Rozdział XI. Kapitan daje za wygraną

O godzinie szóstej usiedliśmy obaj — Alan i ja — do śniadania. Podłoga była zasuta119 potłuczonym szkłem i zbryzgana okropnie krwawą juchą, która odbierała mi chęć do jadła. Pod innymi względami byliśmy jednak w położeniu nie tylko znośnym, ale i wesołym, jako że wydziedziczyliśmy oficerów z ich własnej kabiny i mieliśmy do rozporządzenia wszystkie napitki znajdujące się na statku — zarówno wino, jak i gorzałkę — oraz co najwykwintniejsze frykasy, takie jak marynaty z owoców i chleb pytlowany. Samo to przez się już wystarczało, by wprawić nas w dobry humor, ale najparadniejszą okolicznością było to, że dwaj najwięksi pijanice, jakich po wsze czasy wydała ziemia szkocka (ile że pan Shuan już nie żył), byli teraz zamknięci na przodku120 okrętu i skazani na to, czym się najbardziej brzydzili — na zimną wodę.

— I zapamiętaj to sobie — mówił Alan — że za jakiś czas posłyszymy o nich znowu. Można kogoś odwieść od walki, ale nigdy od butelki, gdy do niej nawyknął.

Pokumaliśmy się doskonale z sobą. Alan miał naprawdę bardzo miły sposób prowadzenia rozmowy. Naraz wziąwszy nóż ze stołu, odciął jeden ze srebrnych guzików swego surduta i podał mi go.

— Mam je — powiedział — od ojca mego Duncana Stuarta, a teraz daję ci z nich jeden w upominku za pomoc okazaną mi nocy ubiegłej. A gdziekolwiek zajdziesz i pokażesz ten guzik, przyjaciele Alana Brecka staną w twej obronie.

Mówił to tak, jak gdyby był Karolem Wielkim i rozkazywał mnogim hufcom; istotnie też, jakkolwiek odwaga jego przejmowała mnie podziwem, zawsze groziło mi niebezpieczeństwo, że roześmieję się z jego chełpliwości — mówię: niebezpieczeństwo, ponieważ gdybym nie panował nad sobą, boję się myśleć, jaka mogłaby stąd wyniknąć zwada.

Skoro uporaliśmy się z jedzeniem, Alan jął myszkować w skrzyni kapitana, aż wynalazł szczotkę do ubrania, po czym zrzuciwszy z siebie surdut, rozpoczął oglądać swą odzież i czyścić plamy — a czynił to z taką starannością i pracowitością, jaka, wedle mego przekonania, mogła być właściwa tylko białogłowom. Prawdać i to, że nie miał drugiego ubrania, a ponadto (jak sam powiadał) odziewek ten należał do króla, więc przystało, by wyglądał po królewsku.

W każdym razie, kiedym obaczył, z jaką usilnością wziął się on do wyskubywania nitek z tego miejsca, gdzie odcięto guzik, dar jego nabrał dla mnie większej ceny.

Był jeszcze tym zatrudniony, gdy z pokładu posłyszeliśmy wołanie pana Riacha, który żądał z nami rozmowy; na to ja, wspiąwszy się do góry przez okno w suficie i usiadłszy na framudze, mając przy tym pistolet w garści, a śmiałość na czole (mimo że w duchu bałem się potłuczonego szkła), krzyknąłem mu w odzew, prosząc, by mówił, czego sobie życzy. Podszedł do węgła czatowni i stanął na zwoju liny, tak iż podbródek jego był na równi z dachem; patrzyliśmy przez chwilę w milczeniu jeden na drugiego. Pan Riach, ponieważ, jak mi się zdaje, nie wysuwał się w bitwie zanadto naprzód, nie poniósł gorszego szwanku nad cięcie w policzek: atoli wydał mi się przygnębiony i wyczerpany znojem, jako że przez noc całą był na nogach, bądź odbywając wachtę, bądź opatrując ranionych.

— Kiepska to robota! — ozwał się na koniec, potrząsając głową.

— Nie mieliśmy wyboru — odpowiedziałem.

— Kapitan — rzekł on na to — chciałby pomówić z przyjacielem waćpana. Może by porozmawiali przez okno?

— A skąd to możemy wiedzieć, zali121 on nie knowa122 jakiej zdrady? — krzyknąłem.

— On nic nie knowa — odparł pan Riach — a gdyby nawet miał jakieś zamysły, to powiem aści123 szczerą prawdę, że nie udałoby się nam pociągnąć ludzi za sobą.

— Czy naprawdę? — zapytałem.

— Powiem coś więcej waszeci — odpowiedział. — Nie tylko ludzi, ale i mnie samego. Ja się boję, Dawidzie... — tu uśmiechnął się do mnie i mówił dalej. — Nie, my tylko myślimy, jakby odgrodzić się od niego.

Wówczas naradziłem się z Alanem; przystaliśmy na rozmowę i obie strony dały sobie parol. Jednakże na tym jeszcze nie kończyło się posłannictwo pana Riacha, gdyż teraz z kolei zaczął mnie prosić o łyk gorzałki i to z taką natarczywością oraz takimi wspominkami o dawnej swej uprzejmości, że na koniec wręczyłem mu czarkę, mieszczącą niemal kwaterkę124 gorzałki125. Wypił część, a resztę poniósł kędyś126 po pokładzie, by podzielić się (jak przypuszczam) ze swoim zwierzchnikiem.

Wkrótce potem, stosownie do umowy, kapitan podszedł do jednego z okien i stał tam na deszczu, trzymając rękę na temblaku; twarz miał posępną i bladą i tak się postarzał, aż czyniłem sobie wyrzut, żem go postrzelił.

Alan natychmiast wymierzył mu w twarz pistolet.

— Rzuć aspan127 tę pukawkę! — rzekł kapitan. — Czyż nie dałem słowa albo czy aść128 chcesz mnie znieważyć?

— Kapitanie — rzekł Alan — nie wiem, czy można polegać na twym słowie. Zeszłej nocy targowałeś się ze mną jak straganiarka, potem dałeś mi słowo i swą prawicę na poręczenie... a wiesz doskonale, co potem wynikło. Do licha z twoim słowem!

— Dobrze, dobrze, panie łaskawy — rzekł kapitan — przekleństwa nie przyniosą ci nic dobrego. — Istotnie, od tej wady był kapitan całkiem wolny). — Ale mamy inne rzeczy do obgadania — ciągnął dalej cierpko. — Waćpan narobiłeś bigosu na moim brygu; nie pozostało mi tylu marynarzy, ilu potrzeba do obsługi okrętu, a pierwszy z mych oficerów dostał od was pchnięcie szpadą w jelita i zmarł, nie mówiąc ni słowa. Nie pozostało mi nic, mości panie, jak wracać do portu Glasgow po nowych marynarzy, tam zaś (za waszmości pozwoleniem) znajdziesz takich, którzy będą mogli z waćpanem lepiej porozmawiać.

— Tak? — odrzekł Alan — doprawdy, sam chciałbym z nimi porozmawiać. Jeżeli w owym mieście nikt nie mówi po angielsku, to będę miał dla nich pyszną opowieść! Piętnastu wytrawnych marynarzy po jednej stronie, a z drugiej jeden tylko mężczyzna i jeden chłopak-wyrostek... O człecze, godniście litości!

Hoseason poczerwieniał.

— Nie — ciągnął Alan — do tego nie dojdzie. Winniście tylko wysadzić mnie na ląd, tak jakeśmy129 się ugodzili.

— A ino! — odrzekł Hoseason — ale pierwszy z mych oficerów zginął... asan sam najlepiej wiesz, jakim sposobem. Nikt z nas pozostałych przy życiu nie jest obeznany z tutejszym wybrzeżem, a jest ono bardzo niebezpieczne dla okrętów.

— Daję wam do wyboru — rzekł Alan. — Wysadźcie mnie na suchy ląd bądź w Appin, bądź w Morven, bądź w Arisaig, bądź w Movar, bądź też, krótko mówiąc, gdzie wam się podoba, byle w odległości trzydziestu mil od mych stron ojczystych... z wyjątkiem opola Campbellów. Macie więc bardzo szeroką przestrzeń do wylądowania. Jeżeli nam to się nie uda, to musicie być takimi samymi niezgułami w żegludze, jakimiście się okazali w walce ze mną. Ba, moi biedni wieśniacy przeprawiają się od wyspy do wyspy w swych kusych czółenkach i to nie dbając o pogodę, a nawet bywa że nocą.

— Czółenko to nie okręt, panie miłościwy — rzekł kapitan. — Ono nie zanurza się głęboko w wodzie.

— No dobrze, w takim razie do Glasgow, jeżeli tak wam na tym zależy — rzekł Alan. — Przynajmniej będziemy mogli z was się naśmiać.

— Małą mam ochotę do śmiechu — bąknął kapitan. — Ale na to wszystko potrzeba pieniędzy, mości panie.

— Dobrze, mój panie — odrzekł Alan — nie jestem ci ja kurkiem na kościele. Trzydzieści gwinei, jeżeli wysadzicie mnie na brzegu morskim, a sześćdziesiąt, jeżeli mnie dostawicie do Linnhe Loch!

— Ale, widzisz waszmość, stąd, gdzie się znajdujemy, jest tylko parę godzin drogi do Ardnamurchanu — rzekł Hoseason. — Daj sześćdziesiąt, a dowiozę cię tamoj.

— Mamże130 więc dla przyjemności waćpana ubierać się w kierpce i drałować przed czerwonymi kaftanami131? — zawołał Alan. — Nie, mospanie! Jeżeli chcesz zarobić sześćdziesiąt gwinei, to zawieź mnie do własnej mej okolicy!

— Będzie to narażeniem brygu — odrzekł kapitan — a tym samym i waszego życia.

— Albo przyjmiesz te warunki, albo obejdziesz się smakiem — rzekł Alan.

— Czy aść132 mógłbyś nam służyć za przewodnika? — zapytał kapitan posępnie, ważąc coś w duszy.

— No, bardzo w to wątpię — rzekł Alan. — Jestem raczej wojownikiem (jakeście się sami przekonali) niż żeglarzem. Atoli często wsiadałem na statek lub lądowałem na tym wybrzeżu i podobno nieco potrafię rozeznać jego położenie.

Kapitan potrząsnął głową, wciąż jeszcze zasępiony.

— Gdybym nie stracił tylu pieniędzy na tej nieszczęsnej wyprawie — ozwał się — obaczyłbym waćpana na stryczku, zanim bym odważył się na takie narażenie brygu. Ale niech się stanie zadość woli waszmości. Skoro tylko nadarzy się jakiś wietrzyk (a, o ile się nie mylę, już jakiś tam nadciąga), to zaraz zeń skorzystam. Ale jeszcze jedna rzecz. Możemy się spotkać z okrętem floty królewskiej, kto zaś wie, czy nie zostałbym przezeń zatrzymany, nawet bez żadnej winy z mej strony: dyć koło tutejszych wybrzeży gęsto snują się krążowniki, szukając nie wiedzieć kogo. Otóż, na wypadek, gdyby to się zdarzyło, racz waszmość zostawić pieniądze.

— Kapitanie — rzekł Alan — jeżeli dostrzeżesz banderę, winieneś umykać co sił. Teraz zaś, ponieważ słyszę, że tam na przodzie okrętu brak wam wódki, proponuję wam zamianę: dostaniecie butelkę wódki za dwa wiadra wody.

Był to ostatni warunek ugody, a obie strony dotrzymały go rzetelnie, tak iż Alan i ja mogliśmy na koniec wymyć czatownię i pozbyć się pamiątek po tych, których położyliśmy tu trupem, natomiast kapitan i pan Riach mogli znów uraczyć się trunkiem.

Rozdział XII. Dowiaduję się o „Rudym Lisie”

Zanim uporaliśmy się z myciem czatowni, od północnego wschodu nadciągnęła bryza133, która rozpędziła deszcz i przywiodła znów słońce.

Muszę tu dodać parę słów wyjaśnienia, a czytelnik będzie łaskaw dokładnie przyjrzeć się mapie. W dniu, kiedy mgła opadła i gdy najechaliśmy na łódź Alana, przejeżdżaliśmy przez Mały Minch. Rankiem nazajutrz po bitwie staliśmy w miejscu na wschód od wyspy Canna lub pomiędzy nią a wyspą Eriska w łańcuchu Długiej Wyspy. Otóż, żeby stamtąd dostać się do Linnhe Loch, można było jechać na przełaj przez cieśniny sundu134 Mull. Atoli kapitan nie posiadał mapy i bał się zapuszczać ze swym brygiem tak daleko pomiędzy wyspy, więc ponieważ wiatr mu sprzyjał, wolał popłynąć na zachód od Tiree i zawinąć poniżej południowego wybrzeża wielkiej wyspy Mull.

Przez cały dzień bryza szła w tym samym kierunku i raczej się wzmagała niż słabła, tak iż nieco popołudniu z okola skrajnych Hebrydów jęły nadbiegać pochwiejne wełny135. Kierunek naszej żeglugi, celem opłynięcia wysp środkowych, był ku południo-zachodowi, tak iż zrazu fale te szły na nasze burty i musieliśmy bardzo kołować. Jednakże z nadejściem nocy, gdy okrążyliśmy cypel Tiree i zaczęliśmy zmierzać bardziej ku wschodowi, nurt wodny szedł w sam raz za naszą rufą.

Dotychczas, przez pierwszą część dnia, zanim nadeszły wielkie fale, bardzo nam przyjemnie było płynąć w jasnych blaskach słonecznych, mając to z tej, to z tamtej strony mnóstwo górzystych wysepek. Siedliśmy sobie obaj w czatowni, otwarłszy drzwi po obu stronach (wiatr dął właśnie od strony rufy), i wypalaliśmy jedną po drugiej fajkę doskonałego tytoniu z zapasu należącego do kapitana. Wówczas to opowiedzieliśmy sobie wzajemnie swoje dzieje, co mnie przynajmniej przyniosło pewien pożytek, gdyż dowiedziałem się coś niecoś o owym dzikim Pogórzu, gdzie niebawem miałem wylądować. W owych dniach, gdy niemal nad głowami wisiał wielki rokosz, potrzeba było człeku wiedzieć, co winien czynić, dostawszy się na wrzosowiska.

Ja to pierwszy pociągnąłem za język mego towarzysza, opowiadając mu wszystkie swe biedy. On słuchał mnie z wielką serdecznością, jedynie, gdym mimochodem wspomniał swego dobrego przyjaciela, proboszcza Campbella, Alan uniósł się i krzyknął, że nienawidzi wszystkich, co noszą to miano.

— Czemuż to tak? — zapytałem. — Jest to człowiek, któremu byś waszmość z dumą podał rękę.

— Nie umiem niczym przysłużyć się Campbellom – rzecze on na to — jak tylko kulką z ołowiu. Wszystkich noszących to miano, wystrzelam jak głuszce. Gdybym spoczywał na łożu śmierci, jeszcze bym dowlókł się na klęczkach do okna mego pokoju, by jednego z nich zastrzelić.

— Dlaczegóż, Alanie? — zawołałem. — Cóż ci zawinili Campbellowie?

— Przecież — rzecze on na to — wiesz doskonale, że jestem Stuart z Appinu, zasię Campbellowie przez długi czas grabili i rujnowali tych, którzy noszą moje nazwisko; ba, zdobyli na nas włości... zdradą, nie mieczem! — wrzasnął na cały głos i poparł swe słowa uderzeniem pięścią w stół; jednakowoż nie przywiązywałem wielkiej wagi do tych słów, gdyż wiedziałem, że tak zazwyczaj mawiają ci, którzy zostali pokonani.

— Nie dosyć na tym — ciągnął Alan — były tam i inne sprawki w tym sposobie: łgarstwo w słowach, łgarstwo w dokumentach, świstkach, szpargałach, które dobre byłyby dla wędrownego przekupnia! A nade wszystko pozory prawa i sprawiedliwości, co już chyba najwięcej może pobudzić do gniewu!

— Waćpan, który tak trwonisz swe guziki — odrzekłem — nie możesz, jak mi się zdaje, znać się tęgo na interesach.

— Ach! — rzekł Alan, uśmiechając się znowu. — Rozrzutność swą odziedziczyłem po tym, od którego otrzymałem te guziki, a mianowicie, po moim nieboszczyku ojcu, Dunkanie Stuarcie, świeć Panie nad jego duszą! Był to najprzystojniejszy mężczyzna spośród całego swego krewieństwa i najlepszy rębacz na całym Pogórzu, mój Dawidzie, a tym samym, rzec mogę, i w całym świecie, gdyż on to, winienem wyznać, układał mą rękę. Był on w Białej Gwardii, gdy ją zaczęto tworzyć, i jak inni szlachta, miał giermka, który nosił za nim muszkiet w czasie pochodu. Otóż król miał snadź ochotę zobaczyć rębaczy szkockich, więc wybrano mego ojca i jeszcze trzech innych i posłano ich do miasta Londynu. Tak więc dostali się na dwór królewski i przez dwie godziny pokazywali cały kunszt władania szablą, a było to w obecności króla Jerzego, królowej Karoliny, rzeźnika Cumberlanda oraz wielu innych, których już nie baczę. Kiedy zaś skończyli, król (mimo że był to bezecny przywłaszczyciel) przemówił do nich łaskawie i każdemu z nich dał po trzy gwinee. Otóż, gdy wychodzili z pałacu, wypadło im mijać kwaterę odźwiernego; mojemu ojcu, jako że był może pierwszym szlachcicem szkockim, który przechodził przez owe drzwi, przyszło na myśl, że słuszna byłoby dać do zrozumienia biednemu odźwiernemu, kto zacz są owi, którzy go mijają. Dał więc chłopu w łapę trzy gwinee otrzymane od króla, jak gdyby mu to było powszednim obyczajem; trzej następni, którzy szli za nim, uczynili to samo i wyszli na ulicę, nie mając w kieszeni ani grosza za swe trudy. Różnie podają nazwisko tego, który tak hojnie obdarzył odźwiernego królewskiego; atoli prawdą jest, że był to Dunkan Stuart, co gotów jestem stwierdzić szablą lub pistoletem. Takiego to miałem ojca, daj mu Boże wieczne spoczywanie!

— Zdaje mi się, że nie zostawił on waćpanu wielkich dostatków — napomknąłem.

— I to prawda — rzekł Alan. — Mało ci136 mi on zostawił oprócz pluderków137 do okrycia cielesnej powłoki. To też było powodem, że zaciągnąłem się do wojska, co było czarną plamą na mym charakterze w kwiecie mego wieku, a co ściągnęłoby na mnie ciężkie utrapienia, gdybym wpadł w ręce czerwonych kaftanów.

— Co? — zawołałem. — Waćpan służyłeś w wojsku angielskim?

— Służyłem — odrzekł Alan — ale na polach prestońskich przeszedłem do prawego obozu... i to mnie nieco pociesza.

Nie mogłem zgodzić się z tym poglądem, gdyż dezercję z bronią w ręku uważałem za niezatartą plamę na honorze. Atoli mimo że byłem jeszcze żółtodziobem, byłem też na tyle mądry, iż nie wypowiedziałem głośno swej myśli, mówiąc jedynie.

— Mój drogi, mój drogi, za to czeka kara śmierci!

— Tak — odpowiedział — jeżeliby mnie capnęli, czekałaby Alana krótka rozprawa i długi stryczek! Ale mam w kieszeni polecenia króla francuskiego, które może też będą pewną ochroną.

— Bardzo w to wątpię — napomknąłem.

— I sam mam wątpliwości — rzekł Alan sucho.

— Na miły Bóg, człowiecze — zawołałem — jesteś wyjętym spod prawa rokoszaninem, zbiegiem i stronnikiem króla francuskiego... więc cóż cię sprowadza z powrotem do naszej krainy? Jest to kuszenie Bożej Opatrzności.

— Phi! — rzecze Alan. — Powracałem tu corocznie od roku 1746!

— A co cię tu sprowadza? — zawołałem.

— No, widzisz, tęskno mi za przyjaciółmi i ojczyzną — odpowiedział. — Francja jest niewątpliwie miła i piękna, lecz ja tęsknię za wrzosowiskami i dziką zwierzyną. Czasem zabieram paru chłopaków na służbę do króla francuskiego, a oprócz tego biorę z sobą w tę drogę i nieco grosza. Ale najważniejszą przyczyną są sprawy mojego wodza, Ardshiela.

— Mniemałem, że waszego wodza zwą Appin — ozwałem się.

— Tak, ale Ardshiel jest głową klanu — odrzekł ów, mało to mi jednak rozjaśniło w głowie. — Widzisz, mój Dawidzie, on, który przez całe swe życie był tak wielkim człowiekiem, pochodzi z krwi królów i nosi ich nazwisko, musi teraz pędzić życie w jednym z miast francuskich jako człek biedny i pozbawiony znaczenia. On, który miał czterysta szabel na każde zawołanie, teraz (oczy moje to widziały) kupuje masło na rynku i w liściu kapusty przynosi je do domu. Jest to nie tylko ból, ale i sromota dla nas, cośmy z jego rodziny i klanu... Ponadto są tam i panięta, nadzieja i podpora Appinu; trzeba je kształcić w nauce i w robieniu bronią... tam, w tej dalekiej krainie. Otóż dziedzice Appinu muszą płacić daninę królowi Jerzemu, atoli ich serca są niezłomne i pozostały wierne swemu zwierzchnikowi, toteż dobrowolnie lub z lekkim przymusem, a niekiedy i pod groźbą, biedny ludek ciuła drugą daninę dla Ardshiela. Ja zaś, Dawidzie, jestem człowiekiem, który przewozi tę daninę. — To rzekłszy, uderzył się po kalecie u pasa, aż zabrzęczały w niej gwinee.

— Zaliż oni płacą jedno i drugie? — zawołałem.

— Tak, Dawidku, jedno i drugie — odpowiedział.

— Co? Dwie daniny? — powtórzyłem.

— Tak, Dawidzie — potwierdził. — Zgoła co innego opowiedziałem owemu kapitanowi, ale tym razem mówię prawdę. I rzecz to zadziwiająca, jak małego trzeba przymusu. Ale zawdzięczać to należy głównie zabiegom mego bliskiego krewniaka i przyjaciela mego ojca; zwie się on Jakub z Wąwozów, inaczej Jakub Stuart, przyrodni brat Ardshiela.

Po raz pierwszy wówczas zdarzyło mi się słyszeć imię owego Jakuba Stuarta, który później stał się tak głośny, dosłużywszy się stryczka. Lecz mało zwróciłem uwagi na ten szczegół, gdyż całą myśl moją zaprzątała wspaniałomyślność biednych górali.

— To nazywam szlachetnością! — zawołałem. — Jestem wigiem, co najmniej z przekonania, ale nazywam to szlachetnym postępkiem.

— Tak — rzecze ów na to — jesteś wigiem, ale człek z ciebie zacny i to jest sądu twego przyczyną. Otóż gdybyś był jednym z przeklętego plemienia Campbellów, zgrzytałbyś zębami, słysząc to opowiadanie. Gdybyś był Rudym Lisem...

Wymówiwszy to imię, zaciął zęby i zaprzestał gawędy. Widziałem w życiu wiele gniewnych twarzy, atoli138 nie spotkałem bardziej gniewnej nad twarz Alana, gdy wspominał Rudego Lisa.

— Któż jest ów Rudy Lis? — zagadnąłem z trwogą, lecz niemniej i z ciekawością.

— Kto on zacz? — krzyknął Alan. — Dobrze, opowiem ci to. Kiedy złamano klany pod Culloden, gdy upadła dobra sprawa i gdy konie pławiły się po brzuchy w krwi najlepszych szlachciców północy, Ardshiel musiał, jak ścigana zwierzyna, uciekać w góry... wraz z żoną i dziećmi. Wieleśmy się nacierpieli139, zanim udało się nam go ściągnąć na okręt; a kiedy on jeszcze krył się we wrzosowiskach, łotry Anglicy, nie mogąc pozbawić go życia, postanowili pozbawić go praw jemu przysługujących. Grabili mu majętności, grabili dzierżawy, wyrywali oręż z rąk jego ojczyców, co z bronią chadzali od wieków; ba, nawet zdzierali im ubrania z pleców... tak iż występkiem dziś jest nosić kraciasty pled, a do więzienia wtrąca się każdego, kto tylko nosi kraciastą zapaskę dokoła kolan. Jednej tylko rzeczy nie zdołali wygubić, a mianowicie miłości, jaką żywią plemieńce dla swego naczelnika. Te oto gwinee są tego dowodem. Otóż ni stąd ni zowąd występuje pewien człek, z rodziny Campbellów, rudy Golin z Glenure...

— Czy to jego nazwałeś Rudym Lisem? — zapytałem.

— Czy chcesz przynieść mi jego czuprynę? — zawołał Alan sierdziście140. — Tak jest, to on. Przychodzi, dostaje papiery od króla Jerzego jako tak zwany pełnomocnik królewski we włościach Appinu. Zrazu śpiewał cienko i pozostawał w zażyłych stosunkach z Sheamusem... to jest Jakubem z Parowów, poplecznikiem mojego naczelnika. Atoli z wolna zaczęło dochodzić do jego uszu to, o czym opowiedziałem ci przed chwilą... jak biedny gmin Appinu, dzierżawcy, kmiecie i wyrobnicy zaciskali sobie pasa, byle zebrać drugą daninę i posłać ją za morze dla Ardshiela i jego biednych dziatek. Jakeś to nazwał141, gdym ci o tym opowiadał?

— Nazwałem to szlachetnym postępkiem, Alanie — odparłem.

— I ty jesteś jedynie zwykłym sobie wigiem! — zawołał Alan. — Atoli, gdy to doszło do Colina Roya, wskipiała142 w nim czarna krew Campbellów. Siadł przy stole biesiadnym, zgrzytając zębami. Co! Jakiś tam Stuart miałby dostać kęs chleba, a on nie potrafi temu przeszkodzić!... Ach, Rudy Lisie, jeżeli zdarzy mi się zmierzyć z tobą na odległość strzału, niech Bóg ma cię w swej opiece!

Alan przerwał na chwilę przemówienie, przeżuwając w sobie gniew.

— No, i wiesz, Dawidzie, co on uczynił? Ogłosił, że kasuje wszystkie dzierżawy, myśląc sobie w głębi czarnego serca: „Zaraz tu sobie znajdę innych dzierżawców, którzy dadzą łupnia tym Stuartom, Maccollom i Macrobom...” (bo takie są nazwiska w moim klanie, Dawidzie) „...a wtedy...” (myśli sobie) „...Ardshiel będzie musiał wyciągać kapelusz po prośbie na ulicach francuskich”.

— No i cóż dalej? — zagadnąłem.

Alan odłożył fajkę, która i tak mu już dawno wygasła i założył sobie obie ręce na kolano.

— Doprawdy! — ozwał się. — Nigdy byś się nie domyślił! Otóż ci właśnie Stuartowie, Maccollowie i Macrobowie (którzy musieli płacić dwie daniny, jedną przymusową królowi Jerzemu, a drugą dobrowolną Ardshielowi) ofiarowali mu lepszą cenę niż jakikolwiek Campbell w całej Szkocji; a posyłał na wszystkie strony, by ich wynaleźć... aż nad brzegi Clyde i na bruk Edynburga... szukając, namawiając i prosząc, by przyszli tu, gdzie mieli zagłodzić Stuarta, a uradować ryżego psa Campbella!

— No, Alanie — rzekłem — dziwna to opowieść, ale i piękna. Aczkolwiek jestem wigiem, cieszę się, że pobito tego człowieka.

— Jego pobito? — zawtórował Alan. — Małoż143 ty znasz Campbellów, a jeszcze mniej Rudego Lisa! On pobity? Nie! Ani też nie będzie pobity, póki krwią swą nie zbroczy stoków górskich! Ale jeżeli nadejdzie dzień, Dawidzie, że będę miał sposobność i czas na łowy, to żadne wrzosowiska w całej Szkocji nie zdołają zasłonić go przed, moją zemstą!

— Alanie — rzekłem — nie bardzo to z twej strony roztropnie, ani też po chrześcijańsku, miotać tak wiele złościwych144 słów. Nie przyniosąć145 one nic dobrego, a człekowi, którego zwiesz Rudym Lisem, nie zrządzą żadnej szkody. Opowiedz mi jasno swą historię. I cóż uczynił on następnie?

— Słuszna to była uwaga, Dawidzie — rzekł Alan. — Święta prawda, że słowa nie wyrządzą mu żadnej szkody... szkoda ich więcej tracić! I z wyjątkiem tego, co powiedziałeś o chrześcijaństwie (co do czego mam zgoła inne pojęcia, albo niech nie będę chrześcijaninem), skłaniam się bardzo do twego zdania.

— Mniejsza o czyjeś zdanie — odrzekłem — ale wiadomo, że nauka chrześcijańska zabrania zemsty.

— Juści146! — on na to — od razu poznać147, że uczył cię Campbell! Dobrze by się na tym świecie działo tego rodzaju łotrom, gdyby za krzakiem wrzosu nie taił się chłopak ze strzelbą! Ale nie o to tu chodzi. Nuże do tego, co on zrobił!

— Tak — odrzekłem. — Przejdźmyż148 do tego.

— Dobrze, Dawidzie — zaczął Alan. — Otóż gdy godziwymi środkami nie mógł się pozbyć wiernych wasali, poprzysiągł, że pozbędzie się ich za pomocą niegodziwych sposobów. Ardshiel winien był zemrzeć z głodu: oto co było jego celem. Ponieważ zaś ci, którzy żywili Ardshiela na wygnaniu, nie dali się wykupić, on postanowił prawnie lub nieprawnie ich wypędzić. Przeto ściągał prawników, dokumenty i załogi wojskowe, by go popierały w jego postępkach. Spokojny ludek tych okolic musiał zwijać manatki i uciekać z domów ojczystych, z miejsc, gdzie się urodzili i wychowali. A kto miał przyjść na ich miejsce? Bosiaczki, dziadygi!... Ale co tam jakoweś względy znaczą u Rudego Colina! Jeżeliby udało mu się dokuczyć Ardshielowi, stałoby się zadość jego życzeniom; jeżeliby potrafił wydrzeć kęs strawy ze stołu mego naczelnika i zabawkę z rąk jego dzieci, ze śpiewem na ustach poszedłby do domu w Glenure.

— Pozwól mi wtrącić słowo — ozwałem się. — Campbell może nie całą tu ponosi winę... wszak działa z rozkazu. A gdybyś aść jutro zabił tego Colina, to czyżby przyszło polepszenie? Natychmiast przysłano by innego pełnomocnika na jego miejsce!

— Jesteś, chłopcze, dobry do wybitki — rzekł Alan — ale, człowiecze, krew wigowska płynie ci w żyłach!

Mówił dość spokojnie, ale w jego wzgardzie taiło się tyle gniewu, że uznałem za rzecz najstosowniejszą zmienić rozmowę, przeto wyraziłem zdziwienie, jakim to sposobem na Pogórzu, pełnym wojska i strzeżonym jak oblegane miasto, człek tego pokroju, co on, może spokojnie wędrować, nie narażając się na aresztowanie.

— Łatwiejsza to rzecz, niż ci się zdaje — odrzekł Alan. — Nagie zbocze górskie (sam widzisz) jest jak otwarta droga; jeżeli strażnik stoi w jednym miejscu, można iść którędy indziej. Ponadto wrzosowiska są doskonałą ochroną, a wszędzie też spotkać można domy przyjaciół, obory i brogi. Zresztą, gdy się mówi o kraju pełnym wojska, jest to w najlepszym razie tylko przenośnią. Żołnierz zapełnia sobą jedynie taką przestrzeń, jaką nakrywają jego podeszwy. Łapałem ci ja raz ryby i w wodzie, nad której brzegiem stał wartownik i ułowiłem pysznego lina; kiedy indziej znów siedziałem we wrzosowych zaroślach o sześć stóp od innego strażnika i nauczyłem się wcale pięknej melodii, którą on sobie poświstywał. Zaraz ci ją powtórzę!...

I zagwizdał mi nutę piosenki.

— A zresztą — ciągnął dalej — teraz nie jest już tak źle, jak bywało w roku czterdziestym szóstym. Pogórze jest, jak to mówią, uśmierzone. Nic dziwnego, boć od Cantyre do Cape Wrath nie pozostawiono strzelby ni pałasza, oprócz tych, które przezorni ludkowie pochowali po strzechach i poddaszach! Ale chciałbym ja wiedzieć, Dawidzie, jak długo to jeszcze potrwa? Pewno myślisz, że niedługo... jeżeli tacy ludzie, jak Ardshiel, są na wygnaniu, a tacy jak Rudy Lis żłopią wino i uciskają biedny lud w jego ojczyźnie. Wszakoż niełacno dociec, do czego zdolen149 jest lud w swej cierpliwości... Ale też czemu Bóg pozwala, że Rudy Colin tratuje swym rumakiem biedną krainę Appin, a nie znajdzie się młodzian, który by wpakował mu kulkę pod ziobro?

To rzekłszy, Alan wpadł w zadumę i przez dłuższy czas siedział pogrążony w milczeniu i smutku.

Uzupełniając to, co powiedziałem o moim przyjacielu, winienem dodać, że był on biegły we wszelkiego rodzaju muzyce, ale nade wszystko w grze na kobzie i piszczałkach; miał wielkie zdolności do układania wierszy we własnym języku; był oczytany i poznał nieco książek angielskich i francuskich; był zapalonym myśliwym, dobrym rybołowcą i świetnym szermierzem. Co się tyczy jego wad, były wypisane na jego twarzy, teraz zaś poznałem je wszystkie. Atoli najgorszą z nich, ową dziecinną skłonność do obrażania się i zwad — wspaniałomyślnie hamował w obcowaniu ze mną, pomny na to, iżem mu był sojusznikiem w czatowni. Wszakoż nie umiem powiedzieć, czy zawdzięczać to należy mej osobistej zasłudze, czy też tej okoliczności, że byłem świadkiem jego własnej, o wiele większej, bitności. Albowiem, choć cenił on odwagę i u innych, zawsze jednak najbardziej ją podziwiał u Alana Brecka.