Polacy, gdziekolwiek się znajdujecie, Polacy...

Początkiem mojego nadpisywania był wiele lat temu cykl notatek pod tytułem nie o wszystkim śpiewa Lao Che, ale im bliżej jestem końca, tym głośniej brzmią różne fragmenty tej płyty, jakby soundtrack do tych zapisków, nadpisków. Pewnie jeszcze w tle brzmi gdzieś L. U. C. ze swoim projektem 39/89 — Zrozumieć Polskę, szczególnie tym fragmentem, w którym włącza się fragment audycji radiowej Polskiego Radia na gościnnych falach Radia France z Algieru. Tytuł tych notatek nie wynikał z braku szacunku dla roboty zespołu z Płocka. Dokładnie odwrotnie. Album Powstanie Warszawskie to dzieło totalne, zamknięte. Pamiętam, jak dziennikarka pytała swego czasu w telewizji weterana, czy mu się podoba ten łomot. Lao Che grali w Muzeum Powstania Warszawskiego, a on odpowiedział jakoś tak — cytuję z pamięci, więc niedokładnie:

„ — Wie Pani, to nie jest nasza estetyka, myśmy na przykład nie używali z zasady tak ostrych słów, nie mówię już o muzyce, myśmy mieli inną, ale jak Pani pyta o siłę wyrazu tego, co chłopcy zrobili — to tak właśnie to było, to był ten poziom emocji, taki zgiełk, walka, radość, gniew i krzyk. To było właśnie tak”.

Jeżeli Lao Che poprzez swoje dzieło transmituje atmosferę, emocje, daje odczucia bycia atakowanym, atakującym, zrezygnowanym, to zarazem jest to punkt wyjścia do podróży szlakiem, który ma wiele odgałęzień, kluczy, nawraca, wyprowadza w pole. Powstanie jest takim totalnym wydarzeniem. Nie przypadkiem nikt nie był zdolny przez te ponad 70 lat napisać przekonującej summy. I chyba już nikt nie napisze o Powstaniu nic takiego jak Wańkowicz o Monte Cassino, ze wszystkimi kontekstami, pogłosami, echolaliami. Jesteśmy już za daleko.

I jest taki moment, zaraz na początku utworu Stare Miasto, kiedy gdzieś spomiędzy trzasków starej płyty wydobywa się rytm marsza granego przez zespół i temu towarzyszy zsamplowany głos premiera Stanisława Mikołajczyka115 z przemówienia z 6 czerwca 1944 roku, który powtarza kilka razy te samą frazę:

— „Polacy, gdziekolwiek, się znajdujecie... Polacy! Gdziekolwiek się znajdujecie...”

Wyrwanie tej frazy z kontekstu przemówienia daje niezwykły efekt wołania w pustkę, wołania wielowymiarowego, tutaj i tam, wtedy i teraz, nieomalże stawia znak zapytania czy gdziekolwiek jeszcze jacyś Polacy są — Polacy, czyli ludzie o pewnej szczególnej konstytucji duchowej i moralnej.

Polacy z bronią w ręku latem i wczesną jesienią 1944 roku byli w bardzo różnych, oddalonych od siebie setki, czasem tysiące kilometrów miejscach. Byli w dywizjonach myśliwskich nad Francją, bombowych nad Niemcami, morskich nad Morzem Północnym i Atlantykiem, byli w partyzantce na Bałkanach i we Francji, byli w Egipcie w części wojsk, które wyszły z Andersem z ZSRR, ale nie zostały skierowane do walki, byli we Włoszech w 2 Korpusie Polskim, który odpoczywał i odrabiał straty po Monte Cassino i Ankonie wchłaniając setki, tysiące Polaków dezerterujących z Wehrmachtu, do którego zostali wcieleni siłą ze Śląska, Wielkopolski, Pomorza. To dzięki Ślązakom, Kaszubom, Pomorzanom mimo ciężkich strat przy końcu wojny liczący początkowo 44 tysiące korpus rozrośnie się do 92 tysięcy.

Polacy, gdziekolwiek się znajdujecie...

13 sierpnia 1944 roku ćwiczący zawzięcie i oczekujący na zrzut w Polsce żołnierze 1 Samodzielnej Polskiej Brygady Spadochronowej generała Stanisława Sosabowskiego odmawiają spontanicznie przyjęcia posiłku w geście protestu przeciwko trzymaniu ich pod brytyjskim dowództwem w chwili, gdy w Warszawie trwa Powstanie. Generał Sosabowski odmawia wszczęcia postępowania dyscyplinarnego wobec prowodyrów, w duchu — jak przyznaje w swoich wspomnieniach — solidaryzując się z nimi. Ostatecznie po wizycie w Stanach Zjednoczonych wie, że są techniczne możliwości podjęcia próby przerzucenia do Warszawy chociażby części swoich ludzi, owszem za cenę pewnych strat, ale jak pokaże wyprawa 8 Armii Amerykańskiej „Frantic 7” — wcale nie tak wielkich, jak się uważa. Sosabowski wie też, że plany aliantów są inne. Sosabowski opóźnia podanie daty gotowości bojowej brygady, chociaż wedle wszelkich reguł była gotowa w lipcu. No tak, ale wtedy była mowa o tym, że wracają do kraju z bronią w ręku wspomóc swoich. Teraz może jeszcze Sosabowski się łudzi, że jakiś nagły zwrot na jednym lub drugim froncie doprowadzi do zmiany decyzji i brygada poleci jednak do Polski. Nie wie o tym, że jego rodzony syn Stanisław Janusz Sosabowski ps. „Stasinek”116, który w dzieciństwie stracił wskutek nieszczęśliwego wypadku lewe oko, w czasie Powstania lekarz „kolegium A”, został ranny w walkach 4 sierpnia 1944 roku w rejonie ulicy Leszno i stracił też prawe oko.

Między 14 a 21 sierpnia polska 1 Polska Dywizja Pancerna117 pod dowództwem generała Maczka bierze udział w morderczej bitwie wojsk pancernych pod Falaise w Normandii, odgrywając rolę przysłowiowego „korka od butelki”, próbując domknąć okrążenie wszystkich sił niemieckich w tym rejonie na wzgórzach wokół Chambois i Mont Ormel. Oni, podobnie jak spadochroniarze Sosabowskiego, wiedzą o walczącej Warszawie, wiedzą o zbrodniach na ludności cywilnej, przeczuwają, że sprawa jest przegrana i że nie oni będą wyzwalać Polskę. W zasadzie wiedzą i czują, że nikt Polski nie wyzwoli. Stephen Ambrose w swojej książce „Obywatele w mundurach” (wyd. polskie 2000) przedstawia epizod z bitwy pod Falaise, kiedy kapitan US Army Laughlin Waters został wysyłany po 1500 jeńców wziętych do niewoli przez Polaków. Na miejscu spotkania okazało się jednak, że żołnierze generała Maczka przyprowadzili tylko 200 Niemców. „Gdzie jest reszta?” — zapytał Waters. „Rozstrzelaliśmy ich” — spokojnie odpowiedział polski oficer — „ci zostali, bo zabrakło nam amunicji”. To jedyna relacja o tym zdarzeniu, nie wiadomo czy miało ono rzeczywiście miejsce118.

Pewnym symbolem, gorzkim znakiem jest to, że 19 sierpnia, kiedy alianci są jeszcze daleko od Paryża, wybucha w nim powstanie. Jest ono gorzej przygotowane od polskiego, nie ma jednolitego dowodzenia. Alianci planują w tym czasie wyzwolenie Paryża na jesień. 21 sierpnia dowodzący francuską 2 dywizją pancerną gen. Leclerc119 w akcie niesubordynacji wysyła swoje czołówki rozpoznawcze w stronę Paryża, gen. Eisenhower120 potępia te działania, ale gen. Charles de Gaulle121 oświadcza, że jeżeli alianci nie zaaprobują rozkazu ataku na Paryż dla 2 francuskiej Dywizji Pancernej, to on sam wyda taki rozkaz. 22 sierpnia Eisenhower akceptuje niesubordynację Francuzów, zmienia swoje plany strategiczne i 24 sierpnia 2 Dywizja Pancerna Leclerca wkracza do Paryża.

Nadchodzi wrzesień.

Między 17 a 23 września Samodzielna Polska Brygada Spadochronowa zostaje zrzucona częściami w rejonie Arnhem w ramach operacji „Market Garden”, której plan Sosabowski krytykował jako niewykonalny. 9 września zażądał od gen. Uruqharta122, dowódcy 1 Dywizji Powietrznodesantowej brytyjskiej, której był operacyjnie podporządkowany — rozkazu na piśmie precyzującego zadania brygady. Nie dlatego, żeby odmówić jego wykonania, jak sam wspomina, ale dlatego, by w razie gdyby nie było mu dane wrócić — jego przełożeni i rodacy dowiedzieli się, dlaczego i w jakich warunkach przyszło mu oddać życie. Po jego rozmowie z gen. Browningiem, dowódcą 1 Armii Powietrznodesantowej, plan zostaje nieznacznie zmieniony, ale sama operacja nie zostaje odwołana. I jest nazwana po fakcie „Ostatnią klęską aliantów”, operacją wymierzoną „o jeden most za daleko”.

Polacy, gdziekolwiek się znajdujecie...

14 sierpnia 1944 roku ORP „Piorun”123 u zachodnich wybrzeży Francji topi niemiecki zaopatrzeniowiec „Sauerland”. Ten sam „Piorun” wsławił się trzy lata wcześniej udziałem w pościgu za niemieckim pancernikiem „Bismarck”124. „O Boże, jaka szafa” miał powiedzieć oficer artylerii, kiedy w końcu dogonili niemiecki pancernik i mieli przed sobą godzinny samotny bój, zanim nadciągnie reszta sił aliantów. „Trzy salwy na cześć Polski!” miał zakomenderować dowódca, komandor Pławski125. W nocy z 18 na 19 września 1944 roku ORP „Garland”126, tropi i topi wraz z innymi jednostkami aliantów na Morzu Egejskim niemiecki U-407. Ten sam „Garland” dwa lata wcześniej w obronie konwoju PQ-16 z Islandii do Murmańska traci w niemieckich nalotach 68 zabitych i rannych ludzi z przewidzianej etatem 145 osobowej załogi. Miał wtedy ponad 500 przestrzelin i dziur po odłamkach w kadłubie i nadbudówkach, do obsługi dział i działek p-lot trzeba było wysłać kucharzy, mechaników, wszystkich którzy trzymają się na nogach. Brytyjczycy z towarzyszącego konwojowi trawlera gratulują polskiemu dowódcy „Bloody good show” w obronie konwoju. Jeden z rannych, starszy marynarz Bomba, pisze własną krwią na ścianie mesy zamienionej na szpital „Polsko, jak słodko dla Ciebie umierać”. Przeżyje.

Polacy, gdziekolwiek się znajdujecie...

15 września 1944 roku patrol berlingowców, w czasie lądowania którego ginie Andrzej „Morro” Romocki, zostaje odesłany na prawy brzeg Wisły wraz z majorem Witoldem Sztompke ps. „Kmita”127 ze zgrupowania „Radosława” w celu uzgodnienia szczegółów właściwego desantu, który ma nastąpić bez zbędnej zwłoki tej nocy. W nocy z 15 na 16 września „Radosław” przesyła meldunek do Śródmieścia przez łączniczkę, która podejmuje się drogi przez kanały. Z jego formy można wnioskować, że nerwowo „Radosław” jest na skraju załamania. Pisze między innymi:

„oddziały czerniakowskie w 75% prysnęły jak bańka mydlana — banda nie wojsko. U mnie wybici prawie wszyscy oficerowie — straty za ostatnie trzy dni wynoszą około 100 zabitych i 300 rannych. [...] Wszyscy wielcy pomocnicy od tzw. produkcji pouciekali, ludność wywiesza białe flagi. [...] Prawdopodobnie zdecyduję się o godz. 2 opuścić Okrąg 2, gdzie jest moje m. p. i wyjdę ruinami między Wilanowską a Zagórną i w dziurach będę czekał zmiłowania Bożego lub kolejnego wybijania przez czołgi resztek ludzi. Zostać tutaj nie mogę, gdyż jest to ostatni szpital i [fragment nieczytelny] ludności cywilnej, która już histeryzuje, więc musiałbym do niej strzelać”.

Mało wojskowy język i rodzaj lamentacji pojawia się też w dalszej części tego dokumentu. Historyk działań na Powiślu Czerniakowskim, Tadeusz Grigo ps. „Kur”, sam żołnierz zgrupowania „Kryski”, dyskretnie, w przypisie swojego opracowania, podejmuje polemikę z meldunkiem „Radosława” — wskazując, że silnie związany ze swoimi ludźmi niezbyt się interesował zgrupowaniem „Kryski”, które ponosiło w równym stopniu ciężar walk. Straty w korpusie oficerskim „Kryski” były podobne jak w zgrupowaniu „Radosław” — z tym, że od 11 do 16 września trzech kolejnych dowódców zgrupowania zostało ciężko rannych, a kolejnych trzech w ciągu następnych 3 dni zginie, walcząc ze swoimi ludźmi na pierwszej linii. Później i tak system dowodzenia się rozpadnie, a dowodzić żołnierzami w zasięgu wzroku i słuchu będzie ten, kto akurat będzie najwyższy stopniem i będzie umiał swoją charyzmą opanować panikę, strach i ogólne załamanie. Według Tadeusza Grigo dezercja w południowym zgrupowaniu broniącym Czerniakowa objęła — jak skrupulatnie wyliczył kronikarz „Kryski” — 2% ogólnego stanu. Czyli ani więcej, ani mniej, niż to zdarzało się we wszystkich zgrupowaniach.

Z drugiej strony barykady — dzięki wysadzeniu mostów i wycofaniu większości wojsk z prawego brzegu Wisły von dem Bach nie tylko odzyskał jednostki szturmowe saperskie szkolone do walk w mieście, ale czasowo zyskał też dla swojego korpusu wydzielone oddziały dywizji pancernych — 25 i 19. Do tej pory miał do dyspozycji mieszaninę jednostek policyjnych, Luftwaffe, legionów wschodnich, kompanii karnych czy uformowaną z przestępców Brygadę Dirlewangera. Zbliżał się szturm dywizji pancernych.

Powstańcy na Czerniakowie zajmowali 16 września już tylko niewielki obszar, czekając na pomoc zza Wisły.

To tam znajdowali się Polacy, których nie wymieniłem powyżej, a którzy jako jedyni mieli szansę realnie pomóc Powstaniu. Armia Wojska Polskiego, „spóźnieni do Andersa” łagiernicy i zesłańcy („Witaj dzisiejszy żołnierzu, wczorajszy tułaczu”), dowodzeni w sporej mierze przez oficerów radzieckich o polskim pochodzeniu. Polskich oficerów w większej ilości było brak — większą część wymordowało NKWD w Katyniu, Charkowie, Bykowni, Miednoje, pozostałą część zabrał Anders. Została garść uzupełniania naborem na oswobodzonych od Niemców terytoriach, czasem przymusowym poborem z szeregów internowanych członków AK, którym dawano wybór — albo służba w AWP u boku Armii Czerwonej, albo łagier. To ci Polacy szykowali się do pomocy, bo ze wszystkich — byli najbliżej. Nie wiedzieli, że także oni, razem z dowodzącymi nimi i dzielącymi trudy wojenne oficerami rosyjskimi, zostaną sami. Wierzyli, podobnie jak „Morro”, że biorą udział w operacji, która odwróci od Warszawy zły los. Być może wierzył w to nawet sam gen. Zygmunt Berling.

Jest taka scena w kłamliwym historycznie, ale przecież oglądanym przeze mnie i kolegów z podwórka jako przygodowy serialu Czterej Pancerni i pies128, kiedy „Rudy 102” wyjeżdża na praski brzeg i załoga, opierając się o drzewa, patrzy na coś przez rzekę w zdumieniu i przerażeniu. I wtedy Gustlik (Franciszek Pieczka) mówi swoim tubalnym, niskim głosem tylko jedno słowo: — Warszawa...

Potem wpada kadr z kłębami dymu. I tyle mogło się znaleźć w przygodowym filmie dla dzieci ery PRL. Zarazem jest w tym kadrze groza, przestrzeń dla wyobrażenia tego, czego nie da się wyobrazić, objąć jedną opowieścią. Głos Pieczki i kłęby dymu. To był Czerniaków. To była Warszawa w walce, ogarnięta Powstaniem, w której w czasie jego trwania dziennie ginęło ponad 3500 osób, więcej niż w jednym ataku 11 września 2001 roku.

Adresowane do dowódcy 1 Frontu Białoruskiego129 depesze Komendy Głównej AK wysyłane via Londyn i Moskwa są w tym czasie przechwytywane w Moskwie, opatrywane klauzulą „tajne” i podawane do wiadomości wyłącznie Stalinowi. Nigdy nie dotrą do adresata.