VIII
Utterson siedział pewnego wieczora po kolacji przy kominku, gdy ku wielkiemu jego zdziwieniu zjawił się Paweł.
— Cóż pana tu sprowadza? — zawołał Utterson. — Co się stało? Czy pan doktor chory?
— Panie Utterson — rzekł Paweł — tam coś nie jest w porządku.
— Tak? Siadaj pan. Oto szklanka wina, wypij pan i opowiedz szczerze, z czym przyszedłeś.
— Wie pan przecież — rzekł Paweł — jaki jest mój pan, i wie pan, że się ostatnio stale odosabnia. Teraz znowu zamyka się w swej pracowni. Panie Utterson, lękam się...
— Mój drogi — rzekł adwokat — proszę mówić szczerze i wyraźnie: czego się pan lęka?
— Już od tygodnia obawiam się — odparł Paweł — a teraz nie mogę już więcej się opanować...
Zewnętrzny wygląd Pawła jak najdobitniej potwierdzał te słowa. Postawa jego, zwykle poprawna, wiele pozostawiała teraz do życzenia. Siedział na fotelu, trzymał szklankę wina na kolanie, nie wypił ani kropli, oczy miał utkwione w dywan.
— Nie mogę się więcej opanować... — powtórzył.
— Pawle! — rzekł Utterson. — Widzę, że zaszło coś poważnego. Niech pan spróbuje mi powiedzieć, o co idzie12.
— Sądzę, że zaszło coś okropnego — rzekł Paweł ochrypłym głosem.
— Coś okropnego? — zawołał adwokat, przerażony i zmieszany. — Co to ma znaczyć?
— Nie mam odwagi powiedzieć, ale czy nie chciałby pan pójść ze mną i osobiście się przekonać?
Utterson powstał i wziął płaszcz i kapelusz. Zauważył, że na twarzy służącego odmalowała się wielka ulga.
Była to burzliwa noc zimowa. Wiatr uniemożliwiał rozmowę. Ulice były zupełnie puste. Utterson chętnie byłby w tej chwili widział dokoła siebie ludzi; samotność i pustka na ulicach wywoływała w nim nieprzyjemne uczucie.
Gdy przybyli na plac przed domem, Paweł się zatrzymał i mimo silnego mrozu zdjął czapkę i otarł czerwoną chusteczką czoło. Lecz mimo szybkiego marszu nie był to pot wywołany zmęczeniem; czoło jego było wilgotne ze strachu; twarz miał bladą, a kiedy mówił, głos jego był chropawy:
— Oto jesteśmy — rzekł — oby Bóg dał, by nic nie zaszło.
Po tych słowach Paweł ostrożnie zapukał. Drzwi uchyliły się nieco, a głos jakiś wewnątrz zapytał:
— Czy to ty, Pawle?
— Tak, to ja, otwórz.
Przedsionek, do którego weszli, był jasno oświetlony, wielki ogień płonął na kominku, a dokoła niego była zgromadzona cała służba. Na widok Uttersona pokojówka wydała histeryczny okrzyk, a kucharka zawołała:
— Bogu dzięki, pan Utterson! — i pobiegła do niego, jakby go chciała uścisnąć.
— Co wy tu wszyscy robicie? — rzekł adwokat ostrym tonem. — To zupełnie niewłaściwe postępowanie.
— Oni wszyscy się boją — rzekł Paweł.
Pokojówka załkała głośno.
— Stul gębę! — zawołał Paweł z wielką gwałtownością, dowodzącą, jak bardzo jest podniecony.
Gdy dziewczyna poczęła jęczeć, wszyscy obecni skierowali oczy w stronę drzwi prowadzących do wnętrza domu; na twarzach ich malował się przestrach i oczekiwanie.
— A teraz — zawołał Paweł do sprzątacza — podaj mi świecę, nareszcie dotrzemy do prawdy!
Poprosił Uttersona, by poszedł za nim, i zaprowadził go na podwórze.
— Teraz, panie Utterson — rzekł — proszę pójść za mną możliwie najciszej. Chciałbym, by pan słyszał, ale by pana nie słyszano. Uważaj pan: gdyby mu wpadło na myśl pana wezwać, niech pan nie wchodzi!
Te niespodziewane słowa omal nie wytrąciły Uttersona z równowagi duchowej, lecz opanował się i szedł za Pawłem przez laboratorium i salę chirurgiczną aż do schodków wiodących do gabinetu. Tu dał mu Paweł znak, by się nieco usunął na bok. Paweł postawił świecę na podłodze i sam zdecydowanym krokiem wszedł na schodki i zapukał do drzwi otoczonych czerwonym fryzem.
— Jaśnie panie, pan Utterson chciałby z panem się rozmówić — rzekł i raz jeszcze uczynił ruch w stronę Uttersona, polecający baczną uwagę.
Jakiś głos odezwał się z wewnątrz:
— Niech mu pan powie, że nikogo nie przyjmuję!
— Dobrze, jaśnie panie — rzekł Paweł, wziął świecę i zaprowadził Uttersona przez podwórze do wielkiej kuchni, w której wygasł ogień i karaluchy biegały po podłodze.
— Panie Utterson — rzekł Paweł — czy to był głos mego pana?
— Wydał mi się bardzo zmieniony — odparł adwokat.
— Zmieniony? Hm, jestem od dwudziestu lat w tym domu i nie miałbym poznać jego głosu? Nie, panie Utterson, mojego pana zamordowali, sprzątnęli przed ośmiu dniami, kiedyśmy słyszeli, że głośno wzywa pomocy boskiej, a co tam jest zamiast niego i dlaczego tam pozostaje, to Bóg raczy wiedzieć, panie Utterson!
— To bardzo dziwna historia, Pawle. Przypuśćmy, że pańskie przypuszczenie jest prawdziwe, przypuśćmy, że doktor Jekyll został zamordowany, to po cóż morderca pozostaje na miejscu czynu? Nie, nie mogę uznać za słuszne pańskiego przypuszczenia.
— Dobrze, panie Utterson, trudno pana zadowolić, ale zdaje mi się, że uda mi się to wreszcie — rzekł Paweł. — Przez cały ubiegły tydzień on albo ono (mam na myśli to stworzenie, które bawi w tamtym gabinecie) wołało o jakieś lekarstwo, którego ani rusz dostać nie można. Już przedtem miał mój pan niekiedy zwyczaj pisania swych zleceń na kartce papieru i zostawiania ich na schodkach. Przez cały ubiegły tydzień stale zastawaliśmy takie kartki na schodach; drzwi były zamknięte wciąż; jedzenie zostawialiśmy również pod drzwiami; zabierał je, gdy nikogo nie było. Pomyśl pan sobie, codziennie, co powiadam, dwa lub trzy razy dziennie zastawałem na schodach karteczki, które mnie wysyłały do wszystkich większych składów aptecznych i sklepów z chemikaliami. Ilekroć przynosiłem flaszeczkę z zamówioną miksturą, zastawałem niebawem nową karteczkę z wiadomością, bym zwrócił lekarstwo, gdyż nie jest czyste, i zamówił nowe w innej firmie...
— Czy ma pan przy sobie jedną z tych kartek? — zapytał Utterson.
Paweł począł grzebać w kieszeni i dobył zmiętą karteczkę, którą adwokat, pochyliwszy się nad świecą, począł skrupulatnie badać. Treść była następująca:
„Dr Jekyll przesyła panu Maw pozdrowienia i zapewnia, że ostatnia przesyłka jest niezbyt czysta, zatem niezdatna. W roku 18... pobrałem większą ilość tego lekarstwa. Proszę zatem zbadać w składzie, czy nie ma jeszcze pewnej ilości tego samego gatunku i o ile by się znalazło, przesłać natychmiast. Cena nie odgrywa żadnej roli. Zależy mi na tym bardzo”.
— To bardzo dziwna kartka — rzekł Utterson, a potem ostro zapytał. — A jak to się stało, Pawle, że to pismo ma pan przy sobie i to odpieczętowane?
— Sprzedawca w firmie Maw rozgniewał się i cisnął mi kartką w twarz — wyjaśnił Paweł.
— To jest bezsprzecznie pismo doktora Jekylla — rzekł adwokat. — Co pan sądzi?
— Tak i mnie się zdawało — odparł służący i dodał zmienionym głosem: — Widziałem go!
— Widział go pan? — powtórzył Utterson — i...
— Tak — rzekł Paweł — było to tak: wszedłem nagle z podwórza do sali wykładowej. Widocznie on właśnie wtedy wyszedł, by wziąć lekarstwo, gdyż drzwi do jego gabinetu były otwarte... Stał w sali wykładowej i szukał czegoś między słojami umieszczonymi na jednym ze stołów. Gdy mnie zobaczył, krzyknął i pędem pobiegł po schodkach do swej pracowni. Widziałem go tylko przez chwilkę; włosy zjeżyły mi się na głowie... Jeśli to był mój pan, to dlaczegóż miał maskę na twarzy? Jeśli to był mój pan, to dlaczego pisnął jak szczur i uciekł przede mną? Przecież służę u niego od przeszło dwudziestu lat...
Przerwał i potarł sobie ręką czoło.
— To wszystko są bardzo osobliwe okoliczności — rzekł Utterson — ale zdaje mi się, że zaczynam sobie zdawać z wszystkiego sprawę. Pańskiego pana, Pawle, nawiedziła jedna z tych chorób, które dręczą chorego, a zarazem zniekształcają go. Stąd to zapewne pochodzi ta zmiana głosu, stąd ta maska i ukrywanie się przed przyjaciółmi, stąd to pożądanie, by dostać jakie lekarstwo wypróbowane, po którym biedak spodziewa się uleczenia. Dałby Bóg, by to nie było złudą! Oto moje wytłumaczenie; jest ono smutne, Pawle, ale jeżeli się głębiej zastanowimy, jedynie naturalne, logiczne i konsekwentne.
— Panie Utterson — rzekł służący, na którego bladej twarzy wykwitło kilka czerwonych plam — ta osoba — to nie był mój pan. Mój pan — Paweł rozejrzał się i począł mówić szeptem — mój pan ma wielką, piękną postawę, a ta osoba to skarlałe jakieś indywiduum...
A gdy Utterson chciał zaprzeczyć, Paweł zawołał:
— Nie, nie, nie, czy sądzi pan, że po dwudziestu latach nie poznałbym swego pana? Czy sądzi pan, że nie wiem, jak wysoko we drzwiach sięga głowa mego pana, ja, który go co dzień tam widywałem? Nie, panie Utterson, ta osoba w masce to nie był doktor Jekyll. Bóg wie, kto to był, ale że nie mój pan, za to ręczę. Jestem przekonany, że tam popełniono morderstwo.
— Pawle — odparł adwokat — jeśli pan tak mówi, to moim jest obowiązkiem upewnić się co do tego. Aczkolwiek chciałbym oszczędzić mego przyjaciela, chociaż ta karteczka dowodzi, że jest jeszcze przy życiu, to jednak zmuszony jestem przystąpić do wyłamania drzwi wiodących do jego pokoju.
— Ach, panie Utterson, nareszcie dobre słowo! — zawołał służący.
— A teraz druga kwestia: kto pójdzie ze mną?
— Ja — brzmiała mocna odpowiedź.
— Dobrze — rzekł adwokat. — Cokolwiek z tego wyniknie, moją będzie rzeczą postarać się, by pan nic na tym nie stracił.
— W laboratorium jest siekiera — rzekł Paweł — ja się będę nią posługiwał, pan weźmie drąg do zgartywania13 ognia.
— Czy zdaje pan sobie sprawę — rzekł Utterson — że my obaj narażamy się teraz na pewne niebezpieczeństwo?
— Ma pan rację, rzeczywiście tak jest — odparł służący.
— Wobec tego byłoby dobrze, gdybyśmy byli ze sobą całkiem szczerzy. Mam wrażenie, że nie wszystko dopowiedzieliśmy sobie; niejedno myślimy, a nie mówimy. Więc powiedzmy sobie wszystko! Czy nie poznał pan tego człowieka w masce, czy nie przypuszcza pan, kto to może być?
— Osoba ta była tak skulona i biegła tak szybko, że gdyby mi kazano przysięgać, to odmówiłbym; ale gdyby mnie zapytano, oświadczyłbym: to był pan Hyde! Zupełnie ta sama wysokość i te same szybkie ruchy... A zresztą: któż by inny mógł dostać się przez drzwi prowadzące do laboratorium? Wie pan przecież, że miał on w czasie mordu klucz. Ale i to nie jest jeszcze wszystko. Nie wiem, czy pan spotkał kiedyś tego człowieka?
— Tak — rzekł adwokat — rozmawiałem raz z nim.
— Wobec tego wie pan przecież, że w tym człowieku tkwi coś osobliwego, coś niezwykłego, niewytłumaczonego. Nie wiem, jak by to wyrazić, najprędzej tak: widok jego przejmuje do szpiku kości...
— Muszę przyznać, że uczuwałem coś podobnego — rzekł Utterson.
— Gdy ta zamaskowana istota jak małpa odskoczyła od stołu z chemikaliami i popędziła schodkami do gabinetu, przeszło mi przez myśl: to musi być Hyde! Zapewne, nie mam absolutnej pewności; czytałem wiele książek kryminalnych i wiem, że należy mieć dowód niezbity na swe twierdzenia, ale człowiek ma wyczucie, instynkt jakiś dyktuje nam często prawdziwe twierdzenia, z całą zatem stanowczością utrzymuję, że to był Hyde!
— Tak, tak, tak — powtórzył trzykrotnie adwokat. — Moje obawy ziszczają się. Od samego początku lękałem się, że z tego kontaktu doktora Jekylla z owym pokracznym indywiduum wynikną złe następstwa. Zaprawdę, miał pan rację, Pawle. I ja jestem teraz przekonany, że biedny Henryk został zamordowany, a morderca, Bóg wie, w jakim celu, znajduje się jeszcze w pokoju swej ofiary. A więc dobrze, pomścimy śmierć doktora Jekylla! A teraz, Pawle, niech pan tu wezwie Bradshawa.
Po chwili wszedł wezwany; był blady i wzburzony.
— Uważaj pan, co powiem — rzekł Utterson. — Wiem, że niepewność ciąży na nas wszystkich, ale teraz mamy zamiar położyć jej ostateczny kres. Paweł i ja wtargniemy gwałtem do jego pokoju. Jeśli wszystko jest w porządku, niech się służba niczego nie lęka, ja wezmę wszystko na siebie. By jednak łotrowi nie dać żadnej możności wymknięcia się, wyjdzie pan wraz z kuchcikiem, każdy z was zaopatrzony w tęgi kij, na uliczkę i staniecie przed drzwiami prowadzącymi do laboratorium. Macie dziesięć minut czasu, by się dostać na swój posterunek.
Gdy Bradshaw wyszedł, adwokat wyjął zegarek i trzymał go w ręku przez dziesięć minut.
— A teraz, Pawle, udamy się na nasze stanowiska!
Wyszli na podwórze. Chmury przesłoniły księżyc; dokoła ścieliła się gęsta czerń. Paweł znał jednak każdą piędź ziemi w tym domu; po omacku dostali się do sali wykładowej. Zapalił świecę, usiedli i czekali. Wokoło było cicho, tylko z gabinetu dochodziły odgłosy kroków.
— Tak wędruje on przez cały dzień — szepnął Paweł — a ponadto przez większą część nocy. Tylko wtedy, gdy otrzymuje nową próbkę ze składu chemikaliów, następuje krótka pauza. Ach, musi to być kiepskie sumienie, które wywołuje w nim ten wieczny niepokój. W każdym jego kroku jest krew, zbrodniczo przelana krew. Niech pan uważnie się przysłucha, panie Utterson, i niech mi pan powie: czy jest to chód mojego pana?
Kroki to były lekkie, wykonywane z pewnym rozpędem, aczkolwiek chód był powolny. Faktycznie różniły się wielce od ciężkiego, mocnego stąpania Henryka Jekylla.
Utterson westchnął i zapytał:
— A zresztą czy nic poza tym słychać nie było?
— Raz słyszałem płacz.
— Płacz? Jak to? — zapytał adwokat, przejęty nagle wielkim przerażeniem.
— Płacz jakby kobiety lub zatraconej duszy. Uciekłem, było mi tak ciężko na sercu, że sam najchętniej rozpłakałbym się...
— No — zawołał Utterson — przystąpmy do dzieła!
Paweł dobył siekiery znajdującej się na jednej ze skrzyń i ustawił świecę na stole, by świeciła im w przygotowaniach do natarcia. Wstrzymując oddech, zbliżyli się możliwie najciszej do drzwi, za którymi ktoś szedł wciąż tam i z powrotem lekkim krokiem.
— Jekyll! — zawołał Utterson donośnym głosem. — Muszę cię koniecznie zobaczyć.
Z gabinetu nie padło ani jedno słowo odpowiedzi.
— Zwracam twoją uwagę — mówił dalej Utterson — że podejrzenia nasze są bardzo ciężkie i że muszę cię zobaczyć. Jeśli nie otworzysz dobrowolnie, otworzę drzwi bez twego zezwolenia, gwałtem!
— Uttersonie — doszedł głos zza drzwi — na miłość boską, miej litość.
— Ach, to nie jest głos Jekylla, to jest Hyde! — zawołał Utterson. — Pawle, wyłamiemy drzwi!
Paweł wziął rozmach i grzmotnął siekierą we drzwi; uderzenie wstrząsnęło ścianą i drzwi zachybotały w zawiasach. Z gabinetu doleciał krzyk straszny, jakby śmiertelnie przerażonego zwierzęcia. Znowu siekiera spadła na drzwi i znowu wstrząsnęła się ściana. Czterokrotnie Paweł wymierzał cios, lecz drzwi były z niezwykle twardego drzewa, a spoidła mocno i doskonale sporządzone. Dopiero po piątym razie pękły drzwi i runęły do wnętrza pokoju.
Obaj nacierający spojrzeli na wnętrze pracowni. Przed ich oczyma ścielił się obraz spokoju i ciszy. Na stole paliła się lampa, w piecu płonął ogień, kocioł z wrzątkiem stał na trójnogu, pod którym migotał płomyk, na biurku leżały papiery ułożone w porządku, na stoliku obok kominka stała zastawa na herbatę — słowem, pokój ten można by uważać za przyjemny, cichy zakątek uczonego...
W środku pokoju leżało ciało, jeszcze drgające...
Utterson i Paweł weszli na palcach i spojrzeli w twarz leżącego. Był to — Edward Hyde. Nosił ubranie zbyt wielkie, ubranie doktora Jekylla. Muskuły twarzy jego drgały jeszcze, ale życie z tego człowieka już uleciało. W ręku ściskał szklaną rurkę; w powietrzu unosił się jakiś mocny zapach...
Utterson zrozumiał, że ma przed sobą trupa samobójcy.
— Przybyliśmy za późno — rzekł poważnie — za późno, by ratować, i za późno, by karać. Hyde stanął przed najsprawiedliwszym sędzią świata... A teraz musimy jeszcze znaleźć ciało mego przyjaciela, Jekylla.
Główną część domu zajmowała sala wykładowa, wypełniająca cały parter; nad tą salą znajdował się gabinet. Korytarz łączył salę wykładową z drzwiami prowadzącymi w boczną uliczkę. Ponadto znajdowało się w domu kilka jeszcze ciemnych zakamarków i przestronna piwnica.
Wszystkie te miejsca przeszukał Utterson z Pawłem z wielką starannością. Nie trwało to długo: wszystkie bowiem zakamarki były puste; sądząc po kurzu, jaki opadał z drzwi, które otwierali, od dawna nikt do tych komórek nie wchodził. Piwnica natomiast była przepełniona różnymi gratami, pochodzącymi jeszcze z czasu, gdy dom należał do chirurga, od którego go Jekyll nabył. Lecz gdy drzwi do piwnicy otwarli, zrozumieli, że wszelkie poszukiwania byłyby tu bezcelowe, gdyż gęste kłęby pajęczyny dowodziły, iż od lat wielu piwnica była nieużywana.
Nigdzie nie było śladu Henryka Jekylla, żywego albo nieżywego.
Paweł począł tłuc w płyty kamienne korytarza.
— Może tu jest zakopany, pod podłogą... — rzekł i przysłuchiwał się odgłosom swych uderzeń.
— Albo uciekł... — rzekł Utterson i przystąpił do zbadania drzwi wiodących do uliczki. W pobliżu drzwi znaleźli na podłodze klucz. Był on niemal cały zardzewiały.
— Nie zdaje mi się, by ten klucz był często używany — zauważył adwokat.
— Używany? — powtórzył Paweł. — Czy nie widzi pan, że jest złamany?
— Faktycznie — potwierdził Utterson — a miejsca, w których klucz jest złamany, są również zardzewiałe.
Obaj spojrzeli na siebie zdumieni.
— Tego rozumem ogarnąć nie umiem. Pawle, wrócimy do gabinetu.
W milczeniu szli po stopniach, rzucili spojrzenie na trupa i przystąpili do szczegółowego zbadania urządzenia pracowni. Na jednym ze stołów widoczne były ślady pracy chemika; na szklanych tafelkach leżały porozdzielane kupki białego proszku, jakby przygotowane do doświadczenia, w którego wykonaniu przeszkodzono nieszczęśliwcowi.
— To są te proszki, które mu zawsze musiałem sprowadzać z różnych aptek i składów chemicznych — rzekł Paweł.
W tej chwili poczęła kipieć woda w kotle. Skierowali się ku kominkowi, gdzie stał wygodny fotel, a przed nim niewielki stół; wszystko na nim było przygotowane do wypicia herbaty; nawet cukier leżał już w filiżance.
Obok filiżanki leżała otwarta książka i Utterson zauważył ze zdziwieniem, że był to egzemplarz nabożnego dzieła, o którym doktor Jekyll parokrotnie wyrażał się z wielkim uznaniem; jednak na brzegach niemal każdej strony były ręką Jekylla wypisane uwagi zawierające przerażające bezeceństwa.
Potem skierowali się do biurka. Między różnymi, w porządku poukładanymi papierami znajdowała się wielka koperta. Pismem Jekylla było na niej wypisane nazwisko Uttersona. Adwokat otworzył kopertę. Wypadło z niej kilka dokumentów.
Jednym z nich był testament doktora Jekylla, spisany podobnie ekscentrycznym stylem jak ten, który Utterson zwrócił mu przed sześciu miesiącami. Tak samo były w tym testamencie wymienione dwie ewentualności: na wypadek śmierci i na wypadek zniknięcia Jekylla. Lecz zamiast nazwiska Edwarda Hyde przeczytał adwokat ku swemu nieopisanemu zdumieniu swe własne nazwisko... Wyraźnie: Gabriel John Utterson... Spojrzał na Pawła, potem znowu na dokument, a wreszcie na nieżywego mordercę leżącego na dywanie.
— Mam wrażenie, jakby mi koło młyńskie obracało się w mózgu — rzekł i, wskazując na trupa, dodał: — Ten człowiek był tu dniami całymi, znał ten dokument; nie miał najmniejszego powodu, by być mi życzliwy; musiał być oburzony, że go doktor Jekyll pominął w testamencie, a mimo to nie zniszczył tego testamentu, wydziedziczającego go, a przyznającego spadek mnie...
Wziął do ręki drugi dokument; była to kartka papieru zapisana pismem doktora Jekylla i zaopatrzona w datę.
— Ach, Pawle! — zawołał adwokat. — Jeszcze dziś był przy życiu i bawił14 tutaj! W tak krótkim czasie nie mógł go przecież Hyde uprzątnąć, a więc Jekyll żyje! Zniknął po prostu... Ale... dlaczego zniknął? W jaki sposób? A jeśli tak jest, to jak wytłumaczyć to samobójstwo? Musimy być bardzo ostrożni... Przewiduję, że pańskiego chlebodawcę wplączemy jeszcze w okropną katastrofę!
— Dlaczego pan nie czyta, co napisane na tej kartce papieru? — zapytał Paweł.
— Lękam się... — odparł adwokat poważnie.
Lecz przecież wziął kartkę i odczytał słowa:
„Mój kochany Uttersonie! Gdy te słowa będziesz odczytywał, mnie tu już nie będzie; zniknę, i to wśród okoliczności, których, pisząc to, oczywiście przewidzieć nie mogę. Jednak przeczucie mi powiada, a wnioskuję również z mego okropnego położenia, że niebawem zakończę swe życie. Wtedy przeczytaj najpierw relację, którą Lanyon, jak mi sam powiedział, miał ci wręczyć, a jeśli jeszcze więcej chcesz wiedzieć, przeczytaj potem wyznanie twego niegodnego i nieszczęśliwego przyjaciela, Henryka Jekylla”.
— Gdzie jest trzeci dokument, który wyleciał z wielkiej koperty? — zapytał Utterson.
— Tu — rzekł Paweł i podniósł z biurka obszerny pakiet, bardzo starannie zapieczętowany.
Adwokat włożył go do kieszeni.
— Najlepiej, gdy ani słowa nie wspomnimy o tych papierach — rzekł. — Jeśli pański chlebodawca uciekł albo nie żyje, to przynajmniej uratujmy jego reputację. Mamy teraz godzinę dziesiątą. Pójdę do domu i spokojnie przeczytam te dokumenty. Za dwie godziny, a więc około północy, będę tu z powrotem; wtedy zawiadomimy policję.
Wyszli, zamknęli drzwi za sobą i adwokat udał się do swego mieszkania, by przeczytać obie relacje, mające przynieść rozwiązanie tajemniczej, zagadkowej afery.
IX. Relacja doktora Lanyona
9 stycznia, a więc przed czterema dniami otrzymałem wieczorną pocztą list polecony; z adresu poznałem pismo mego kolegi szkolnego, Henryka Jekylla. Byłem tym wielce zdziwiony, ponieważ nie utrzymywaliśmy ze sobą żadnej korespondencji listownej. Ponadto właśnie dnia poprzedniego odwiedziłem go i zjadłem u niego kolację — nasz stosunek zatem nie mógł tłumaczyć nadesłania mi takiego formalnego listu poleconego. Treść listu wzbudziła we mnie jeszcze większe zdumienie. Brzmiał on następująco:
„Kochany Lanyonie!
Jesteś jednym z moich najlepszych przyjaciół, a jeśli byliśmy niekiedy odmiennych zapatrywań co do różnych kwestii naukowych, to jednak nie mogę sobie przypomnieć, byśmy się kiedy na serio poróżnili i by nasza przyjaźń kiedykolwiek zaznała zmącenia. Gdybyś mi kiedykolwiek powiedział: »Moje życie, mój honor, wszystko zależy od ciebie« — poświęciłbym swój majątek, prawicę, by ci pomóc.
Lanyonie, moje życie, mój honor, wszystko zależne jest od twego współczucia, jeśli mi dzisiejszej nocy nie udzielisz pomocy, jestem zgubiony!
Po tym wstępie mógłbyś może pomyśleć, że poproszę cię o coś, czego uczciwy człowiek nie mógłby spełnić. Więc osądź sam:
Proszę cię więc, byś dzisiejszego wieczora nie przyjął żadnych innych zobowiązań, choćby cię wzywano do łoża chorego cesarza, byś wziął dorożkę — o ile byś nie miał pod ręką twego powozu — i byś wprost do mnie pojechał. Mój służący Paweł otrzymał instrukcje, będzie cię on oczekiwał z ślusarzem. Musicie gwałtem otworzyć drzwi do mojej pracowni. Po dokonaniu tego, proszę, wejdź sam, otwórz oszkloną szafę, znaczoną literą E, rozbij po prostu zamek, o ile szafa nie jest otwarta, i wyciągnij czwartą z góry lub, co na jedno wychodzi, trzecią szufladę z dołu. W mym niezwykłym zdenerwowaniu odczuwam chorobliwy lęk, czy dane powyższe są ścisłe; o ile bym się mylił, to sam rozpoznasz, którą szufladę mam na myśli: znajduje się w niej kilka lekarstw, jedna szklana rurka i notesik. Szufladę tę weź ze sobą do swego mieszkania tak, jak ją zastaniesz.
To jest pierwsza część twej pomocy. A teraz druga: jeżeli natychmiast po otrzymaniu tego listu ruszysz w drogę, wrócisz do domu przed północą. Chciałbym, byś wrócił później, wtedy, kiedy twa służba już spoczywa. Proszę cię, byś o północy sam bawił w twym gabinecie i własnoręcznie wpuścił do domu pewnego człowieka, który przyjdzie w moim imieniu; wręcz mu szufladę, którą zabrałeś z mego mieszkania.
Gdy to zrobisz, spełnisz wszystko, o co proszę: zaskarbisz sobie moją wdzięczność.
Powyższe zarządzenia są największej wagi; gdybyś ich nie chciał spełnić, uważając je za wybryk fantazji, obciążyłbyś swe sumienie moją śmiercią.
Chociaż żywię niepłonną nadzieję, że mego błagania o pomoc nie będziesz uważał za kiepski żart, drżę na myśl, że mógłbyś przecież tak się zapatrywać na moją prośbę. Musisz zatem wiedzieć, w jakim jestem teraz właśnie stanie: znajduję się w obskurnej okolicy, pogrążony w takiej rozpaczy, jakiej sobie najbujniejsza wyobraźnia nie może odtworzyć, i zdaję sobie sprawę, że jeśli mi dopomożesz, wówczas cały mój lęk mnie opuści.
Pomóż mi zatem, mój drogi Lanyonie, i uratuj twego przyjaciela,
Henryka Jekylla.
PS. Zapieczętowałem już list, gdy mnie ogarnął od nowa strach. Możliwą jest rzeczą, że poczta nie doręczy ci tego listu punktualnie i że otrzymasz go dopiero jutro rano. W tym wypadku wypełń moje polecenie, drogi Lanyonie, w ciągu dnia, kiedy ci najwygodniej, i oczekuj mego posłańca następnej nocy. Może wtedy będzie już za późno... Gdyby noc ta minęła, a nikt się u ciebie nie pojawił, wiedz, że widziałeś Henryka Jekylla po raz ostatni...”
Po przeczytaniu tego listu byłem przekonany, że mój kolega zwariował. Póki jednak nie miałem oczywistego dowodu, poczuwałem się do obowiązku wypełnienia jego życzenia. Nie rozumiejąc wcale jego pisaniny, nie mogłem również ocenić znaczenia tych słów. Tak wymownego wezwania o pomoc nie mogłem po prostu pominąć, nie chcąc się obciążyć wielką i ciężką odpowiedzialnością. Toteż natychmiast zebrałem się, wziąłem dorożkę i pojechałem do domu Jekylla. Służący oczekiwał już mego przybycia; otrzymał on tą samą pocztą również list polecony, zawierający szereg instrukcji i wezwał ślusarza i cieślę. Gdyśmy ze sobą rozmawiali, nadeszli obaj rzemieślnicy i udaliśmy się przez salę wykładową do prywatnego gabinetu Jekylla. Drzwi były bardzo mocne, zamek doskonały. Cieśla zwrócił naszą uwagę, iż dostanie się do wnętrza gwałtem będzie bardzo trudne i narobi wiele szkód. — Ślusarz był jednak bardzo zręczny w swoim fachu i po dwugodzinnej pracy udało mu się otworzyć drzwi. Szafa ze znakiem E była otwarta. Wyjąłem szufladę, kazałem ją wypełnić słomą, owinąć w papier i wróciłem z nią do swego mieszkania.
Tam przystąpiłem natychmiast do zbadania zawartości szuflady. Proszki były spreparowane wcale15 pracowicie; praca ta jednak nie wykazywała dokładności zawodowego chemika; poznać było od razu, że Jekyll sporządził je sam; gdy otworzyłem jedno z opakowań, znalazłem — o ile się nie mylę — jakąś skrystalizowaną sól o białej barwie. Rurka szklana, ku której następnie skierowałem swoją uwagę, była do połowy wypełniona jakimś czerwonym płynem działającym niezwykle silnie na zmysł powonienia; miałem wrażenie, że jest wypełniona fosforem i eterem; co do innych składników, nie mogłem sobie w danym momencie zdać należycie sprawy. Prócz tego znajdował się w szufladzie zwyczajny notes, zawierający właściwie tylko szereg dat. Obejmowały one czas wielu lat; zwróciło moją uwagę, że przed rokiem zapiski ustały. Gdzieniegdzie obok daty znajdowała się krótka uwaga, przeważnie tylko jedno słowo. Uwaga „podwójnie” widniała może sześć razy wśród setek zapisków, a raz znalazłem słowa: „zupełnie nieudane!!!”. Wszystko to podnieciło moją ciekawość, nie dawało jednak żadnego wytłumaczenia. Przede mną leżała rurka z jakąś tynkturą, zawiniątko z proszkami i zapiski odnoszące się widocznie do eksperymentów, które — jak niemal wszystkie naukowe badania doktora Jekylla — nie doprowadziły do żadnych praktycznych rezultatów. Cóż mogło mieć wspólnego przyniesienie tych rzeczy do mego mieszkania z życiem i honorem mego zdziwaczałego kolegi? Po cóż ma posłaniec jego o północy przychodzić po odbiór tych drobiazgów? Dlaczego mam go przyjąć sam, gdy służba moja będzie spała?
Im bardziej nad tym wszystkim zastanawiałem się, tym bardziej dochodziłem do przekonania, że mam do czynienia z wypadkiem choroby umysłowej; poleciłem wprawdzie mym służącym, by udali się na spoczynek, jednak naładowałem rewolwer, by na wszelki wypadek nie być pozbawionym broni.
Właśnie wybiła godzina dwunasta na wieżach Londynu, gdy ktoś ostrożnie zapukał do drzwi wchodowych. Poszedłem osobiście i, otworzywszy drzwi, zastałem jakiegoś niskiego człowieczka opartego o odrzwia.
— Czy pan przychodzi od doktora Jekylla? — zapytałem.
Skinął potakująco głową, a gdy go poprosiłem, by wszedł, zauważyłem, że wzrok jego skierowany jest na ciemny plac przed domem, jakby tam czego szukał. Na placu stał policjant, który właśnie wyłonił się z jednej z bocznych uliczek. Na jego widok zadrżał ów człowieczek i szybko wsunął się do mego domu.
Przyznać muszę, że to jego zachowanie się wywołało we mnie przykre uczucie; toteż, idąc za nim do jasno oświetlonego mego gabinetu, trzymałem w ręce rewolwer.
Nareszcie miałem sposobność przypatrzyć się mu bliżej. Że go nigdy przedtem nie widziałem — to było pewne. Był, jak już zaznaczyłem, niskiego wzrostu; uderzył mnie odrażający wyraz jego twarzy, dziwne połączenie niezwykłego przedenerwowania z wielkim, widocznym wyczerpaniem fizycznym; obecność jego wywoływała we mnie jakiś dziwny niepokój. Podobny był ten niepokój do rozpoczynających się dreszczy; towarzyszyło mu osobliwe jakieś osłabienie tętna. Wówczas tłumaczyłem sobie to idiosynkrazją16 i dziwiłem się tylko sile tych symptomatów; jednak potem miałem wszelki powód do twierdzenia, że przyczyna tych symptomatów tkwi głębiej w naturze ludzkiej.
Osoba ta, która od chwili pojawienia się wywołała we mnie uczucie, które nazwać mógłbym odrazą skojarzoną z zaciekawieniem — osoba ta była ubrana w taki sposób, który każdego przeciętnego człowieka naraziłby na śmieszność. Nosiła bowiem ubranie wprawdzie wytworne i drogie, ale nazbyt wielkie i uszyte na miarę o wiele wyższego i tęższego mężczyzny. Spodnie opadały z nóg i były podciągnięte, by nie suwały się swymi końcami po ziemi, stan surduta opadał poniżej bioder, kołnierz opadał szeroko na barki. Brzmi to dziwnie, ale ten komiczny strój nie pobudzał mnie wcale do śmiechu. Coś nienormalnego, niedorzecznego w istocie tej postaci działało na mnie intensywnie i budziło zainteresowanie i ciekawość, tyczącą się życia, losów, pozycji na świecie tej pokracznej, a tak pociągającej, wstrętnej, a tak potężne wrażenie budzącej osobowości.
Spostrzeżenia te, które, tu spisane, zajmują wiele miejsca, były wówczas jednak dziełem kilku tylko sekund.
Mój gość płonął niesamowitym wprost wzburzeniem.
— Czy przyniósł ją pan? — wykrzykiwał. — Czy przyniósł pan szufladę?
Niecierpliwość jego była tak wielka i żywa, iż nawet położył rękę na mym ramieniu i usiłował mną potrząsnąć.
Odepchnąłem go, gdyż dotknięcie jego wywoływało we mnie dziwne uczucie bólu.
— Dosyć tego, mój panie — rzekłem — pan zapomina, że nie mam jeszcze przyjemności znać pana; siadaj pan, proszę...
Sam dałem przykład i usiadłem na zwykłym swym miejscu. Przy czym imitowałem sposób, w jaki zwykłem się obchodzić ze swymi pacjentami, oczywiście, o ile ta poza była możliwa o tak spóźnionej porze wobec takiego gościa i wobec przestrachu, jaki we mnie budził.
— Proszę o wybaczenie, panie doktorze Lanyon — rzekł uprzejmie. — Ma pan wszelki powód tak mówić. Moja niecierpliwość była większa niż moja uprzejmość. Przychodzę na prośbę pańskiego kolegi, doktora Henryka Jekylla, w pewnym interesie, mającym poważne znaczenie, i o ile słyszałem...
Przerwał i chwycił się ręką za szyję. Widziałem, że mimo pozornego opanowania się, walczy z atakiem neurastenii.
— Słyszałem — dokończył — że szuflada...
Zlitowałem się nad biedakiem i, wskazując szufladę, stojącą za stołem na podłodze, przykrytą papierem, rzekłem:
— Oto jest, mój panie.
Przyskoczył i położył sobie rękę na sercu. W kurczu dziąseł dwa rzędy zębów uderzały o siebie; twarz jego była tak straszna, że począłem się lękać, by lada chwila nie popadł w omdlenie.
— Niech się pan uspokoi — rzekłem.
Spróbował się uśmiechnąć okropnie smutnym uśmiechem — i rozpaczliwym ruchem nagłej decyzji ściągnął papier, którym szuflada była przykryta. Na widok zawartości szuflady odetchnął głęboko, z taką ulgą, jakby ujrzał coś niezwykle rozkosznego, uszczęśliwiającego.
Po chwili zapytał głosem zupełnie uspokojonym, opanowanym:
— Czy ma pan kieliszek?
Wstałem i z pewnym trudem wyszukałem żądany przedmiot.
Podziękował uśmiechem, nalał do kieliszka kilka kropel czerwonej tynktury i nasypał nieco proszku. Mieszanina, początkowo lekko różowawa, poczęła coraz bardziej stawać się biała, ogrzewać się i wydawać z siebie cienkie smugi pary. Nagle ustało ogrzewanie, które doszło do wrzenia, mieszanina stała się purpurowa, a wreszcie zielona. Mój gość śledził te metamorfozy wzrokiem znawcy. Teraz uśmiechnął się, postawił kieliszek na stół i zwrócił się do mnie z badawczym spojrzeniem.
— A teraz — rzekł — musimy dotrzeć do końca. Czy chce pan pozostać rozsądnym człowiekiem? Czy chce pan pozwolić, bym wziął ten kieliszek i bez dalszych wyjaśnień opuścił pański dom? A może już całkowicie owładnęła panem ciekawość? Niech pan się dobrze zastanowi nad odpowiedzią; decyzja pańska będzie dla mnie miarodajna. Zależnie od tej decyzji pozostanie pan taki, jaki pan był dotychczas, a więc ani bogatszy, ani mędrszy17, albo też, jeśli pan się inaczej zdecyduje, pójdzie pan drogami wiodącymi do nowych krain wiedzy, do sławy i władzy; tu, w tym pokoju, w tej chwili oczy pańskie zostaną olśnione cudem, który wstrząsnąłby i zachwiałby niewiarą samego szatana!
— Mój panie — rzekłem, siląc się na spokój, którego w rzeczywistości nie posiadałem — pańskie słowa są zagadkowe, toteż nie będzie się pan dziwił, że do tych słów nie przywiązuję szczególnej wagi i nie wierzę im. A jednak nazbyt daleko już posunąłem się, uczestnicząc w zagadkowych pańskich matactwach, bym nie chciał również dowiedzieć się ich zakończenia.
— Dobrze więc! — odparł mój gość. — Lanyonie, co teraz zobaczysz, to musisz zachować w bezwzględnej tajemnicy. A teraz ty, który tak długo hołdowałeś ciasnym, materialistycznym poglądom, który zaprzeczałeś transcendentalnym18 możliwościom, który zaprzeczałeś istnieniu i przewadze duchów, spójrz!
Zbliżył kieliszek do ust i jednym łykiem wypił miksturę. Potem krzyknął, zatoczył się, chwycił za stół kurczowo, patrzał wybałuszonymi oczyma, dyszał, mając usta szeroko otwarte.
I gdy tak stał, począł się nagle przeobrażać, pęcznieć, róść19, twarz jego stawała się ciemniejsza, rysy twarzy stapiały się i zlewały...
Następnej chwili podskoczyłem, przypadłem do ściany, oparłem się o nią, ramię podniosłem w górę, by się obronić; w moich oczach dokonywał się cud, moja dusza była przepojona niebywałym lękiem.
— Boże, Boże! — wołałem — Boże, Boże! — wciąż powtarzałem, gdyż przed mymi oczyma stał blady i na wpółprzytomny, rękami poruszający jakby w próżni — Henryk Jekyll!
Co mi opowiedział w następnych godzinach, tego nie mogę mimo najlepszej woli przelać na papier. Widziałem, słyszałem; moja dusza zachorzała. Teraz oto, gdy ów widok znikł sprzed mych oczu, zapytuję się jeszcze, czy wierzę w to wszystko, i nie mogę dać odpowiedzi. Moje życie jest do cna wstrząśnięte, sen opuścił mnie, obok mnie siedzi stale, dniem i nocą, najokropniejsza zmora. Czuję, że dni moje są policzone, że muszę umrzeć. O moralnym upadku, który ten człowiek — ze łzami skruchy — przede mną ujawnił, nie mogę mówić szczegółowo, gdyż ogarnia mnie na tę myśl przerażenie.
Chcę ci tylko jedno powiedzieć, Uttersonie. Czy zechcesz temu uwierzyć? Oto owo stworzenie, które owej nocy zakradło się do mojego domu, było wedle własnych zeznań Jekylla znane pod nazwiskiem „Edward Hyde” i jest w całym kraju poszukiwane jako morderca Carewa.
Hastie Lanyon.
X. Relacja Henryka Jekylla
Urodziłem się w roku 18... jako spadkobierca wielkiego majątku. Miałem wybitne uzdolnienia, byłem bardzo pilny, starałem się o to, by zyskać poważanie ludzi mądrych i dobrych; miałem zatem przed sobą zaszczytną przyszłość. Największym moim błędem było to, że miałem silny pociąg do rozwiązłego życia, które wielu ludziom sprawia wielką przyjemność, a które tylko z wielką trudnością mogłem pogodzić z pragnieniem, by ludziom wydać się poważnym i solidnym.
Stało się więc, że musiałem ukrywać moje przyjemności, i gdy po wielu latach rozmyślałem nad sobą i gdy wreszcie rozejrzałem się dokoła i postanowiłem określić moją pozycję w świecie — uświadomiłem sobie, że prowadzę właściwie podwójne życie. Niejeden może byłby o rozwiązłości i wyuzdaniu, które nie było mi obce, triumfująco rozpowiadał, ale wobec wielkich celów życia, które sobie postawiłem, ukrywałem je z niemal chorobliwą wstydliwością.
A zatem raczej moje wybujałe ambicje niż szczególniejsza nicość charakteru uczyniły mnie tym, czym jestem; ambicje te, głębsze we mnie niż u innych ludzi, rozdzieliły we mnie gruntownie dobro i zło, spowodowały moją dwoistość.
W tym stanie, oczywiście, musiałem głęboko rozmyślać nad tym dualizmem, który jest zarazem źródłem głębokiej wiary, a równocześnie powodem nieskończonej męki. Chociaż zatem w głębi piersi ukrywałem dwie dusze, nie byłem wcale obłudnikiem; byłem zupełnie opanowany obydwoma stronami mej istoty. Moje „ja” całkowicie uczestniczyło zarówno wtedy, gdy zanurzałem się po uszy w hańbie i bezeceństwie, jak i wtedy, gdy na widoku wszystkich pracowałem naukowo, gwoli20 ulżenia doli i cierpieniom ludzkim.
I całkiem przypadkowo studia moje naukowe, skierowane również w stronę dociekań mistycznych i transcendentalnych, doprowadziły mnie do doświadczeń, które uświadomiły mi tę wieczną wojnę i ten stały rozbrat moich skłonności. Z każdym dniem za pomocą obu sposobów duchowego poznania — moralności i rozumu — dochodziłem do prawdy, której odkrycie sprowadziło obecnie mój okropny upadek. Oto, że człowiek w rzeczywistości nie jest jedną, lecz dwiema istotami. Mówię: dwiema — ponieważ wiedza moja doszła tylko do tej prawdy. Inni ludzie pójdą śladem moich badań, uzupełnią je, ja zaś ośmielam się wyrazić pogląd, iż wreszcie człowiek będzie uważany za zbiorowisko licznych, niepodobnych do siebie i niezależnych istot.
O ile chodzi o mnie, to w naturze mej osobowości odkryłem dwie istoty. Widziałem, że we mnie jak na polu bitwy zmagają się dwie istoty. Wiedziałem, że tylko dlatego można by powiedzieć, że jedna z nich jest naprawdę moją jaźnią, ponieważ zasadniczo należałem do obu istot. Już bardzo wcześnie, jeszcze zanim na skutek mych naukowych doświadczeń uzyskałem możność dokonania takiego cudu, najmilszym mym marzeniem na jawie była myśl o rozdwojeniu, odseparowaniu obu tych istot. Mówiłem sobie: gdyby każda z nich mogła być umieszczona w odrębnym ciele, życie byłoby wolne od wszelkich swych ujemnych cech i niedogodności. Zło mogłoby kroczyć swoją drogą, pozbawione skrupułów swego szlachetniejszego bliźniaka. Dobro mogłoby pewnie i silnie odbywać swą drogę wzwyż i czynić dobrze, nie będąc narażone na hamulce ze strony bliźniaczego swego zła. To jest klątwą ludzkości — myślałem — że te dwie nierówne istoty są złączone, że w jednej świadomości tkwią i zwalczają się te tak bardzo odmienne siły.
Ale jak je rozdzielić?
Gdy moje myśli pod tym względem już się skrystalizowały, moje badania chemiczne rzuciły nagle nowe światło na cały ten problem. Poznałem wyraźniej niż dotychczas, jak niematerialne, mgliste, zmienne jest to pozornie tak zwarte ciało, w którym mieszkamy. Odkryłem, że pewne siły mają moc wstrząśnięcia i rozerwania tej cielesnej powłoki tak, jak silny wiatr zdoła poderwać zasłony namiotu. Z dwóch powodów nie chcę bliżej zająć się tą naukową częścią mojego zeznania. Po pierwsze, ponieważ doszedłem potem do przeświadczenia, że ta klątwa i ten ciężar naszego życia jest przyrodzony człowiekowi; jeśli uczyni się próbę wyzwolenia się z tej klątwy, to wraca ona z większą jeszcze niesamowitością i okropnością. Po wtóre, ponieważ moje odkrycia były niedoskonałe, jak to moja relacja w dalszym ciągu, niestety, bardzo dokładnie wykaże.
Jednym słowem: poznałem, że moje fizyczne ciało jest tylko aurą, wypromieniowaniem części sił, które stanowią moje życie.
Udało mi się wreszcie spreparować środek paraliżujący owe siły utrzymujące w jedności moje ciało i dopuszczający do ujawnienia się drugiej postaci, drugiej fizjonomii, która również należała do mego „ja”, ponieważ była typowym wyrazem elementów tkwiących głęboko w mojej duszy.
Zwlekałem długo, zanim tę teorię dla stwierdzenia jej prawdziwości wypróbowałem praktycznie. Wiedziałem dobrze, że doświadczenie to może skończyć się moją śmiercią, gdyż środek, który tak silnie ciało, jakby twierdzę, opanowuje, mógłby w wypadku niedokładnego odmierzenia dawki lub z innej jakiej przyczyny w krytycznym momencie zupełnie zniweczyć cielesną powłokę, ów wątły i kruchy instrument, który miałem zamiar przeobrazić.
Ale wreszcie pokusa dokonania tak osobliwego, jedynego w swym rodzaju i głęboko w skutkach sięgającego odkrycia była większa niż wszystkie moje skrupuły i obawy. Już od dawna sporządziłem moją tynkturę. Teraz sprowadziłem ze składu chemikaliów poważną ilość pewnej soli, o której z mych eksperymentów wiedziałem, że, dodana do tynktury, stwarza ostatecznie środek potrzeby dla moich celów.
Pewnej nieszczęsnej nocy zmieszałem składniki, ujrzałem, że w rurce szklanej kipią i parują, a gdy mikstura była gotowa — wypiłem eliksir...
Uczułem początkowo dręczące bóle: ciągnienie w kościach, mdłości, wreszcie przerażenie tak okropne, jakiego chyba nie odczuwa się w godzinie śmierci. Lecz prędko te bóle ustały i miałem wrażenie, jakbym wstał po ciężkiej chorobie.
Miałem poczucie jakiejś obcości; było we mnie coś nie do uwierzenia nowego, a tym samym nieopisanie słodkiego. Czułem się młodszy, lżejszy, szczęśliwy. Odczuwałem oszałamiającą beztroskliwość, umysł mój przepływał strumień rozpasanych zmysłowych wyobrażeń; czułem, że jestem wyzwolony z wszystkich wiążących mnie dotychczas zobowiązań; odczuwałem w duszy nieznaną mi dotychczas swobodę.
Lecz od pierwszego oddechu w tym nowym życiu zdałem sobie sprawę, że jestem dziesięciokroć bardziej grzeszny, jestem niewolnikiem zła, które pierwotnie we mnie tkwiło. Myśl ta upajała mnie jak wino. Wyciągnąłem ramiona w rozkosznym przeczuciu tych nowych wrażeń i spostrzegłem nagle, że postać moja stała się mniejsza...
Wówczas nie było lustra w moim pokoju. Lustro, obok którego teraz piszę, zostało później wstawione i to tylko dla tych transformacji. Podczas tych moich czynności noc posunęła się bardzo i zbliżał się świt; służba moja spoczywała; wokół było jeszcze zupełnie ciemno. Postanowiłem, wzburzony triumfem mych doświadczeń, udać się w mej nowej postaci do mej sypialni. Zszedłem na podwórze, gdzie gwiazdy na mnie spoglądały, zdziwione — jak sobie wmawiałem — widokiem pierwszej istoty tego rodzaju. Przekradłem się, cichutko stąpając, przez sień, człek obcy w mym własnym domu. A gdy wstąpiłem do sypialni, ujrzałem w lustrze po raz pierwszy postać — Edwarda Hyde.
Tu muszę mówić często teoretycznie i dać wyjaśnienie, które niezależnie od moich osobistych doświadczeń wydaje mi się najprawdopodobniejsze. Oto zła strona mojej natury, której obecnie dałem tak wybitny wpływ, była mniej silnie rozwinięta niż dobra strona, której się wyzbyłem. Życie moje było w dziewięciu dziesiątych życiem człowieka pracy, czynów: w ciągu tego życia pierwiastek zła mógł się mniej ujawnić. Stąd to zapewne pochodzi, że Edward Hyde był o wiele mniejszy i młodszy niż Henryk Jekyll. Jeśli z twarzy tego ostatniego promieniowała dobroć, to na twarzy tego drugiego było jawnie wypisane zło. Ono też zresztą całe ciało napiętnowało pewnym zniekształceniem, dekadentyzmem. A jednak: gdy ujrzałem w lustrze tę ohydną postać, nie odczuwałem żadnej odrazy. Tą istotą byłem przecież ja! Jak zauważyłem, każdy, ilekroć przybrałem postać Edwarda Hyde, wzdrygał się na ten widok. Tłumaczę sobie to tak, że wszyscy ludzie, których spotykałem, składają się z dwóch pierwiastków: dobra i zła — podczas gdy Edward Hyde jako jedyny spośród ludzi składał się jedynie ze zła.
Przed lustrem bawiłem krótko; miałem wykonać drugi, decydujący eksperyment: miałem stwierdzić, czy straciłem niepowrotnie dawne me ciało, a więc czy przed nastaniem dnia mam uciec z domu, który przestałby być moim. Pośpiesznie wróciłem do mego gabinetu, spreparowałem znowu eliksir i wychyliłem raz jeszcze puchar i — stałem się z powrotem Henrykiem Jekyllem, otrzymałem z powrotem jego charakter i twarz.
Owej nocy los mój sprowadził mnie na rozstajne drogi. Gdybym był uczynił moje odkrycie w chwili szlachetniejszej intencji, gdybym był odważył się na ten eksperyment pod wpływem moralnie dodatnich planów — wszystko poszłoby inaczej; z tej bolesnej metamorfozy odrodziłbym się jako anioł, a nie jako szatan; eliksir bowiem nie miał sam w sobie żadnego działania, nie był on ani boski, ani szatański, otwierał tylko na oścież bramy mych zachceń, a to, co się w więzieniu mej cielesnej powłoki mieściło, uzyskiwało po prostu wolność i swobodę działania. W owym czasie było dobro we mnie uśpione; zło natomiast, popędzane pożądliwością i instynktem rozpasania, było gotowe uzewnętrznić się: przejawiło się też jako Edward Hyde.
Od tego czasu miałem dwie postaci i dwa charaktery: jeden był gruntownie zły, drugi pozostał nadal charakterem Henryka Jekylla, niejasną mieszaniną, w której odnowienie i poprawienie od dawna zwątpiłem. Tak więc na ogół sytuacja była taka, iż nastąpił zwrot ku gorszemu.
Zdolność dokonywania na sobie przemiany postaci i usposobienia stała się wkrótce moim nałogiem. Wystarczyło wychylić kielich z eliksirem, by natychmiast wyzbyć się postaci znanego i czcigodnego profesora, a przybrać pozór Edwarda Hyde. Lubowałem się tą możliwością, wydawała mi się wtedy nawet humorystyczna; z wielką drobiazgowością począłem czynić przygotowania w celu prowadzenia podwójnego żywota.
Wynająłem i umeblowałem dom w Soho; jako służącą wziąłem kobietę, o której wiedziałem, że jest bez skrupułów i że potrafi milczeć. Oświadczyłem swej służbie, że niejaki Hyde — którego dokładnie opisałem — ma ode mnie upoważnienie rozporządzania się moim domem. By uniknąć nieporozumień, przychodziłem niekiedy do własnego mieszkania w postaci Hyde’a. Potem napisałem testament, by podczas jakiegoś wypadku, który by mnie w postaci doktora Jekylla spotkał, przejść bez strat pieniężnych w postać Edwarda Hyde. W ten sposób, ubezpieczywszy się na wszystkie strony, począłem osobliwe korzyści mej sytuacji wyzyskiwać.
Dawniej wynajmowali sobie ludzie bandytów, by za nich dokonywali zbrodni, podczas gdy ci, którzy się nimi posługiwali, pozostawali bezpieczni i cieszyli się nienaganną opinią. Ja byłem pierwszy, który mogłem odgrywać obie role. Byłem pierwszy, który mógł wobec opinii publicznej uchodzić za najpoczciwszego obywatela, by w następnej chwili odrzucić całą tę maskaradę i przekształcić się w innego osobnika, korzystającego do syta z wszelakiej swobody. Nieprzejrzana zasłona, która kryła Henryka Jekylla, dawała mu zupełną pewność i bezpieczeństwo. Zważ: doktor Jekyll nie istniał wcale! Wystarczało, bym dopadł do drzwi mego laboratorium, miał kilka chwil do dyspozycji w celu sporządzenia i zażycia mikstury, której części składowe leżały zawsze gotowe do użycia — i cokolwiek zrobił Edward Hyde, było niekaralne, bo Edward Hyde zatracał się jak dmuchnięcie na szybie, a w jego miejscu stał Henryk Jekyll, wygodny domator, spokojny obywatel, który z wszelką racją uśmiechnąłby się wobec każdego podejrzenia.
Przyjemności, których sobie nie skąpiłem w nowej mej postaci, były bezecne; nie chciałbym, doprawdy, użyć ostrzejszego wyrażenia. Lecz wkrótce w ręku Edwarda Hyde stały się ohydne. Kiedy z takich wypraw wracałem, dziwiłem się niejednokrotnie, jak gruntownie zepsuty byłem w mej drugiej postaci. Oto faktotum21, które obudziłem z mej duszy do życia i które samopas puszczałem w świat, by zaspakajało swe żądze, było złośliwą, ordynarną, zbrodniczą istotą. Egoizm był źródłem każdego jego czynu. Z zwierzęcą pożądliwością sycił się widokiem coraz cięższych mąk, które sprawiał innym, nie znając litości, jakby stworzenie z kamienia. Henryk Jekyll brzydził się niekiedy postępkami Edwarda Hyde, ale cały ten stan był taki jakiś niezwykły i bezprawny, iż z wolna przestały się u Henryka Jekylla odzywać wyrzuty sumienia. Boć przecież Hyde, tylko Hyde popełniał zbrodnie. Jekyll nie stawał się przez nie gorszy, budził się po każdej takiej nocy ze swymi dobrymi właściwościami i cnotami. Ba, często nawet śpieszył, by naprawiać krzywdy, które wyrządzał Hyde. W ten sposób sumienie jego uspokajało się.
W poszczególne zbrodnie, które w ten sposób dochodziły do mojej wiedzy — gdyż nawet i teraz nie może mi się pomieścić w głowie, że ja je popełniłem — nie chcę tu wchodzić. Chcę tylko opisać ostrzegawcze znaki, po których poznałem, że zbliża się czas kary.
Najpierw przydarzyła mi się drobnostka, która nie pociągnęła za sobą żadnych następstw; dlatego chcę o niej krótko wspomnieć. Moje brutalne zachowanie się wobec dziecka wywołało zgorszenie u pewnego przechodnia, którego niedawno poznałem jako twego kuzyna. Lekarz i krewni tego dziecka otoczyli mnie i przez kilka chwil obawiałem się o swe życie. By ich słuszne wzburzenie uspokoić, musiał ich Hyde zaprowadzić do owych drzwi i dać im czek, wystawiony i podpisany przez Henryka Jekylla. Usunąłem jednak to niebezpieczeństwo na przyszłość w ten sposób, że otworzyłem konto w innym banku na nazwisko Edwarda Hyde. Zaopatrzyłem mego sobowtóra we własny jego podpis, zmieniając me pismo; w ten sposób byłem przekonany, że nic złego mnie więcej spotkać nie może.
Mniej więcej na dwa miesiące przed zamordowaniem sir Danversa wróciłem razu pewnego z lampartowania późno w nocy, a gdy się rano obudziłem w mym łóżku, miałem poczucie że coś nie jest w porządku. Nie pomagało, że się bacznie rozglądałem dokoła, nie pomagało, że przypatrywałem się wytwornemu urządzeniu mej sypialni. Poznawałem wzór haftowany na kołdrze, poznawałem rysunek na mahoniowych meblach; a jednak uporczywie tkwiło we mnie poczucie, że faktycznie mnie tu nie ma, że nie obudziłem się tu, gdzie leżę — lecz że znajduję się w małym pokoju w Soho, gdzie zwykłem czasem sypiać w postaci Edwarda Hyde. Uśmiechnąłem się i począłem spokojnie analizować przyczyny mej iluzji, przy czym popadałem niekiedy w przyjemny stan półsnu. W pewnym momencie wzrok mój padł na moją rękę. Ręka Henryka Jekylla była, jak to sam często mówiłeś, co do swej formy i wielkości prawdziwą ręką uczonego: wielka, mocna, biała, starannie pielęgnowana — ręka natomiast, którą teraz ujrzałem w żółtym świetle poranka, ręka ta, leżąca na kołdrze, była chuda, koścista, brudnoblada, gęsto pokryta czarnawymi włoskami. Była to ręka Edwarda Hyde.
Spoglądałem na tę rękę zapewne z pół minuty, zupełnie osłupiały, zanim w mej piersi obudził się paniczny przestrach. Wyskoczyłem z łóżka i dopadłem lustra. Na widok, który się ukazał mym oczom, skóra na mnie ścierpła. Tak, położyłem się do łóżka jako Henryk Jekyll, a obudziłem się jako Edward Hyde. Zapytywałem siebie: jak to sobie wytłumaczyć? A potem w przypływie nowej fali lęku: jak to zmienić?
Było już dość późno, cała moja służba już dawno była na nogach, wszystkie moje chemikalia znajdowały się w mym gabinecie... Prowadziła tam daleka droga: trzeba było zejść z dwóch pięter, przejść przez podwórze, dostać się do sali wykładowej, a stąd dopiero do mego gabinetu. Przerażony byłem koniecznością odbycia tej drogi. Ostatecznie byłoby możliwe ukryć twarz, ale cóż to pomagało, jeśli nie mogłem ukryć zmiany mej całej postaci? Po chwili z wielką ulgą przypomniałem sobie; wszak moi służący przywykli już do przychodzenia i wychodzenia mego drugiego „ja”. Prędko ubrałem się w ubranie skrojone na moją właściwą miarę i szczęśliwie przebyłem całą drogę. Spotkał mnie tylko Bradshow; wytrzeszczył oczy, widząc o tej porze Hyde’a i to w tak dziwnym ubraniu. Dziesięć minut potem odzyskał doktor Jekyll swą własną postać i zasiadł z pochmurną twarzą do śniadania.
Zrozumiałe, że mój apetyt był niewielki. Ten niewytłumaczalny wypadek, obalający moje wszystkie dotychczasowe doświadczenia, był jakby owo mane-tekel22 na ścianie pałacu babilońskiego, okazujące mi moje fatalne przeznaczenie i smutny koniec. Poważniej niż dotychczas zastanowiłem się nad możliwościami i następstwami mego podwójnego życia. Ta część natury, którą zdołałem oblec w realne kształty, ostatnimi czasy zbytnio wysunęła się na pierwszy plan i wzmocniła się. Zwietrzyłem wielkie, grożące mi niebezpieczeństwo. Gdyby tak dalej pójść miało, mogłaby być na stałe zachwiana równowaga obu postaci, mógłbym stracić władzę nad dobrowolną metamorfozą, charakter Edwarda Hyde mógłby na stałe, nieodwołalnie, stać się moim charakterem. Mikstura nie zawsze powodowała te same następstwa. Raz, na samym początku mych eksperymentów, zawiodła zupełnie. Byłem też niekiedy zmuszony ilość chemikaliów podwajać, a raz nawet potroić. Te, co prawda, rzadko się zdarzające różnice w zastosowaniu chemikaliów i różnice w osiągniętych rezultatach były dotychczas jedynym cieniem zamącającym mój spokój. Teraz jednak, po tym ostatnim wypadku, uświadomiłem sobie, że dokonała się z wolna zasadnicza przemiana: o ile z początku istniała trudność pozbycia się cielesnej powłoki Jekylla, to obecnie jest właśnie przeciwnie. Wszystkie oznaki dowodziły, że powoli zatracałem związek ze swym pierwotnym, lepszym „ja” i że z wolna przyjąć muszę ciało sobowtóra, a tym samym owo gorsze „ja”.
Czułem, że mam teraz wybór między obiema postaciami. Obie moje natury miały wspólną pamięć, ale wszystkie inne cechy i właściwości miały zupełnie odrębne. Jekyll był bardziej złożoną naturą: brał on najgorliwszy udział w awanturach i przyjemnościach Hyde’a, czasem przeżywając z powodu niego chwile okropnego lęku, czasem z prawdziwą pasją interesując się jego wykroczeniami; natomiast Hyde zupełnie nie troszczył się o Jekylla; poczciwy doktor istniał dla niego tylko jako właściciel wygodnego schroniska, w którym mógł się ukryć przed prześladowaniami. Jekyll był pełen współczucia, jakby ojciec, Hyde okazywał zupełną obojętność.
O ile decydowałem się na Jekylla, musiałem ostatecznie zerwać z owymi zachciankami, którym długo się potajemnie oddawałem, a którym wreszcie zbrodniczo hołdowałem. O ile decydowałem się na Hyde’a, musiałem zerwać z tysiącznymi interesami i dążnościami, musiałem definitywnie narazić się na osamotnienie i pogardę. Jedna bardzo ważna okoliczność zaważyła poważnie na szali: Jekyll odczułby boleśnie stałe powstrzymywanie się od nałogu, natomiast nie doszłoby nawet do świadomości Hyde’a, jak wiele stracił. Rozważania te i wątpliwości, które miałem, były doprawdy tak stare jak ludzkość. Bo te same popędy i obawy dręczą każdego grzesznika, kiedy go nawiedza pokusa. Również i u mnie decyzja zapadła taka sama jak u większości ludzi: wybrałem lepszą część, ale nie miałem dość siły, by przy niej wytrwać.
Tak, dałem pierwszeństwo starszemu doktorowi, otoczonemu przyjaciółmi, zdążającemu do szlachetnych celów, rozstałem się ze swobodą, z rozkoszą, lubieżnością, której zaznawałem w masce Edwarda Hyde. Może wyboru tego dokonałem z podświadomą nieszczerością, gdyż zatrzymałem mieszkanie w Soho, nie zniszczyłem ubrania Hyde’a, które zawsze jeszcze leżało w moim gabinecie.
Jednak przez dwa miesiące pozostałem wierny memu postanowieniu; przez dwa miesiące wiodłem tak solidne życie, jak nigdy dotychczas, i rozkoszowałem się jako jedyną nagrodą zadowoleniem i spokojem sumienia. Ale wreszcie z biegiem czasu zatracało się we mnie wrażenie owego ostrzeżenia; spokój sumienia przestał dawać mi zadowolenie; począłem się nudzić, tęsknić za odmianą; Hyde we mnie domagał się ujawnienia, wolności, swobody. I wreszcie, w chwili słabości, przyrządziłem znowu miksturę i zażyłem ją.
Mój zły demon zbyt długo był uwięziony — teraz wydostawszy się na zewnątrz, zapragnął użycia. Już w chwili gdy piłem miksturę, uczułem nieposkromioną, dziką żądzę zła. Ona to zapewne wywołała w mej duszy owo gniewne zniecierpliwienie, gdy posłyszałem błagalne słowa mojej nieszczęśliwej ofiary. To jedno zapewnić mogę, że moralnie zdrowy człowiek nie mógłby był tej zbrodni popełnić z tak błahej przyczyny. Podczas tego mordu tyle miałem rozsądku i uświadomienia co dziecko, które niweczy swoją zabawkę.
Duch piekła szalał we mnie. Z lubieżną radością tłukłem w obezwładnione ciało mej ofiary, lubieżność moja wzmagała się z każdym zadawanym ciosem. Dopiero gdy mnie poczęło ogarniać zmęczenie, nagle, w chwili szaleńczego rozpasania instynktu zbrodniczego, niejako w kulminacyjnym momencie tego rozpasania — ogarnęło mnie przerażenie. Mgły sprzed mych oczu ustąpiły, pojąłem, że życie moje przepadło; uciekłem z miejsca mego zbrodniczego czynu; odczuwałem równocześnie rozkosz i strach, złe chuci moje były bowiem zaspokojone, a żądza życia wielce pobudzona.
Szybko skierowałem kroki w stronę mego mieszkania w Soho i zniszczyłem tam wszelkie papiery i dokumenty, które mogłyby dać świadectwo mej winie. Potem biegłem ulicami, wciąż jeszcze w jakimś upojeniu, rozdwojeniu wyobrażeń. Wielce ciążyła na mej duszy dopiero co popełniona zbrodnia morderstwa, a równocześnie obmyślałem z wielką lekkomyślnością nowe bezeceństwa, które bym mógł w przyszłości wykonać. A równocześnie z drżeniem myślałem o karze za popełnioną zbrodnię, nadsłuchiwałem, czy nie zbliżają się kroki mścicieli...
Hyde miał na ustach uśmiech, śpiewał frywolną piosenkę, gdy mieszał znowu miksturę, po chwili zaś, po zażyciu eliksiru, padł Henryk Jekyll na kolana, miał w oczach łzy skruchy i wyciągał ręce do Boga.
Samoułuda prysła doszczętnie; widziałem przed sobą całe swe życie, śledziłem je od dni mej młodości, kiedy to jeszcze szedłem, prowadzony za rękę przez matkę, rozpatrywałem tok mej kariery zawodowej — i wciąż myśl moja skierowywała się do okropnych wydarzeń tej nocy. Łzami, modłami chciałem wypłoszyć obrazy tego ohydnego czynu, stłumić szmery i szepty, krzyki i jęki mej ofiary — wciąż okropne widmo zbrodni i grzechu skądeś wypełzało i patrzyło na mnie swym ścinającym krew w żyłach wzrokiem.
A potem znikły wyrzuty sumienia i pojawiło się uczucie radości. Oto rozstrzygnęła się kwestia, jak mam żyć! Odtąd Hyde stał się niemożliwy; bez względu na to, czy chcę, czy też nie chcę — muszę żyć jako Henryk Jekyll, jestem związany z lepszą stroną mego „ja”.
O, z jaką rozkoszą myślałem o tym! Z jak radosną pokorą rozpoznawałem od nowa granice normalnego żywota, z jak szczerą rezygnacją zamknąłem drzwi, którymi w postaci Edwarda Hyde wykradałem się nocami!
Następnego dnia wyczytałem w gazetach, że morderstwo jest przedmiotem śledztwa, że wina Edwarda Hyde jest dowiedziona, że ofiarą jest bardzo poważana osobistość. Nie była to zatem tylko zbrodnia, lecz również i tragiczne błazeństwo.
Jekyll był teraz moją jedyną ochroną; wystarczyło, by Hyde na chwilę pojawił się, a wszyscy wokół schwytaliby go i oddali w ręce sprawiedliwości.
Postanowiłem zatem w przyszłości szeregiem dobrych uczynków odpokutować popełnione zbrodnie i mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że to moje postanowienie kilkakrotnie bardzo skutecznie wypełniłem.
Lecz jak klątwa tkwiła wciąż jeszcze we mnie dwoistość mej natury; w miarę upływu czasu rozluźniły się znowu węzły pętające pierwiastek zła w mej duszy; zbrodnicze instynkty znowu domagały się wyzwolin i ujawnienia. Ale na myśl mi nie przychodziło teraz, by przekształcić się w Edwarda Hyde; na samą myśl o tym ogarniał mnie szaleńczy strach. Nie, we własnej mej postaci nachodziła mnie znowu pokusa, by paktować ze swym sumieniem, i jako zwykły grzesznik uległem wreszcie znowu dawnym nałogom.
Wszystko ma swój koniec; wreszcie wyczerpać się musi woda nawet w najgłębszej studni. To ponowne poigranie z złymi mymi skłonnościami zniweczyło doszczętnie równowagę mej duszy. Znamienne jest, że nie doznawałem wtedy żadnego lęku; nawrót do dawnych nałogów wydał mi się rzeczą zupełnie oczywistą.
Był to piękny, jasny dzień styczniowy; śniegi topniały, niebo było bez chmur. Siedziałem na ławce w parku. Mój Boże, gdy tak zastanawiałem się głębiej nad sobą, byłem przecież taki sam jak moi bliźni, ba, jeśli porównam się z innymi ludźmi, to może lepszy; jestem człowiekiem czynu, silnej woli; a oni grzęzną w beznadziejnej bezwoli, obojętności... Ale w chwili gdy oddawałem się takim butnym i zarozumiałym myślom — uczułem straszne mdłości, niezwykłe osłabienie. Gdy poczułem się lepiej, zauważyłem zmianę w charakterze mych zapatrywań, pewne zobojętnienie wobec wszelkich niebezpieczeństw, wyzwolenie z okowów obowiązku. Spojrzałem na swą postać: ubranie zwisało z wychudłego ciała, ręka spoczywająca na kolanie była koścista i owłosiona. Byłem znów Edwardem Hyde...
Przed chwilą byłem powszechnie poważaną osobistością, człowiekiem zamożnym, lubianym, dobroczynnym — i oto jestem istotą bezdomną, ściganą, pogardzaną, oskarżoną o morderstwo, przeznaczoną na szubienicę...
Pod wpływem tej myśli nie straciłem jednak ani na chwilę pełni władz umysłowych. Niejednokrotnie już zauważyłem, że w mej drugiej postaci panuje jeszcze silniej mózg, że zmysły moje stają się bardziej elastyczne. Stało się więc, że w położeniu, w którym Henryk Jekyll byłby zapewne bezradny, Edward Hyde był panem sytuacji.
Mikstura moja znajdowała się w jednej z szuflad szafy w mym gabinecie. Ale jak się do niej dostać? Oto było zagadnienie chwili obecnej. Drzwi wiodące z pustego domu w bocznej uliczce do sali wykładowej i mego gabinetu poprzednio — jak już wspomniałem — zamknąłem i klucz zniszczyłem, rozbijając go na dwie części. Gdybym teraz popróbował dostać się do mego domu przez główne wejście, moja własna służba wydałaby mnie w ręce sprawiedliwości. Doszedłem więc do przekonania, że muszę użyć innego sposobu; pomyślałem o Lanyonie. Ale jak się do niego dostać? Gdybym nawet uniknął aresztowania na ulicy, to jak do niego dotrzeć? I w jaki sposób mógłbym w postaci obszarpańca, obskurnego Edwarda Hyde skłonić znanego i znakomitego lekarza, by włamał się do gabinetu swego kolegi — doktora Jekylla? Wtedy wpadło mi na myśl, że mogę przecież mimo wcielenia w swą drugą postać pisać dawnym swym pismem — pismem Jekylla. Skoro na ten pomysł wpadłem, uświadomiłem sobie już zupełnie dokładnie, co mam robić. Dorożką pojechałem do hotelu przy ulicy Portland; na mój widok ze wszech miar komiczny nie mógł się dorożkarz powstrzymać od śmiechu. Zgrzytnąłem zębami, wściekłość ogarnęła mnie, dziko nań spojrzałem; uśmiech zniknął z jego twarzy na jego szczęście, a raczej bardziej jeszcze na moje szczęście, gdyż następnej chwili byłbym się zapewne na niego rzucił.
Gdy wchodziłem do hotelu, miałem tak ponurą twarz, że służba hotelowa drżała na mój widok. W mej obecności nie odważyli się ci ludzie rzec ani słowa, zaprowadzili mnie do pokoju i przynieśli przybory do pisania, których natychmiast zażądałem.
Hyde w niebezpieczeństwie życia! Była to nowa dla mnie transformacja tej istoty. A była ona szatańsko chytra; wysiłkiem woli opanowała swą żądzę, swą namiętność — i napisała dwa listy: jeden do Lanyona, drugi do Pawła. By mieć pewność, że zostaną wysłane, polecił je Hyde nadać na poczcie za recepisem zwrotnym23.
Potem siedział przez cały dzień w pokoju hotelowym i gryzł paznokcie. Kazał sobie przynieść szereg potraw i stwierdził, że kelner usługuje mu z wielką odrazą. Potem, gdy noc zapadła, wyszedł, wziął dorożkę i kazał się wozić ulicami miasta.
Powiadam „on”, nie mogę bowiem mówić „ja”. Szatan ten nie miał w sobie bowiem nic więcej ludzkiego, był w nim tylko lęk i nienawiść. Ze strachu, by woźnica nie zaczerpnął z obwożenia tak niesamowitego pasażera jakichś podejrzeń, opuścił dorożkę i począł wałęsać się po ulicach w swym zwisającym z ciała ubraniu, zwracającym przecież swą dziwacznością powszechną uwagę. Szedł prędko, pędzony strachem, przekradał się przez odludne uliczki, liczył minuty dzielące go od północnej godziny. Jakaś kobieta zaczepiła go, chciała mu sprzedać pudełko zapałek. Uderzył ją w twarz i uciekł...
Gdy się wreszcie znalazłem w mieszkaniu Lanyona, przerażenie mego starego przyjaciela wywarło na mnie pewne wrażenie.
Zaszła we mnie teraz wielka zmiana. Nie dręczył mnie więcej strach przed stryczkiem, lecz przerażenie, że jestem znowu Edwardem Hyde’em.
Jak we śnie dotarłem do domu i położyłem się do łóżka. Po przejściach tego dnia byłem tak wyczerpany, że natychmiast zasnąłem: spałem długo i mocno; nawet trapiące sny nie zdołałyby zmącić tej gwałtownej potrzeby wypoczynku.
Następnego ranka obudziłem się pokrzepiony i odświeżony fizycznie. Wprawdzie ze zgrozą myślałem o bydlęciu, które we mnie tkwi — ale przynajmniej byłem w domu, we własnym mieszkaniu, mając pod ręką moje tynktury i sole. Dusza moja była przepojona radością, iż udało mi się wydostać z okropnej sytuacji dnia wczorajszego.
Spokojnie przechadzałem się po śniadaniu na podwórzu i rozkoszowałem się rześkim powietrzem poranka, gdy mnie ogarnęło znowu owo niesamowite wrażenie, zwiastujące moją transformację. Miałem tylko tyle czasu, by się schronić i ubezpieczyć w mym pokoju; owładnęły mną znowu namiętności Edwarda Hyde. Tym razem zażyć musiałem podwójnej dawki, by wrócić do pierwszego stanu; ach, w sześć godzin potem, gdy przygnębiony siedziałem przy kominku i wpatrywałem się w ogień, wróciły bóle transformacji i musiałem się znowu posłużyć miksturą.
Słowem, od tego dnia używać mogłem powłoki zewnętrznej Jekylla tylko przy największym wysiłku i tylko po bezpośrednim użyciu mego eliksiru. O każdej godzinie, dniem i nocą, ogarniał mnie ów niewytłumaczalny wstrząs, ostrzegający przed dokonującą się przemianą; przede wszystkim zaś, gdy choćby na chwilę w fotelu zasypiałem, budziłem się zawsze jako Hyde. Pod ciężarem tej klątwy, wiecznie nade mną wiszącej, a dalej wskutek bezsenności, na którą byłem obecnie skazany — stawałem się fizycznie i duchowo coraz słabszy, marniałem, trawiony gorączką, niepokojem, przerażeniem; władało mną tylko jedno uczucie: groza przed mym drugim „ja”. Ale gdy spałem lub gdy działanie eliksiru stawało się słabsze, wyłaniał się ze mnie świat najokropniejszych widzeń, majaków, zmor, dusza moja wrzała niczym nieuzasadnioną nienawiścią, ciało moje nie było dość silne, by w sobie mieścić te rozpętane energie życiowe. Siły Edwarda Hyde stopiły się w jedno ze słabowitością Henryka Jekylla. Wreszcie nienawiść, która dotychczas obu dzieliła, stała się po obu stronach jednaka. U Jekylla było to następstwem popędu samozachowawczego. Uświadomił sobie teraz w całej pełni ohydę owego stworzenia, z którym dzielił obecnie kilka zjawisk świadomości. Hyde był dla niego mimo całej swej energii życiowej nie tylko czymś szatańskim, lecz również czymś nieorganicznym. Nienawiść Hyde’a w stosunku do Jekylla była innego rodzaju. Lęk jego przed stryczkiem skłaniał go stale do unicestwiania swej osobowości, do znikania w postaci Jekylla, której był tylko częścią składową, a nie własną indywidualnością. Ale Hyde nienawidził tego przymusu ukrywania się w postaci Jekylla, oburzał się na obrzydzenie, z jakim Jekyll myślał o swym drugim „ja”. Stąd pochodziły owe małpie figle, które mi często płatał, gdy na przykład wpisywał do moich zapisków i notatek bluźnierstwa, gdy palił listy mojego ojca lub brudził kałem jego portret. Tylko lęk przed śmiercią powstrzymywał go od samobójstwa, które chciał popełnić, byle tylko również i mnie wciągnąć w swe zatracenie, upadek, unicestwienie. Idę jeszcze dalej: gdy się zastanawiam, jak mocno, ordynarnie, gwałtownie, kurczowo trzymał się mnie, gdy wciąż widzę, jak się mnie lęka, ponieważ ode mnie to zależy zniweczyć go przez samobójstwo — uczuwam jeszcze litość dla niego w mym sercu.
Wobec braku czasu nie mam możności bardziej szczegółowo opisać wszystkiego, co przeżyłem. Wystarczy stwierdzić, że nikt nigdy nie przeżywał takiej męki; przyzwyczajenie się do tych udręczeń nie przysporzyło mi żadnej ulgi, nie, spowodowało tylko, że duchowo niejako skamieniałem, że moje przerażenie stępiło się niejako.
Kara moja mogłaby zatem trwać latami, gdyby nie zaszła wreszcie pewna okoliczność, która mnie ostatecznie pozbawiła mej właściwej postaci i natury. Mój zapas owej soli, którego od chwili pierwszego eksperymentu wcale nie uzupełniałem, począł się wyczerpywać. Kazałem sprowadzić pewną ilość i sporządziłem miksturę. Odczułem bóle dokonującej się przemiany, zmieniłem kolor twarzy — ale też i to wszystko... Nie wracałem do postaci Jekylla! Paweł opowie ci, jak dokładnie kazałem w całym Londynie, we wszystkich składach, czynić poszukiwania; na próżno. Doszedłem obecnie do przekonania, że mój pierwszy zapas nie był czysty i że właśnie owo zanieczyszczenie jakimś nieznanym mi składnikiem powodowało skuteczność działania owej soli.
Od tej chwili minął tydzień, a teraz kończę relację moją pod wpływem ostatniej drobiny pochodzącej z pierwszego mego zapasu.
Po raz ostatni może Henryk Jekyll na krótki czas myśleć własnymi myślami, widzieć swą twarz w lustrze, swą przesmutną twarz... Nie wolno mi zwlekać z zakończeniem tego sprawozdania, gdyż jeśli uchroniło się ono dotychczas przed zniszczeniem, to dopomogła do tego moja ostrożność i zapobiegliwość. O ile by mnie bóle przemiany ogarnęły już podczas tego, gdy to piszę, wówczas Hyde pismo to rozerwie i zniszczy. Jeśli natomiast zdołam skończyć tę relację i odłożę ją na bok, wówczas Hyde, w swym egoizmie interesując się jeno przyszłością, a nie mając żadnego zrozumienia dla tego, co się choćby przed chwilą stało — nie zatroszczy się wcale o to pismo; będzie ono zatem uratowane przed wybuchami jego zwierzęcej wściekłości.
Za pół godziny, gdy znowu, i to na zawsze, przybiorę tę ohydną jego cielesną powłokę — siedzieć będę przerażony, oszalały ze strachu, wytężający swe zmysły, napinający całą energię samoobrony lub też krążyć będę po tym pokoju, ostatnim mym schronisku na świecie, nadsłuchując każdego kroku z zewnątrz, każdego głosu dolatującego ze świata... Czy Hyde umrze na szafocie? Czy zdobędzie się on na odwagę, by się w ostatniej chwili wyzwolić? Bóg to raczy wiedzieć; mnie to nie obchodzi.
Teraz, w tej chwili, jest prawdziwa godzina śmierci Henryka Jekylla; co się potem stanie, obchodzi kogo innego, nie mnie. A więc odkładając pióro i zabierając się do zapieczętowania tego mego wyznania, kładę kres życiu nieszczęśliwego Henryka Jekylla.
Przypisy:
1. wcale (daw.) — tu: zupełnie; całkiem, całkiem. [przypis edytorski]
2. popsuj — psuj, szkodnik, wandal. [przypis edytorski]
3. noblesse oblige (fr.) — szlachectwo zobowiązuje. [przypis edytorski]
4. dr. med. — doktora medycyny. [przypis edytorski]
5. dr. jur. utr. — doktora praw obojga (skrót od łac.: doctor juris utriusque), tj. prawa świeckiego i prawa kanonicznego. [przypis edytorski]
6. dyferencje (daw.) — tu: różnice, różnice poglądów. [przypis edytorski]
7. liberia — mundur noszony przez służbę; uniform. [przypis edytorski]
8. pryncypał — przełożony. [przypis edytorski]
9. szterling — nieoficjalna nazwa funta brytyjskiego, tj. waluty używanej w Wielkiej Brytanii. [przypis edytorski]
10. ongi (daw.) — niegdyś, dawniej. [przypis edytorski]
11. marka (daw.) — tu: znaczek pocztowy. [przypis edytorski]
12. o co idzie — dziś raczej: o co chodzi. [przypis edytorski]
13. zgartywać (daw.) — zgarniać. [przypis edytorski]
14. bawić gdzieś (daw.) — przebywać gdzieś. [przypis edytorski]
15. wcale (daw.) — tu: zupełnie, całkiem. [przypis edytorski]
16. idiosynkrazja — wstręt, antypatia wobec kogoś. [przypis edytorski]
17. mędrszy — dziś raczej: mądrzejszy. [przypis edytorski]
18. transcendentalny (filoz.) — wykraczający poza granice umysłu (rozumu), dotyczący apriorycznych form poznania. [przypis edytorski]
19. róść (daw.) — dziś raczej: rosnąć. [przypis edytorski]
20. gwoli (daw.) — dla, w celu. [przypis edytorski]
21. faktotum (z łac.) — osoba zaufana, spełniająca usługi wszelkiego rodzaju. [przypis edytorski]
22. mane-tekel, właśc. mane, tekel, fares — słowa, które według opowieści biblijnej z Księgi Daniela (5,25) wypisała tajemnicza ręka na ścianie pałacu w Babilonie podczas uczty króla Baltazara; znaczenie napisu: „policzono, zważono, rozproszono” (w jęz. hebr., aram. a. chaldejskim) zostało odczytane jako przepowiednia upadku państwa, który miał stanowić karę za grzechy Babilonu. [przypis edytorski]
23. recepis zwrotny — zwrotne poświadczenie odbioru. [przypis edytorski]