SCENA 1

DON RODRYGO, SZIMENA.

DON RODRYGO

Przyszedłem, by cię żegnać.

SZIMENA

Żegnać?

DON RODRYGO

Po śmierć idę.

Szukam w tej walce zgonu, spragnionego z dawna.

SZIMENA

Zgonu szukasz? Nie walka więc, rzeź raczej jawna.

Bo nie uwierzę nigdy, by Sanszo się łudził,

aby nagłem wyzwaniem lęk był w tobie wzbudził.

DON RODRYGO

Don Sanszo, czy kto inny: walczy w twej obronie.

Wszak żądałaś mej śmierci; jak mam życia bronić?

Niech Sanszo mnie zwycięża, niech miecz grzęźnie w łonie:

dziś mnie raczej za śmiercią — nie za laurem gonić!

SZIMENA

Odkądże to Rodrygo laury rzuca wzgardą?

Wszakci dopiero po nie sięgał dłonią hardą.

Cóż, że dzisiaj o honor mój zdajesz się dbały;

ojcu wydarte laury — laury tobie dały.

DON RODRYGO

Nie szukam więcej sławy, ani mi jej trzeba;

wszakci ta moja sława — twój gniew na mnie ściąga.

Starczy, jeśli powiedzą: kochał był Szimenę.

Zginął li przez tę miłość. — To moje rozstanie.

Żywiło mnie kochanie, zabiło kochanie.

Wybiega.

SZIMENA

Rodrygo stój! Rodrygo, jeśli pamięć droga, —

Jeśli czułość kochanka uścisk mój pamięta, —

uwolń mnie od mojego obrońcy — natręta! —

Uwolń mnie od Don Sansza. —

Wybiega.