociaż nie powiedziałeś mi ani słowa pocieszenia. Ale tu, w tym miejscu, gdzie jako dzieci byliśmy tak szczęśliwi, tu nie mogę sobie wyobrazić, aby ten szatański plan mógł się ziścić i honor ojca okupiony został hańbą córki!
Geoffroy głęboko westchnął, przycisnął jej rękę do swych ust na znak, że godzi się na wszystko, co mu zleciła.
Wtedy Garcinda położyła swą rękę na jego ramieniu i rzekła:
— Aigleta przyniesie ci list. Żegnaj, przyjacielu, oby Bóg cię prowadził!
Potem przystąpiła do obrazu Matki Boskiej, wiszącego na ścianie, złożyła ręce i szeptem modliła się:
Maires de Crist, ton filh car
Prega per nos, quens ampar
E quens garde de cazer
A la fin en desesper.15
Po czym wyszła.
*
Dzień i noc minęły; znowu minął dzień i noc. Geoffroy nie wracał.
Pan Hugo niezbyt się tym przejmował. Był przyzwyczajony do tego, że młodzian chadzał własnymi drogami i przez całe tygodnie był nieobecny. A teraz nienawistny był mu widok ludzi w ogóle. Godzinami całymi siedział nieporuszony na jednym miejscu w swej izbie; pokarmów, które mu przynoszono, prawie nie tykał, pił natomiast wiele wina, jakby w nim szukał zapomnienia tego wszystkiego, co się stało i stać się miało w najbliższej przyszłości.
Wieczorem pierwszego dnia przyszła do niego Garcinda. Nie odważył się spojrzeć na swe własne dziecko; gdy przystąpiła i dotknęła lekko ręką jego ramienia, całe jego ciało wstrząsnęło się, zsunął się z krzesła na podłogę i, czoło przyciskając do jej stóp, objął rękami jej kolana; z trudem zdołała go podnieść i odprowadzić na łoże. Odtąd nie przestępowała progu jego komnaty.
Trzeciego dnia o świcie Garcinda obudziła spoczywającą obok niej Aigletę.
— Słyszysz? Moja droga, słychać na moście dudnienie kopyt... tak... coraz bliżej... słyszę, otwierają bramę... to on! Matko Boska, co mi przyniesie? Życie czy śmierć?
Wyskoczyła z łóżka i szybko wdziała płaszcz. Również Aigleta pośpiesznie opuściła łoże.
Do izby sączyło się czerwone światło wschodzącego słońca i barwiło blade policzki hrabianki.
Byłaby wybiegła naprzeciw Geoffroy, gdyby miała na tyle sił; nagle uczuła bezwład w nogach; jakby je obciążono i przykuto do podłogi.
Stała na środku izby, gdy wszedł.
Również i on był blady, a gdy na powitanie pochylił głowę, Aigleta zauważyła, że nie zdjął skórzanej czapki, która sięgała do połowy czoła. Natomiast Garcinda nic nie widziała prócz jego smutnych, głęboką melancholią owianych oczu...
— Wracasz ze złymi wiadomościami... — rzekła.
Potem usiadła na ławce obok okna i słuchała jego relacji:
Tego samego wieczora przybył do zamku Gaillaka; popędzał konia do szybkiego biegu, by czasu nie tracić. Gdy go wprowadzono do sali, hrabia siedział właśnie przy wieczerzy: towarzyszyło mu kilku kompanów i jedna z jego przyjaciółek. Na niskim stołeczku u stóp hrabiego siedział karzeł. Piękna kobieta nalewała wciąż do srebrnego puchara czerwone wino i spijała odrobinę słodkiego napoju, po czym podawała puchar hrabiemu, który go wychylał do dna.
— Wręczyłem hrabiemu list — ciągnął Geoffroy — nie mówiąc ani słowa; podczas gdy czytał, myślałem, jak by przy tym stole wyglądała ta, która list napisała... Na tę myśl krew uderzyła mi do twarzy, czułem, że mąci mi się w głowie; musiałem oprzeć się na rękojeści miecza, by nie upaść. Jeden z gości spostrzegłszy to, zawołał, by mię odprowadzono do izby zajmowanej przez służbę i tam nakarmiono, gdyż zapewne jestem wygłodzony po całodziennej jeździe. Na to rzekłem: — Poczekam tu na odpowiedź i natychmiast wrócę do domu. — Tymczasem hrabia przeczytał list. Podał go, nie mówiąc ani słowa, sąsiadce. Ledwo ta przeczytała pierwsze słowa, poczęła się głośno śmiać.
— Kazanie! — zawołała. — Hrabio, dostajesz za żonę świętą kobietę!
Po czym zaczęła głośno odczytywać list. Słowa, które kamienie wzruszyłyby do łez, w sali tej wywołały tylko szydercze śmiechy. Po odczytaniu listu kobieta ta dumnym wzrokiem powiodła po całej sali i rzekła:
— Niech przyjedzie tu ta świętoszka! Nienawidziłam jej, gdyż myślałam, że opanuje cię, hrabio, i będzie tu władała. Ale jeśli jest podobna do listu, który napisała, nie lękam się jej! Nie tobie, Peire de Gaillac, przystoi włosiennica i pas nabity kolcami. Przywykłeś do żaru piekielnego, marzłbyś w atmosferze niebiańskiej. W piekle radość wielka panuje, gdy szatan widzi ludzi grzeszących, kipiących życiem! Piję za twe zdrowie, hrabio, oby twa cnotliwa i święta bogdanka niebawem pomnożyła nasze grono!
List, który krążył tymczasem po wszystkich obecnych, dostał się teraz w ręce karła.
— Nie tak trzeba ten list odczytać! — zawołał błazen. — Zważcie, jak to zrobić należy!
I począł wyśpiewywać głowo w słowo tonem, jakim w kościele odczytuje się litanię.
Nie mogłem się więcej opanować. Przyskoczyłem do bezwstydnika, wyrwałem mu list z ręki i uderzyłem z taką siłą w głowę, że potoczył się i upadł na podłogę.
— Jeśli nie mam otrzymać odpowiedzi godnej damy, która mnie wysłała, to niechby zamilkły bezczelne usta, naigrawające się z szlachetnej dziewicy i ściągające w błoto jej słowa.
Przez chwilę panowała w sali cisza. Potem przyskoczyli do mnie pachołkowie... Oprzytomniałem znowu w lochu, na wilgotnej słomie; krew spływała mi po twarzy, czułem dotkliwy ból na całym posiniaczonym ciele; dziękowałem jednak Bogu, że nie muszę więcej słyszeć bezecnych słów miotanych na ciebie, Garcindo.
Nie wiem, co się działo w ciągu nocy i następnego dnia. Popadłem bowiem w ciemnym lochu w głęboki sen. Około godziny dwunastej następnej nocy obudził mnie nagle blask pochodni; uczułem dotknięcie miękkiej ręki kobiecej. Obok mego łoża stała kochanka hrabiego i uczyniła znak, bym milczał i szedł za nią. Poprowadziła mnie przez kamienne schody, a potem przez wiele krużganków i komnat do małych drzwi, które otworzyła kluczem.
— De Gaillac postanowił, byś w lochu zginął z głodu — szepnęła. — Chcę cię uratować. Uciekaj! Za tymi drzwiami stoi osiodłany koń; przytroczyłam do siodła kosz z jadłem i napojem dla ciebie. Gdybyś kiedy zapragnął kobiety, przybądź do Carcassonne i pytaj o Agnieszkę z Sardynii; wskażą ci, gdzie mieszkam...
Czekała, co na to powiem; widocznie spodziewała się słów podziękowania i czułego pożegnania. Kiedy jednak milczałem, uchyliła drzwi i dotknąwszy ustami rany na mym czole rzekła:
— Biedny chłopcze, zasłużyłeś na lepszy los...
Wskoczyłem na siodło i ruszyłem w cwał. Chłód nocy orzeźwił mnie, czułem, że gorączka ustępuje. Popędzałem konia do coraz szybszego biegu i oto jestem tu... Tak skończyła się moja misja...
Garcinda wstała z ławki i przystąpiła do młodzieńca, jakby mu chciała coś powiedzieć. Nie mogła jednak dobyć głosu z gardła; ze spuszczonymi oczyma stała naprzeciw niego.
Natomiast Aigleta powiedziała:
— Pójdę i przyniosę balsamu i płótna, byśmy mogły opatrzyć ranę.
Ledwo poszła, gdy Geoffroy padł na kolana przed milczącą dziewicą, ujął jej ręce i zawołał:
— Rozkaż, co mam czynić! Życie moje ma dla mnie tylko tę wartość, że mogę je dla ciebie poświęcić. Nigdy nie wypowiedziałbym tego, co przepaja moje serce, gdyby nie to nieszczęście, które cię spotkało. Nie jesteś hrabianką, dumną córą pana de Malaspina, którą w snach mych przyrównywałem do dalekiej gwiazdy, hen w niebotycznych wysokościach. Jesteś biedną, nieszczęśliwą, udręczoną istotą i nie pogardzisz sercem miłującym cię nad życie. Najdroższa, rzeknij słowo, a wskoczę na koń i popędzę do Gaillaku16, by ten sztylet zatopić w piersi człowieka nastającego na twą cześć, choćbym ten czyn okupić miał natychmiastową śmiercią.
Po raz pierwszy uśmiech wy kwitł na jej bladej twarzy.
— Geoffroy — rzekła zbliżywszy swe wargi do krwawej rany na jego czole — twe słowa są podyktowane gorączką. Pójdź, połóż się, Aigleta, która zna się na, tym, obmyje twą ranę i przyłoży lekarstwo. Musisz pokrzepić się jedzeniem i snem. Przyjmuję bowiem to, co mi ofiarujesz... życie twe... Kiedy opowiadałeś o tym, co cię spotkało, zastanawiałam się nad tym, co mi należy uczynić. Ale nie pora teraz mówić o tym... Patrz, oto przychodzi twoja lekarka, oddaję cię pod jej opiekę, nie pożałujesz, jeśli będziesz posłuszny, i jak najprędzej odzyskasz siły... A ty, Aigleto, zajmij się gorliwie moim kuzynem i bacz, aby mógł jak najlepiej wypocząć...
Młodzieniec z podziwem patrzał na hrabiankę; nie mógł pojąć, że zachowywała taki spokój, kiedy przecież wrócił z Gaillaku z odmowną odpowiedzią i wszelkie próby odwrócenia nieszczęścia były z góry skazane na niepowodzenie.
Aigleta zaprowadziła go do jego izby w odosobnionej wieży, opatrzyła ranę, zmusiła do pokrzepienia się napojem i jadłem i opuściła wreszcie, gdy zauważyła, że zasypia.
Niedługo spał Geoffroy. Obudził się po kilku godzinach wypoczęty, nie czujący bólu głowy, który mu przedtem silnie doskwierał; czoło miał dzięki balsamowi Aiglety chłodne, a serce dzięki tajemniczym zapowiedziom Garcindy gorące. Usiadł obok okna, wpatrywał się w promienie słoneczne, powoli przesuwające się coraz bardziej na zachód, i w ptactwo okrążające wieżę. Nikt mu przez wiele godzin nie zmącił: spokoju. Pachołkowie siedzieli na kamiennych ławkach obok bramy zamkowej; dziewczęta znajdowały się widocznie w swej komnacie, gdyż nie zjawiły się ani razu. Na chwilę tylko ujrzał Geoffroy pana Hugona, który zbliżył się do swego okna i wpatrywał w głęboką fosę zamkową, jakby się zastanawiał, czy nie należałoby położyć kres męce... Włosy i broda hrabiego stały się śnieżnobiałe, twarz wychudła. Po chwili znikł z okna jak widmo...
Wreszcie słońce zaszło, nad lasem wzniósł się sierp księżyca i osrebrzył ogródek róż przed wieżą. Zamilkło ptactwo, słychać było rechot żab w fosie zamkowej. Było talk jasno w wieży, że młodzieniec mógł odczytać każdą literę w oprawnym w pergamin śpiewniku swego ojca. Nie wiedział jednak, co czyta...
Minęło sporo czasu — i oto z zamyślenia obudziły młodzieńca kroki. Przypadł do drzwi, otworzył je i ujrzał na progu obie dziewczyny. Powitały go tylko skinieniem głowy; dopiero gdy weszły do ciasnej izdebki, rzekła Garcinda:
— Widzisz... dotrzymuję słowa... Ale czy ty przez dzień nie powziąłeś innego postanowienia? Czy nie żal ci się uczyniło, że zbyt pośpiesznie wypowiedziałeś słowa, które słyszałam dziś rano?... Czy prawdą jest, że miłujesz mnie nad życie? I że życie poświęciłbyś dla mnie? Możesz śmiało mówić, Aigleta wie o wszystkim. Wiedziała ona już pierwej niż ja sama, że serce moje należy do ciebie... O mój drogi, już w La Vaqueira... gdyśmy rozmawiali o gwiazdach i nocą przechadzali się po łąkach... byłam tylko dlatego taka cicha i smutna, gdyż przeczuwałam, że tracę cię, że niebawem nie będę swobodnie rozporządzała własnym sercem i ręką. Bóg świadkiem: byłam wtedy zdecydowana okazać posłuszeństwo ojcu, gdyby moją rękę ofiarował obcemu jakiemuś, ale szlachetnemu człowiekowi. Ale stać się ofiarą niefortunnej gry w kości, być odstąpioną zwyrodniałemu osobnikowi w nieszczęsnej chwili, jakby zwierzę lub kawał złota — nie, tego zaprawdę Bóg sam nie wymaga, choć nam przykazał, byśmy czcili ojca i matkę. Widziałam we śnie matkę... płakała pochylając się nade mną... wiem, że gdyby żyła jeszcze, raczej uciekłaby ze mną w świat daleki, a nie dopuściłaby, bym dostała się do łożnicy pana de Gaillac... Oto jestem u ciebie, najdroższy, i jeśli prawdą jest to, co mi powiedziałeś dziś rano, a wierzę twym słowom, mam szczerą wolę natychimiast, tu, wobec Boga i mej Aiglety jako świadka, poślubić cię i uciec z tobą w świat... Wiem, że ojciec mój nie wsiądzie na koń, by nas ścigać i ukarać syna, tak jak to uczynił jego ojcu; ojciec mój bowiem zdaje sobie sprawę, że nie jemu sądzić nas przystoi, gdyż sędzia musi być człowiekiem bez win... A my, dokądkolwiek się dostaniemy, czyż nie będziemy szczęśliwi? Ja przy tobie, Geoffroy, a ty przy swej Garcindzie!
Po tych słowach podała mu swą drobną rączkę. Geoffroy początkowo stał nieruchomy i milczący, jakby nie rozumiał zgoła jej słów. Podziałały one na niego wprost obezwładniająco. Potem jednak opamiętał się i, zdejmując pierścień z palca, rzekł:
— Czy poznajesz go? To pierścień zaręczynowy mego ojca; wierność, którą ślubował mój ojciec, wręczając ten pierścień swej umiłowanej, okupił życiem. Oto wręczam go tobie i ślubuję wobec Boga i naszej wiernej przyjaciółki: nigdy nie będę należał do innej kobiety prócz Garcindy de Malaspina!
— A ja do żadnego mężczyzny prócz ciebie, Geoffroy!
— Amen, oby tak było! — rzekła Aigleta i złączyła ręce małżonków.
Potem przyklękli przed obrazem Madonny i przez chwil kilka cicho się modlili.
Gdy wstali i padli sobie w ramiona, Aigleta niepostrzeżenie opuściła izbę. Wyszła do ogródka i uplotła dwa wianki róż.
— Nie ma wesela bez wieńców! — rzekła, wróciwszy do izby i wieńcząc ich czoła.
Geoffroy udał się następnie do stajni, osiodłał konia i wyprowadził na most zwodzony. Tu oczekiwała go już Garcinda. Siadła przed nim na siodle, Geoffroy wspiął konia ostrogami i — zniknęli w lesie. Niezbyt wielki ciężar miał koń do dźwigania. Prócz miecza i sztyletu Geoffroy wziął tylko śpiewnik swego ojca. Garcinda nic ze sobą nie wzięła z zamku ojcowskiego prócz tego, co miała na sobie.
Przy blasku księżyca oddalili się od zamku ścieżyną leśną. Niewiele z sobą mówili. Tylko od czasu do czasu Garcinda obracała się ku niemu, całowała go i szeptała: mój mężu... Nie zdawali sobie wcale sprawy, jak niepewma przyszłość ich czeka; rozkoszowali się swym szczęściem, jakby żaden cień, żadna troska i niebezpieczeństwo nie przesłaniało ich miłości.
Gdy jednak opuściwszy las dostali się na pagórek, z którego Garcinda dopiero przed kilku dniami po wielu latach pobytu w klasztorze przypatrywała się zamkowi swych przodków — ujęła nagle cugle konia i zatrzymała go.
— Dlaczego tu mamy zatrzymać się, najdroższa? — zapytał Geoffroy.
Wciąż wpatrywała się poprzez uśpioną dolinę w ciemne mury, w osrebrzone światłem księżyca dachy zamku.
— Co tam widzisz? — zapytał młodzieniec, czując, że smukła postać, siedząca przed nim, zadrżała, jakby pośród ciepłej nocy letniej owionęły ją mroźne wichry. — Patrzmy przed siebie, a nie za siebie. Przed mami leży szczęście.
Smutnie potrząsnęła głową, nie mówiąc ani słowa. Nagle zdało jej się, że widzi w oddali w samotnym zamku ojca idącego chwiejnym krokiem z pochodnią w ręku od komnaty do komnaty i wołającego: gdzie moja córka Garcinda? Dałem w zastaw moje słowo rycerskie; muszę go dotrzymać. Gdzie moje dziecko i gdzie moja cześć? Nie mam zaprawdę nic więcej jak nazwisko bez skazy, i to też teraz tracę. Ostatnia z rodu Malaspina zabiera z sobą honor rodu; wie ona przecież, że nie mogę, jak przed dwudziestu laty, wsiąść na koń, by pomścić hańbę na uwodzicielu; jestem schorzałym i grzesznym starcem. Umrę z piętnem hańby na czole, zaś wrogowie moi rozgłoszą: aby nie uiścić się z długu, sam namówił córkę do ucieczki...
Nagle znikła ta wizja sprzed oczu Garcindy i natychmiast wyłoniła się druga: oto za nią i za Geoffroy pędzi na spienionych koniach mnóstwo rycerzy i pachołków... oto na czele ich Peire de Gaillac... oto Geoffroy walczy z przemocą i wreszcie pada barwiąc swą krwią zieloną niwę... oto słyszy szydercze słowa zwycięzcy: „Zazdrościłeś mi wygranej, synu wędrownego komedianta? Wierzyciel ma prawo przemocą wziąć dług, z którego dłużnik dobrowolnie nie chce się uiścić...”
Garcinda uczuła, że serce w niej bić przestaje. Uświadomiła sobie nagle: to, co uważała za szczęście, było tylko ułudą, majakiem, sennym marzeniem; ojca i męża, tych jedynych, których kocha, postępek jej naraża na niechybną śmierć...
— Na miłość boską! — krzyknął Geoffroy, czując, że umiłowana bezwładnie ciąży mu w ramionach. — Oprzytomnij, najdroższa! Pozwól, że ja ujmę cugle i pomkniemy ku wolności, życiu, szczęściu. Fatalność, krążąca nad tamtym zamkiem, nie dosięgnie nas, gdy będziemy hen, daleko! Miałażbyś...
Nie mógł dokończyć zdania, gdy spojrzał w oczy swej młodej żony, z których nagle znikł blask szczęścia i radości. Niebawem jednak blada twarz jej poczęła się ożywiać. Garcinda kilka razy głęboko westchnęła, spojrzała na niego wzrokiem pełnym miłości i wysilając się na uśmiech rzekła:
— Przestraszyłam cię, najdroższy. Czy mamy powód lękać się złych duchów, krążących dokoła tego zamku i zazdroszczących nam szczęścia? Ty, mąż mój, i ja, żona twa, na wieki ciałem i duszą złączeni? Co się zaś tyczy naszej ucieczki, to po głębokim zastanowieniu myślę, że Bóg nie chce, abyśmy wykonali ją tak, jak uplanowaliśmy sobie... Zemściłoby się to na nas i skończyło żałośnie jak wtedy, gdy twój ojciec uprowadził ciotkę... Słuchaj, mam inny zupełnie plan... dowiesz się o nim o świcie... Pochwalisz mnie, że tak mądrze wszystko obmyśliłam, aby wierzyciel nie miał żadnych uroszczeń do dłużnika, a równocześnie bym nie należała do żadnego innego mężczyzny, jak tylko do ciebie, którego wobec Boga poślubiłam. Pomóż mi zsiąść z konia, wrócimy pieszo przez las, noc jeszcze długa, a piękniejszej nocy poślubnej nikt życzyć sobie nie może. A teraz ucałuj mnie, bym znowu ujrzała uśmiech na twej twarzy, bo zaprawdę, życie jest zbyt krótkie, by choć przez chwilę zmącać je sobie zgryzotami i smutkiem.
Uczynił to, czego sobie życzyła; gdy jednak uścisnął ją i ucałował, nie mógł się powstrzymać od pytania:
— Co zamierzasz uczynić, Garcindo? Czy nie powzięłaś zbyt ryzykownego planu? A gdyby się nie powiódł i pogrążył nas w większe jeszcze nieszczęście?
Ona jednak uśmiechnęła się, położyła mai palec na usta i rzekła:
— Jesteś najbardziej zazdrości godnym małżonkiem na bożym świecie, mój panie i mężu: masz bowiem żonę, która umie zachować tajemnicę. A teraz nie nalegaj więcej. Co nas obchodzi jutro? Czyż jesteśmy tak starymi małżonkami, byśmy mieli rozmawiać o rzeczach ważniejszych niż nasza miłość? Powiedz, kochanku, czy podobam ci się naprawdę lepiej niż Agnieszka z Sardynii? Czy ma ona piękniejszą i gładszą twarz niż moja? Nie, nie obejmuj mnie tak gwałtownie: księżyc spogląda tak bezczelnie; wątpię, czy wie, żeśmy małżonkami. Chodźmy do lasu, jestem zmęczona jazdą i chciałabym wypocząć. Znam miejsce, gdzie strumyk płynie wśród mchów; rośnie tam wiele kwiatów... splotę świeże wieńce dla nas, bo te, które mamy od Aiglety, są już pogniecione. Biedaczka... Czy wiesz, że i ona ciebie bardzo kocha? Ale tak już jest na świecie: nie można mieć dwóch żon, prawo boskie zakazuje... Jeśli nie jestem lepsza od niej, to zaprawdę jestem nieszczęśliwsza... a właściwie byłabym nią, gdybym nie była posiadła twego serca...
Tak mówiła, a młodzieńca oszałamiały jej słowa jak najprzedniejsze wino.
Zeszli z pagórka i poszli w las. Koń stąpał za nimi, a wreszcie począł się paść, gdy na polance leśnej spoczęli na puszystym mchu. Opodal szumiał strumyk, księżyc świecił tak jasno, że nikt by zasnąć nie mógł, tym bardziej tych dwoje, którzy mieli sobie tyle do zwierzenia, a nie wiedzieli, co ich jutro czeka...
Gdy zaświtało i spadła rosa, młoda kobieta podniosła się i rzekła:
— A teraz pójdźmy do domu...
— Dokąd? — zapytał patrząc na nią zdziwiony.
— Chodź, pokażę ci. Czy mam inny dom niźli ten, w którym ty mieszkasz?
I zaprowadziła go przez most zwodzony do jego izdebki w wieży zamkowej.
— Tu chciałabym wypocząć — rzekła, siadając na łóżku jego matki — rada bym się godzinę przespać, zanim słońce się ukaże. Ale zostaw mnie samą, najdroższy; gdybyś tu był, nie przestalibyśmy rozmawiać i nie mogłabym spać. Podaj mi śpiewnik twego ojca, chciałabym przeczytać kilka wierszy przed zaśnięciem. A teraz ucałuj mnie na dobranoc... i idź! Najdroższy, kocham cię nad życie! Czy nie zaznaliśmy tyle szczęścia, że nic więcej nas zasmucić nie może? A gdybyśmy jeszcze sto lat żyli, czyż moglibyśmy zaznać więcej radości, gdyśmy już wychylili puchar wiecznej rozkoszy?
Długo i serdecznie ucałował ją i opuścił izbę.
Wkrótce potem poczęły piać koguty. Nie obudziły jednak młodzieńca spoczywającego w ogródku i otulonego tylko w płaszcz. Uśmiechał się przez sen.
Dopiero gdy już wysoko wznosiło się słońce na niebie, Aigleta dostrzegła go w ogródku. Przeraziła się, jakby ujrzała widmo, i dopiero, gdy usłyszała jego oddech, pochyliła się nad nim, by go obudzić.
— Jeszcze tu? — szepnęła. — A gdzie Garcinda?
Szybko zerwał się z murawy i nie mówiąc ani słowa powiódł ją w stronę wieży. Gdy otworzył drzwi, krzyknął jakby rażony śmiercionośnym grotem i przypadł do łoża. Leżała na nim jego młoda żona... Jedna ręka była złożona na sercu, z którego płynęła jeszcze cienka struga krwi, druga przytrzymywała śpiewnik...
*
Dopiero około południa odważono się donieść panu de Malaspina o tragicznym zgonie córki. Słuchał, jakby nie rozumiejąc, co mówiono. Również gdy go zaprowadzono do izdebki, w której dziecko jego leżało na łożu niby piękna śnieżnobiała rzeźba marmurowa, nie zdradził swych uczuć; ani jedno słowo nie padło z jego ust, ani jedna łza nie potoczyła się z oczu. Pozostał sam jeden przez całą noc przy zmarłej.
Nazajutrz kazał sporządzić nosze. Chciał dotrzymać słowa i zawieźć narzeczoną do Gaillaku. W milczeniu wykonywała służba jego zlecenia. Geoffroy, który byłby do tego nie dopuścił, leżał nieprzytomny; miał silną gorączkę; rana na czole otwarła się; Aigleta używała wszystkich znanych jej leków, aby go ratować.
Niebawem ruszył z zamku orszak: na czele konno pan Hugo; za nim na wysokich noszach, dźwiganych przez pachołków, martwa narzeczona, potem służba zamkowa i mnóstwo włościan.
Gdy orszak zbliżył się do Gaillaku, pan Hugo wysłał przodem herolda, który trzykroć zatrąbił fanfarę, a potem donośnym głosem zawołał:
— Dłużnik spłaca wierzycielowi dług!
Na to wezwanie zjawił się na tarasie swego zamku hrabia Peire de Gaillac. Gdy zoczył żałobny orszak, odwrócił, przerażany, głowę i ręką dawał znaki, by sobie poszli. Potem kazał czym prędzej osiodłać konia i pocwałował w dal. Gdy wrócił po wielu dniach, powypędzał kompanów i kochanice; odtąd wiódł na swym zamku żywot pustelniczy i nigdy uśmiech nie zakwitł więcej na jego twarzy.
Pan Hugo przykazał pachołkom, aby zanieśli nosze w pobliże kaplicy. Tu, na ziemi pana de Gaillac, któremu miał zwrócić dług, złożył ciało swego dziecka; nie pozwolił nikomu tknąć się łopaty; sam wykopał grób i sam go zasypał ziemią. Potem przykazał, by wszyscy odeszli. Sam został przy grobie. Gdy nazajutrz jeden z pachołków przybył, by dowiedzieć się, co się z jego panem dzieje, zastał hrabiego nieżywego; pochowano go obok Garcindy.
Geoffroy ruszył na wyprawę krzyżową i nie wrócił z niej. Żadna kronika o nim nie wspomina.
W historii klasztoru Montsalvaire można przeczytać, że pod koniec stulecia żyła przeorysza Aigleta z Malaspiny, zwana Sor Sofrensa — w dzisiejszym języku francuskim: Soeur Souffrance17 — która dożywszy późnej starości, zakończyła bogobojny żywot.