Zaduszki. Godzina Wszystkich Świętych

W dniu zadusznym wraca tamten, odległy dzień lata, podobno ciepły, chociaż, jak wszyscy wspominali, wieczorem i w nocy padał deszcz. Jedno z pierwszych moich zetknięć z Powstaniem to dziecięce wspomnienie zaduszkowej poświaty na Powązkach Wojskowych w Warszawie i krzyże, krzyże, krzyże. Tymczasem — kiedyś trzeba się zatrzymać, powiedzieć stop tym wszystkim kołowrotkom. Mijają kolejne daty i może dlatego ta jest najodpowiedniejsza — chociaż tamte historie, które zaczęły się 1 sierpnia, przecież dalej trwają. Bowiem:

„Puste miejsce/ lecz wciąż ponad nim drży powietrze/ po tamtych głosach”.

[Z. Herbert, Prolog]

W dzień zaduszny jest cisza. I brak jakiejkolwiek odpowiedzi. Tak się wyraża czuwanie — brakiem odpowiedzi na pytania, wątpliwości, sprzeczne oceny. I może jednak jakąś ulgą, że tak się da, być blisko na ile to możliwe i nie dać się uwikłać. Tak, po wielu tygodniach na poddaszu, wśród książek, papierów, zdjęć — nie mam nic w odpowiedzi na liczne pytania. Nie mam nic w odpowiedzi na pytanie o sens, ocenę, wartości polityczne i etyczne. I mam poczucie, że wcale nie potrzebuję tej odpowiedzi, że ona nie jest niezbędna do tego, aby pamięć, zamieniona w czuwanie — trwała. Przypomina mi się znowu Franek Kosiec z Lipnicy Małej, który chodził co roku 1 sierpnia na szczyt Babiej Góry, za tych, którzy już nigdy nie pójdą. Nie dyskutował z Powstaniem, nie toczył o nie sporów. Wyobrażam sobie, jak w poszarpanych dżinsach, z nieśmiertelną flanelową bandanką na głowie idzie czy słońce, czy deszcz, wyrównuje oddech, stawia z dudnieniem ciężkie kroki na ścieżce znaczonej zielonymi znakami z Lipnicy. I przypominają mi się jego pełne żarliwości opowieści o życiu wiecznym, doczesnym, o przenikaniu się światów. I jego późniejsze o kilka lat zdanie o tym, że kiedy się w nocy dusisz, to za jeden swobodny oddech jesteś gotowy wywalić wszystkie mądre księgi do pieca.

Podobno Buddę kiedyś zapytano, czy Bóg istnieje. Według jednego z apokryfów miał na to pytanie nie odpowiedzieć, według innej wersji, którą wolę dużo bardziej, zamiast odpowiedzieć na pytanie o Boga, uniósł do góry dłoń, w której trzymał kwiat lotosu, i milczał tak przez dłuższą chwilę, a potem dłoń opuścił. Wiem i czuję, że tutaj też nie będzie innej puenty poza opowiadaniem tej historii na nowo, jeszcze raz i jeszcze raz. Oprócz uniesienia w górę pustej kartki, bo nie każdy zdążył mieć zdjęcie, zapisać chociażby dwa słowa do bliskich na grypsie z Pruszkowa. Nie będzie nic oprócz milczenia i życzenia, żeby nie zagłuszył tego wszystkiego syk rac, wrzaski, skandowanie i pohukiwania, żeby nikt tą historią za łatwo nie mógł sobie wycierać gęby.

Pamiętam, że zanim był syk rac i kibicowska estetyka — Godzina „W” wyglądała inaczej. Syreny wyły tylko w Warszawie, czasem zdarzało się, że gdzieś indziej, ale rzadko. Reagowali tylko ci, którzy wiedzieli i pamiętali naprawdę. Franciszek Kosiec szedł na Babią Górę. A od kiedy poznałem Franka — ja także starałem się tego dnia coś robić w dobrej intencji. Nie zawsze się udawało, bo Godzina „W” chwytała ludzi tak jak szli, stali, jechali, samotnych, z rodzinami, w czasie zakupów, wychodzących z pracy, jedzących obiad, pijących popołudniową kawę. Zachowywali się różnie. Niektórzy parli nadal w swoim kierunku, mieli jakiś życiowy cel, na teraz, na już i nic ich nie zatrzymywało. Inni przystawali, jakby ich coś trafiło. Było w tym coś prawdziwego. Godzina „W” tak samo złapała w kadrze milion Warszawiaków — w milionie ich codziennych, okupacyjnych spraw.

Od lat miga mi tego dnia postać Krystyny Krahelskiej231. Tak, tej samej, która napisała jedną z najbardziej znanych piosenek polskiego podziemia — Hej chłopcy, bagnet na broń. Gdyby ktoś chciał sobie wyobrazić, jak wyglądała Krystyna Krahelska, nie musi szukać jej zdjęcia, wystarczy, że pójdzie w Warszawie nad Wisłę i popatrzy na pomnik warszawskiej Syreny. Krystyna Krahelska pozowała Ludwice Nitschowej do opracowania korpusu i głowy pomnika. Robiła to w tajemnicy. Sama Ludwika Nitschowa mówiła o tym tak:

„Wyrzeźbiona przeze mnie twarz Syreny warszawskiej jest twarzą Krystyny zmonumentalizowaną, aby nie było tak łatwo rozpoznać Krysię, chodzącą ulicami, co by Ją może krępowało. Bo chodziła ulicami warszawskimi prosta, wysoka, jaśniejąca uśmiechem wewnętrznej młodzieńczej radości i siły, gotowa na wszystko, co uczciwe, sprawiedliwe i piękne”.

Nie była rodowitą Warszawianką, urodziła się w roku 1914 w Mazurkach koło Baranowicz, na Kresach. Powiedzielibyście, że była „słoikiem”, przybyszem zza Sokółki. Maturę składała w Brześciu nad Bugiem. Była harcerką, studiowała geografię, etnografię, historię, uczyła się śpiewu, pisała, komponowała i pięknie śpiewała. Wielkie miasto ją męczyło, wychowywała się przecież na wsi, wśród pól, łąk, lasów i podobno kiedy tylko mogła, uciekała z niego. Miała przed wojną narzeczonego, Stanisława Wujastyka, instruktora lotnictwa, który 18 września 1939 roku, unikając prawdopodobnie rozstrzelania w Katyniu, przekroczył granicę z Rumunią i tułał się od Algieru po Wielką Brytanię i Włochy jako lotnik. Pisała do niego regularnie, a on nie odpisywał, nie tylko dlatego, że los rzucał go w różne strony. Również dlatego, że w Wielkiej Brytanii ożenił się i jakoś brakowało mu odwagi, żeby napisać o tym swojej przedwojennej narzeczonej. Ostatecznie Krystyna dowiedziała się o tym pośrednio, od swojej przyjaciółki. To mógł być rok 1943, może początek 1944. Wujastyk ożeni się jeszcze trzy razy, umrze w roku 2012 w Monachium.

W Powstaniu Warszawskim Krystyna Krahelska ps. „Danuta” została przydzielona do 1108 plutonu Zgrupowania „Jeleń”, które w godzinie „W” miało uderzyć na Dom Prasy przy ulicy Marszałkowskiej 3/5. Jak wiele innych uderzeń w Godzinie „W”, także i to — mimo że ruch miejski, jak powiadali dowódcy Powstania, miał „przykryć” koncentrację oddziałów i sprzyjać zaskoczeniu — nie udało się. Niezastąpiony Stanisław Podlewski tak napisał na podstawie zebranych relacji o ostatnich chwilach Krystyny Krahelskiej:

„Po chwili z różnych stron budynku padają strzały. Pchor. „Tur” zostaje postrzelony w głowę. Sanitariuszka „Danuta” zakłada rannemu opatrunek. Pod niezwykle silnym ogniem powstańcy wycofują się do ogródków działkowych na Pole Mokotowskie. W pewnej chwili sanitariuszka „Danuta” pada ranna na ziemię. Pchor „Wrzos” i jakaś sanitariuszka biegną, aby udzielić pomocy. Danuta Krzyczy głośno:

— Nie podchodźcie, bardzo silny ogień!

Pchor. „Wrzos” i sanitariuszka podczołgują się do rannej, która wciąż krzyczy:

— Zostawcie mnie proszę... Ja sama...

Około godziny 8 z punktu sanitarnego na Polnej zostaje wysłany patrol sanitarny do ogródków działkowych na Polu Mokotowskim. Nieprzytomną sanitariuszkę „Danutę” odnoszą do szpitala”.

Siostra poetki, Halina:

„ona upadła nie na bruk, co byłoby dla niej straszne, ona upadła na pole działkowe, leżała wśród słoneczników, kartofli, buraków, na tej ziemi, która dla niej była wszystkim”.

Krystyna Krahelska została postrzelona zaraz po godzinie 17:00 trzema kulami w płuco. Nie był to raczej żaden snajper, jak twierdzą niektórzy. Ten postrzeliłby ją raczej jednym strzałem, jak Andrzeja Morro Romockiego w serce albo jak Krzysztofa Kamila Baczyńskiego w głowę. Charakter rany wskazuje raczej na broń automatyczną. Leżała ponad dwie godziny wśród słoneczników, z tymi trzema przestrzelinami w płucu, a życie pomału wychodziło z niej i wsiąkało w ziemię. Około północy zoperowano ją w szpitalu przy ulicy Polnej. Nadaremno. Zmarła o czwartej nad ranem 2 sierpnia 1944 roku.

Mam niejasne przeczucie, że tego, co mogła czuć, leżąc wśród słoneczników, o czym mogła myśleć, pomału tracąc przytomność — nie będzie umiała zrekonstruować żadna grupa rekonstrukcji historycznej.

Zgrupowanie „Jeleń” nie walczyło już po godzinie „W” jako całość. Poszczególne plutony działały w ramach innych zgrupowań, m.in. przeszły do Kampinosu i przeszły szlak bojowy aż do fatalnej bitwy pod Jaktorowem. Straty zgrupowania między 1 sierpnia a 29 września 1944 roku przy stanie wyjściowym 233 ludzi wyniosły 125 zabitych i 98 rannych — 223 ludzi, czyli 96%.

Pomnik Syreny na Powiślu nie został w czasie wojny rozebrany ani zniszczony. Po wojnie jedynie załatano około 30 przestrzelin. Dzisiaj stoi w tym samym miejscu, gdzie został odsłonięty w sierpniu 1939 roku.