Prolog

Było ze czterdzieści lat po wojnie. Postanowiłeś wreszcie pokazać matce, że twój rower to statek kosmiczny „Feniks” z serialu Załoga G1, że jest zwinny, szybki oraz zwrotny. I był zwinny, szybki oraz zwrotny, ale udawało się to tylko przez chwilę, bowiem najechałeś rowerem na kant studzienki kanalizacyjnej wstającej ponad rozmiękły od wczesnoletniego upału asfalt i twoje drogi z rowerem dramatycznie się rozeszły. To znaczy on stanął, a ty leciutki niczym gołąbeczek pokoju poleciałeś głową naprzód i uderzyłeś twarzą o krawężnik. Niewiele z tego pamiętasz, poza tym, że zachłystywałeś się krwią, a bardziej niż ból czułeś przerażenie. Matka podniosła cię najpierw tak jak leżałeś, ale wtedy krew chlusnęła na ziemię. Matka przestraszyła się, więc odwróciła cię twarzą ku słońcu. Tak trzymając cię w ramionach, pobiegła na przełaj przez dwa pasma dzisiejszej alei Sikorskiego w stronę bloków mieszkalnych po drugiej stronie. Zadzwoniła do pierwszych drzwi na parterze. Otworzyła jej starsza kobieta i bez słowa wpuściła do mieszkania, wskazała łazienkę, pomogła obmyć cię z krwi, śliny i łez. Okazało się, że rany są paskudne i brzydkie, ale bardziej powierzchowne, niż można by przypuszczać. Wyglądało na to, że poza złamanym zębem i wywiniętą, zmaltretowaną górną wargą — nie wyniesiesz z tego wypadku trwałych śladów na resztę życia.

— Niech Pani położy chłopczyka na kanapie u męża w pokoju, niech trochę ochłonie — powiedziała starsza pani, która otworzyła drzwi i dodała jeszcze z ciepłym uśmiechem adresowanym do ciebie — do wesela się zagoi...

Wtedy nie rozumiałeś zupełnie, co to znaczy, bo nie za bardzo rozumiałeś sens słowa „wesele”. Wiadomo było tylko tyle, że to jakiś bardzo odległy termin, a ta świadomość nie zadziałała uspokajająco. Mąż starszej pani siedział w głębokim fotelu, przykryty do kolan kocem w kratę, w zaciemnionym, pełnym książek pokoju. Patrzył na ciebie z uśmiechem, kiedy matka kładła cię na szerokim, miękkim łóżku. Jeszcze trochę popłakiwałeś, bo miałeś tylko sześć lat i jeszcze nikt nie zdążył ci powiedzieć, że nie jesteś nieśmiertelny.

— Boli cię? — zapytał cicho mąż starszej pani, patrząc ci w oczy i uśmiechając się przy tym. Nie było w tym uśmiechu nagany, zdziwienia, wyzwania, że chłopaki nie płaczą. Nie dziwił się, że jak boli, to się płacze. — Moi koledzy czasem też płakali, wiesz? Często bywało, że któregoś zraniła kula, odłamek... — westchnął, patrząc na ciebie i nadal uśmiechając się spod krzaczastych brwi, dodał — i wtedy było dużo krwi i bardzo bolało. Było Powstanie. I myśmy mieli po parę lat tak jak Ty, i nosiliśmy pocztę albo meldunki, albo zwykłe wiadomości od ludzi do ludzi. I bywało, że któryś z nas zostawał ranny. I jak bardzo bolało, to płakał czasem... Będą ciebie uczyli, że słodko i zaszczytnie jest umierać za Ojczyznę, ale wiesz... na pewno nie słodko, na pewno nie słodko... — tutaj starszy człowiek przerwał na chwilę, nabrał w płuca powietrza, nosem nachylił się ku tobie, a ty z tego wszystkiego przestałeś płakać i patrzyłeś na niego szeroko otwartymi oczami.

Nagle nie widziałeś już starszego, siwego pana na fotelu, przykrytego kocem w kratę, ale chłopaka takiego jak ty, w krótkich portkach, z podciągniętymi podkolanówkami, albo odwrotnie — zwiniętymi w kluchę na kostce, umorusanego kurzem, gdzieś na warszawskim podwórku. Namnożyło się tych postaci. Nie ma wokół bloków z wielkiej płyty, bo jeszcze nikt jej nie wymyślił. Jest gorące lato. Płoną wokół domy, wyją nad głowami Stukasy2, startujące kilka razy dziennie z niezdobytego w Godzinie „W”3 przez baterię „Kuba”4 Okęcia. Starszy pan jest zatem chłopcem i próbuje się bawić tak jak ty czterdzieści lat później. Nie przekonuje nikogo, że ma rowerek, który jest jak „Feniks” z Załogi G, bo tej bajki jeszcze nikt nie wymyślił, ale jest może jak Indianin ze szczepu Czarnych Stóp, szybki, zwinny i dzielny. Ale nagle słyszy z boku wizg, a potem głuche uderzenie, jakby coś twardego uderzało w poduszkę, w puch. Kolega obok zachłystuje się krwią, a matka go niesie bezwładnie zwieszonego z rąk do pierwszych drzwi na parterze najbliższej kamienicy, gdzie bez słowa otwiera jej obca kobieta i wprowadza do łazienki, żeby przemyć dziecko z krwi, ale po umyciu okazuje się, że rany nie są powierzchowne, a krew nie przestaje płynąć.

— ...oni płakali, bo bolało, to zupełnie normalne i ludzkie... — starszy pan dalej uśmiechał się ciepło, patrząc ci w oczy i jeszcze raz zawiesił głos, jakby chciał się upewnić, że dobrze sobie to wszystko wyobraziłeś — ale potem jakoś przestawali, bo koledzy, czasem gorzej ranni, poparzeni, poszarpani — leżeli obok i patrzyli, a jak oni patrzyli, to i jakoś to płakanie nam przechodziło, że to jednak nie fason.

I oni już byli blisko, może w spojrzeniu starego człowieka, który uśmiechnął się szerzej, przymknął oczy i odchylił się ze spokojem na oparcie fotela, nie przeczuwając nawet, z jaką armią zostawił ciebie na resztę życia.