AKT I

Scena. Wąwóz lodowatych skał Kaukazu Indyjskiego69. Nad przepaścią widać Prometeusza w więzach. U stóp jego siedzi Pantea70 i Jona71. Noc. Podczas sceny z wolna świta poranek.

PROMETEUSZ

Wszechwładco bogów, demonów i duchów72,

Prócz jedynego73 wszystkich, co te jasne,

Te wirujące napełniają światy,

Na które tylko ty, a wśród żyjących

Ja tylko, patrzym bezsenną źrenicą;

O Zeusie, spojrzyj na tę ziemię, która

Twych niewolników roi się mrowiskiem.

A ty, za hołd ich, modły, uwielbienia,

Za hekatomby tylu serc złamanych

Odpłacasz grozą twego majestatu,

Ich samowzgardą i marną nadzieją.

A mnie — wrogowi — ślepy z zaciekłości,

Ku własnej hańbie, mnie ty pozwoliłeś

— Królować, tryumf odnosić nad moją

Nędzą, nad twoim bezsilnym szyderstwem.

Trzy tysiąclecia, co — łamiąc się wiecznie

W bezsenne chwile, w godziny katuszy —

Porówne latom, męka i samotność,

Szyderstwo, rozpacz... oto me królestwo,

Świetniejsze nad to, na które spozierasz

Z wyżyny tronu, o ty, dziś wszechwładny!

Wszechwładny — gdybym ja dzielić był raczył

Sromotę twojej tyranii, nie wisiał

Na tym skalisku, co orłom urąga,

Burzliwe, czarne, umarłe, bez granic,

Ziół, zwierząt, kształtu lub dźwięku żywota,

Biada mi, biada! Na wieki, na wieki!

Wytchnienia, zmiany, nadziei — o! żadnej.

A przecież znoszę. Więc pytam tej Ziemi,

Czy moich cierpień nie poczuły Góry?

Więc pytam Niebios, czy ich nie widziało

To wszechwidzące Słońce? Więc wśród burzy

I ciszy ciebie ja pytam, o morze,

Ty wiekuiście zmienny cieniu Nieba

Tu rozścielony, czy głuche twe fale

Nie dosłyszały mojego konania?

Biada mi, biada! Na wieki, na wieki!

Lodowce bodą mnie grotem kryształów,

Marznących nocą; łyskliwe kajdany

Piekącym chłodem wyżerają kości,

A pies skrzydlaty, plugawiąc dziób jadem

Nie swoich — twoich — ust, szarpie mi serce;

Bezkształtne widma wokół mnie koczują;

Straszydeł roje z królestwa senności,

Szydząc, przechodzą nade mną; Demonom

Trzęsienia ziemi kazano, by nity

Drgających ran mych zdzierały o skałę,

Co się rozwiera i zwiera pode mną;

A z jej otchłani tłoczą się i wyją

Geniusze burzy, podniecając wściekłość

Orkanów, aby chłostały mnie gradem.

A jednak miły jest mi dzień, noc miła.

Czy ten rozkuwa siwą mgłę poranku,

Czy ta gwiaździsto, z wolna, w ołowiane

Tło wschodu pełza; bo one prowadzą

Orszaki godzin, gnuśnych — lecz z nich jedna74,

Jak mroczny kapłan, uporną ofiarę

Pod nóż wlokący, wlec będzie i ciebie,

Okrutny Zeusie, abyś krew całował

Tych nóg wybladłych, co mogłyby wtedy

Tratować ciebie, gdyby nie gardziły

Zwalonym nędznie do stóp niewolnikiem...

Pogarda? O, nie! To litość nad tobą,

Bo jakież zniszczenie ścigać cię będzie,

Rozbrojonego, po przestworzach nieba!

Bo jakże dusza twa, trwogą rozdarta,

Jak otchłań piekła do dna się rozzieje!

Z boleści mówię, nie z naigrawania,

Bo nienawiści już nie mam, jak niegdyś,

Gdym jeszcze nędzą nie zdobył mądrości;

Przekleństwo owe, którem niegdyś rzucił

Na ciebie, chciałbym odwołać. —

— Wy, Góry!

Wy, których echa stugłose rozniosły

Tych czarów piorun po mgle wodospadów!

Wy, Źródła, które, kostniejąc pod lodem,

Na moje słowa drgałyście, a potem

Po całej Indii w dreszczach się rozpełzły!

Ty, przenajczystsze Powietrze, po którym

Palące słońce kroczy bez promieni!

Wy, kręte Wichry, coście w onej chwili

Niechwiejnym skrzydłem, nieme, nieruchome

Nad uciszoną zawisły otchłanią,

Straszniejszą niźli wasz piorun, gdy wstrząsa

Okręgiem świata! O, jeżeli wtedy

Me słowa miały moc — acz tak jam dzisiaj

Przeistoczony, że wszelka zła żądza

Zamarła we mnie i samo wspomnienie

O nienawiści — pomnijcież przekleństwo.

Jak brzmiało? — Wszakże słyszeli je wszyscy.

PIERWSZY GŁOS

od Gór

Po trzykroć trzysta tysięcy lat

Stojąc niezłomne tu, na pokładach

Trzęsienia ziemi, nieraz w jej ślad

Myśmy wszem tłumem drgnęły w posadach,

Jak zdjęty trwogą ludzki ten świat.

DRUGI GŁOS

od Źródeł

Nieraz piorunowe strzały

Wypalały nasze wody,

Gorzką krwią je pokalały;

A te, nieme, wciąż przez grody,

Przez pustynie upływały.

TRZECI GŁOS

od Powietrza

Gdy nagiej Ziemi pierwooblicze

Jam barwą własnej szaty natarło,

Nieraz jęczenie tajemnicze

Pogodną ciszę mą rozdarło.

CZWARTY GŁOS

od Burz

Od wieku wieków, wirem orkanu

Wokół tych gór krążył nasz lot;

Lecz nigdy jeszcze ani ów grzmot,

Ani ogniste źródło wulkanu,

Ni moc od góry, ni od poziomu

Dziwem nie tchnęła w burze pogromu.

PIERWSZY GŁOS

Pierwszy to raz mój szczyt zaobłoczny

Na twój się zatrząsł odzew wyroczny.

DRUGI GŁOS

Nigdy na fali indyjskiej łono

Takiego głosu nie poniesiono.

Sternik przez sen w gardziel odmętu

Z dreszczem śmiertelnym skoczył z okrętu;

«Biada mi!» — krzyknął i w gąszczu piany

Skonał, szalony, jak fal bałwany.

TRZECI GŁOS

Jeszcze pod słowy tak gromowymi

Nigdy się wskroś, od nieba do ziemi,

Nie rozstąpiła moja ojczyzna,

A gdy zarosła pierwsza ta blizna,

To w krwawy cień osnuł się dzień.

CZWARTY GŁOS

Zbiegłyśmy w trwodze, bo tam nas, aż tam

Sny o zniszczeniu wszerz świata i wzdłuż

Do lodowatych ścigały jam

I nakazały milczenie nam.

A wszak milczenie jest piekłem dla burz.

ZIEMIA

Od wzgórz skalistych milczące Jaskinie

Jęknęły: «Biada!»; bezdenne Niebiosa

Odjękły: «Biada!»; purpurowa fala,

Z dna Oceanu75, bijąc w ląd, do wiatrów

Siekących wyła — i ludy pobladły,

I ludy bowiem usłyszały: «Biada!».

PROMETEUSZ

Słyszałem głosy, lecz nie te, co niegdyś

Wyszły z ust moich. Matko, syny twoje

I ty bluźnicie temu, bez którego

Niezłomnej woli wy byście pospołu,

Jak mgła, pod wiatrem poranku rozwiana,

Pod dziką Zeusa wszechmocą zniknęli.

Więc mnie nie znacie?... Tytana, co stanął

Przez męki swoje wałem od pogromu

Waszego wroga? O, karmione śniegiem

Strumienie, w skałę oprawione smugi,

Po których, w cieniu, jam błąkał z Azją76,

Z jej ukochanych oczów77 pijąc życie;

Dlaczegóż nowy duch broni wam dawnej

Wspólności ze mną, com jeden ukracał

Jak rozpęd furii ogniami gnanego

Woźnicy — siłę i podstęp mocarza,

Który, zdobywszy tron, napełnia jękiem

Obezwładnionych swoich niewolników

Jasne pustynie i ciemne wąwozy?

Przecz78, Bracia, jeszcze nie odpowiadacie?

ZIEMIA

Nie śmieją.

PROMETEUSZ

Któż śmie? Bo chciałbym raz jeszcze

Usłyszeć owo przekleństwo. Ha! Jakieś

Wśród nich złowieszcze przebiegły szeptania,

Nie głosy... Tylko po krwi zatętniły,

Jak błyskawica, co drgnie, nim uderzy.

Mów, Duchu! Głos twój, niewcielony, tylko

Mnie tu wskazuje, że krążysz w pobliżu

I kochasz. Mów więc, jak ja go przekląłem

Przed wieki79?

ZIEMIA

Jakże możesz mnie dosłyszeć,

Ty, który nie znasz języka umarłych?

PROMETEUSZ

Tyś duch żyjący, mów mową żyjących.

ZIEMIA

Mową żyjących? Nie, nie śmiem przemówić,

By nie dosłyszał mnie dziki Pogromca

I nie osadził na kole męczeństwa,

Straszliwszym niźli to, po którym krążę.

Tyś pełen wiedzy, dobry, i — choć bogom

Ten głos jest tajny — tyś wyższy nad Zeusa

Sercem i wiedzą. Więc bacznie posłuchaj.

PROMETEUSZ

Po mózgu moim mrocznie, jak cień bury,

Migają straszne, nieprzejrzyste myśli,

Omdlewam, jakby w duszącym uścisku

Miłości — ale to nie jest rozkoszą.

ZIEMIA

Nie, mojej mowy ty słyszeć nie możesz:

Tyś nieśmiertelny, a ta mowa tylko

Tym bywa znana, którzy umierają.

PROMETEUSZ

A któż ty jesteś, o melancholijny

Głosie mój?

ZIEMIA

Jam jest matka twoja, Ziemia,

Po której żyłach kamiennych, aż w krańce

Ostatnich włókien najwyższego drzewa,

Co gronem listków potrząsa w powietrzu,

Przebiegła rozkosz, jak krew w żywym ciele,

Gdy ty z jej łona, we mgle majestatu

Powstałeś, duchu rozkoszy niebieskiej,

A na dźwięk głosu twego mdłe jej syny

Podniosły czoła z prochu pohańbienia,

A nasz Pogromca blednął — nim piorunem,

Niosącym zemstę, przykuł cię do skały.

O, wtedy... widzisz te światów miliony,

Co tu naokół toczą się i płoną:

Ich ludy były świadkami, jak zszarzał

W bezmiarach nieba mój okrąg świetlisty;

Pod dziwną burzą spiętrzyło się morze,

A nowy ogień z śnieżnych gór, rozdartych

Trzęsieniem ziemi, aż po niebokręgu

Granice włosy rozpuścił złowieszcze;

Doliny gnębił Potop z Błyskawicą80,

Po grodach osty zakwitły, po pysznych

Komnatach głodne dyszały ropuchy,

Bo Głód z Zarazą padły na człowieka,

Na zwierza lasów i ziemne robactwo,

A rdzawa rosa na drzewa i zioła;

W winnicach, w zbożu i wśród łącznej trawy

Bez liku lęgnął się chwast jadowity,

Ich wzrost tamując — bo piersi z boleści

Schły mi; powietrze, ten lotny mój oddech,

Skaziły tchnienia nienawiści, które

Matka zionęła na mordercę dziecka.

O tak, słyszałam ja twoje przekleństwo,

Którego, jeśli ty już nie pamiętasz,

To moje góry, niezliczone morza,

Jaskinie, wiatry, eter bezgraniczny

I oniemiałe narody umarłych

Jak czarodziejski skarb je przechowują.

Z nadzieją, z tajną radością ważymy

Wyroczne słowa twe myślą, lecz wyrzec

Tych słów nie śmiemy.

PROMETEUSZ

O, matko czcigodna!

Kto tylko żyje i cierpi, każdego

Pocieszasz; kwiatów, owoców, melodii,

Miłości nawet przelotnej nie żądam;

Tylko mych własnych słów mi nie odmawiaj.

ZIEMIA

Usłyszysz: Zanim Babilon81 legł w gruzy,

Mag Zoroaster82, umarłe me dziecię,

W ogrodzie spotkał kroczący swój obraz.

Jedyny z ludzi on miał to widzenie.

Bo wiedz, dwa światy są: życia i śmierci.

Jeden tu widzisz wokoło; świat drugi

Pod grobem leży, tam gdzie zamieszkują

Cienie wszech kształtów, co myślą i żyją,

Aż śmierć je złączy, by już nie rozłączyć.

To są sny, świetlne pierworysy ludzi;

Co stwarza wiara, miłość roi, wszystkie

Straszliwe, dziwne i piękne postacie.

I ty tam jesteś, jako cień stargany,

Wśród gór wiszący na wichrów stolicy;

Są tam bogowie wszyscy, są tam także

Wszystkie potęgi bezimiennych światów,

Olbrzymie widma z berłami, mężowie,

I bohaterzy, i dzikie zwierzęta,

I ów ponury pomrok — Demogorgon83,

I Zeus na tronie z płonącego złota.

O synu, jeden z nich wyjawi owo

Przekleństwo, które wszyscy pamiętają.

Wywołaj ducha twojego lub ducha

Zeusa, Hadesa84, Tyfona85 lub jednej

Z tych potężniejszych istot, co poczęte

W brzemiennym łonie Złego, po twej klęsce

Dziś depczą moich ukorzonych synów,

I pytaj — oni muszą odpowiedzieć...

Tak — niechaj raz już przewionie Najwyższa

Zemsta po próżni cieniów, jako wicher

Przez opuszczoną bramę zapadłego

W gruzy pałacu.

PROMETEUSZ

Matko, niech już nigdy

To, co złem grozi, nie przejdzie raz drugi

Przez usta moje lub mnie podobnego.

O, widmo Zeusa — powstań, ukaż mi się.

JONA

Skrzydła mi własne zaćmiły wzrok,

Skrzydła mi własne zaparły słuch,

Lecz i przez srebrny cienia ich mrok,

Przez ich drzemiące piórka i puch

Prześwieca Widmo, grzmią groźne tony.

Niechże przeminie nie w złej godzinie

Dla ciebie, więźniu, krwawo zraniony,

Gdy my dla siostry, o Bracie nasz,

Wieczne sprawujem czaty i straż.

PANTEA

To huk trzęsienia ziemi, to burze,

Ogień spod świata, dno gór zapadło:

Oto ponure kroczy widziadło

W ciemnej, gwiazdami tkanej purpurze;

Żylasta ręka widma-olbrzyma,

By dotrwać kroku na tle obłoku,

Bladozłote berło trzyma;

Dziki, spokojny wzrok zda się głosić:

«Jam mocen krzywdę spełniać, nie znosić».

WIDMO ZEUSA86

Przecz tajne moce tej dziwnej krainy

Mnie, wątłe widmo bez ciała, tu wparły

W szalonych burzach? Jakież mi niezwykłe

Po wargach drgają dźwięki, niepodobne

Do głosu, którym blade plemię nasze

Prowadzi trupią rozmowę w ciemnościach?

I któż ty jesteś, dumny męczenniku?

PROMETEUSZ

Straszny Obrazie! Takim, jak ty, musi

Być ten, któregoś cieniem. Jam wróg jego,

Tytan. Wypowiedz to, co słyszeć pragnę,

Choć próżny głos twój jest próżnią bez myśli.

ZIEMIA

Słuchajcie! — lecz niech milczy wasze echo —

Wy, siwe góry, wy, lasy przedwieczne,

Wysepne wody, jaskinie prorocze,

Zaczarowane źródła. Usłyszycie

To, czego dotąd wymówić nie śmiecie.

WIDMO ZEUSA

Duch przebiegł po mnie i mówi tam, w głębi,

Targa jak ogień chmurę błyskawiczną.

PANTEA

Patrz, jak potężny podniósł wzrok! Mroczeje

Niebo!

JONA

Przemawia! O, brońcie mnie, brońcie!

PROMETEUSZ

Jak wypisane na zwitku, już widzę

Przekleństwo w dumnej i zimnej postawie,

W spojrzeniach groźby i zemsty milczącej,

I w tej rozpaczy, co własnym uśmiechem

Urąga sobie. Lecz przemów, o, przemów!

WIDMO ZEUSA

«Wrogu, wyzywam Cię! Nieulękniony,

W ciebie odpieram wszystkie twoje groty:

Bogów i ludzi ciemiężco szalony,

O! Jednej tylko nie zmożesz istoty!

Wybuchnij na mnie wszech plag twoich deszczem,

Trupią niemocą, obłąkania dreszczem;

Niech mróz, niech ogień, twej pomsty narzędzie,

Wgryza się we mnie, gniew niech gradem będzie,

Gromem; niech orkan, z wędzideł spuszczony,

Wpędzą na mnie krwawiących furii legiony.

Brnij w złym. Poddałem ci pod dłoń wszechwładną

Wszystko — prócz ciebie i prócz mojej woli —

Więc z eterycznej wieży twej niech spadną

Na ludzkość czarne zastępy niedoli.

Ozioń w mroku piekłem całym

Ród ten, który ukochałem:

Moją i wszech braci duszę

Poświęcam ci na katusze.

Tu krnąbrna głowa męczarń się nie wzbrania,

Aż po kres niepochybny twego królowania.

A tobie — bytów pogromcy i panu —

Co ten świat płaczu napełniasz swą duszą,

Któremu wszystkie twory oceanu,

Nieba i ziemi hołd trwogi nieść muszą —

Przekleństwo, Zeusie! Niech jęk męczennika

Wyrzutów jadem w krew twoją przenika,

Wieczność twa niech będzie cała

Szatą jadem napuszczoną,

A wszechmoc twoja męczeńską koroną,

Aby, jak złoto w ogniu wraz z mózgiem stopniała.

Pod tym przekleństwem mnóż złe w tysiąckrotność,

Dręcz się widokiem dobrego na ziemi:

Bo te, jak wszechświat, są nieskończonymi,

Jak ty i twoja trawiąca samotność.

Groźna larwo87, acz od skroni

Ciszy świecisz majestatem,

Przyjdzie chwila, co przed światem

Wnętrzną istność twą odsłoni,

Kiedy po zbrodniach, po fałszu i zdradzie,

Czas i przestrzeń rozniosą wieść o twej zagładzie».

PROMETEUSZ

Mojeż to słowa, matko?

ZIEMIA

Twoje, synu!

PROMETEUSZ

Rodzico, żal mi i słów mych, i czynu,

Bo słowa marne to, przelotne tony;

A gniew zaślepia. Byłem zaślepiony.

Bodaj nie znała cierpień żadna istność żywa.

ZIEMIA

O! Nieszczęśliwa ja, nieszczęśliwa!

Zwycięży ciebie ten Zeus, wyklęty.

Zapłaczcie lądy i wód odmęty,

Rozdarta Ziemi pierś wam odpowie;

Zapłaczcie, żywych i zmarłych Duchowie,

Wasza tarcz, wasza schrona leży zwyciężona.

PIERWSZE ECHO

Leży zwyciężona.

DRUGIE ECHO

Leży zwyciężona.

JONA

Nie drżyj — to krótkie, spazmowe dreszcze,

Tytan Zwycięzcy nie uległ jeszcze.

Lecz patrzcie tam, tam, w szczerbę błękitu:

Pod śnieżnym grzbietem widłatej skały,

Spychając wiatry z żeber granitu,

Stopą, ozutą w złote sandały,

Skrzydłem, podobnym barwą w purpurze

Świeżo skąpanej słoniowej kości,

Od prawej ręki miga się w górze

Z wężów opaska i złota laska.

PANTEA

To Hermes88, Zeusa gońcem się zwie.

JONA

A oweż, z hydry89 włosem na łbie,

Których żelazne skrzydła wiatr wzdyma,

I tylko On je w posłuchu trzyma,

Gdy za nim stado wrzaskliwe gna,

Iście zgnilizny ziejąca mgła?

PANTEA

To wichrolotne psy z jego sfór,

Które jękami karmi i krwią,

Gdy na siarczanym rydwanie z chmur

Opuścić ma stolicę swą.

JONA

Więc z krajów śmierci, z głodną paszczęką,

Przyszły tu nową karmić się męką.

PANTEA

Jak zawsze: stały, niedumny wzrok więźnia.

PIERWSZA FURIA

Ha! Już zwietrzyłam życie.

DRUGA FURIA

Pozwól tylko

Zajrzeć mu w oczy. Ta myśl, że katować

Go będę, pachnie mi tak, jak stos trupów

Ptakowi śmierci na pobojowisku.

PIERWSZA FURIA

I ty śmiesz zwlekać, heroldzie? Ho! Hura,

Hura, psy piekła — a nużby syn Mai90

Spadł nam na strawę. Któż długo ma łaskę

U Zeusa?

HERMES

Precz stąd, do żelaznej wieży,

I tam, nad rzeką ognia i łez, głodnym

Zgrzytać mi zębem. Powstań, Gerionie91,

Chimero92, Gorgo93 i ty, najchytrzejsza

Z potwornic, Sfinkso94, coś niegdy Tebidom95

Zatrute z nieba przyprawiła wino:

Dzikiej miłości — dzikszej nienawiści96;

Sprawcie się pilnie.

PIERWSZA FURIA

Ach! Zlituj się, zlituj!

My umieramy z żądzy — nie odpędzaj.

HERMES

To milczcie, jędze...

Wielki Męczenniku!

Do niechętnego i najniechętniejszy

Schodzę tu z woli wielkiego Rodzica,

Aby wykonać wyrok nowej kaźni.

Ach! Żal mi — sam ja siebie nienawidzę,

Żem więcej zdziałać nic zdolen. Gdy żegnam

Spojrzenie twoje, to długo mi, długo

Piekłem się zdaje niebo, wciąż mnie ściga

Uśmiechem skargi znędzniała twa postać.

Tyś stały, mądry i dobry. Lecz próżno!

Sam jeden chciałbyś upierać się w walce

Z wszechmocą, którą uznały od wielu

Lat i uznawać będą owe światła,

Co mierzą, dzieląc, powolny prąd czasów,

Przed którym nie ma ucieczki. Dziś właśnie

Twój wróg uzbraja potworne potęgi,

Co w piekle srogie wymyślają męki,

I mnie poleca spędzić je, a z nimi

Wszech dzikich, jeszcze chytrzejszych demonów,

Co śpią w otchłani. Oby tak nie było.

Jest tajemnica, li97 tobie wiadoma98,

Prócz ciebie — żadnej z żyjących istności,

Która mu berło z rąk wytrącić może;

Ta myśl zatrważa Piorunującego.

Odziej ją w słowa, niech natchnie tron jego

Orędownictwem. Skłoń duszę do modłów,

Jak błagalnica w wspaniałej świątyni,

Niech wola w dumnym sercu twym uklęknie.

Przysługa bowiem z pokorą — najdzikszych

I najsilniejszych ugłaszcze.

PROMETEUSZ

Złe dusze

I dobro nagną do swojej natury.

Jam dał mu wszystko, co ma; on mnie za to

Przez lata, wieki więzi dniem i nocą,

Gdzie słońce spiekłą skórę mi rozdziera,

Gdzie w noc miesięczną śnieg szklanymi skrzydły

W mój włos się wkleja, kiedy ukochane

Me plemię leży zdeptane przez srogich

Siepaczy, jego myśli wykonawców.

Tak, tak nagradza wielki Zeus! I słusznie.

Kto złym jest, dobra przyjąć ci nie może.

Świat mu podaruj, strać dlań przyjaciela —

To gniew poczuje, wstyd, bojaźń — nie wdzięczność.

On mści się na mnie za własne swe zbrodnie;

Dla niego dobroć — to wyrzut, co gorzkim

Przerywa żądłem wpółczujny sen Zemsty.

Sam wiesz — na korność ważyć się nie mogę;

jakąż inną korność on by przyjąć,

A jam udzielić mógł, jeśli nie owo

Wyroczne słowo, tę śmiertelną pieczęć

Niewoli rodu ludzkiego, drgającą

Nad jego skronią, jak niegdyś na włosku

Miecz sycylijski99. Nie, tego nie spełnię,

Niech inni kadzą zbrodni, co zasiadła

Na krótką wszechmoc — oni są bezpieczni,

Sprawiedliwość, zwycięska, nie kary,

Lecz współboleści łzami płakać będzie

Nad krzywdą swoją, aż nadto pomszczoną

Na tych, co krzywdzą. Więc czekam wytrwale

Na dzień odpłaty, co z biegiem słów moich

Wciąż się przybliża. Lecz słuchaj: już wyją

Te psy piekielne... Nie zwlekaj... Czy widzisz,

Jak niebo mroczy się pod brwi zmarszczeniem

Twojego ojca?

HERMES

Oby mi oszczędził

Był bólu, że ci męki zadać muszę.

Jeszcze raz błagam, odpowiedz: wszak nie wiesz

O kresie władzy Zeusa?

PROMETEUSZ

Wiem to tylko,

Że kres ten musi nastąpić.

HERMES

Niestety!

Więc lat twej przyszłej męki ty nie zliczysz!

PROMETEUSZ

Trwać będą, póki on włada; nie pragnę

Ni mniej, ni więcej.

HERMES

Ach! Zapuść się myślą

W tę wieczność, gdzie by czas zapamiętany

I pomyślany nawet w wieki wieków

Kropelką zdał się, a harda twa dusza

Mdlała, ścigając jej lot nieskończony,

I padła ślepa, obłędna, zgubiona...

I ta nie zliczy lat, które tu musisz

Przejęczeć w mękach, nieułaskawiony.

PROMETEUSZ

Nie zliczy może, lecz one wciąż płyną.

HERMES

Tymczasem mógłbyś je przeżyć wśród bogów

W pełniach rozkoszy.

PROMETEUSZ

Za nic bym nie rzucił

Tych czarnych urwisk, mąk nieżałowanych.

HERMES

Podziwiam, ale i żałuję ciebie.

PROMETEUSZ

O, żałuj raczej tych służalców Zeusa,

Co sami sobą gardzą, ale nie mnie,

W którego duszy króluje spokojność

Jak w słońcu światło. Po co tu czcze mowy;

Wołaj swych zbirów.

JONA

Patrz, patrz, siostro moja,

Jak biały ogień rozszarpał z korzeniem

Ów cedr olbrzymi, przywalony śniegiem!

Jak w grozie piorun boga mu odgrzmiewa.

HERMES

Niestety! Muszę być posłuszny twoim

I jego słowom, choć pognębiające

Zgryzoty brzemię spada mi na serce.

PANTEA

Patrz! Już syn nieba skrzydlatymi stopy

Mknie po ukośnych promieniach poranku!

JONA

O luba, zapuść twe piórka na oczy,

Abyś, ujrzawszy, nie umarła. Idą,

Już idą, idą — i dnia narodzenie

Czernią milionem swych skrzydlisk, od wnętrza

Jako śmierć pustych.

PIERWSZA FURIA

Hej, Prometeuszu!

DRUGA FURIA

Hej, nieśmiertelny Tytanie!

TRZECIA FURIA

Wojaku,

Walczący w sprawie niewolników Nieba!

PROMETEUSZ

Ten, na którego woła głos straszliwy,

Jest tu: spętany Tytan, Prometeusz.

Lecz kto jesteście wy, ohydne zmory?

A wszak, jak piekło piekłem, w jego toniach

Ćmy tak bezecne nie zlęgły się dotąd

Z wszechpotwornego mózgu Gromowładcy.

Gdy patrzę na te przeklęte dziwadła,

To zdaje mi się, żem podobny temu,

O którym marzę, więc śmiech mnie porywa

I osłupienie w obmierzłym współczuciu.

PIERWSZA FURIA

Jesteśmy duchy męki i postrachu,

Kłamstw, nienawiści, rozszalałej zbrodni

I nieufności; my, jak psy zgłodniałe,

Po krzach100 i bagnach zranione sarniątko,

Tropimy wszystko, co ma łzy, krew, życie,

A z Jego woli na pastwę nam spadnie.

PROMETEUSZ

O! Tyle strasznych plag w jednym imieniu!

Ja znam was, wody i echa te znają

Brzęk czarnych skrzydeł waszych; ale czemuż

Dziś, ohydniejsze nad własną ohydę,

Aż legionami wpadacie z otchłani?

DRUGA FURIA

Nie wiem. Hej! Cieszmy się, cieszmy, siostrzyce.

PROMETEUSZ

Możnaż się cieszyć pod piętnem brzydoty?

DRUGA FURIA

Piękność rozkoszy raduje kochanków,

Gdy w oczy sobie patrzą. Tak jest z nami.

Jak od tej róży, którą, klęcząc, zerwie

Blada kapłanka na wianek świąteczny,

Na twarz jej pada szkarłat świąteczny,

Tak od wyrocznych mąk naszej ofiary

Pada cień, który zabarwia nam postać,

Zwykle bezkształtną, jak Noc, matka nasza.

PROMETEUSZ

Szydersko śmieję się z potęgi waszej

I tego, co was zesłał tu. Nalejcież

Kielich mąk.

PIERWSZA FURIA

Myślisz ty, że ci będziemy

Szarpać za kością kość i nerw za nerwem,

Jak ogień w twoich nurtując wnętrznościach?

PROMETEUSZ

Męka — to żywioł mój, jak twój — nienawiść.

Już teraz wy mnie szarpiecie, a jednak

Ja się nie skarżę.

DRUGA FURIA

Czy myślisz, że tylko

Śmiać ci się będziem w te oczy bez powiek?

PROMETEUSZ

Nie myślę o tym, co czynicie; myślę

O tym, co, czyniąc złe, cierpieć musicie.

Okrutną była ta Moc, co z ciemności

Was i podobne wam jędze wyzwała.

TRZECIA FURIA

Czy wiesz, Tytanie, że żyć będziem w tobie

Zwierzęcym życiem, i chociaż niezdolne

Zaćmić płonącej duszy, zamieszkamy

Obok niej, jako czcza, wrzaskliwa tłuszcza,

Co wiarę w siebie najmędrszym wydziera?

Że będziem straszną myślą w twoim mózgu,

Bezecną żądzą, wokół zdumionego

Serca krążącą? Krwią, ból roznoszącą

Po labiryncie żył?

PROMETEUSZ

Już tym jesteście.

Jam jednak królem nad sobą, bo wirom

Walk i boleściom ducha rozkazuję,

Jak wam Zeus, kiedy piekło kark podnosi.

CHÓR FURII

Od kończyny101 wszech ziem, od kończyny wszech ziem,

Tam gdzie noc ma swój grób, gdzie kolebkę ma świt,

O! Bywajcie, bywajcie!

I wy, co w tryumfie wstrząsacie gór tłem

Z hasłami, że w gruzy miast wali się szczyt,

I wy, co bez skrzydeł po morzu kroczycie,

Radośnie witając okrętu rozbicie

I głodną śmierć ludzi, czy nocą czy dniem,

Bywajcie, bywajcie!

Porzućcie łoże zimne, czerwone,

Obok umarłych ludów zastawione;

Rzućcie nienawiść, bo tak się ściele

Na przyszły pożar iskrę w popiele;

Wybłyśnie ona z krwawszym wybuchem,

Gdy ją wskrzesicie nowym podmuchem.

Rzućcie kuszący młodzieńca łono,

Uwikłanego w chuciowej przędzy,

Zmysł samowzgardy i przyszłej nędzy,

Głowienkę niedopaloną.

I marzyciela sny niech przestrasza

Niewyjawiona tajemnica piekła;

Rzućcie i jego: trwoga zaciekła

Srodzej go strawi niż nienawiść wasza.

Bywajcie, bywajcie!

Pędzim, jak wyziew od piekielnej bramy,

Ciążę pomoru w powietrzu wdychamy;

Lecz bez was próżną jest tu praca nasza —

Bywajcie!

JONA

Siostro, ja słyszę tam grzmot nowych skrzydeł.

PANTEA

Potężne góry drgają pod ich hukiem,

Drga i powietrze, a cień ich w pośrodku

Mych piór mrok spuszcza czarniejszy od nocy.

CZWARTA FURIA

Ten wyzew wasz, jak lot rydwanu,

Party skrzydłem huraganu,

Z czerwonego oceanu

Mąk i wojny do tych stref

Oderwał nas...

PIĄTA FURIA

Od miast przestronnych,

Głodną śmiercią spustoszonych;

SZÓSTA FURIA

Niedosłuchanych jęków, od trzew

Z krwią nieliźniętą;

SIÓDMA FURIA

Od pysznych niecnotą

Wieców mocarzy, kędy za złoto

Kupują i sprzedają krew.

ÓSMA FURIA

Od pieca, w którym czerwony żar,

Wrąc do białości...

JEDNA Z FURII

Milcz! Wiem ja, wiem

Wszystko, co wyrzec chcesz w słowie twym;

Snadź102 jedno słowo złamie nam czar,

Który miał ugiąć Niezwyciężonego,

Niech więc i szeptów usta się strzegą.

Ta krnąbrna dusza, ta myśl burzliwa

Najgłębszą piekieł potęgę wyzywa.

JEDNA Z FURII

Zedrzyj zasłonę!

INNA FURIA

Zdarłam.

CHÓR103

Patrz! Oto świtanie

Smutno gwiazdami olśniło bladymi

Postać, zrodzoną na nędzę tej ziemi...

Omdlewasz? Więc ci, wszechmocny Tytanie,

Urągam. Chełpisz się otwarciem wieka

Przeczystej wiedzy przed wzrokiem człowieka?

Tyś nią zapalił to pragnienie duszy,

Co owe zgubne wody wskroś wysuszy:

Gorączkę zwątpień, uczuć, żądz, nadziei,

Które ją trawić będą po kolei.

Był Mąż, pokoju pełen i czci,

Który na ziemię, skąpaną w krwi,

Zszedł z pojednania uśmiechem;

Głos Męża przeżył go swoim echem,

Przeżył — lecz jako przezgubny jad,

Wypalający hasło i ślad

Prawdy, litości, bratniej miłości!

Patrz! Po widnokręgu tym,

Z grodu, co milion serc w sobie mieści,

Pod jasne niebo wzbija się dym!

A teraz — słyszysz okrzyk boleści?

To jego cichy duch się rozżalił

Nad wiarą, którą On sam zapalił...

A teraz: płomień blednie, zanika

Jak w krzach skrzydlata lampka świetlika;

Ci, co zostali, z bliska i z dali,

Drżąc, otaczają popioły ogniska.

O! Radości, radości!

Tyle wieków przed tobą! A każdy ci powie:

«Przyszłość ciemna, obecność104 tak srodze uciska

Jak głowę twą bezsenną cierniste wezgłowie».

PÓŁCHÓR I

Zimna kropla, jak przy zgonie,

Broczy białe, drżące skronie;

Niech na chwilę z mąk ochłonie...

Patrz, jak w moc wyrocznej zmiany,

Z udręczenia, z umęczenia

Wschodzi lud odczarowany;

Jego hasłem — prawda żywa,

Przywódczynią — dusz swoboda

I ta spójna braci zgoda,

Których dziatwą swą nazywa

Miłość.

PÓŁCHÓR II

Mnie inny świat się odsłania:

Patrz, jak brat morduje brata!

Jak wschodzi czas winobrania

Śmierci i Grzechu; z wnętrzności świata

Tryska sok nowy — krew! Aż z rozpaczą,

Wśród zgliszcz, konania dusz i płomieni,

Na zwłokach świata wspólnie zapłaczą

Zwycięzcy i zwyciężeni.

Wszystkie Furie znikają oprócz jednej.

JONA

O, siostro! Co za jęk złowieszczo głuchy

Wybucha z serca dobrego Tytana,

Jak wichry, kiedy zawyją po głębiach,

A zwierz dosłyszy to wycie z pieczary.

Czy śmiałaś patrzeć, jak wróg go katuje?

PANTEA

Po dwakroć, ale już więcej nie będę.

JONA

I cóż widziałaś?

PANTEA

Widok rozpaczliwy:

Młodzieńca z cichym, cierpliwym obliczem,

Przygwożdżonego do krzyża.

JONA

A potem?

PANTEA

Ziem rozpadliny i Niebo zasnute

Widmami ludzi umarłych strasznymi;

Z tych jedne były rąk ludzkich ofiarą,

Niektóre, jak się zdawało, serc ludzkich.

Bo nieraz ludzi zabijano samym

Brwi namarszczeniem lub uśmiechem. Inne

Też, wstrętne oku i życiu, przede mną

Przemknęły widma. Po cóż szukać grozy

Wstrętniejszej — dosyć zraniły i tamte.

FURIA

Znaj godło: «Ci, co cierpią za człowieka

Krzywdy, szyderstwo i pęta, skupiają

Tysiąckroć męki na niego i siebie».

PROMETEUSZ

O! Spędź z oblicza ten mrok osłupienia105,

Zawrzyj zsiniałe usta, aby z twojej,

Cierniem zranionej, skroni krew nie trysła,

Bo ona miesza się z moimi łzami.

Utkwij źrenice w spokoju i śmierci,

Aby pod spazmem twym krzyż się nie zatrząsł,

Wychudłe palce we krwi nie pływały.

Duchu! Imienia twego nie wymówię,

Bo dziś się stało złorzeczeniem. Widzę

Mężów mądrości, wzniosłości i prawdy,

Znienawidzonych przez twe niewolniki

Za to, że tobie podobni; tych nędzne

Kłamstwa wygnały za ognisko serca,

Wcześnie wybrane, późno opłakane,

Jak łań poszczutą ryś zakapturzony;

Tamtych — w zgniliźnie skowano z trupami;

Innych (słyszycie głośny śmiech motłochu?)

Na stos wrzucono. U stóp moich płyną

Szeroko, na kształt wysep, z korzeniami

Wyrwanych z morza, potężne królestwa,

Których synowie giną w krwi pospólnej

Przy świetle głowni swych domów spalonych.

FURIA

Krew możesz widzieć i ognie, jęk słyszeć;

Lecz gorsze rzeczy — niedosłyszanymi,

Niewidzianymi pozostaną.

PROMETEUSZ

Gorsze?

FURIA

Obawa, w sercu każdego człowieka,

Przeżyje strawę, którą pochłonęła.

Najpotężniejszych przestrasza to wszystko,

W czym prawdy uznać nie raczą. Obłuda

I zwyczaj czynią z ich duchów świątynie

Przeróżnych, dziś już przeżytych, obrzędów.

Nie śmią pomyśleć o dobru ludzkości,

A jednak o tym nie wiedzą, że nie śmią.

Dobrym sił braknie, prócz siły ronienia

Łez bezowocnych; silnym brak dobroci,

Co jeszcze gorsze; mądrym brak miłości;

Tak wszelkie dobro w zło się przeistacza.

Niejeden z silnych i bogatych byłby

Snadź sprawiedliwy, lecz tak wśród cierpiących

Żyje, jak gdyby z tych żaden nie cierpiał:

Tacy nie wiedzą, co czynią.

PROMETEUSZ

Twe słowa

To chmara wężów skrzydlatych, a jednak

Żal mi tych, których nie dręczą te słowa.

FURIA

Żal ci? Nic więcej nie powiem.

Znika.

PROMETEUSZ

O, biada!

Biada! Katuszo! Na wieki, na wieki!

Zamykam oczy bezłzawe; lecz w duszy,

Opromienionej męką, jaśniej widzę,

Podstępco, sprawy twe. Spokój jest w grobie;

Grób kryje wszystko, co piękne i dobre;

Lecz jam Duch, znaleźć ich tam ja nie mogę

I szukać nie chcę, bo zemsta, choć sroga,

Porażką będzie twoją, nie zwycięstwem.

Zmory, którymi dręczysz mnie, pierś moją

Uzbroją w pancerz nowej wytrwałości,

Aż przyjdzie chwila, kiedy już nie będą

Widmami rzeczy, które są.

PANTEA

Niestety!

Coś widział?

PROMETEUSZ

Dwie są srogie klęski: mówić

I widzieć; oszczędź mi jednej. Są słowa,

Są święte hasła Natury; wysoko

W gwiazd aureoli zrodziły się one;

W imię ich wokół zbiegły się narody

Z okrzykiem: «Prawda, Swoboda i Miłość!».

Aż nagle z nieba spadł zamęt i wszczął się

Wśród nich bój, podstęp i popłoch — a w zgiełku

Powstali możni, dzieląc się łupami.

Widziałem tedy cień prawdy.

ZIEMIA

O synu,

Twój ból odczułam z tą rzewną otuchą,

Jaką sprawiają cierpienia i cnota.

Więc na pociechę wezwałam z podniebia

Czarowne Duchy te, których domami

Są myśli ludzkiej kryjome pieczary

I które wskroś, jak ptacy głąb powietrza,

Jej wszechświatowy eter zamieszkują.

Poza królestwem zorzy widzą one,

Jakby w zwierciadle, przyszłość: niech przemówią

I rozweselą ciebie.

PANTEA

Patrz, patrz, siostro!

Tłum Duchów spływa, jak stada obłoków,

Gdy te pod błogim tchem wiosny zalegną

Modre powietrze.

JONA

Wciąż, wciąż napływają,

Jak mgła nadwodna, co w chwili bezwietrza

Luźnymi pręgi wznosi się z parowu.

O, słuchaj — czy to gra muzyka jodeł?

Może jeziora? Może wodospadu?

PANTEA

To coś słodszego — ach! I smętniejszego

Nad wszystko.

CHÓR GENIUSZÓW DUSZY106

Od niepamiętnych wieków i lat

My bronim, chronim od ciosów i strat

Ten pognębiony ludzkości świat.

My w atmosferze myśli człowieka,

Bez krzywd jej, czerpiem żywioły tchnień,

Czy to w posępne mgły się obleka,

Jak pod zawieją zgaszony dzień,

O który ledwie promyk potrąca;

Czy — jak tu wszystko między przestworzem

Niebieskich sfer a sennych wód łożem —

Wolna, przejrzysta, ciszą płynąca,

Jak po wiatrzanej łodzi ptaszęta,

Rybka, przez szkliste fali ogniwa,

Jak myśl, w człowieczej duszy poczęta,

Nad skrajem grobu wszechświat przepływa.

Aż tam rozbiwszy namioty wodne,

Mkniemy, jak lotny obłok swobodne,

Przez nieskończony żywiołów wątek,

Na twe sieroctwo niosąc proroctwo,

Co w tobie ma i kres, i początek.

JONA

Wciąż napływają: wkoło nich powietrze,

Jak wkoło gwiazdy, lśni się promienisto.

PIERWSZY GENIUSZ

Na huczny trąby wojennej grzmot,

Po szarej fali mroku i słot

Pędzę z wysoka, w lot, w lot, w lot.

Na prochu zgasłych, prastarych wiar

I zapomnianych haseł ciemięstwa107

Szły hasła nowej barwy i miar:

«Nadziei, Swobody, Śmierci, Zwycięstwa»;

Szły — aż, skłócone w zamęt niezwykły,

Kędyś108 w otchłaniach nieba zanikły;

I tylko jedno nutą tajemną

Brzmiało nade mną, wokół, przede mną:

«Dusza Miłości, współczułych łez».

Więc na sieroctwo niosęć proroctwo,

Co w tobie ma początek i kres.

DRUGI GENIUSZ

Nad morzem zawisł tęczowy łuk,

Od morza gniewny pogrzmiewał huk,

W pośrodku, istny tryumfów bóg,

Szła burza, pędząc w zwycięstwie swym,

Jak stado branek, przeciągły sznur

Potwornie ciemnych, gwałtownych chmur,

Na wpół rozdartych piorunu kłem.

Słucham: to gromu chrapliwy śmiech;

Okręt wyziewał ostatni dech,

I rozpryśnięty w próchna i sierci109,

Zwalił się z pianą do piekła śmierci.

Wpadam na odłam, bo mnie tam zwrócił

Jęk męża... Biedny! Na ratowanie

Swojego wroga deskę mu rzucił,

A sam — zapadał w otchłanie.

TRZECI GENIUSZ

Przy łożu mędrca zasiadłem w bok;

Czerwona lampa świeciła w mrok;

On z księgi ssał mądrości sok.

Wtem na wezgłowie, skrzydłem z płomienia,

Spuścił się sen — poznałem: to ten,

Ten sam, co niegdyś tchnął w pokolenia

Litość, wymowę — ha! i cierpienia!

I długo, długo od jego szat

Padał cień na ten poziomy110 świat.

On to mnie porwał z mędrca świetlicy

Na wyzew twój w lot błyskawicy;

Jeśli nie wrócę dziś z nim przed ranem,

Mędrzec się zbudzi z sercem złamanym.

CZWARTY GENIUSZ

Ja dziś na ustach poety spałem;

Jak zakochany, duszą i ciałem

Z jego oddechu zdrowie wdychałem.

On o śmiertelne nie dba zachwyty,

On pocałunkiem powietrznym syty,

Widmami, które błędnie koczują

Po stepie myśli; ani poczują

Snu jego nerwy, gdy od poranku

Do zmierzchu czujną patrzy źrenicą,

Czy się w podwodnym słońcu odświécą

Pszczółki, zdrzemane w bluszczowym wianku.

Nie śledząc tajni ziemskich istności,

Stworzyć z nich może formy najczystsze,

Nad rzeczywisty świat rzeczywistsze;

Formy te — córki nieśmiertelności!

Na hasło jednej z nich po mgle nocy

Śpieszę z ofiarą bratniej pomocy.

JONA

Czy widzisz owe dwa widma na zrębie

Dwóch szlaków nieba, wschodu i zachodu?

Oba zlatują tu, jak dwa gołębie

Na wspólne gniazdo — bliźnięta: ich rodu

Ojcem powietrze, wszechrzeczy obsłona;

Jak słodko smętny ich głos! To, skłócona

Z rozpaczą, potem w dźwięki roztopiona

Miłość.

PANTEA

O siostro, czy możesz przemówić?

Bo moje słowa — wszystkie potonęły.

JONA

Ich piękność wraca mi mowę. Patrz, luba,

Jak tam wiosłują skrzydłami prześwietnej

Barwy lazuru, w złoto wpadającej;

Wdzięczne uśmiechy ich świecą w powietrzu

Jak ogień gwiazdy.

CHÓR GENIUSZÓW

Czy ty widziałeś Geniusza Miłości?

PIĄTY GENIUSZ

Gdym sfery dróg mlecznych przebiegał od szlaku do szlaku,

Jak obłok płynący po morzu błękitnych przezroczy,

Na skrzydłach z błyskawic On zszedł, w planetowym szyszaku111.

Od stóp jego biły światłości, lecz zblakły w tej chwili,

Gdym nadbiegł — i oto z otchłani zionęła ruina,

A prawdy obrońcy, a mędrcy na śmierć obłąkani,

Młodzieńcy, co niegdyś krwią swoją jej cześć odkupili,

Mignęli w noc ową — widemka bez ciała i kości!...

Przemknąłem — aż twoje uśmiechy, o Królu żałości,

W wesele zmieniły straszliwe widzenie.

SZÓSTY GENIUSZ

Ach, siostro! Zniszczenie — nieodgadniona to siła straszliwa;

Nie żegluje powietrzem, nie kroczy ona po ziemi,

Nie depcze stopą zabójczą — upieszcza skrzydły cichymi

Nadzieje, które człowiek najczulej w sercu ukrywa;

I w spokój zwodniczy, uśpiony pod zdradnym wachlarzem jej piór,

Któremu drganie jej stóp ponętnie przygrywa jak wtór,

On, w eterycznym widzeniu, potwora Miłością nazywa;

A potem, gdy się zbudzi na progu wyrocznej snów bramy,

Widzi cień — Mękę, jak ten, którego teraz witamy.

CHÓR

Choć nieodstępnym Miłości cieniem

Jest tu Ruina, która na białym

Skrzydlatym koniu Śmierci po całym

Ściga ją świecie, strasząc zniszczeniem,

Tak że najchyższy umknąć nie zdoła,

I depcze kwiaty i brudne zioła,

Wdzięk i brzydotę, męża i zwierzę,

Jak burza, blask i mrok w atmosferze —

Lecz tego jeźdźca, acz niemy

I nietykalny, ujarzmisz przecie.

PROMETEUSZ

O, Duchy, skąd wy wszystko to wiecie?

CHÓR

My świat powietrzny zamieszkujemy.

Jak czerwienieją drzewne pąkowia,

Gdy po śnieżycach przedsmakiem zdrowia

Powieje wiosna, bliska tuż, tuż,

Bez pod jej tchnieniem pękać zaczyna,

Wędrowny pasterz przeczuwa już,

Że wnet zakwitnie biała tarnina —

Tak Mądrość, Miłość, Pokój i Cześć

Słuszności, która równo odmierza

I walcząc, z mroku sili się wznieść,

Są dla nas tym, czym dla pasterza

Wiatr, pękająca tarnina i bez:

Są, nad sieroctwem, wielkim proroctwem,

Co w tobie ma początek i kres.

Geniusze znikają.

JONA

Gdzież są Geniusze, co jeszcze przed chwilką

Nuciły?

PANTEA

Znikły; zostało nam tylko

Wrażenie, jako tej gędźby112 wszechwładza,

Gdzie głos natchniony i lutnia zżeniona

Z głosem osłabną już pierwej, nim skona

Odpowiedź chóru, i znów się odradza

W labiryntowej głębi i załomach

Duszy, jak echo po grotach i stromach.

PROMETEUSZ

Jakże są piękne te dzieci powietrza!

A jednak marne są wszystkie nadzieje

Oprócz miłości. A tyś mi daleko,

Ty, Azjo! Która w chwilach przepełnienia

Istoty mojej nieraz byłaś dla mnie

Jak złoty puchar dla czystego wina,

Które bez ciebie spada w proch spragniony.

Wokoło cisza... Ach! Jakże boleśnie

Ten cichy ranek ciąży na mym sercu;

Gdybym mógł marzyć, chciałbym spać i z troską

(Gdyby, niestety! snu mi nie wydarto),

I zostać tym, czym być mam z przeznaczenia:

Zbawcą i tarczą zbolałej ludzkości113,

Lub zapaść w otchłań pierwotną wszechrzeczy,

Gdzie już mąk nie ma ni radości; Ziemia

Pocieszać, Niebo dręczyć już nie może.

PANTEA

Czyż zapomniałeś o tej, co tu czuwa

O mroźnej nocy i nie wpierw zasypia,

Aż spadnie na nią cień twojego ducha?

PROMETEUSZ

Wszak powiedziałem, że oprócz miłości

Wszystkie nadzieje są próżne: ty kochasz.

PANTEA

O! I głęboko, zaprawdę. Lecz oto

Już wschodnia gwiazda pobladła i Azja

Czeka w dalekiej dolinie indyjskiej114,

Smutnej krainie wygnania jej, niegdyś

Urwistej, mroźnej, pustej jak ten wąwóz,

A dziś odzianej w szaty ziół i kwiecia,

Tchnącej słodyczą powietrza i dźwięków,

Które tam wpośród wód i lasów płyną,

Przeobrażone w czarownym eterze

Jej obecności, i zwiędłyby marnie,

Bez skojarzenia z twoimi. — Więc żegnaj!